Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Blaski wielkiego miasta 2020-01-29

Czyli jak wyzbyłem się "małomiasteczkowości"

Za każdym razem, gdy wracam do swojej małej mieściny, czas nagle wyrzuca mnie paręnaście lat wstecz. Jedno kino z kilkoma filmami i jednym seansem dziennie na miesiąc, jedna czynna kasa na dwuperonowym dworcu PKP, stara, drewniana wiata autobusowa, małe, ale zakorkowane jak wino w piwnicy ulice, niemal wiekowe budynki, z uporem maniaka upiększane, by choć trochę nie trąciły myszką. Jedna galeria miejska, jeden duży Kaufland, jedna mniejsza galeryjka i niewielkie sklepiki, co rusz zamykane i na nowo pod inną nazwą otwierane. Ubogo rozwinięta komunikacja miejska. No i mój pokój - mała, ciasna klitka, w której ledwie mieści się szafa, regał, łóżko, biurko i krzesło obrotowe, że nie wspomnę o jego składzikowej roli w przechowywaniu garniturów czy koszul innych członków rodziny, które nie mieszczą się w pokoju brata ani salonie/pokoju rodziców.
A przecież jeszcze kilka lat temu nie dostrzegałem tej nudy, szarości i biedy mojego małego zadupia. Żyłem w tej dziurze od urodzenia, nie potrafiąc sobie wyobrazić, że mogłoby być coś lepszego, aż nadeszły studia w Krakowie i nagle perspektywa obróciła się od 180 stopni. TO było to! Teatry, kina, muzea, parki, kluby erpegowe, ludzie o szerokich zainteresowaniach oraz poglądach, środowiska w których można działać i się rozwijać! Społeczności, którym nie wystarczy tylko "byle pracować i potem przy kabaretach się przed telewizorami wieczorem pośmiać". Wyższe sfery, wyższa kultura, większy świat i szerokie spektrum możliwości rozwoju, że nie wspomnę o ludziach, którzy obyci są w ubiorach i nie chodzą latem po mieście w krótkich spodenkach jak ostatnie wieśniaki. Na bogów, szanujmy się i miejmy trochę powagi dla miejsc publicznych!

Możecie twierdzić, że przesadzam, że zbyt wiele się spodziewam, ale gdybyście tylko tak jak ja umieli poczuć swobodę wielkiego miasta, sami przyznalibyście mi rację. Wystarczy przynajmniej kilka miesięcy, by oswoić się, przystosować, a potem czerpać z ogromu rozrywek i ścieżek rozwoju tak dużego miasta. Do mojej małej "klitki" czuję pewien sentyment, jednak za nic w świecie nie chciałbym wracać do niej na stałę, by znów się dusić tą ubogą, zamkniętą atmosferą kulturowego zaścianka.
Możecie bronić "walorów" mniejszych miejscowości, obstawać przy melanżach klubowych, domówkowych posiadówkach i sąsiedzko-rodzinnych grillach jako najlepszych z niewielu form spędzania wolnego czasu. Nie mówię, że jest to złe, nie krytykuję, nie oceniam. Jeśli wam to wystarczy, jestem w stanie to przyjąć do wiadomości. Nie każdy przecież odnalazłby się w wielkim mieście tak jak ja, nie każdy popłynąłby z prądem i niejako fascynacją ku nowym drogom, oferowanym przez większe społeczności, dużo bardziej otwarte ideowo niż zamknięty we własnym sosie, konserwatywny zaścianek.
Możecie mówić, że obudził się we mnie syndrom małej miejscowości, że czuję się gorszy, a w istocie moje postrzeganie rodzinnej dziury nie jest znów takie najgorsze. Nie czuję się z tym źle, w końcu każdy się gdzieś urodził i mieszkał długi czas, lecz gdy już raz zasmakuje się prawdziwego życia w większym mieście, nic już nigdy nie jest takie samo. Podczas zapoznawania się z alternatywami, chłonąłem wszystko, stopniowo rozwijając moje podejście do wielu rzeczy, idee dla mnie ważne oraz umiejętności pisarskie. Nie chciałem się dopasować, nie czułem potrzeby nagłego przystosowania się, lecz samodzielnie, świadomie i z przyjemnością nabierałem nowych doświadczeń, ucząc się przy okazji utrzymywania pewnego stylu i klasy w nawet codziennym ubiorze oraz zachowaniach.

Jestem na tym etapie życia, gdzie taka swoboda jest mi potrzebna, choć nadal, paradoksalnie, marzyłaby mi się samowystarczalność, znalezienie balansu między życiem cywilizacyjnym a korzystaniem z uroków natury. Ale to kiedyś, być może kiedyś rozwinie się to w coś bardziej przemyślanego, konkretnego, spójnego. Póki nadal przynosi mi to pewną satysfakcję, będę więc upatrywał zaspokojenia w krakowskiej wolności i już nigdy nie spojrzę na moją rodzinną, choć ograniczoną, starą i brzydką kropeczkę na mapie jak na coś, w czym chciałbym się odnaleźć za "X" lat.



Sztuka Wychowania, czyli jak sadzić latorośl 2020-01-25


WYCHOWAĆ czy WYHODOWAĆ?

Zaczyna się od prawdziwego szoku porażeniowego, gdy jak grom z jasnego nieba z ust kobiety padają trzy słowa: "Jestem w ciąży". Ekscytacja, niedowierzanie, szaleństwo i miłość złączone w jedno, dziwaczne uczucie. Na całe szczęście, piszę jedynie na podstawie własnych wyobrażeń, bo ojcem nieprędko (jeśli w ogóle) zostanę.
Życie faceta nagle spowalnia, jednocześnie piętrząc jego wysiłki fizyczne jak i mentalne. Nie tylko musi zrezygnować ze swoich planów kupna nowej deski surfingowej, wspólnego wypadu na Seszele czy wolnych weekendów, jeśli takimi się do tej pory cieszył. Od "teraz" musi zapierdzielać jeszcze więcej, zaś wszelkie oszczędności odkładać na nowy pokój dla dziecka, kołyskę, ubranka, pieluchy, zabawki i inne, równie potrzebne, pierdoły. W domu zaczyna dbać o swoją kobietę, która przeżywa istną huśtawkę nastrojów oraz karuzelę smaków, począwszy od nagłego apetytu na lody czy ogórki, a skończywszy na fetorze wymiocin. Prócz jej, i tak już zbyt dużego, brzucha oraz (oby i tak słusznego rozmiaru) piersi, rosną również jej wymagania, żądania i nagle comiesięczna tykająca bomba wydłuża licznik na 3/4 roku. Wtem: ból, wodospad, szybki transport obiektu na porodówkę, poprzedzony kurwicą i bluzgami na debili, blokujących ruch oraz chujowy system nawigacji świetlnej, nerwy w szpitalu, aż wreszcie jest: na świat przychodzi prawowity dziedzic, spadkobierca tytułu, nazwiska, kontynuator linii rodowej i kolejna gałąź drzewa genealogicznego. W średniowieczu mężczyzna cieszyłby się jedynie z syna, jednak, na całe szczęście, dziś córka jest równie wyczekiwana (choć ewentualne "problemy" z późniejszą orientacją i tożsamością płciową wynikną w trakcie wychowania, a nieraz nawet i po; przejdę do tego później).
Wtedy to zaczyna się kilkanaście najgorszych lat  i jednocześnie (podobno) równie wspaniałych w życiu każdego faceta: wychowanie dzieci. Najpierw jest tylko nieprzyjemnie i nieznośnie, ot płacz w środku nocy, stały nadzór, zabezpieczanie domu i wymiana pieluch kilkanaście razy dziennie. Gorzej, gdy dzieciak podrasta i trzeba mu kupować zeszyty, piórniki, kredki, podręczniki, aż dochodzi do wieku dojrzewania i zaczyna wszystkich wkoło wkurwiać swoją buntowniczą naturą. "Nie pojadę tam!", "Sama se to zrób!", "Dlaczego mam cię słuchać?" etc.

I tu przechodzimy do najistotniejszej kwestii mojego wpisu, nad którą wielu rodziców się głowi po dziś dzień: JAK wychować swoje dziecko? Trzeba zdecydować mądrze, życie to przecież nie symulator, który można zresetować i zacząć grę od początku!
Weźmy pierwszy przykład, który dla wielu zamyka sprawę już na starcie: "Dyscyplina to podstawa, zmuszać, tyrać, nie pozwalać na zbyt wiele, to się przyuczy co wolno, a czego nie! JA mu daję żreć, JA za niego odpowiadam, więc JA mu rozkazuję!". Wolność? Jaka wolność? Dziecko robi tylko to, co do niego należy już od pierwszych lat, skacze na sznurku po słupkach niczym młody wiedźmin na treningu w Kaer Morhen. Ograniczony termin na wszystko, ustalony odgórnie grafik, minimum czasu wolnego, rozrywki wyznaczone i dozowane przez rodzica. Skutek? Albo poddańczy sługus, zaprogramowany na czczenie wskazanego wcześniej bóstwa, obracanie się wśród wskazanych środowisk, własne zdanie, będące kopią przekonań rodzica. Może z tego wyniknąć człowiek sukcesu, wyedukowany, z dyplomami, paskami albo na świadectwach, albo na dupie. Aspirujący wysoko, lecz bardziej ze strachu przed rodzicami, którzy wiecznie mu coś nakazują, sądząc, że "wiedzą lepiej". "No jak to ma się nie słuchać?", mówią, "Przecież skoro MI się to udało i mnie ojciec też tak prowadził, to NA PEWNO on też mi kiedyś za to podziękuje, choćby mi beczał po nocy i nienawidził za to!". Pierwsza skrajność, przesada, urabianie sobie swojego golema, wykonującego polecenia i mierzącego w aspiracje, których często spełnić nie udało się rodzicowi. Opiekun nie naprowadza, lecz prowadzi za rączkę. A gdy go w końcu zabraknie, może się okazać, że ci bardziej ufni wychowankowie obudzą się z ręką w nocniku. Bez ciągłego wskazywania drogi, nie będą w stanie sami wyznaczyć dla siebie dalszych kroków.  Nieważne jednak jak sytuacja się potoczy, bo takie wychowanie jest z gruntu skazane na pewną porażkę, jeśli chcemy, by dziecko pałało do nas prawdziwą miłością i  szacunkiem, jednocześnie coś osiągając. 
Przypadek numer dwa: dziecko pozostaje w pełni liberalne, wolne. Może robić co chce, kiedy chce, gdzie chce, nie stosujemy praw ani obowiązków, niech samo o sobie decyduje. Nie nadajemy mu żadnych wartości, nie nakierowujemy, nie jesteśmy dla niego przykładem. I tak, albo dziecko będzie ogarnięte, rozsądne i mądre, by samemu rozpoznać z różnych innych źródeł co dla niego mogłoby być dobre, albo pogubi się, wpadnie w środowisko, które zamiesza mu w głowie, wyklaruje jeden słuszny pogląd lub, co gorsza, wciągnie w szemrane interesy i coraz to większe kłopoty, z których nie tak łatwo będzie się już wydostać. Tutaj granica między patologią a wieloma skrajnościami jest cienka jak lód. Gdy zabraknie opiekuna, zabraknie jedynie źródła finansowania. Jeśli dziecko samo, bez większego nadzoru nie zaopiekuje się sama sobą, zacznie, najprawdopodobniej, rościć sobie pretensje o prawa poddańcze w stosunku do swojego kraju i wszystkich innych, bo coś będzie mu "należne".
No i wreszcie: przypadek utopijny. Rodzic wyznacza pewne granice, dąży do zrozumienia własnego dziecka, naprawdę chce dla niego jak najlepiej. Pomaga mu i wspiera, szanując jego wybory, przestrzegając przez konsekwencjami, możliwymi zagrożeniami, ale i pozostając przy nim w razie porażki. Coś na kształt mojego dziadka, który, gdy miałem kilka lat, zabierał mnie do parku na jazdę rowerem i gdy wreszcie dałem mu się przekonać do zdjęcia dodatkowych kółek, stał z boku i obserwował. Rodzic w tym wypadku respektuje zarówno konstytucję, która daje mu prawo do wychowania dziecka wedle własnych przekonań, jak i prawo owego dziecka do decydowania o własnych przekonaniach politycznych, wyznaniu, etc. Dziecko dojrzewające wyrabia w sobie nowe poglądy, dostrzega różne alternatywy, w jego życiu pojawiają się zaś nowe alternatywy, możliwości i grupy. Rolą opiekuna jest wtedy nie tylko jedynie przestrzec swoją pociechę o tym, czego powinien unikać, ale przede wszystkim ukazywać dobry przykład. I, paradoksalnie, nie potrzeba tu wiele. Wystarczy, że dziecko spojrzy na swojego ojca lub matkę i dostrzeże kochającego człowieka, dbającego o członków rodziny, niepoddającemu się własnym trudnościom i bolączkom. Gdy trzeba rzucić wszystko w cholerę, pojedzie i załatwi coś dla nas niemożliwego, choć prawdopodobnie nie sprawi mu to przyjemności. Metaforycznie jednak rzecz ujmując, poda dziecku materiały i pomoże mu zrobić z nich wędkę, by przez chwilę z nim połowić i później oddać przynętę w jego młode dłonie, mówiąc jednocześnie o tym jak odróżnić jedne ryby od drugich. Nie naciska, nie daje się ponosić własnym przekonaniom ani ambicjom.

Oczywiście są jeszcze inne przypadki, bardziej patologiczne. Nie zawsze też dziecko jest wychowywane przez prawdziwych, biologicznych rodziców z różnych przyczyn, stąd mój wcześniejszy zamiennik na słowo "opiekun". Często słyszy się o konfliktach, które rodzą się ze zbieżnych dróg rodzica i pociechy: ojciec katolik, a syn ateista lub, "jeszcze gorzej", muzułmanin. Matka hetero, ale córka okazuje się być lesbijką, lub, znów "co gorsza", mówi że czuje się bardziej mężczyzną. Albo dzieciak do domu sprowadza jakąś czarną lafiryndę z kutasem między nogami lub bez - no jak to tak, w Polsce?! "Zachód swe plugawe pazury sięga już po nas, kraj umiera. Pedały same w koło, homosie, ateiści, islamiści, czarnuchy, ha tfu!". I wtedy nagle zaczynasz zadawać sobie pytanie o swoje dzieciństwo, cofasz się pamięcią wstecz i szukasz przejawów takiego zachowania w przeszłości. Chyba że nie musisz, bo dobrze wiesz jak potworne wymuszenie poglądów cię spotykało cały czas, na każdym kroku. "Jak ty się ubierasz?!" , "Gdzie znowu leziesz?!" , "Nie będziesz mi się szlajała z tym i tamtym!". Krytyka wszystkiego, co nie-białe, nie-polskie, niemoralne i nie-chrześcijańskie, bez jednoczesnej umiejętności wyróżnienia prawdziwych znaczeń tych pojęć.
Ja mogę nazwać się szczęściarzem. Tak mama, jak i tata mnie zawsze wspierali. Gdy przestałem chodzić do kościoła, byli zaskoczeni przez krótki czas, ale szybko dali spokój. Gdy miałem pierwszy kryzys z Kejt (pamiętny i zasrany zarazem luty 2013), mama ze mną porozmawiała. Gdy po raz pierwszy (w 2003) i po raz drugi złamałem rękę (znów w 2013, o ironio!), tata jeździł ze mną po szpitalach, a potem po rehabilitacjach. Zawsze spokojnie rozmawiał, tłumaczył, uświadamiał. Wybuchał gniewem, gdy na to zasługiwałem, ale nigdy nie uciekał się do przemocy (szlaban na kompa i dostawy internetu były maksymalnym wyrokiem jak dla mnie i brata). Wspierali mnie cały ten czas i wiele im zawdzięczam.
Wiem jednak o kilku przypadkach osób, których  rodzice nie byli nigdy gotowi pogodzić się ze swoją "porażką", zwłaszcza gdy moi znajomi i znajome nie przejmowali po nich schedy katolicyzmu i nie stosowali się do ich "cennych" uwag. Ponownie, "Jeśli coś jest DLA MNIE dobre, dla ciebie będzie tym bardziej! Przecież jesteś moją córką!".  I jak wtedy przetłumaczyć opiekunowi, pomóc mu pogodzić się z prawdą, jednocześnie wskazując, że wybór własnej ścieżki nie przekreśla miłości i szacunku jakim ich darzymy? Ich dziedzictwo nie idzie się chrzanić, bo nauczyliśmy się od nich wielu rzeczy. A choćbyśmy nawet bardzo się starali do nich upodobnić, nigdy nie będziemy przedłużeniem ich jestestwa i to ONI powinni odkryć tę prostą prawdę. Czasem się to udaje, w końcu następuje międzypokoleniowa zgodność rodzinna. Częściej jednak, aż do końca swych dni, rodzic nie będzie w stanie przeboleć porażki wychowawczej, nawet jeśli spojrzałby na córkę, która zdobyła pracę i jest w stanie utrzymać nie tylko siebie, ale i swoją nową rodzinę (tu dochodzi jeszcze aspekt zazdrości, szukania coraz większych możliwości dalszego nadzoru i wchrzaniania się w życie, jeśli mamy wariant nr 1).  

Nie wszyscy rodzice rozumieją swoje dzieci, tak jak nie wszyscy wychowankowie będą mogli dostrzec pełną perspektywę swoich opiekunów. Cały szkopuł tkwi jedynie w tym, by szukać dróg pojednawczych, wspólnych punktów odniesienia i starać się przedstawić oraz udowodnić słuszność własnych wizji dalszego rozwoju. A jeśli i to okaże się za mało, można przynajmniej starać się wybaczyć sobie nawzajem, udawać, że to nie istnieje i żyć dalej, w nadziei, że bomba, odpalona kilkanaście/dwadzieścia/trzydzieści lat temu nagle nie pieprznie, trzęsąc całym drzewem w posadach.


SW: The Rise of Skywalker (2019) - (un)happy end? 2020-01-04

[BEZ SPOILERÓW!]
Ojej...Jak by to powiedzieć i nie skłamać...
"The Force Awakens" J. J. Abramsa było dobrym filmem. Bardzo odtwórczym, niezwykle bezpiecznym (jako powrót do filmowej serii po latach), ale jednak dość zadowalającym. Nowa, podrasowana wersja "Nowej Nadziei" okazała się lekkostrawna, choć oczekiwania względem kontynuacji były tym większe. Dwa lata temu nadszedł "The Last Jedi" od Riana Johnsona i mocno podzielił fanów. Wielu skrytykowało ów film, jednak dla mnie była to jedna z najlepszych części sagi Star Wars, zaraz za "starą trylogią" i przed prequelami. Swoje zdanie podtrzymałem także po ponownym seansie w grudniu, na kilka dni przed seansem ostatniej części nowej trylogii. Jasne, scena w kantynie była niepotrzebna, dużo lepsze, w mojej opinii, byłoby skupienie się na wątku ucieczki Rebelii 2.0 oraz, nadal świetnie zrealizowanym, szkoleniu Rey przez Skywalkera. Wizualnie film ten był perełką, scena walki ze strażnikami Snoke'a u boku Kylo (po nieoczekiwanym ukatrupieniu przywódcy) wraz ze "sztuczką" Luke'a na końcu miały w sobie napięcie. Po czasie pogodziłem się nawet ze śmiercią mistrza Skywalkera, zrozumiawszy z czego mogło wynikać jego zjednanie z Mocą.

Tymczasem teraz moje myśli kłębią się jak mgła wokół statków Imperatora za każdy razem, gdy próbuję ogarnąć "The Rise of Skywalker", nową część "Gwiezdnych Wojen", do której wrócił J. J. Abrams. Przyznać muszę, że już od trailerów czułem, że zbiera się na coś niedobrego. Zajawki mi się podobały, śmiech Imperatora i prezentacja na Star Wars Celebration były bardzo obiecujące, a jednak miałem pewne obawy co do tego filmu i okazuje się, że intuicja mnie nie myliła.
W filmie tym akcja pędzi na łeb na szyję już od pierwszych minut. Seans tak bardzo się spieszy, że nawet w napisach początkowych, słynnym "Star Wars crawl", dostajemy informację o wielkim ujawnieniu się Imperatora, który wysłał złowieszczy komunikat do wszystkich w Galaktyce. To, jaka jest jego treść, wiedzą jedynie ci, którzy grali w "Fortnite'a" lub wyszukali to na YouTubie, gdyż w filmie niestety tego nie ma. Nie spodziewajcie się również odpowiedzi na wiele pytań, w tym to w jaki sposób Imperator przetrwał upadek do reaktora w nowej Gwieździe Śmierci z epizodu VI. Tutaj on po prostu jest, nagle ma do dyspozycji wielką flotę (ukazaną w trailerach) i blady strach pada na wszystkich, którzy mu nie ulegną. Są, naturalnie, pytania, na które poznajemy odpowiedzi, jednak są one (szczególnie ta, dotycząca pochodzenia Rey), kontrowersyjnie zaskakujące. Zakończenie natomiast jest  najbardziej dyskusyjnym i z pewnością sprzecznym z pewnymi ustanowionymi przez film racjami. Cała reszta to uporczywa próba niweczenia tego, co przygotował wcześniej Rian Johnson. I choć pewne fabularne zagrania miały potencjał  kontynuowania ewolucji postaci, wszelkie wysiłki zostały zaprzepaszczone nie tylko powtórką "Powrotu Jedi" (czego się spodziewałem), ale zrobienia filmu-sklejki "The Best of Star Wars" ze wszystkich filmów "starej trylogii" oraz "prequeli". Fan uniwersum wszystkie te smaczki wyłapie i przez to film może się niejednej osobie spodobać, niestety tzw. fan service nie jest tu tak znośny i nie działa tak dobrze jak chociażby w "Avengers: Endgame". Sceny, które miały pewne znaczenie w poprzednich częściach, tutaj są tylko nawiązaniem, powtórką dla samego wspominania. Wygląda to mniej więcej tak, że siedzimy na sali kinowej i myślimy: "O, ten zrobił to, tak samo jak tamten w takim epizodzie!", "O, Imperator powiedział swój memiczny tekst z trzeciego epizodu!", "O, ten dostał tamto! Jaki miły gest!". W zależności od podejścia, owe myśli mogą mieć sarkastyczny, pełen zażenowania, albo autentycznie entuzjastyczny wydźwięk.

Wspomniałem wcześniej o zmianach, poczynionych przez Abramsa. Cóż, Disney i reżyser musieli się przestraszyć, więc lekko "poprawiono" ostatnią część trylogii, na którą nie było planu właściwie od części nr 7. Wkurzała was Rose w "Ostatnim Jedi"? Spokojnie, tutaj powie tylko kilka słów i nie będzie jej wiele na ekranie. Nie lubicie aspektów homo? Dobrze, Poe i Finn dostaną dziewczyny. Och, jednak jesteście za związkami partnerskimi? Damy wam dwie nieistotne kobiety, które pocałują się na końcu przez chwilę. Johnson zabił mi głównego złego Snoke'a w ósmym epizodzie? Dobra, zadzwonimy po Iana McDiarmida, póki jeszcze żyje, wskrzesimy Imperatora mimo tego, że przez to traci na znaczeniu poświęcenie Anakina Skywalkera w szóstym epizodzie. A pamiętacie scenę z portalami w "Endgame"? No to zrobimy wam podobną i też będą emocje na sali kinowej!
Cóż...emocje w istocie były, ale chyba nie takie, jakich twórcy się spodziewali.

Co jednak, poza potencjałem na wątki, było tu dobre? Muzyka Johna Williamsa jest klimatyczna i dobrze oddaje charakter danej sceny, choć nie wyłapałem swym czułym słuchem ani jednego charakterystycznego dla tego filmu (ani całej trylogii) utworu. Nic tak wybitnego jak "Duel of Fates", "Battle of Heroes",  "Imperial March" czy "Force Theme" ze starej trylogii  oraz prequeli. Pojedynki na miecze świetlne zostały naprawdę dobrze zaaranżowane, zaś pewne planety są miłe dla oka. Kolorystyka jest odpowiednio skontrastowana, kolory żywe lub biało-szarawe (w zależności od lokacji), a projekt nowych postaci interesujący. Najlepszą postacią poboczną jest zaś pocieszny kosmita-mechanik, imieniem Babu Frik, gdyż nowy droid D-0 nie ma w sobie niczego interesującego.
Podsumowując, "The Rise of Skywalker" to nie najlepsze zakończenie zarówno trylogii VII-IX, jak i całej serii filmów. Z pewnością jakieś produkcje z tego uniwersum jeszcze powstaną, aczkolwiek Disney, według doniesień, póki co skupia się na serialach, wśród których tryumfy oglądalności i pozytywnych opinii święci "The Mandalorian", o którym na pewno zrobię wpis na dniach. Co się tyczy zaś epizodu IX, jestem rozczarowany. Nie spodziewałem się wiele, a mimo wszystko otrzymałem film szybki, niepozostawiający wiele czasu na spokojne rozmowy i przekaz emocji, który stawia bardziej na sentyment niż poszanowanie konsekwencji i odważne rozwijanie wątków po swojemu. To przykry skutek niepowodzenia, wynikającego ze strachliwego powrotu do bazowych, w miarę dobrze przyjętych założeń po katastrofalnym pierwszym kroku w nowym kierunku.



BILANS ELVENOORA 2019 2020-01-01

Pora się rozliczyć. Znowu.

Tym razem wyjątkowo nie o północy. Bo tak. W  tym miejscu chciałem napisać jeszcze jakiś zmyślny wstęp, niczym w jednym z moich opowiadań, napisanych dla Pernelle, ale chyba nie ma to sensu. Nie wiem czy w ogóle taki styl jest wskazany przy tego typu wpisach, czy jest pożądany przez czytelników, dlatego - przynajmniej teraz - darujmy to sobie.
Rok 2019 minął ponad 22 godziny temu. Czy udało mi się osiągnąć to, co na tamten czas planowałem? Czy ruszyłem któryś z owych planów choć raz? Czy w jakikolwiek sposób rozwinąłem swoje umiejętności przez ostatnie 365 dni? Po kolei.

Krok pierwszy: "zdać studia dziennikarskie" - zaliczony, z palcem w odbycie. Piątka z pracy licencjackiej, do tego wyróżnienie. Cały okres studiów przyniósł mi wiele doświadczeń, poznałem kulisy pracy dziennikarskiej oraz miałem okazję spróbować się w praktykach prasowych. Choć mój warsztat uległ poprawie, wiem na co zwracać uwagę w swoich tekstach, jak bawić się formą i w jakich gatunkach się sprawdzać, nie zrobiłem z tym absolutnie nic. Ciągle myślę nad kierunkiem w jakim chciałbym to pociągnąć dalej, ale o tym w planach na ten rok. Póki co, sukces, mam "papier", którym jednak, tak naprawdę, mogę się podetrzeć. Mój wybór, moja decyzja. Taki okres był mi potrzebny, choć jego praktyczność od początku była znikoma. Mogłem już od początku iść, jak moja koleżanka, na studia z psychologii. Miałbym wówczas pięć lat do tyłu zamiast trzech, ale i większą szansę znalezienia pracy. Na takowe studia miałem iść w październiku, jednak, jak zwykle, oświeciło mnie na ostatnią chwilę, że musiałbym się z tym pierdolić przez długi czas w weekendy, od rana do wieczora, zaś w tygodniu wykańczałaby mnie praca i nie miałbym ani czasu, ani chęci  na nic.
Krok drugi: "umawiać się częściej z Pernelle w Katowicach" - zaliczony. Spotykamy się, co prawda, dwa-trzy razy na rok, ale nadal jest to dobra częstotliwość. Tym bardziej, że wszystko może w tym kierunku pójść ku lepszemu, zważywszy na ciepłe przyjęcie mojej osoby przez rodzinę Pernelle. Miałem okazję porozmawiać z jej przemiłymi rodzicami, poznać nestorkę rodu, a także pospacerować wraz z moją ukochaną po cichej okolicy.
Tyle, jeśli chodzi o cele najważniejsze.

We wrześniu przez kilka dni pracowałem w call center InPostu, po czym zrezygnowałem z tej roboty. Miałem serdecznie dość nie tyle notorycznych poprawek, uwag co robię źle, co podejścia firmy do klienta, któremu, mimo jego roszczeniowego tonu, muszę tłumaczyć jak dziecku, że nie mogę zrobić nic więcej poza zgłoszeniem danej sprawy do oddziału. Jedyny plus jest taki, że poznałem procedury firm kurierskich i przekonałem się, że praca w ich infolinii to godzenie się na robotyzację i traktowanie jak śmiecia.
Po InPoście zaś...cisza. Czytałem ksiązki, oglądałem filmy, zgłębiałem interesujące mnie dziedziny filozoficzno-teologiczne, wysyłając jednocześnie CV tylko po to, by nie otrzymać ani jednego zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną. Urzędy, recepcje, staże w księgowości - nic, absolutne zero. Po powrocie do Krakowa wyrobię sobie od razu badania sanepidowskie. Zwlekałem z tym dość, ale najwidoczniej bez tego wiele zawodów stoi przede mną zamkniętych.
Nie zamierzam także pchać się w studia magisterskie. Po kilku rozmowach widzę, że i bez tego mogę dostać pracę, która po kilku latach może zaowocować sukcesem zawodowym, zaś nauczyć się można także przez różne szkolenia, staże etc. Jeśli znajdę jakieś ciekawe, na pewno się ich podejmę, jednak studia konwencjonalne odpadają.
Chcę mieć czas, do jasnej cholery! Chcę pracować w tygodniu ustaloną liczbę godzin i mieć po pracy wolny czas, zwłaszcza weekendami. Nie będę rezygnował z książek. Nie będę rezygnował z kina. Nie będę rezygnował z bloga i własnych zainteresowań z powodu zapierdolu życiowego. Bohdan już tak ma i ledwo wyrabia, lecz ja za takie coś podziękuję.

W 2018 roku zacząłem grać w papierowe RPG. Uczestniczyłem w jednej sesji z jedną drużyną, po czym zgłosiłem się do innej, by rozegrać kampanię w Numenerze (docelowo) i spróbować nowego systemu Łukasza, mistrza gry. Niestety w marcu 2019 zrezygnowałem z tego ze względu na pisanie pracy licencjackiej i coraz większe wypalanie tym systemem. Jesień była dla mnie bardziej łaskawa: poznałem cudny system Call of Cthuhlu, obejrzałem wiele sesji w internecie i rozegrałem osobiście dwie pojedyncze przygody. W roku 2020 chciałbym jednak zmienić strony i samemu zająć się organizowaniem sesji. Innymi słowy, chcę napisać swój pierwszy scenariusz, rozegrać go i oficjalnie stać się Mistrzem Gry. Zdecydowanie lepiej niż wcielanie się w bohatera i improwizowanie, idzie mi opowiadanie historii, o czym nieraz przekonała się Pernelle. Umiem dobrze pisać, nie ma co!
Muszę także zacząć dbać o siebie. Przede wszystkim za realizację moich planów: choć wpisy o mediach publicznych już na blogu są (udało mi się na Święta do nich przysiąść), wciąż zostały złożona notka o cyborgach, SI, kreacji sztucznego życia oraz  analiza tego tematu w kontekście różnych filmów. Drugorzędne znaczenie ma moja fizyczność. Nie myślę od razu o siłowni czy o uprawianiu sportu, jednak na pewno przyda się zbilansowanie diety i stopniowa rezygnacja z cukru. Nie chcę odstawiać słodkości i innych smakowitości całkowicie, jednak zdecydowanie muszę przemyśleć nawyki żywieniowe.

Ostatni kwartał 2019 roku był stagnacyjny. Nie działo się u mnie nic szczególnego, nie rozwinąłem się, nie ruszyłem do przodu, nie zaczerpnąłem z życia tyle, ile powinienem. Rok 2020 będzie jednak szczególny, czuję to. Mam jednak nadzieję na szczęśliwy splot nici Losu, rozruch i przynajmniej chwilową stabilizację mojego życiowego napędu. Przydałoby się mi wreszcie ruszyć także kilka  niezrealizowanych projektów (vlog na YouTube, własna platforma blogowo-vlogowa), ale w tej chwili staje to pod znakiem zapytania. Z jednej strony, blogi wymierają, ludzie przerzucają się na wideo, lecz z drugiej liczba materiałów na YouTubie wzrasta odwrotnie proporcjonalnie do czasu, jaki ludzie poświęcają na oglądanie i wprost proporcjonalnie do liczby nowych kanałów. Przemyślę to jeszcze, być może.

Krótka statystyka:
Nowe notki: 53. O dwie więcej niż rok temu.
Wyświetlenia: 264956; przyrost: 46938, średnio: 129 wejść dziennie.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]