Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

(Kolejny) Koniec Świata 2020-03-12

Pierwsza osoba została zakażona.

Wirus szybko się rozwinął, nabrał odpowiednich dla swojego środowiska cech, które pozwoliły mu przetrwać w niesprzyjającym otoczeniu i zarazić kolejne ofiary. Im więcej osób miało go w sobie, tym bardziej ona zyskiwała na sile, tym prężniej się rozwijała i ewoluowała nowe objawy. Lekarze zaczęli dostrzegać niepokojące oznaki nowej choroby, więc przyspieszyła zaraźliwość. Wirus, wszelkimi dostępnymi drogami, zaczął rozprzestrzeniać się na inne kraje. To już nie była cicha partyzantka, a otwarta wojna. Kolejne mutacje, wzmocnienie zaraźliwości, pierwsze ofiary śmiertelne. Świat pracuje nad lekarstwem - za późno. Pierwsze sto zabitych, tysiąc, dwa miliony, pierwszy miliard. Ludzie umierali na całym świecie... z wyjątkiem tej parszywej Grenlandii, która dziwnym trafem pozostawała ostatnim bastionem garstki ocalałych. ZNOWU! No i trzeba grać od nowa...

Na całe szczęście to jedynie opis standardowych pierwszych prób zawojowania świata własną chorobą w grze Plague Inc. Evolved, która bije ostatnio rekordy popularności, zważywszy na to, co się dzieje od początku roku i, miejmy nadzieję, że opcja apokaliptycznej pandemii nie pchnie nas ku krawędzi skarpy życia. Koronawirus szaleje bowiem od trzech miesięcy, od dwóch tygodni wiadomo, że jest już w Polsce i zaraziło już na ten moment (12.03.2020, godzina 14:03) ok. 50 osób a pierwsza zmarła. Dziś każdy z nas w jednej chwili stał się ekspertem medycznym, wierzącym w każdy komunikat WHO i naukowych zapewnieniach o większej szkodliwości zwykłej grypy, albo doszukującym się globalnych spisków, "bożej kary", prac nad nową bronią biologiczną, które wymknęły się spod kontroli etc. Ileż to widzieliśmy wizji, w których groźny wirus zmienił ludzi na całym świecie w zombie lub wybił lwią część jego populacji? Nie tylko "Dżuma" Alberta Camusa, ale i cała seria filmów ("Resident Evil", "World War Z", "Jestem Legendą", "28 tygodni później") oraz gier  ("A Plague Tale: Innocence", "The Last of Us", "Resident Evil", "Days Gone", "Day Z") przedstawiły nam jak bardzo będziemy mieć przerąbane. Wydaje się nawet, że zataczamy koło: co rusz jakieś wojny na Bliskim Wschodzie, katastrofy w elektrowniach atomowych, gdzieś nad nami ciągle wisi mroczne widmo smogu, globalnego ocieplenia, zanieczyszczonego środowiska i dziury ozonowej, a niedawno nadeszła kolejna pandemia, która uderzy w każdą dziedzinę życia.
Załóżmy, że ogólna kwarantanna będzie trwać dłużej niż dwa tygodnie i ulegnie ona uszczelnieniu. Co to będzie oznaczało? Szkoły i uczelnie będą zamknięte, dzieciaki i młodzież będą odrabiać stracony czas programowy na wakacjach, a i studenci również nie mają co liczyć na wolne w okresie letnim. Kina i centra kultury nie będą na siebie zarabiać, wobec czego ich pracownicy - zwłaszcza ci na umowie zlecenie - pozostaną bez środków na utrzymanie. Kościoły, jeśli rząd nie zdecyduje się ich zamknąć, będą nadal dobrowolnie gromadzić tych wiernych, którzy odważą się zaryzykować własnym zdrowiem i życiem dla wymyślonej istoty boskiej, wierni będą się gromadzić w kolejnych trudnych czasach, narażając się jeszcze bardziej, zaś księża będą znów dostaną argument na istnienie boga. Wszak tzw. matka boska zapowiedziała kilkadziesiąt lat temu nadejście "zarazy"! Co prawda, miała wtedy na myśli komunistów, ale teraz pewnie zmieni front dyskusji na Chiny. Grunt, że przez te ostatnie ze zbiorowych "imprez" kolejne osoby będą się zarażać coraz bardziej. Na popularności zyskają jeszcze bardziej wszystkie te aktywności, które i tak można było wykonywać w domu: korzystanie z oferty filmowej i serialowej kanałów TV oraz seriali, czytanie zaległych książek, nadrabianie pomniejszych czynności domowych. Sprzedawcy i producenci zanotują gwałtowny wzrost dochodów, ale, gdy choroba opadnie, ludzi przez dłuższy czas nie za bardzo będzie stać na większe wydatki. Trzeba będzie pracować dłużej i więcej, żeby odrobić straty, z powrotem zapełnić półki, gdyby stanęła cała produkcja, a rząd zamiast na TVP musiałby łożyć pieniądze na swoje bydło wyborcze (co by nie ryczało, że ich zaniedbują i po nocach zapełniało prokreacyjnie lukę po ewentualnych ofiarach pandemii).

Co więc zrobić, żeby nie doszło do najgorszego scenariusza? Siedzieć na dupie i nie wychodzić, jeśli nie jest to konieczne! Zróbcie szybko większe zakupy, ale nie rzucajcie się na towar jak prosię na paszę. Myjcie dokładnie ręce kilkanaście razy dziennie, skądkolwiek wracacie, czegokolwiek/kogokolwiek dotkniecie  Pracy nie rzucicie, nie wszystko będzie zamknięte, ale olejcie przynajmniej kościoły i módlcie się w domu. Nie zapraszajcie do siebie księży, nie spowiadajcie się ani nie przyjmujcie komunii u emisariuszy. Nie zarażajcie ich ani nie dawajcie się od nich zarazić. Jeśli macie w sobie wiarę to pamiętajcie, że nie tylko "gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w imię jego, tam i on jest pośród nich", ale i pojedynczej osoby bóstwo jest pewnie w stanie wysłuchać o każdej porze. Jeśli kaszlecie, to w rękaw, jeśli kichacie, to nie w stronę drugiego człowieka, poręcz, stół etc.
Podejmujcie na spokojnie wszelkie kroki ostrożności. Nie panikujcie, stosujcie się do komunikatów władz i zarządzeń sanepidowskich. Odpowiednie przygotowanie a następnie dłuższa kwarantanna zmniejszą zaraźliwość i - co najważniejsze - powstrzymają śmiercionośny pęd nowego wirusa, obojętnie skąd się wziął i jak zmutował.

Albo, jeśli nadal nie daje to wam pewności, rzućcie to wszystko i wyjedźcie na Grenlandię. Tego kraju ŻADNA zaraza nie zdominuje i nieważne czy nazwiecie ją "koronawirusem", "lewactwem" czy inną "masonerią". Ostatecznie przeżyliśmy już tyle nieszczęść przez przynajmniej dwa tysiąclecia i żadne z nich nie zdołało nas pokonać.



Patriotyzm jako przykra konieczność 2020-03-05

W poniedziałek miała miejsce mała dębicka impreza: koncert ku pamięci żołnierzy niezłomnych (nie, nie napiszę tego z wielkiej litery).

Jako że załapałem się na krótki staż, miałem okazję być na owym koncercie, by zrobić z niego relację. Na scenie występował Norbert „Smoła” Smoliński, zaś gościem honorowym był Franciszek Batory, brat zabitego przez komunistów majora Józefa Batorego.
W swoim przemówieniu pan Franciszek opowiadał o przykrych doświadczeniach z procesu kilku żołnierzy AK, jaki miał miejsce piątego października 1929 roku w sądzie wojskowym w Warszawie. „Niby polskim!”, jak zaznaczał, „A traktowali nas jak nieswoich rodaków!”.  Podzielił się smutnymi wspomnieniami dotyczącymi represji i nacisku, zarzucania zdrady stanu i zbywania wszelkich prób obrony zarzutem „mówienia nie na temat” oraz zawistnym podejściem do oskarżonych. „Jeden z nich”, mówił, „z tego samego roku był, co prokurator, ten sam kierunek w jednym czasie skończyli! I co? Student studenta by nie znał?”. Słychać było po mówcy, że widział wiele, przeżył niemało i wycierpiał "swoje", ale mimo wszystko zdaje sobie sprawę, że przetrwał dzięki wychowaniu i edukacji, czerpanych także od współwięźniów w celi, za czasów komunistycznych. Były żołnierz podkreślał siłę i niezłomność narodu polskiego, która pozwoliła jego pokoleniu wytrwać trudne czasy, lecz także wielką rolę nauczycieli w dziejach, którą uczniowie bacznie „recenzują”.

- Nauczyciele to inżynierowie dusz ludzkich! Spłacam dziś więc im należny dług, będąc tu dzisiaj z wami i przychodzę do was z przesłaniem, abyście na swojej drodze uczniowskiej i studenckiej zawsze szukali prawdy! Realizujcie testament przodków swoją codzienną pracą, bo wzorców macie co nie miara!  Macie wspaniałe miejsce na ich pomnik w umyśle i sercu!

W przemowie tej, przyjętej przez publikę z owacjami, nie brakowało jednak również przytyków do lewicowych europosłów i nazywania ich zdrajcami pokroju szlachty targowickiej, jednak przez wzgląd na  jego starodawne, fundamentalne wychowanie, pominę ten aspekt. Dziś chcę zastanowić się nad innymi jego słowami.
Gdyby zapytać pana Franciszka, czym jest patriotyzm, odpowiedziałby, że miłością do ojczyzny, o której wielu poetów i poetek napisało już niejedną strofę. Zofia Kossak-Szczucka w „Dekalogu Polaka”, Ignacy Krasicki w „Hymnie do miłości ojczyzny”, Antoni Słonimski w swoim wierszu o wszystko mówiącym tytule „Polska”…

Tylko JAK ten kraj w ogóle pokochać? Stronnictwa narodowe głoszą wokół dumne, górnolotne hasła, deklarują najwyższe poświęcenia dla idei, ale większość i tak ma to gdzieś. Praca, rodzina, życie prywatne – na co komu tu jeszcze jakieś niepotrzebne „ojczyzny” i „narody” wykreowane jedynie po to, by, z czym się w pełni zgadzam, móc kontrolować tłum, tak samo jak wiara,?
Pan Franciszek ujmuje to w ten sposób: „Żeby pokochać, trzeba wiedzieć dlaczego i za co, trzeba poznać historię własnego narodu. Żeby pokochać ojczyznę, trzeba być aktywnym członkiem społeczności narodowej, uczyć się, udzielać. Nie dzięki armii Polska przetrwała, lecz dzięki wyedukowanym ludziom: lekarzom, technikom, urzędnikom, nauczycielom, wykładowcom, historykom, księgowym…”.
Podczas pisania relacji długo myślałem nad tym czym dla mnie jest ojczyzna i czy z nią właśnie identyfikuję Polskę. Doszedłem wówczas do wniosku, że w zasadzie…niczym.

Dla mnie liczą się przede wszystkim ludzie. Staram się znajdywać wspólny język w wielu kwestiach, szukać drogi porozumienia, możliwości współpracy ponad różnicami kulturowymi i podziałami. Jestem wyznawcą idei jednej społeczności świata, bez wielkich barier, które trudno przeskoczyć, takich jak zaszłości historyczne, odmienne religie oraz uprzedzenia i stereotypy z nimi związane.  W godzinie próby postąpiłbym „jak (naprawdę) trzeba”: walcząc wraz z innymi o przeżycie w cywilu, kryjąc się, byle zachować swoje umiejętności na czasy pokoju. Chwyciłbym za karabin, lecz nie po to by zginąć jak mięso armatnie w wojskowym szeregu, a do obrony swojego domu, kryjówki, rodziny. Gdy myślę o sobie jak o Polaku, nie mam żadnych emocjonalnych powiązań: nie jestem ani dumny, ani nie jest mi z tego powodu przykro. Każdy kraj przecież miał swoje momenty wzlotu i gwałtowne upadki. Polska sporo wycierpiała i dzięki pewnym zbiorowościom odzyskała niepodległość, ale gdyby nie inne z kolei, nigdy ten kraj nie musiałby powstawać po upadkach, wytaczając krew swoich obywateli raz za razem. Zawsze kibicuję "naszym", jesteb zadowolony, gdy wygrywamy, odnosimy sukcesy sportowe, naukowe, kulturalne, ale jestem przeciwny przesadnemu podkreślaniu "znaczącej" roli Polaków. "To Polacy pierwsi to", "Polacy jako jedyni tamto", "To Polak coś wymyślił!", "polskie wyroby dominują europejski rynek czegoś!"  
Cieszę się, że mówię po polsku, ale jedynie dlatego, że ten język umiem najlepiej; mówię nim przecież od urodzenia, tak jak wszyscy. Gdyby trzeba było nauczyć się innego „na dłużej”, nie byłoby to problemem.

A jednak traktuję patriotyzm i chociaż niewielkie przywiązanie do swojej ojczyzny jako zło konieczne. Nie będzie nigdy sytuacji, w której rządy upadną, a ludzie całego świata porzucą to, co mieli "zakorzenione". Nie stworzy się jeden naród ziemski, nigdy nie będzie wspólnoty bez barier i uprzedzeń. Jeśli jeden kraj się rozwiąże, jego miejsce zajmie inny. Na takim świecie się urodziliśmy, w już uformowanych granicach, z już ustanowionymi granicami. Otrzymaliśmy imiona, nazwiska, przypisano nam narodowość urodzenia. Musimy sympatyzować, utożsamiać się z Polską, czuć się Polakami. Urodziliśmy się tu, prawdopodobnie tutaj też umrzemy. Koniec końców nasz kraj nie jest taki zły, nie ma aż tylu momentów w historii, za które powinien się wstydzić. Mamy z czego się cieszyć, mamy co świętować, mamy czego się wstydzić, za co przepraszać i dziękować. Powinno się więc, jeśli nie kochać, to przynajmniej lubić Polskę. Niekoniecznie oddawać życie, poświęcać za sprawę, lecz uczyć się i pracować nad sobą i starać się wpływać na społeczność, działać w lokalnych "małych ojczyznach"; Polska to dom, kiedyś w pewnym celu przez kogoś postawiony, o który teraz przyszło zadbać i nam. Jeśli my sami tym się należycie nie zajmiemy, szybko staniemy się bezdomnymi, którym "tymczasowego" schronienia udzielą sąsiedzi. Jaki jednak sens mieszkania w miejscu, na które nie ma się wpływu? 


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]