Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

TOP 12 filmów 2019 roku 2019-12-31

Czas to rozstrzygnąć!

Zaczynamy moje coroczne zestawienie najlepszych filmów minionego roku. Która produkcja zachwyciła mnie najbardziej? Zapraszam do lektury!

12. "Faworyta" ["The Favourite"]

Zestawienie zaczynamy od filmu porywającego w każdym calu, począwszy od dworskich kobiecych potyczek o względy królowej po wyłącznie naturalne światło rozjaśniające wielkie pałacowe przestrzenie, ujęte techniką rybiego oka. Zgrabny dowcip, świetnie zarysowane postacie, zręczne zwroty fabularne i finalna satysfakcja na końcu seansu, a to wszystko zaserwowane nam przez trzy wyśmienite aktorki: Olivię Colman, Rachel Weisz oraz Emmę Stone, które znakomicie potrafią żonglować również sympatią widza. Z gracją przenosimy naszą uwagę od jednej do drugiej bohaterki, poznając ich prawdziwe motywacje oraz przemiany. Z pozoru, klasyczna dworska opowieść, jednak tak dobrze wygrana, że, mimo lekkich dłużyzn, jesteśmy zaciekawieni rozwoju wypadków aż do ostatnich minut.

11. "Trzy kroki od siebie" ["Five Feets Apart"]
Serce podpowiadało, bym rozszerzył listę TOP do jedenastu pozycji, rozum zaś zmuszał do ograniczeń. Postanowiłem więc ulec pierwszemu głosowi i wpuścić "Five Feets Apart" do głównego zestawienia, tym bardziej, że wkrótce potem zwiększyłem pulę jeszcze o jedną pozycję.  Dlaczego tak bardzo zależało mi na dodaniu go do listy? Ponieważ nareszcie otrzymaliśmy typowo-nietypową historię miłosną, w dodatku dotyczącą niełatwego w ukazaniu tematu, jakim jest uczucie między nastolatkami. Ponieważ między głównymi aktorami (Cole Sprouse i Haley Lu Richardson) czuć chemię, a sympatyzować możemy także z prawie każdą postacią drugoplanową (na czele z bohaterem Moisesa Ariasa, który chwyci was za serce). I wreszcie, ponieważ postacie odgrywane są naturalnie, utrzymują wiarygodne relacje, a ich dialogi nie są w żadnym stopniu przerysowane, teatralne. Wiele razy uśmiechniemy się, wiele razy poczujemy ciepło na sercu, ale równie wiele razy nasze emocje będą strzaskane przez smutek, a oczy pełne łez. To piękny, wzruszający, jednak przy tym równie mądry seans, który uczy nas o mukowiscydozie, aspektach choroby, leczeniu i procedurach. Główna bohaterka Stella wzorowana jest na prawdziwej dziewczynie, Claire Wineland, która w swoich vlogach dzieliła się swoim doświadczeniem, codziennością i wiedzą na temat choroby. Niestety, Claire zmarła na początku września 2018 roku, jednak Stella, jej filmowy odpowiednik, w pełni oddaje hołd jej osobie i działalności.

10. "Knives Out" ["Na Noże"]
Reżyser "Ostatniego Jedi", najbardziej odważnej części "Star Wars", dostarczył nam jeden z najciekawszych kryminałów ostatnich lat. Oto dostajemy posiadłość zamożnego pisarza historii detektywistycznych, który nie doczekał dnia po wieczorze swoich 85. urodzin. Pierwszy trop:  samobójstwo, jednak detektyw Le Blanc doszukuje się tu morderstwa. Podejrzani: wszyscy członkowie rodziny oraz imigrantka, pracująca jako służąca, która na kłamstwo reaguje (dosłownie!) odruchem wymiotnym. I tu, pierwszy przewrót: już w pierwszej części filmu otrzymujemy rozwiązanie całej sprawy, które powoli otwiera się na wielu barwnych bohaterów, dzieci sukcesu swojego ojca/dziadka, z których każdy miał wobec staruszka pewien dług.
Seans umiejętnie łączy klasyczne wybiegi i zagrania tego typu historii ze zgrabnym humorem, zabawą otoczeniem oraz intrygującymi, wyrazistymi postaciami (w których wciela się śmietanka aktorska najwyższej próby, m. in. Daniel Craig, Chris Evans, Jamie Lee Curtis, Michael Schannon, Toni Colette, Christopher Plummer czy - najjaśniejsza gwiazda spośród nich - Ana de Armas). Przez moment może nam się również wydawać, że nie będzie to typowy kryminał i już do końca śledzić będziemy zmaganie się pewnej postaci z ukrywaniem prawdy, lecz, jak to rzekł swym wyśmienitym akcentem Daniel Craig: "W tej dziurce donuta jest jeszcze mniejszy donut z własnym otworem". Zakończenie zaś jest w pełni zadowalające i idealnie domyka tę, wydawałoby się, prostą historię jednej, morderczej nocy.

9. "Vice" ["Vice"]

"Dowiedz się czego chce ryba, a wtedy wykorzystaj to, żeby ją złapać". Zaiste, Dick Chenney znał się na rzeczy, co doskonale pokazuje obraz Adama McKaya, reżysera odpowiedzialnego za "Big Short" z 2015 roku. Trzeba przyznać, iż czuć tutaj mocno styl tego twórcy, gdyż tak jak we wspomnianym filmie wszelkie ważne pojęcia czy role danych osobistości wyjaśnione są nam w prosty, przejrzysty sposób poprzez towarzyszącego filmowi lektora, którego tożsamości i zasobu wiedzy na temat bohatera filmu dowiadujemy się pod koniec.
"Vice" to seans społeczno-polityczny. W obrazowy i, niekiedy, przeraźliwy sposób, autorzy filmu ukazują nam mechanizmy wpływu na osoby rządzące zza kulis. Obrali dla tego celu wprost idealną postać - Chenney był "człowiekiem znikąd", znali go tylko ci, którzy "powinni", a jego wkład w działania gabinetu prezydenta Busha był ogromny. W głównej roli zobaczyliśmy Christiana Bale'a, który znów poświęcił się dla roli, przybierając znacząco na wadze i goląc włosy. Nie widzimy w nim aktora, lecz graną przez niego wyrazistą postać. Bez wątpienia jest to jedna z najlepszych ról aktorskich tego roku. Towarzyszą mu, równie znakomici, Steve Carell, Sam Rockwell, Amy Adams czy (narrator) Jesse Plemons, którego sporadycznie widywać będziemy na ekranie w różnych okolicznościach. Film ubarwia wciągający montaż i pomysły na aranżację scen: zarówno na modłę archiwalnych nagraniach, (jak np. ostatni wywiad Chenneya) jak również nieco abstrakcyjnych (scena "zamawiania" regulacji prawnych w restauracji).  Przy okazji dostaliśmy tu krótką, zabawną, lecz mocno prawdziwą scenę po napisach, znakomicie obrazującą trzy dominujące ugrupowania wyborców (nie tylko tych amerykańskich), którzy albo nie rozumieją/nie interesują się tym, co się dzieje, albo zajmują jedno z dwóch skrajnych stanowisk.

8. "Green Book" ["Green Book"]
Prościutka historia drogi, podczas której rodzi się przyjaźń między dwoma mężczyznami o zupełnie odmiennych charakterach i poglądach na życie: Tony Lip, imigrant z Włoch, gwałtowny, luzacki cwaniak z uprzedzeniami rasowymi oraz Don Shirley, czarnoskóry, ekscentryczny, dystyngowany, wycofany, lecz wybitnie uzdolniony muzycznie. Ich cel: odbyć trasę koncertową po najbardziej rasistowskiej części Stanów Zjednoczonych w najbardziej niesprzyjających ku temu czasach. W rolach głównych zaś świetni Viggo Mortensen oraz Mahershala Ali, między którymi czuć chemię dobrej relacji.
Jedno słowo, opisujące idealnie ten film to: "płynność". Włączasz go i odpływasz, unoszony jego niespiesznym, ale swobodnym, lekkim tempem, śmiejąc się z delikatnych, prostych, ale cholernie zabawnych dowcipów, a w kilku bardziej dramatycznych momentach solidaryzujesz się z bohaterami. Nie jest to najbardziej moralizatorski film świata, nie przekazuje żadnych większych prawd objawionych, lecz serwuje nam lekką, pocieszną opowieść z optymistycznym wydźwiękiem na koniec. Co w tym wszystkim najlepsze, historia ta została oparta na faktach.

7. "Us!" ["To My!"]
Pierwszy z dwóch  horrorów na mojej liście. Jordan Peele, twórca  "Get Out!" ["Uciekaj!"] dał nam po raz kolejny film nie tylko straszny, lecz przede wszystkim niepokojący (a uwierzcie mi, te dwa określenia niezawsze idą ze sobą w parze). Zwykła amerykańska rodzina zostaje zaatakowana przez swoje zdeformowane klony w trakcie swoich wakacji. Udaje jej się uciec, jednak Oni nadal depczą im po piętach. Fabuła prosta jak na horror, należy przyznać. Cały "myk" jednak w tym jak to jest wygrane.
Wizualia, zwłaszcza czerwone stroje ze skórzanymi rękawiczkami, przyciągają oko, aranżacja wielu scen (zwłaszcza taneczny pojedynek w podziemiach!) przyspiesza tętno, muzyczny cover piosenki Luniza  "I got five on it" idealnie oddaje klimat niepokoju i potęguje seans, aktorstwo (ze szczególnym uwzględnieniem głównej roli Lupity Nyong'o) to mistrzostwo fachu, zaś plot twist wywraca naszą perspektywę do góry nogami. Gdzieś w tle majaczy pewien wątek społeczny, skłaniający do szerszej dyskusji, jednak dla mnie najważniejsza była tu historia Red, matki i żony, uciekającej nie tylko przed złowrogimi klonami. Z perspektywy czytelnika może brzmieć to głupio, ale wszystko zmienia się po obejrzeniu filmu, do czego niniejszym was gorąco zachęcam.

6. "Parasite" ["Parasite"]

Jeśli masz obejrzeć tylko jeden film z poprzedniego roku, zapraszam do rozważenia koreańskiego "Parasite". Ten komedio-dramat ma w sobie wszystko, co najlepsze: naturalny humor sytuacyjny, dowcipne dialogi, ciekawe zawiązanie, jeszcze lepsze rozwinięcie i przewrotność akcji, zmieniająca wydźwięk filmu oraz rodzinkę, którą rozumiemy, której kibicujemy, ale jednocześnie mamy świadomość dyskusyjnej moralności ich intrygi, polegającej na najmowaniu się do pracy u bogatej rodziny, jednocześnie od środka pozbywając się poprzednich pracowników.
Tak naprawdę do jego obejrzenia nie potrzebujecie wiedzieć nic poza tym, co już napisałem. Pojawia się okazja do zarobienia kasy, więc młody chłopak poleca swoim nowym pracodawcom swoją siostrę, a później rodziców, by polepszyć status społeczny swojej familii. I to wszystko - im więcej będziecie wiedzieć, tym mniejszą radość da wam seans, szczególnie, że jest to film podejmujący ważną tematykę kontrastu między klasami społecznymi i sposobami wykorzystywania dogodnych sytuacji.

5. "The Lighthouse" ["Lighthouse"]
"Us!" było świetne, wciągające, jednak dopiero kameralny czarno-biały  film z wyłącznie dwoma aktorami (Willemem Dafoe i Robertem Pattinsonem) wprowadził nas w, znany z prozy H. P. Lovecrafta, klimat niepokoju i prawdziwej grozy. Znakomicie zagrany i nakręcony, wyśmienicie kreujący u widza poczucie osamotnienia i szaleństwa, zakrapianego litrami alkoholu, który jeszcze bardziej miesza w głowach zarówno bohaterom filmu jak i odbiorcy. Scen gwałtownie wypadających na postacie potworów tutaj nie uświadczycie, jednak grozę potęgować będą, przede wszystkim, odpowiednio oświetlone ujęcia (z naciskiem na monologi starego latarnika, granego przez Willema) oraz głębokie brzmienia dętych instrumentów. Mimo że lwią część czasu obserować będziemy codzienne prace naszych latarników oraz ich rozmowy po pijaku, z których wynurzają się oni coraz więcej ze swoich doświadczeń i traum, ogląda się to bez poczucia choćby chwili dłużyzn, zaś koniec seansu zostawia nas z wieloma pytaniami, na które odpowiedzi poszukiwać możemy poprzez własną interpretację oraz analizę obserwacji innych odbiorców.

4. "Ad Astra" ["Ad Astra"]
Długa, powolna podróż wgłąb kosmosu, wgłąb myśli i emocji głównego bohatera, jego historii i otoczenia. Jeden, płynący przez cały film wątek, za to pełen chwil na refleksję, na skupienie, rozdzielenie emocji i udzielenie uwagi odpowiednim wyrazom twarzy, słowom i tej pięknej, głębokiej, choć w końcu zgubnej, pustej samotni, zwanej kosmosem. Nie wszystkim przypadnie do gustu taka podróż, przypominająca strukturą BladeRunnera. Niektórzy uznają to za przerost formy nad treścią, inni zaś podejmą się przemyśleń, po które będą wracać cyklicznie "Do Gwiazd". Brad Pitt odgrywa swoją rolę bezbłędnie, umiejętnie łącząc narrację danej chwili z mimiką twarzy, towarzyszącą wyłącznie jego myślom. Zdjęcia jak i muzyka na długo zostanie w pamięci wszystkich, którzy odważyli się wsiąść do rakiety i razem z majorem McBride polecieć w kierunku Neptuna. Choć według mnie sceny ataku piratów na Księżycu i ratunku dla samotnie dryfującego statku kosmicznego jedynie zatrzymywały podróż "Cefeusza" niepotrzebnie, w żadnym stopniu nie psują odbioru całości filmu. Moja coroczna astronomiczna podróż należy do bardzo owocnych i gdyby nie trzy kolejne pozycje na mojej liście, prawdopodobnie "Ad Astra" poleciałaby na sam szczyt.

3. "Boże Ciało"
Jan Komasa , reżyser niezbyt przeze mnie lubianej "Sali samobójców" oraz chłodno przyjętego przez publikę "Miasta 44", dał nam najlepszy polski film tego roku. Seans na tyle wybitny, że nie mogłem umieścić go na niższej pozycji (ani w ogóle pomijać w zestawieniu). Dlaczego? Bo, w przeciwieństwie do każdego innego filmu, w którym główna oś fabuły kręci się wokół kapłaństwa, nie dostajemy tu kolejnych (skądinąd słusznych) prztyczków w nos dla tej organizacji. "Boże Ciało" to opowieść o nas samych, o tym jak strata bliskich osób może wpłynąć na nasze czyny, mimo utrzymywania postawy świętoszka. Film o człowieku, który, mimo podjęcia wielu złych wyborów i społecznego wykluczenia, najlepiej ze wszystkich rozumiał istotę wybaczania i wiary. Seans ukazujący również sposób w jaki zwykły mały żart, może przyczynić się do niecodziennych, nieprzewidywalnych wydarzeń. Film ten nie potępia, lecz ukazuje prawdę. Nie wyśmiewa, lecz stara się dążyć do dialogu i przebaczenia.
A to wszystko zasługa nie tylko prawdziwego zdarzenia, na którym opiera się film, lecz również znakomitej gry młodych aktorów (takich jak Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel i Tomasz Ziętek) oraz mniej eksploatowanych w polskim kinie, acz nie mniej utalentowanych (Aleksandra Konieczna, Łukasz Simlat czy Leszek Lichota). Zdjęcia pieszczą oko, muzyka delikatnie nadaje doskonałego nastroju, ), a dialogi są naturalne, niepatetyczne; słowa wprost płyną z obserwowanych postaci. Znalazło się tu także miejsce na odrobinę szczerego, niewymuszonego humoru sytuacyjnego, jak choćby przy scenie spowiedzi (rozbrajająca porada dla matki której dziecko pali papierosy).

2. "Joker" ["Joker"]
Najbardziej porywający, najbardziej wyczekiwany i najczęściej doceniany film tego roku, który z pewnością nie zostanie bez choćby jednego Oskara. Świetna, depresyjna muzyka, gra kontrastem kolorów, urzekające ujęcia i wiecznie brudna stylistyka smutnego społeczeństwa, wykreowanego przez scenarzystów, które miało przypominać - i zapewne wielu przypomina - trudny i znoje prawdziwego życia (choć to akurat sprawa mocno dyskusyjna z racji mocnego komiksowego rysu "Jokera" i typowo filmowego umrocznienia środowiska głównego bohatera). Film, który w zamierzeniu ma ukazać nam drogę zwykłego, szarego człowieka, zmagającego się z problemami psychicznymi, który przez działania swojego środowiska przekracza granice i stacza się coraz bardziej w obłęd, szaleństwo i z Artura Flecka przeradza się w Jokera. Seans głęboki, choć z problemem nadmiernego tłumaczenia widzom przekazu, jaki chce nieść (scena w studio TV). Fenomenalnie zagrana przez Joaquina Phoenixa główna rola, która z pewnością zostanie doceniona nagrodą Akademii Filmowej. Widowisko smutne, dołujące, pozostawiające w nas poczucie smutnej "rzeczywistości", ukazujące jak wszystko nas dobija i wykańcza, nie pozostawiając żadnej nadziei czy złudzeń na lepsze czasy, a więc de facto demonizując prawdziwy obraz społeczeństwa. Mimo wszystko, obraz ten zostawił we mnie pewne przemyślenia, refleksje na temat postrzegania osób odmiennych od "normy", które słabiej radzą sobie z przytłaczającą naturą mechanizmów administracyjno-społecznych, jakie nas otaczają. Niezrozumienie, odrzucenie, zaszufladkowanie. Właśnie tym aspektem film nadrabia w moich oczach, idealnie zespajając się w tej wizji ze stroną audiowizualną.

1. "Rocketman" ["Rocketman"]
Niemal wszyscy umieszczają "Jokera" jako film nr 1., tymczasem ja, wbrew oczekiwaniom, na podium umieszczam produkcję, która rozeszła się bez tak napompowanego hajpu, a pozostaje jednocześnie seansem bardzo dobrym, porywającym i pozostawiającym po jej obejrzeniu pozytywne emocje.
"Rocketman" to historia Eltona Herculesa Johna (a właściwie Reginalda Dwighta). Nie jest to jednak seans tak laurkowy i trzymający wierność chronologii powstawania piosenek. Tutaj każda piosenka została przyporządkowana do odpowiednio pasującej do niej sceny, która nadaje oglądanym wydarzeniom większego wydźwięku emocjonalnego. Nie potrzeba np. tłumaczyć motywacji i pragnień rodziców Reginalda, gdyż wszystko znajdziemy w piosence "I want love", której każda część śpiewana jest przez inną osobę. Wielu scen śpiewanym towarzyszy równie wspaniała aranżacja choreograficzno-taneczna, podczas oglądania których nie tyle widzimy, ile czujemy pasję, z jaką były one wykonywane. W tym filmie tkwi wielkie serducho, którego nie ograniczało (jak w przypadku "Bohemian Rhapsody") czujne oko cenzorskie głównej postaci zainteresowanej. Jeszcze długie lata w pamięci będę miał scenę koncertu w barze "Troubadour", gdy podczas "Crocodile Rock" wszyscy zebrani zaczęli się unosić, a muzyka zwolniła, przypominając anielski śpiew. Przysięgam, tak jak bohaterowie tej sceny, tak i ja (choć metaforycznie) unosiłem się nad kinowym fotelem!
Aktorsko błyszczą tu przede wszystkim dwaj aktorzy: Taron Egerton jako Elton John oraz Matthew Illesley w roli młodego Reggiego Dwighta, których wokale sprawdzają się doskonale (nie czuję jak rymuję!). Na pochwałę zasługuje także niezwykle sympatyczny  Jamie Bell jako Bernie, twórca tekstów i najlepszy przyjaciel głównego bohatera.
Przed seansem nie interesowałem się zbytnio muzyką Eltona Johna. O jego piosenkach wiedziałem równie wiele, co o jego historii. Jednak film i późniejsze poszperanie za informacjami, przyniosły mi obraz fantastycznego człowieka, w którego życiu najgorszy okres (ukazany z resztą podczas seansu dużo odważniej niż w "Bohemian Rhapsody") już, na szczęście, minął. Z tego i wymienionych wyżej powodów, ogłaszam "Rocketmana" najlepszym seansem 2019 roku. Jeśli jeszcze nie widzieliście (albo nie słyszeliście o tym filmie) czym prędzej nadróbcie tę zaległość. Nie pożałujecie! FunFact: Taron Egerton i Elton John to prywatnie bliscy przyjaciele.



TOP 12 filmów 2019 roku [WYRÓŻNIENIA] 2019-12-29

Pora na wyróżnienia!
 
Dziesięć najlepszych filmów to moja żelazna topka, jednak tym razem (zapewne nie po raz ostatni) rozszerzę listę do dwunastu filmów. Niniejszym otwieram także moją lożę honorową dla filmów, które są nadal godne polecenia, jednak zabrakło w nim czegoś, co pozwoliłoby mi umieścić je w głównym zestawieniu. Traktujcie poniższe tytuły równorzędnie.

-> "Toy Story 4"

Nikt nie spodziewał się nowej części opowieści o zabawkach, idealnie zakończonej w filmie trzecim. Fani zastanawiali się więc nad możliwym scenariuszem, obawiając się odtwórczości i odświeżania sprawdzonych patentów, a mimo wszystko otrzymali bardzo dobry, zabawny, mądry i wzruszający film. Sam byłem zaskoczony jak świetnie wybrzmiał w nim motyw poszukiwania nowego celu u Chudego oraz jak bardzo współczułem antagonistce Gabby-Gabby, która typowym złoczyńcą wcale nie była. Choć zdecydowaną większość ekipy zabawek odsunięto na dalszy plan, zaś Buzz miał zabawny, choć mało wciągający wątek słuchania (dosłownie) wewnętrznego głosu, zakończenie stanowiło dla mnie piękny epilog dla serii. Na koniec wspomnieć wypada o znakomitej jakości wizualnej filmu, którego dbałość o kolorystykę i pozornie nieistotne detale u postaci i otoczenia, zachwyca za każdym razem. Mamy nadal animację, jednak wyrazistość kłębek kurzu, przejrzystość wody jak i gra świateł prezentują się imponująco. Przy podziwianiu tego zachwycającego obrazu warto pamiętać o pierwszym filmie z serii, będącym równocześnie debiutem studia w sztuce trójwymiarowej pełnometrazowej animacji, co z perspektywy czasu jest bardzo widoczne.

-> "Zabawa w pochowanego" ["Ready Or Not"]
Typowe horrory - do pewnego czasu - mnie nie interesowały z prostej przyczyny - nie lubiłem się bać. Z czasem zacząłem produkcje tego gatunku nadrabiać, jednak za nic w świecie nie zebrałbym się na odwagę, by pójść na takową do kina. No chyba, że mowa o "Ready Or Not", czyli połączeniu czarnej komedii i horroru, w którym panna młoda w noc poślubną, zamiast baraszkować z mężem, zmuszona jest do ukrywania się przed pokręconą rodzinką, która ma tylko jeden cel: znaleźć ją przed wschodem słońca i dopełnić mrocznych rytuałów (w które nie wszyscy do końca wierzą). Film pełen jest nie tylko strasznych, lecz przede wszystkim zabawnych momentów. Nie brakuje tutaj przerysowania w postaci szalonej cioci, biegającej z wielką siekierą czy przypadkowych zabójstw wśród "swoich". Jestem również pewien, że każdy z aktorów musiał się nieźle bawić podczas kręcenia nierzadko kuriozalnych scen, bo ich gra aktorska jest genialna. Lekko wyniosła, ale zdecydowanie niecałkowicie poważna, a więc idealnie wpisana w konwencję produkcji. Jeśli macie obejrzeć dobry, momentami straszny i krwawy, lecz zdecydowanie nieprzasadzony film, który zaserwuje wam wiele dobrej zabawy (oraz kilka satysfakcjonujących momentów, które zapamiętacie), zdecydowanie polecam!

-> "Klaus" [NETFLIX]
Choć święta Bożego Narodzenia już za nami, nie jest jeszcze za późno, by wrócić do nich choć na chwilę. Idealną do tego produkcją będzie "Klaus", czyli przepiękna animacja 2D od Netflixa. Historia jest dość prosta: wygodnicki syn zarządcy dystrybucji pocztowej otrzymuje zlecenie założenia placówki w oddalonej, zapomnianej przez radość i szczęści krainie, gdzie od lat panuje wielka tradycyjna waśń między dwoma rodami, skaczącymi sobie do gardeł przy każdej okazji. W niełatwym zadaniu naszemu świeżo upieczonemu listonoszowi pomóc będzie w stanie jedynie samotny drwal, zamieszkujący ośnieżone pustkowia. Fabuła nie jest więc nieprzewidywalna. To, co jednak nas tu przyciąga to przywiązanie do bohaterów, ich relacje, motywacje, przemiany, które są tak naturalne i optymistyczne, jak na święta przystało. Być może odrobinę  naiwne,  lecz podtrzymujące w nas, widzach, iskrę optymizmu, wedle której "jeden bezinteresowny czyn powoduje kolejne". Wszystko to podane jest nam w ślicznej oprawie audiowizualnej, przez co ani przez moment nie nudzimy się. Żarty są delikatnie zaserwowane, wynikają często z sytuacji, lecz są ciepłe i przytulne niczym gorąca czekolada, popijana w drewnianej chatce przy kominku w grudniowy wieczór. Nie brakuje tu humoru jak i wzruszenia, zatem przygotujcie sobie kilka chusteczek przed seansem. Aktorzy głosowi, tak polscy, jak i angielscy, świetnie odegrali swe role. Na pochwałę zasługują  zwłaszcza Wiktor Zborowski jak i J. K. Simmons, wcielający się w postać Klausa. Niniejszym dodaję tę animację do grona filmów, które co rok będę sobie odświeżał na Święta, do czego zachęcam również was.

-> "John Wick 3"

Jeśli kontynuacja jednostrzałowej, prostej, lecz efektownej historii zemsty nie przyciągnęła was do ekranu, prawdopodobnie odrzuci was również część trzecia. Ci, którzy jednak zmienią podejście do tych filmów i potraktują to jak spektakl przerysowanej brutalności i przemocy, dostaną  naprawdę solidny obraz, pełen wyliczonych strzałów, dynamicznych pościgów i bijatyk oraz parę nawiązań do poprzednich filmów, które tutaj dostają swój "pay off". John Wick, ścigany przez wszystkich zabójców tego świata oraz najwyższą radę organizacji, dla której pracował. Dostajemy więcej lore, kilka nowych, wyrazistych postaci (pokroju Ajudicator, granej przez Asię Kate Dillon). Choć na pierwszym planie nadal błyszczy Keanu Reeves, swoje pięć minut dostała także fantastyczna Halle Berry oraz dwa owczarki niemieckie, błyszczące niczym brylant na pierścionku. Cliffhanger na końcu zapowiada część czwartą, więc mam nadzieję, że dobrze przyjęcie "Parabellum" pozwoli  twórcom na odpowiednie przemyślenie kolejnego filmu, by, jeśli nie wciągał scenariuszem, to nadal wyróżniał się widowiskowością starć na pięści, noże, książki, konie i wszelkiego rodzaju broń palną!

-> "Avengers: Endgame"+"SpiderMan: Far From Home"

Zakończenie "Sagi Nieskończoności", skupiającej w sobie 20 filmów Marvel Cinematic Universe, było dla mnie emocjonującym przeżyciem, którego długości trwania (trzy godziny) nie odczułem ani trochę. Nie jest to tak dobry film jak "Infinity War", nie jest to na pewno dobry film sam w sobie. Jednak przez masę emocji, nawiązań, fan servicu i oczek, puszczonych do wiernych fanów, potrafi rozmiłować w sobie każdego, kto pozostał przy serii przez ostatnią dekadę. Nawiązania zostały również wplecione w sposób zrozumiały i spójny, wobec czego nie ma mowy o poczuciu przesytu czy braku logiki w takim czy innym zagraniu scenariuszowym. Wielu zasmuci się nad zmianą charakteru Thanosa, wielu zacznie, jak zwykle, spekulować nad tym co kto jest w stanie zrobić, czemu tamten nie zareagował inaczej, jak to się w ogóle stało etc. Wszystko to jednak nie ma najmniejszego znaczenia, gdyż "Endgame" od początku reklamowany był jako podróż przez wspomnienia, która w cudowny, satysfakcjonujący sposób zakończyła dawne wątki .
Far From Home zaś to nie tyle dobry epilog, co dobry film o nastoletnim bohaterze, jego pierwszych problemach miłosnych oraz odpowiedzialności wobec dziedzictwa, jakie na nim spoczywa. A to wszystko obleczone w masę dobrej zabawy, humoru oraz ukłonów w stronę ludzi, których na co dzień nie znamy: specjalistów od efektów komputerowych, realizatorów scen w zamkniętej przestrzeni czy choreografów, odpowiedzialnych za nieskazitelny wygląd strojów superherosów. Wielu widzom młodzieżowa wizja "pajączka" Toma Hollanda nie przypadła do gustu, jednak, w mojej opinii, w tym roku otrzymaliśmy najlepszy aktorski film o Spider Manie, którego kontynuacji mocno wyczekuję.



10z124!, czyli TOP 10 filmów 2019 [TEASER] 2019-12-28

Rok 2019 zbliża się do końca.

Oznacza to, że za kilka dni, gdy nadrobię jeszcze kilka tegorocznych produkcji, na blogu pojawi się moje coroczne zestawienie TOP 10 filmów, które wywarły na mnie największe wrażenie. Tym razem zestawienie jest masywne: wybierać będę spośród 124 filmów, w skład których wchodzą obrazy zarówno polskie jak i zagraniczne oraz dystrybuowane w kinach i przez portale streamingowe (NETFLIX, HBO GO itp.) Decyzja nie będzie należała do najłatwiejszych, choć mam już przynajmniej jednego faworyta, który - tak jak poprzednio Pierwszy Człowiek - wywołał u mnie największe emocje podczas seansu.
Oto i oni. Wszyscy kandydaci do miana jednego z najlepszych filmów (prawie) minionego roku.

STYCZEŃ:

Bumblebee
Ralph Demolka w internecie
Asterix: Tajemnica Magicznego Wywaru
Mój piękny syn
Polar [Netflix]
Vice
Powrót Bena
Underdog
Zabawa zabawa
Glass
Maria, królowa Szkotów

LUTY:

Green Book
Faworyta
Alita: Battle Angel
Jak wytresować smoka 3
LEGO Przygoda 2
Kobiety Mafii 2
Gdyby ulica Beale umiała mówić
Bracia Sisters

MARZEC:
Captain Marvel
Potrójna granica [NETFLIX]
Przemytnik
To my!
Przedszkolanka
Dumbo
Córka trenera
Kiedy się pojawiłaś
Witajcie w Marwen
Litość
Kurier
Monument
Ciemno, prawie noc
Biały kruk

KWIECIEŃ:

Shazam!
Avengers: Endgame
Hellboy
Sklep z jednorożcami [NETFLIX]
Vox Lux


MAJ:

Iron Sky. Inwazja
John Wick 3
Trzy kroki od siebie
Pokemon. Detektyw Pikachu
Aladyn
Podły, okrutny, zły
Niedobrani
Cała prawda o Szekspirze
Tolkien
Wymarzony
Smętarz dla zwierzaków

CZERWIEC:

Rocketman
X-Men: Dark Phoenix
Godzilla II: Król Potworów
Men in Black: International
Anna
Laleczka
Kobieta idzie na wojnę
Tajemnice Joan
Oszustki
Ma
Ja teraz kłamię

LIPIEC:

Spider Man: Far From Home
Stuber
Yesterday
Diego
The Dead Don't Die
Król Lew
Midsommar
W deszczowy dzień w Nowym Jorku
Operacja: Bracia [NETFLIX]

SIERPIEŃ:
Toy Story 4
Fast&Furious: Hobbs&Shaw
Pewnego razu...w Hollywood
Pełzająca śmierć
Upiorne opowieści po zmroku
Gdzie jesteś, Bernadette?
Grzeczni chłopcy
Ból i blask
Świat w ogniu
Na bank się uda
Na zawsze razem

WRZESIEŃ:

Ad Astra
Parasite
Rambo: Ostatnia krew
Piłsudski
It. Chapter 2
Legiony
Mowa ptaków
Polityka
Dzięki Bogu

PAŹDZIERNIK:

Joker
El Camino [NETFLIX]
Boże Ciało
Wojna o prąd
Zabawa w pochowanego
Bliźniak
Zombieland: Kulki w łeb
Czarownica 2
O, Yeti!
Ikar. Legenda Mietka Kosza
Rodzina Addamsów
Van Gogh. U bram wieczności
I młodzi pozostaną
Obywatel Johns
Szczygieł
Portret kobiety w ogniu
Ślicznotki

LISTOPAD:

Król [NETFLIX]
Klaus [NETFLIX]
Knives Out
LeMans'66
The Irishman [NETFLIX]
Terminator: Mroczne przeznaczenie
Ukryta gra
Midway
Supernova
The Lighthouse

GRUDZIEŃ:
Star Wars IX:  The Rise of Skywalker
Historia małżeńska [NETFLIX]
6 Underground [NETFLIX]
Dwóch papieży [NETFLIX]
Kłamstwo doskonałe
Jumanji: The Next Level
Osierocony Brooklyn


Plany i życzenia 2019-12-24

Uff....Wreszcie, po tak długim czasie, seria wpisów o TVP (rozszerzona do pierwotnych czterech części) zakończyła się. Następne projekty (cyborgi+moralność) zostawiam na następny rok. Póki co, pracuję nad swoją filmową topką 2019, rozliczeniem za ostatni rok i w międzyczasie korzystam ze świątecznego odpoczynku. Z tej okazji życzę wam wszystkim wszystkiego, co najlepsze na te Święta, byście nie spędzali ich w samotności, a jeśli musicie dziś pracować, to chociaż byście nie musieli się przemęczać. Wesołych Świąt! :) 


TVP jako nadawca misyjny (4/4) 2019-12-24

O wpływie polityki i wnioskach

Niska stawka abonamentu oraz jego równie niski stopień opłacania przekładają się na coraz niższe przychody, a  w konsekwencji poprzez coraz większe upodabnianie swojej oferty telewizji publicznej do stacji komercyjnych odbiorcy postrzegają  telewizję jako niskiej jakości stację komercyjną.  Do tego Krajowa Rada nie posiada nad nadawcą publicznym należytego nadzoru, a co za tym idzie nie może kontrolować stopnia jej komercjalizacji ani chronić od nacisków z zewnątrz. W istocie funkcja KRRiT sprowadza się jedynie do przyjmowania rocznych sprawozdań z działalności, a także (niezwykle rzadkich) interwencji w przypadku poważnych naruszeń ustawy. System quasi-władzy Krajowej Rady doprowadza  do obsadzenia stanowisk w telewizji „swoimi ludźmi” przez ugrupowania rządzące. „Zaufani ludzie” zatrudniają zaś kolejnych „dobrych znajomych” we władzach instytucji.  KRRiT nie jest w stanie temu przeciwdziałać ze względu na niemożność wpływania na  działalność gospodarczą TVP, zaś brak precyzji w definiowaniu misji daje możliwość dowolnej ich interpretacji. Ustawodawca już podczas prac nad ustawą o radiofonii i telewizji definiował interes publiczny jako równoznaczny z interesem większości, czyli ideą, wyrażającą uogólnione, nieskonkretyzowane wartości i przekonania.  Według polskich standardów jedynym reprezentantem interesu społecznego są politycy sprawujący władzę.
Jest to swego rodzaju przełożenie klasycznego modelu demokracji, rozumianego jako rządy większości, szeroko promowanego podczas procesu transformacji ustrojowej. Wdrożenie takiej polityki w system polskich mediów publicznych powoduje nie tylko obsadzanie   ważnych stanowisk zarządczych w organach TVP przez polityków, ale również narzucanie telewizji publicznej określonej linii politycznej i ram programowych, przy jednoczesnym utrzymaniu jak największych udziałów w rynku audiowizualnym. Ujawnia się przy tym hipokryzja osób rządzących, którzy z jednej strony zauważają bardzo dużą zależność telewizji publicznej od finansowania komercyjnego i krytykują ją za to nie  rozwiązując problemu ściągalności opłat abonamentowych oraz nie dopuszczając możliwości kontroli jej działalności przez podmioty społeczne czy przez odbiorców.

Nowelizacja ustawy o radiofonii i telewizji z 2005 roku jeszcze pogorszyła polityczną kontrolę nad telewizją poprzez całkowite przejęcie kontroli nad Krajową Radą i wymianę władz TVP przez PiS, które zwyciężyło w wyborach parlamentarnych. Zmiany w ciałach zarządzających telewizją publiczną następowały za każdym razem, gdy nowe ugrupowanie przejmowało większość parlamentarną. Nieodzownym elementem zmian było nie tylko zastąpienie starych dyrektorów i prezesów TVP ”właściwymi”, czyli swoimi ludźmi, lecz także zarzuty o złą politykę programowych poprzedników, niepodejmowanie na antenie trudnych tematów, zapraszanie do programów „właściwych” osób i „niezależnych” ekspertów oraz „szczególne” traktowanie przez dziennikarzy reprezentantów władz, goszczonych w programach TVP.

Ostatnia zmiana stanowisk miała miejsce w styczniu 2016 r., gdy większość w Sejmie posiadała partia Prawo i Sprawiedliwość. Telewizja Polska stawała się coraz bardziej upolityczniona, począwszy od drugiej połowy lat 60, przez „propagandę sukcesu”, stan wojenny, aż po czasy transformacji ustrojowej. Minister finansów (jako formalny właściciel spółki akcyjnej TVP), jak i KRRiT pierwotnie miały służyć jak najlepszemu zabezpieczeniu telewizji przed naciskami ze strony władzy poprzez m.in. odsuwanie instytucji od bezpośrednich wpływów rządzących, jednak, okazało się, że w praktyce nie było to i nie jest nadal realizowane w dostatecznym stopniu. W dodatku, w miarę rozwoju demokracji w Polsce polityczne naciski na nadawcę publicznego powinny się zmniejszać, a tymczasem jest wręcz przeciwnie.

Obecnie członków zarządu spółki powołuje i odwołuje, ustanowiona w 2016 roku, Rada Mediów Narodowych, w skład której wchodzą trzy osoby wybierane przez Sejm i dwie powoływane przez Prezydenta, wskazane przez największe kluby opozycyjne. Ta sama Rada Mediów Narodowych wybiera również radę nadzorczą oraz prezesa TVP S.A. Członków Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji wybierają z kolei Prezydent, Sejm (po dwie osoby) oraz Senat (jedna osoba). Upolitycznienie telewizji staje się coraz większym problemem, przynosząc w konsekwencji dramatyczne rezultaty: wyklucza to prawidłowe pełnienie przez nią misji publicznej, jest sprzeczne z zasadami demokracji i utrudnia budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Wśród polskich polityków, tak za czasów PRL-u, jak i teraz, panuje przekonanie o wielkim wpływie telewizji na kształtowanie opinii odbiorców, chociaż teza to została obalona już w latach 50. i 60. XX w., gdy badania empiryczne jasno wykazały, iż przekaz medialny jest tylko jednym z kilku czynników kształtujących świadomość, postawy i zachowania odbiorców.

Myślenie o telewizji jako najsilniejszym i najskuteczniejszym środku kształtowania opinii obywateli nie sprawdziło się tak skutecznie ani za czasów „propagandy sukcesu”, ani podczas stanu wojennego, gdy powszechnie słyszanym hasłem były słowa: „telewizja kłamie”. Mimo to, nawet w trakcie obrad tzw. Podstolika medialnego strona rządowa była skłonna „oddać” rynek prasy reprezentantom opozycji, przy jednoczesnym zachowaniu starych uregulowań, byle utrzymać kontrolę nad telewizją. Kiedyś popularny w kręgach rządzących slogan „Kto ma telewizję, ten ma władzę”, dziś zachował się w bardziej „demokratycznej” wersji: „Kto ma telewizję, ten wygrywa wybory”, co nie jest zgodne z prawdą, gdyż większość wyborów, począwszy od czerwca 1989 roku, a skończywszy na październiku 2015 roku, wygrywały ugrupowania, które w dniu wyborów nie posiadały wpływów w TVP.   Kultura polityczna polskich elit nadal stoi na zbyt niskim poziomie, by w pełni zrozumieć zasady prawdziwej demokracji i uświadomić sobie wagę wolnychi niezależnych mediów publicznych, pełniących rolę pluralistycznego forum wymiany poglądów i przekonań.

Polityka wywiera wpływ również na dziennikarzy, pracujących w mediach publicznych. Wraz z nowymi władzami, stanowiska obejmują osoby, które otwarcie wyrażają przychylność wobec zwycięskiego ugrupowania. W środowisku dziennikarskim otwarcie mówi się o strachu przed zmianą i nagłych zwolnieniach, nawet w przypadku tych, którzy starają się wykonywać swoją pracę w zgodzie z etyką dziennikarską. „Dziennikarze nie mają poczucia bezpieczeństwa (…) muszą stale zabiegać o poparcie u swojego kierownictwa, ciągle udowadniać swoją lojalność i przydatność, wsłuchiwać się w plotki korytarzowe, rozpracowywać wewnętrzne układy i przewidywać kierunek zmian”. Bez wsparcia ze strony kolegów z telewizji komercyjnych, radia czy prasy oraz przy braku ochrony praw dziennikarskich ze strony silnych organizacji, pracownicy TVP pozostają „nadmiernie przychylni” wobec partii rządzącej, umacniając tym samym system partiokracyjny. W założeniach demokratycznych mediów publicznych tzw. system łupów (spoils system – zwycięzca bierze wszystko co się da) przeciwstawiany jest „merit system”, polegający na obsadzaniu stanowisk osobami, posiadającymi odpowiednie kompetencje, niezależnie od przynależności czy sympatyzowaniu z konkretnym ugrupowaniem partyjnym. Nie może być jednak o tym mowy, gdy w polskim systemie panują mechanizmy awansu i promocji na podstawie politycznych przesłanek. Upolitycznienie TVP doskonale przejawia się przy wybieraniu kolejnych prezesów.  W ciągu prawie dwóch dekad stanowisko prezesa na okres kadencji dwóch lat, obejmowane było przez 11 osób. Tak krótka i dostosowana do obecnych rządów zmiana jest niewystarczająca, by wypracować długofalową, skuteczną strategię działań.

Taki stan rzeczy przynosi negatywne skutki dla wszystkich uczestników rynku medialnego.  Telewizja Polska nie jest w stanie właściwie wypełniać powinności nadawcy publicznego, zwłaszcza biorąc pod uwagę kłopoty finansowe, zmuszające nadawcę do komercjalizacji ramówki swoich programów. Odbiorcy i społeczeństwo nie chcą płacić abonamentu, widząc upodabnianie się telewizji publicznej do komercyjnych konkurentów oraz obserwując zaciekłe boje polityczne o władzę nad TVP. Obywatele pozostają obojętni, kojarząc pojęcie i ideę mediów publicznych z Telewizją Polską. Klasa polityczna traci w oczach swoich wyborców, którzy nie wierzą już w zapewnienia o „odzyskaniu” i „odbudowaniu” mediów publicznych „dla społeczeństwa i dobra wspólnego” , zaś Polska demokracja nie ma szans na korzystny rozwój bez niezależnych, pluralistycznych mediów publicznych, rozwijających społeczeństwo obywatelskie i kreujących pluralistyczną opinię publiczną. Obywatele na przykładzie partyjnych „wojen” o TVP postrzegają politykę jako „brudną grę”, są zniechęceni do udziału w życiu publicznym i aktywności politycznej, a w konsekwencji przekłada się to m.in. na niskie frekwencje wyborcze.

Najgorszym jednak wcale nie jest fakt, iż każda opozycja po zdobyciu władzy przejmowała media dokładnie tak samo, jak poprzednicy, lecz brak jakichkolwiek konkretnych propozycji regulacyjnych ze strony polityków. Dla jednych partii, media publiczne powinny być w pełni narodowe, zaś dla drugich stronnictw muszą one otworzyć się na wartości europejskie i ideę integracji unijnej. Wszyscy jednak są zgodni, iż TVP powinna być instytucją niezależną, produkującą wartościowe  i jakościowe treści dla odbiorców z wszystkich grup społecznych, mimo że historia pokazała niejedną sprzeczność w ich deklaracjach i czynach. Z pewnością jednak żadną wymówką dla nich nie może być fakt, iż w innych krajach, reprezentujących odrębne systemy medialne, media publiczne również nie mają się lepiej. To jednak temat na zupełnie inny czas.


TVP jako nadawca misyjny (3/4) 2019-12-24

O problemach z finansowaniem

 Ustawa o radiofonii i telewizji uwzględnia kilka źródeł przychodów finansowych nadawcy publicznego, wyszczególniając trzy podstawowe: reklamy i audycje sponsorowane, dotacje z budżetu państwa oraz abonament. Podstawą dla funkcjonowania mediów publicznych powinny być zyski, uzyskiwane zwłaszcza z tego ostatniego, jednak, jak pokazuje praktyka, nie jest to źródło wystarczające. Na dzień 23 grudnia 2019 r., stawka abonamentu telewizyjnego wynosi 22,70 zł za jeden miesiąc, jednak ci, którzy opłacili abonament do 25 stycznia z góry za cały rok, otrzymali 10% zniżki. Z opłat zwolnieni są, m. in., osoby niesłyszące i niewidome, bezrobotni, kombatanci, emeryci po 60. roku życia i pozostali obywatele, którzy ukończyli 75 lat. Kara za używanie niezarejestrowanego odbiornika wynosi 681 złotych.

Tadeusz Skoczek, były członek Zarządu Telewizji Polskiej SA, twierdził że „telewizja publiczna nie ma możliwości utrzymywania się jedynie z abonamentu. Nawet wtedy, gdyby jej wpływy z tego tytułu wyniosły 100% szacowanych sum”. Dzieje się tak, ponieważ ściągalność abonamentu w Polsce jest bardzo słaba: już w 2004 roku nie płaciło go 32% gospodarstw domowych, podczas gdy w innych krajach europejskich (za wyjątkiem Włoch, Islandii, Irlandii
i Szwecji) wartość ta nie przekracza 10%. Potwierdził to wicepremier i minister kultury Piotr Gliński, który w czerwcu 2018 roku przedstawił w Sejmie założenia zmian w opłatach abonamentowych. Stwierdził wówczas, że „(…) gdy w innych krajach europejskich taki ubytek wynosi nie więcej niż kilka proc., w Polsce wynosi 50-70 proc.", zaś działalność TVP – jest finansowana z abonamentu w około 30%. Władze telewizji publicznej jeszcze w 2002 roku, podczas prezentacji wyników finansowych, ujawniły fakt, iż abonament nie pokrywa nawet połowy jej działalności. Robert Kwiatkowski, były prezes TVP, przez długi czas odpierał zarzuty kierowane w jego stronę argumentem: „Ile misji, tyle abonamentu”, jednak po latach przyznał, że za czasów jego kadencji na programy misyjne wydawano znacznie więcej środków, niż pozyskiwano z abonamentu. Obecnie Telewizja Polska posiada więc dwa główne ośrodki generowania przychodów:  z reklam i sponsoringu, choć przychody te odstają dość znacząco od przychodów konkurencji.
Ze sprawozdania Telewizji Polskiej za rok 2018 wynika, że najwięcej przychodów wygenerowały reklamy, przynosząc aż 912 mln złotych. Wpływy z abonamentu prezentowały się na dużo niższym poziomie 385 mln złotych, przy dodatkowej rządowej rekompensacie z tytułu osób zwolnionych od podatku, która wyniosła 594 mln złotych. Wspomniana rekompensata wynika z nowelizacji ustawy o opłatach abonamentowych, której projekt zawierał wzmiankę o odszkodowaniu na kwotę ponad 1 mld złotych z tytułu obniżenia wysokości abonamentu. Pieniądze te miałyby być przekazane tym jednostkom Polskiego Radia i TVP, które wskaże KRRiT.  Podczas burzliwej dyskusji w Sejmie, posłowie Prawa i Sprawiedliwości bronili projektu nowelizacji, podpierając go argumentami o nowych przedsięwzięciach telewizji publicznej, wśród których byłyby filmy i seriale o tematyce historycznej, programy służące edukacji obywatelskiej, a także tym, iż dodatkowe środki są potrzebne, „by nadgonić zapóźnienie technologiczne, które powstało w czasie 8 lat Platformy”, zaś Telewizja Polska „jest pluralistyczna i zapewnia każdemu to, czego oczekuje”.

Kontrowersyjną kwestią jest umożliwienie TVP korzystania z dopłat rządowych. Największą przyczyną sięgania po tego typu źródło jest niska ściągalność abonamentu. Ze sprawozdania TVP z roku 2017 wynika, że spośród wszystkich osób, posiadających w domach zarejestrowany odbiornik telewizyjny, jedynie 7,6% abonentów regularnie opłacało abonament, 26,5% jest zwolnionych z opłat oraz aż 65,9% zalega z opłatami przez okres dłuższy niż trzy miesiące. Według tego samego raportu, najwięcej funduszy abonamentowych było przeznaczanych na kanały TVP Historia (58,4%), TVP Info (68,7%), TVP Regionalna oraz program regionalny oddziałów terenowych TVP SA (56,9%). Niska ściągalność może wynikać z niskiego poziomu kultury prawnej naszego społeczeństwa, błędów systemowych w pobieraniu opłat, świadomych akcji politycznych, mających na celu   zniechęcić obywateli do płacenia abonamentu oraz dezinformacji wprowadzanych przez operatorów kablowych, satelitarnych etc. Realizacja zadań misyjnych nadawców publicznych powinna być finansowana ze środków publicznych oraz wypracowanego przez nadawców zysku.  

A co na to Unia Europejska? W listopadzie 2001 roku Komisja Europejska opublikowała komunikat, w którym wybór sposobu finansowania mediów publicznych ostatecznie pozostawiła ustawodawcom poszczególnych państw członkowskich. Media komercyjne wciąż jednak krytykują instytucje europejskie za brak obiektywnego spojrzenia na obecny stan polskiego rynku medialnego i rzeczywisty poziom realizacji misyjności przez TVP, która coraz bardziej upodabnia się do swoich prywatnych konkurentów.

W warunkach takiej niestabilności finansowej oraz przy niesprzyjających regulacjach ustawowych, niezwykle trudno utrzymać media publiczne w klasycznym tego pojęcia rozumieniu. Open Society Institute w swoim raporcie „Telewizja w Europie: regulacje, polityka i niezależność” z 2005 roku dokonał analizy polskich mediów, które według badaczy „cierpią na systematyczne upolitycznienie”. W raporcie czytamy również, że telewizja publiczna nie posiada klarownie określonej strategii, rozwijając się ku coraz większej komercjalizacji, czym doprowadza do zaburzonego funkcjonowania rynku medialnego. Według Macieja Mrozowskiego polskie media audiowizualne nie dorównują poziomem rozwoju mediom w takich krajach jak USA, Japonia czy państwa Europy Zachodniej. Do określenia stopnia zależności TVP od władz, Maciej Mrozowski posłużył się tzw. teorią pola społecznego Pierra Bourdieu. W przypadku polskiego systemu medialnego pole to zostało przez Mrozowskiego określone wokół trzech elementów: mediów publicznych, władzy publicznej (organu założycielskiego,regulującego ich działalność) oraz interesu publicznego (racji bytu i nadrzędnej wartości, określającej funkcje społeczne, pełnione przez nadawcę misyjnego).
Istnieją dwa wyznaczniki, według których Unia Europejska zezwala na udzielenie mediom publicznym pomocy ze strony państwa: zdefiniowanie działalności i zadań służby publicznej oraz powierzenie realizacji misji publicznej ściśle określonym organizacjom nadawczym za pomocą odpowiedniego aktu prawnego. Do tego finansowanie publiczne dopuszczone jest jedynie w takim stopniu, jaki jest konieczny do pokrycia kosztów działalności nadawczej, wynikającej z wypełniania misji publicznej. W przypadku polskich mediów, warunek definicyjny został wypełniony, chociaż, jak przyznaje Mrozowski, zapisy w ustawie o radiofonii i telewizji odzwierciedlają najszerszą koncepcję misji, niezwykle starannie zabezpieczając interes nadawcy publicznego, choć równocześnie nie definiując mediów misyjnych jako instytucji z własną tożsamością.

Wśród cech misji publicznej można wyróżnić zarówno elementy wymierne (obiektywizm, bezstronność, niezależność), jak również te o bardziej skomplikowanej standaryzacji (wyważenie, innowacyjność, wysoka jakość), jednak bardzo duża ich część jest bardziej zbiorem wartości czy idei, które media mają reprezentować, niż zbiorem jasnych i konkretnych wytycznych, dotyczących ich działalności. Zawężona i uogólniona forma zapisów w ustawie, choć zawierająca w sobie wiele uniwersalnych i dobrych wartości, daje nadawcy publicznemu dużą swobodę   interpretowania swoich powinności, wykluczającą możliwość merytorycznego nadzoru nad wywiązywaniem się z misyjności. Podobnie prezentują się przepisy ustawowe w innych krajach, np. we Francji i Wielkiej Brytanii, jednak tam stanowią one swoisty punkt wyjścia do uszczegółowienia treści odpowiednich aktów prawnych między nadawcą publicznym a organem nadzorującym (w przypadku Polski jest to KRRiT) oraz opracowania przez samego nadawcę własnych standardów samoregulacyjnych. Jak trafnie ocenił to Mrozowski: „O takiej wolności działania zachodnie media publiczne nie mogą nawet marzyć, tyle tylko, że o takich jak zachodnie media publiczne my możemy tylko marzyć”.

Swobodne podejście do wypełniania nieskonkretyzowanych założeń prowadzi również do niewłaściwej dystrybucji finansów nadawcy publicznego. Przy systemie mieszanych   przychodów (abonament i reklamy) proporcjonalność opłat obowiązkowych stosuje się według kosztów realizacji misji, jak i wpływów ze źródeł komercyjnych. W Polsce jednak wysokość opłat nakładanych na abonentów jest niezwiązana z wymienionymi czynnikami, gdyż ani media publiczne, ani KRRiT czy państwo, nie oszacowało kosztów realizacji zadań wynikających z ustawy, co wynika bezpośrednio ze wspomnianego wyżej mało szczegółowego określenia obowiązków TVP. Co jakiś czas podnoszą się głosy o niskiej stawce abonamentu i jego równie niskim stopniu opłacania, co przekłada się na coraz niższe przychody, a  w konsekwencji poprzez coraz większe upodabnianie swojej oferty telewizji publicznej do stacji komercyjnych pozwala odbiorcom postrzegać telewizję jako niskiej jakości stację komercyjną.
Wszystkie wskazane problemy   pokazują, że Krajowa Rada nie posiada nad nadawcą publicznym należytego nadzoru, a co za tym idzie nie może kontrolować stopnia jej komercjalizacji ani chronić od nacisków z zewnątrz. W istocie , funkcje KRRiT sprowadzają się jedynie do przyjmowania rocznych sprawozdań z działalności, a także (niezwykle rzadkich) interwencji w przypadku poważnych naruszeń ustawy. System quasi-władzy Krajowej Rady doprowadza  do obsadzenia stanowisk w telewizji „swoimi ludźmi” przez ugrupowania rządzące. „Zaufani ludzie” zatrudniają zaś kolejnych „dobrych znajomych” we władzach instytucji.   KRRiT nie jest w stanie temu przeciwdziałać ze względu na niemożność wpływania na   działalność gospodarczą TVP, zaś brak precyzji w definiowaniu misji daje możliwość dowolnej ich interpretacji. Ustawodawca już podczas prac nad ustawą o radiofonii i telewizji definiował interes publiczny jako równoznaczny z interesem większości, czyli ideą, wyrażającą uogólnione, nieskonkretyzowane wartości i przekonania.  Według polskich standardów jedynym reprezentantem interesu społecznego są politycy sprawujący władzę.
Jest to swego rodzaju przełożenie klasycznego modelu demokracji, rozumianego jako rządy większości, szeroko promowanego podczas procesu transformacji ustrojowej. Wdrożenie takiej polityki w system polskich mediów publicznych powoduje nie tylko obsadzanie   ważnych stanowisk zarządczych w organach TVP przez polityków, ale również narzucanie telewizji publicznej określonej linii politycznej i ram programowych, przy jednoczesnym utrzymaniu jak największych udziałów w rynku audiowizualnym. Ujawnia się przy tym hipokryzja osób rządzących, którzy z jednej strony zauważają bardzo dużą zależność telewizji publicznej od finansowania komercyjnego i krytykują ją za to nie  rozwiązując problemu ściągalności opłat abonamentowych oraz nie dopuszczając możliwości kontroli jej działalności przez podmioty społeczne czy przez odbiorców.



TVP jako nadawca misyjny (2/4) 2019-12-23

O tym jak realizuje się "misję"

Obecnie media w Polsce regulowane są przez ustawę prasową, art. 14 i 54 Konstytucji oraz (najważniejszą dla nas) ustawę o radiofonii i telewizji z 29 grudnia 1992 roku. Na jej mocy powołano Krajową Radę Radiofonii i Telewizji (KRRiT), którą obecnie tworzy pięciu członków, powoływanych przez Senat (jedna osoba), Sejm i Prezydenta (po dwie osoby) na sześć lat. Na jej czele stoi Przewodniczący, wybierany przez członków Rady. Do zadań Rady należy m.in. określanie kierunku rozwoju mediów, ustalenie warunków ich działalności, decydowanie
o przyznawaniu koncesji i ustalanie wysokości opłat koncesyjnych oraz rejestrowych, przyznawanie statusu nadawcy społecznego oraz sprawowanie ustawowo ograniczonej kontroli nad rynkiem medialnym.

Jak czytamy w Ustawie, „Krajowa Rada stoi na straży wolności słowa w radiu i telewizji, samodzielności dostawców usług medialnych i interesów odbiorców oraz zapewnia otwarty i pluralistyczny charakter radiofonii i telewizji”. Ustawa określa również zadania i organizację mediów publicznych. W artykule 21.  stwierdzono np., że telewizja i radiofonia publiczna mają, m.in, tworzyć i rozpowszechniać programy ogólnokrajowe i przeznaczone dla zagranicznych odbiorców oraz społeczności lokalnych, upowszechniać wiedzę o języku polskim, rozwijać wiedzę nt. polskiej kultury i historii wśród polskich obywateli i polonii, udostępniać programy również dla osób niewidomych i niesłyszących, edukować odbiorców w zakresie medialności oraz wspierać działalność oświatową, naukową, artystyczną.
Misja telewizji publicznej została sformułowana w podobny sposób. Telewizja Polska ma "rzetelnie ukazywać różnorodnośc zjawisk i wydarzeń w kraju i za granicą", sprzyjać swobodnemu kształtowaniu się poglądów obywateli oraz formowaniu się opinii publicznej, prezentować zróżnicowane poglądy i stanowiska, sprzyjać integracji społecznej, przeciwdziałać społecznemu wykluczeniu, a także "respektować chrześcijański system wartości na podstawie uniwersalnych zasad etyki", służyć umacnianiu rodziny oraz promować rozwój kultury i nauki "ze szczególnym uwzględnieniem polskiego dorobku intelektualnego i artystycznego".
Jak można łatwo zauważyć, większość z prezentowanych wyżej postulatów sformułowanych zostało w sposób niezwykle ogólnikowy, pozwalający na dowolne interpretowanie poszczególnych zapisów. Ponadto, misja telewizji jasno kierowana jest w stronę mediów narodowych, dla których wyznacznikiem norm etycznych pozostaje religia chrześcijańska, co już samo w sobie stoi w sprzeczności z ogólną ideą nadawcy misyjnego (odsyłam do poprzedniego wpisu). Niestety sformułowanie zapisów prawnych to najmniejszy problem.

Istnieją trzy podstawowe programy telewizji publicznej: TVP1, TVP2 oraz TVP Info (dawniej: TVP3). Prócz nich istnieją również kanały poboczne, takie jak TVP Historia, TVP Polonia, TVP Seriale itp., jednak skupię się tu wyłącznie na podstawowych programach Telewizji Polskiej.  "Jedynka" docelowo miała być nastawiona na spełnianie potrzeb edukacyjnych, artystycznych i publicystycznych swoich widzów, "dwójka" miała poświęcać najwięcej czasu antenowego rozrywce, zaś program trzeci kumulował stacje regionalne. Jak się jednak okazuje, jeszcze w roku 1995 dokonano analizy ówczesnego fatycznego stanu programowego telewizji publicznej. W raporcie Zarządu stwierdzono, iż „W każdym ze swoich programów ogólnokrajowych Telewizja Polska S A przeznacza średnio co najmniej 15% czasu antenowego na gatunki informacyjno-publicystyczne, 10% na pozycje edukacyjne, 10% na pozycje kulturalne i artystyczne oraz 15% na pozycje dla rodziny, dzieci i młodzieży”. Łącznie daje to nam 50% czasu programu, który powinien być przeznaczony na wypełnianie misji stacji publicznej. Aby zweryfikować te dane, przyjrzano się tygodniowej ramówce dwóch kanałów publicznych (TVP1, TVP2) oraz stacji komercyjnej Polsat.  W zestawieniu nie brano pod uwagę przekazów reklamowych, gdyż nie są one programami realizującymi misję publiczną. Owocem owych obserwacji było ujawnienie, utrzymującej się do dziś, tendencji do zmiany orientacji programowej przez wspomniane dwa kanały w godzinach największej oglądalności, czyli w porze wieczornej: "jedynka" emitowała seriale i filmy, zaś "dwójka" nabierała bardziej artystycznego charakteru (który dziś z kolei jest bardzo wypośrodkowany).

Wedle misji Telewizji Polskiej, w ramówce powinny dominować seriale i filmy polskiej produkcji. Jak jednak wynika z badań rynkowych, przeważającą większość stanowią treści zagraniczne. Kiedyś były to niemal wyłącznie produkcje amerykańskie, wśród których fenomen stanowiła "Moda Na Sukces", jednak dziś nietrudno zauważyć obecność telenowel tureckich, na których modę zapoczątkowało "Wspaniałe Stulecie".
Zaraz obok filmów i seriali niegdyś masowo oglądane były również quizy i teleturnieje. "Vabanque", "Czar Par", "Wielka Gra", "Koło Fortuny", "Familiada", 1z10" czy "Jaka to melodia?". Dziś na antenie ostały się jedynie trzy ostatnie wraz z istniejącym od kilku lat programem "Postaw na milion". Pozostałe teleturnieje, zwłaszcza "Koło Fortuny", próbowano przynajmniej raz reaktywować, jednak ich oglądalność nie była wystarczająco wysoka, by ich emisja była opłacalna. Trzeba jednak przyznać, iż nieśmiertelna trójka od lat utrzymuje stabilną, dość wysoką jakość prezentując odbiorcom odmienną rozrywkę: "1z10" egzekwuje niesłabnący do dziś poziom wiedzy z wszelkiej kategorii nauki, zaś "Familiada" stawia na integrację członków drużyn w celu odgadywania odpowiedzi ankietowanych. Najwięcej tego typu programów znajduje swój czas antenowy na "dwójce". Program pierwszy zaś, oprócz swojego "Jaka to melodia?", nie ma w swojej ofercie żadnej tego typu produkcji, stawiając bardziej na prymitywne pseudo miłosne reality show ("Rolnik Szuka Żony") nad te służące rozwojowi relacji w związkach i budowaniu wzajemnych relacji ("Czar Par", "Randka w Ciemno", "Nowożeńcy").

Niewiele dla siebie znajdą tutaj zarówno najmłodsi jak i odbiorcy kultury wysokiej. Treści dla dzieci emitowane są obecnie na kanale pobocznym TVP ABC, po tym, gdy 30 sierpnia 2013 roku z TVP 1 zniknęło ich półgodzinne wieczorynkowe pasmo o godzinie 19:00 (obecnie kanał TVP ABC zajmuje 17. miejsce w oglądalności wg badań  portalu wirtualnemedia), zaś kultura ograniczona jest do (najczęściej) powtórek spektakli "Teatru Telewizji" raz w tygodniu (choć niegdyś funkcjonował również program "Pegaz") oraz kanału TVP Kultura (która w poprzednim roku, według tych samych badań, uzyskało 40. miejsce wśród najchętniej oglądanych programów). Cytując T. Mrozowicza, "Wbrew pozorom polska inteligencja jest nieliczna, dlatego też TVP SA nie może się ograniczać jedynie do tego niewielkiego audytorium".


TVP jako nadawca misyjny (1/4) 2019-12-08

O założeniach i krótkim zarysie historii

Spory o TVP rozgrywają się przy każdej zmianie na politycznej szachownicy. Opozycja woła o ich zawłaszczanie przez rządzących, podczas gdy władający mówią o ich "wyzwoleniu". Ale dlaczego tak naprawdę od wielu lat w tym aspekcie nic się nie zmienia, a poziom "misyjności" TVP leci na łeb, na szyję? Aby lepiej było wam czytać, notkę podzielę na dwie części. W tej skupię się na założeniach mediów publicznych oraz bardzo skrótowej historii TVP. Za "mięsko" weźmiemy się przy następnej okazji.

Zacznijmy od podstaw. O zdefiniowanie pojęcia mediów publicznych (nazywanych także misyjnymi) pokusiło się wielu badaczy i ekspertów branży medialnej, w tym prof. Walery Pisarek. Według niego to "media oferujące pełną różnorodność tematyczną, skierowaną do wszystkich, do całego społeczeństwa, bez rozgraniczenia odbiorców na bardziej interesujące z jakiejkolwiek przyczyny (komercyjnej, społecznej, politycznej, kulturalnej) grupy docelowe". Mają to być niezależne instytucje, w których dominuje apolityczność, bezstronność, obiektywne przedstawianie wydarzeń, przedstawianie wszystkich stron konfliktów, niefaworyzowanie konkretnego ugrupowania politycznego oraz stworzenie forum dyskusji, pozwalającego na prowadzenie kulturalnej, demokratycznej debaty na temat najważniejszych problemów życia codziennego, która pozwoli widzom poszerzyć horyzonty myślowe i wyrobić własne stanowisko w danej kwestii.Program radia/telewizji publicznej powinien być zorientowany na edukację dzieci i młodzieży, dostarczanie społeczeństwu doznań kulturowych na najwyższym poziomie oraz poszerzanie horyzontów myślowych odbiorców. Prosta, nieskomplikowana rozrywka jest  domeną stacji komercyjnych, zaś w telewizji publicznej treści tego typu powinny być nie tyle znacznie ograniczone, co wybijać się poziomem realizacji oraz przekazywanych wartości. Wedle założeń, telewizja publiczna ma skupiać się na jakości swoich programów i przekazach w nich zawartych. Nie powinno być mowy o próbie dorównania telewizjom komercyjnym pod względem oglądalności.

Telewizja publiczna wypełnia tzw. misję publiczną. Karol Jakubowicz wyróżnia trzy  podejścia do zagadnienia misyjności: „czystą misję”, „nowe zadania na nowe czasy” oraz „pełną ofertę”. Pierwsze z nich głosi idee tzw. getta kulturalno-edukacyjnego. „Czysta misja” nie jest w stanie zrealizować tradycyjnego założenia spełniania potrzeb każdego odbiorcy, starając się trafić do wszystkich widzów. Poprzez „nowe zadania na nowe czasy”, rozumie się nieustanne modyfikowanie oraz poszerzanie działalności misyjnej telewizji publicznych uwzględniające zmiany zachodzące w społeczeństwach.  Z kolei „Pełna oferta” to koncepcja zakładająca obecność nadawców publicznych na wszystkich platformach technologicznych oraz realizację różnorodnych programów i usług (od tych przeznaczonych dla masowego widza po zindywidualizowane serwisy internetowe). Idea ta daje również nadawcom publicznym prawo do prowadzenia działalności komercyjnej w celu pozyskania środków na niesienie misji. Niestety zadania mediów publicznych niejednokrotnie zawierają wewnętrzne sprzeczności, które niezwykle trudno pogodzić, jak na przykład dbałość o interesy mniejszości i integralność obywateli czy chęć zaspokojenia gustów wszystkich odbiorców. Niezależnie od działań, jakie dany nadawca podejmuje, sprzeczności te nadal będą istnieć i aż do dziś nie ma jednego, skutecznego sposobu na rozwiązanie tego problemu. Mimo wszystko jednak, media muszą dążyć do jak najlepszego wykonywania powierzonej im misji.

Początki polskiej telewizji sięgają okresu jeszcze przed II wojną światową. Długą i niezwykle interesującą historię rozwoju tej instytucji opowiem w oddzielnym wpisie, teraz skupiając się jedynie na nakreśleniu głównych założeń. Pierwsza próbna emisja odbyła się 5 października 1938 r., jednak za oficjalny start należy uznać półgodzinną transmisję z 25 października 1952 r. Nad radiem i telewizją czuwał Komitet ds. Radia i Telewizji "Polskie Radio i Telewizja", zwany także "Radiokomitetem". Na jego czele stał prezes, powoływany przez Radę Państwa na wniosek Prezesa Rady Ministrów PRL. Początkowo PZPR nie była zainteresowana kulturalną i coraz bardziej rozrywkową ofertą telewizji, jednak jeszcze przed dekadą lat 70. wdrożono tzw. propagandę sukcesu, by niespełna dziesięć lat później wykorzystywać media do siania fermentu oraz obwiniania opozycji i "Solidarności" za nieudaną realizację polityki partii. Doszło nawet do przejęcia Dziennika Telewizyjnego przez umundurowanych wojskowych i "weryfikację" dziennikarzy. Ostatecznie, po burzliwych wymianach zdań w trakcie tzw. podstolika medialnego, oprócz m. in. uwolnienia dystrybucji papieru spod jarzma reglamentacji i likwidacji cenzorskiego Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk (GUKPiW), ustalono dopuszczenie do głosu reprezentacji opozycji. Utrzymano zależny od rządu Radiokomitet, którego strukturę pozostawiono bez zmian. Władze tej instytucji, a także Rada Programowa były jednak zobowiązane do pracy nad zmianą swojego składu, aby w rezultacie znaleźli się tam również reprezentacji środowisk opozycyjnych oraz mniejszościowych, do tej pory niedopuszczanych do tych ciał. Choć w założeniach chciano dążyć do pluralizmu, różnorodność poglądów prezentowana być miała „w rozsądnych proporcjach”, natomiast zadaniem Telewizji Polskiej pozostawało wspieranie programu PZPR. Mimo zmian na rynku prasowym i liberalizacji systemu prasowego znaczące przemiany dla telewizji nastąpiły dopiero na przełomie sierpnia i września 1989, gdy utworzono nowy rząd na czele z Tadeuszem Mazowieckim, z jego nominacji na czele Radiokomitetu stanął Andrzej Drawicz, który zapoczątkował proces zmian w TVP. Telewizja partyjna zyskała miano "publicznej".


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]