Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Two Point Hospital - remake idealny! 2019-11-19

Siostro, BASEN!

W 1997 roku nieistniejące już studio Bullfrog wydało Theme Hospital - humorystyczną strategię typu tycoon, w której budowaliśmy kompleksy szpitalne, w których zatrudnieni przez nas lekarze i pielęgniarki leczyli przeróżne kuriozalne choroby. Mimo przyjemnej dla oka grafiki, wesołej muzyczki w formie midi oraz śmiesznych animacji leczenia (jak np. przebijanie zbyt wielkiej głowy i pompowanie "balonika" do normalnego rozmiaru), gra stawiała przed nami nieraz zbyt wielkie wyzwanie. Theme Hospital rozgrywał się w trybie izometrycznym. Nie mogliśmy zmienić kąta kamery, ani przybliżać/oddalać widoku. Każdy poziom, choć wprowadzał nowe mechaniki, polegał na tym samym: zdobyciu coraz większego wskaźnika reputacji, wyższej wartości szpitala i większej liczby wyleczonych pacjentów. Każdy, nawet najmniejszy, błąd był brutalnie karany nagłym spadkiem reputacji. Musieliśmy także poświęcać naszą uwagę badaniom laboratoryjnym, szkoleniu naszego personelu, optymalnemu rozmieszczeniu pomieszczeń oraz administracji naszymi podwładnymi, którzy niezwykle szybko zaczynali domagać się podwyżek. I tak, pacjenci wychodzili ze szpitala z powodu zbyt długiego wyczekiwania, a ci, których leczenie się nie powiodło, zamieniali się w aniołków na oczach pozostałych pacjentów. Pieniędzy ubywało, reputacja waliła się jak WTC, zaś pod koniec roku, zamiast nagród, otrzymywaliśmy kary za poczynione postępy (a właściwie ich brak). Jednym zdaniem: po pierwszej niewinnej zabawie w budowanie, gra przestawała się z nami cackać, pokazując strategiczne pazury.

Tymczasem tuż przed końcem lata 2018 światło dzienne ujrzało Two Point Hospital - duchowy następca symulatora szpitala sprzed ponad 20 lat. Za  powstanie gry odpowiadali, m.in, dawni programiści ze studia Bullfrog, a więc mieliśmy pewność, że pracują nad tym ludzie, którzy wiedzą co chcą stworzyć. I faktycznie - gra okazała się nie tylko tak dobra jak pierwowzór, lecz - ośmielę się stwierdzić - bije oryginał na głowę!
Po pierwsze: możemy nie tylko wreszcie dowolnie kontrolować kamerę, lecz, co ważniejsze, stawiać pomieszczenia o nieregularnych kształtach (choć zawsze z zachowaniem określonej liczby "kafelków"), zaś obiekty w nich mogą być umieszczone pod kątem. W razie nagłej konieczności zmiany położenia pokoi, nie musimy również usuwać starych sal - wystarczy je obrócić, edytować i postawić w innym miejscu. Trzeba gdzieś dobudować taki sam gabinet? Nie musimy stawiać go od nowa, wystarczy skorzystać z opcji kopiowania! Dzięki tym małym usprawnieniom jesteśmy w stanie dużo lepiej gospodarować przestrzenią. Warto tu wspomnieć również o systemie rozbudowy naszych gabinetów. Im więcej zwykłych i specjalnych obiektów w danym pokoju, tym wyższy ma on poziom. Im wyższy poziom, tym lepsze samopoczucie lekarza i efektywność leczenia.

Mamy już gabinety, czas na obsługę. Tak jak w starej grze, mamy cztery rodzaje pracowników  (lekarzy, pielęgniarki, woźnych oraz asystentów), jednak Two Point Hospital wprowadza rozróżnianie płci (mamy już nie tylko panów lekarzy, ale i panie lekarki; nie tylko pielęgniarki, ale i panów pielęgniarzy etc.) oraz umiejętności, które nie obejmują jedynie uprawnień, lecz także usprawniają pracę naszych podwładnych. Dotyczą one lepszej diagnostyki, efektywniejszego leczenia, sprawniejszej opieki nad pacjentami w oddziałach itd. Umiejętności te nabywa się, oczywiście, na drodze szkolenia. Mniej istotną, choć ciekawą zmianą, jest zrównanie asystentów (odpowiedzialnych za rejestrację, marketing i obsługę klientów np. w kafejce) z innymi pracownikami. W Theme Hospital nigdy się nie męczyli i nie wymagali podwyżek. Tutaj wymagają większych pensji i odpoczynku tak jak reszta pracowników.
Leczenie pacjentów jak i pracę naszych podwładnych nadzorować można z poziomu kilku paneli, na których jasno i przejrzyście widzimy kto jest bardziej, a kto mniej zadowolony oraz którzy pacjenci wymagają przesunięcia z końca na sam początek kolejki do danego gabinetu. Naszej pomocy potrzebować będą pacjenci o różnych schorzeniach, mieszkający w różnorodnych lokacjach mapy naszych szpitali. Wyleczymy zarówno zmarzniętych miłośników narciarstwa, jak i przegrzanych z okolicznych upałów turystów nadmorskich prowincji. Zmienne warunki przekładają się też na odmienne przypadłości (epidemie, trzęsienia ziemi niszczące maszyny leczące, burze lub intensywne naświetlanie słoneczne, które podpala obiekty etc.). Oznacza to także różne cele do wykonania: osiągnięcie danego wskaźnika wyleczeń, wartości szpitala, wyleczenia pacjentów (określonej liczby lub konkretnego schorzenia itd.). Zmierzymy się także z poziomami, na których zarabianie na leczeniu będzie wyłączone, zaś jedyną drogą do zdobywania funduszy będzie wypełnianie konkretnych celów. Rozgrywka wreszcie jest przyjemna, a poziom trudności znacznie wyważony. Do ukończenia każdego szpitala wystarczy zdobycie pierwszej z trzech możliwych gwiazdek. O ile jedną jest stosunkowo łatwo zdobyć, tak dwie pozostałe (zwłaszcza na dalszych poziomach) wymagają nieraz poświęcenia większej ilości czasu oraz dużo intensywniejszego wysiłku włożonego w zarządzanie. Grafika jest sympatyczna, animacje leczenia nowych chorób tak samo zabawne, jak w Theme Hospital,  sekretarka szpitalnego radiowęzła idealnie przypomina tę znaną z poprzedniczki, zaś dodanie radia (ze spikerem, który rzuca zabawne teksty między kolejnymi numerami muzycznymi) jeszcze bardziej uprzyjemniło rozgrywkę.

Całą moją długą recenzję mógłbym streścić w jednym zdaniu: stary, dobry Theme Hospital, dostosowany do standardów XXI w. Nie ma znaczenia czy graliście wcześniej w pierwowzór. Jeśli lubicie gry tycoon, które nie traktują się do końca poważnie, ale jednocześnie oferują optymalny aspekt strategiczny, nie krępujcie się sięgnąć po produkcję studia Two Point. Wciągająca rozrywka na kilkadziesiąt godzin gwarantowana!


Źródło zazdrości i czego się spodziewać 2019-11-16

Czyli niejako odpowiedź dla Kejt.

Zazdrość - ach, jak dobrze to znam! Potężna, zdradliwa i trująca to rzecz. Dla jednych, jej obecność świadczy, że "jeszcze komuś na kimś zależy". Dla mnie zaś, kojarzy się jedynie z tym jak omal na zawsze straciłem najważniejszą duszę, z jaką Los pozwolił mi się zetknąć: Pernelle.

Pamiętam doskonale jak chorobliwa była we mnie kiedyś, jak gwałtownie reagowałem na choćby najmniejsze wzmianki o utrzymywaniu przez nią kontaktu z kilkoma chłopakami, które to kontakty, jeśli już wychodziły poza granice internetu, kończyły się na znalezieniu przez interesantów swoich drugich połówek, przez co znajomość właściwie się urywała (choć może po prostu byłem "nauczony" na błędach okresu, do którego wracać nie zamierzam). Jad, który kipiał we mnie za każdym razem na najmniejsze nawet napomknięcie o męskich znajomych potrafił nieraz sięgnąć najwyższych wartości miernika, a kilkukrotnie nawet wyjebał poza skalę, doprowadzając do rozpadu naszej znajomości. Kontakt urywał się dwa-trzy razy. Najdłuższa przerwa trwała od późnej zimy 2016 aż do lutego 2017. Wtedy czułem się gotów, by napisać do niej ten ostatni raz, choćby tylko po to, by ją przeprosić bez oczekiwania na odpowiedź. W codzienności bez niej odczuwałem nieustanny, bolesny brak czegoś istotnego. Obecności, której przez swoją krótkowzroczność nie doceniałem. A jednak coś się zmieniło. Z wolna zaczęliśmy na nowo kształtować swą relację. Tym razem, aż do dziś, w moim umyśle panuje spokój. Nie uniosłem się ani razu, nie odnotowałem nawet jednego pełnego stanu toksycznej zazdrości, który tak dobrze znałem! I choć kilka razy było blisko "zwarcia", dobrze wiedziałem jak bardzo potrafiłem ją krzywdzić słowem, jak bardzo moje emocje brały nade mną górę.
Poszedłem nawet o krok dalej i zacząłem zadawać sobie pytania o przyczynę tego stanu, dochodząc do smutnego wniosku: nie byłem pewny siebie. Niezwykle szybko "wymiękałem", gdy słyszałem o potencjalnej "konkurencji". Panicznie zaczynałem szukać w sobie zalet, które świadczyłyby na moją korzyść. Ale co najważniejsze, przeraźliwie bałem się cierpienia.

Złamane serce kurewsko potrafi boleć, rujnując tym samym trzeźwy odbiór planu dnia, obowiązków etc. Gdy jest się z kimś, gdy wiąże się z drugą osobą wielkie nadzieje, powoli buduje się drogę do możliwej przyszłości u jej boku, nagle ten domek z kart, który sobie tworzyliśmy spokojnie, upada. I tak jak napisała Kejt, jeśli nawet nie ma choćby wzmianki o "kimś innym", ryzyko zdrady wciąż jest realne, zaś wszelkie próby inwigilacji od razu rzucą na nas światło reflektorów inspektorskich: "dlaczego mi nie ufasz?".
Kiedyś w uszy rzuciło mi się takie stwierdzenie: "Zaufanie jest dobre, ale kontrola lepsza". Zgadzałem się z nim w stu procentach, przyklaskiwałem idei inwigilacji. Bo lepiej być gotowym na ewentualną zdradę, znać swą obecną pozycję, wiedzieć co się szykuje. Nie aby zrobić awanturę, posprzeczać się, złożyć papiery rozwodowe itd, lecz po prostu by mieć zawsze czyste spojrzenie i przygotować na nadchodzącą nawałnicę emocjonalną.
Dziś bardziej zgadzam się ze słowami Baelisha z "Gry o Tron", by "toczyć każdą bitwę na wszystkich frontach", czyli po prostu aby się nie nastawiać jednostronnie i zawsze mieć z tyłu głowy przeświadczenie "Ona/On cię może zdradzić". Starać się przy tym, walczyć o partnerkę/partnera każdego dnia, nie unikać rozmów, spojrzeń ani przede wszystkim bliskości, czułości. "Bawić się" w romantyczność, etc, ale nie zapominać, że nic nie trwa wiecznie i pewnego dnia może nadejść ból.
Nadal uważam, że miłość to jedynie wymysł ludzki, piękna otoczka dla zwykłych hormonów i popędów, choć w obliczu tego kim jest dla mnie Pernelle, sam nie wiem jak nazwać to, co wobec niej czuję. Jestem jednak przygotowany na każdy scenariusz, zgodnie z moim nowym mottem przewodnim, który i wam radzę przyjąć.

Prócz tej rady, dam wam również kolejną: gdy czujecie w sobie zazdrość, zapytajcie samych siebie tak jak ja, dlaczego tak bardzo boicie się kogoś stracić. Potem, róbcie wszystko tak, by to się nie stało. Ale jeśli wasz obiekt zainteresowań mimo wszystko was zostawi, nie wolno wam o to siebie obwiniać. Zrobiliście przecież wszystko co w waszej mocy, staraliście się i dbaliście. Kłopot w tym, że to wasza wybranka okazała się niewdzięczną szmatą i was nie docenia (albo ON, w zależności od orientacji seksualnej i płci).
Poza tym, lochy zainteresowane są wygrzebywaniem trufli z błota. Na co im jakiś "głupi" diament? ;)


Socrates Jones: Pro-Philosopher, czyli... 2019-11-03

NONSENSE!

Co byście zrobili, gdybyście, w wyniku pewnego wypadku, przenieśli się do wymiaru filozofów a tajemniczy Arbiter postawiłby was przed próbą umysłu?
To właśnie przytrafiło się Socratesowi Jonesowi, który wraz z córką, umiłowaną w filozofii, stanął kolejno przed kilkoma myślicielami: Eutyphronem, Protagorasem, Thomasem Hobbesem, Stuartem Millem oraz Immanuelem Kantem. Aby wrócić do domu, musiał on pokonać każdego z nich, drążąc ich idee, filozofie i tezy, oparte na jednym celu: odnalezieniu źródła moralności.

Rozgrywka w "Socrates Jones: Pro-Philosopher" przypomina tę z gry "Ace Attorney": badamy każdą tezę, prosimy oponenta o jej objaśnienie, poparcie oraz powiązanie z przedmiotem rozmowy, a następnie uruchamiamy nasze szare komórki w celu znalezienia błędu bądź sprzeczności w rozumowaniu przeciwnika. Do pomocy mamy, zebrane podczas dedukcji, cenne wnioski i argumenty, spośród których zawsze możemy użyć uwagi odnośnie brzydkiej twarzy oponenta. Stwierdzenie to nigdy nie jest potrzebne i przynosi więcej strat niż korzyści, ale hej, zawsze możemy uciec się do ad personam!
Wybór trafnej opcji bywa momentami niełatwy, a użycie stwierdzenia niewłaściwego (jak również prawidłowego w niewłaściwym miejscu) kosztuje nas spadkiem zielonej energii. Gdy w słupku nie zostanie już nic, będziemy musieli powtórzyć daną sekwencję od nowa. Na całe szczęście, choć każda z "walk" składa się na kilka etapów, nie musimy cofać się do samego początku, co jest dużym ułatwieniem, jednak i tak ów pasek "życia" bywa irytujący.

Wątek fabularny jest dość prosty. Naszemu bohaterowi towarzyszy córka, która podpowiada, komentuje, a czasem docina swojemu "staruszkowi", co sprowadza się z kolei do zawarcia w dialogach sporej dawki polotu i humoru. Oprawa graficzna jest przyjemna dla oka, zaś muzyka nadaje filozoficznym dysputom odpowiedniej powagi. Słuchając jej od razu czujemy po ciarkach na skórze obcowanie z pewnym mistycznym wymiarem. Największym plusem "Socratesa Jonesa" jest jednak to, że nie trzeba znać się na filozofii, by przystąpić do rozgrywki. Wszystkie ważne stwierdzenia są nam objaśniane, przez co gra zyskuje walor edukacyjny oraz promujący (już po rozgrywce) samodzielne poszerzanie wiedzy z tego zakresu.
Gra jest w pełni darmowa, możecie zagrać w swojej przeglądarce poprzez ten link: https://www.newgrounds.com/portal/view/625356 . Choć da się ją ukończyć w jeden wieczór, wszelki postęp zostanie zapisany w waszej przeglądarce, więc nie musicie się martwić o rozpoczęcie wszystkiego od nowa po zakończeniu ledwie jednego etapu. Rozgrywka przebiega w języku angielskim, jednak wystarczy podstawowa jego znajomość, by rozumieć kontekst zdań (w razie problemów,  pomaga Wujek Google). Gra wymaga wtyczki Flash, a biorąc pod uwagę jej wyłączenie do końca 2020 roku, radzę wam zarezerwować sobie chociaż jeden wieczór, licząc od dziś do IV kwartału następnego roku. Ręczę za to, iż nie pożałujecie poświęconego czasu na główkowanie nad dziurami w tezach znanych myślicieli!


Listopadowy deszcz, czyli wyblakłe słońce 2019-11-01

No i mamy listopad, zimny jak nagrobna płyta.
Ja jednak wracam myślami do tych lepszych, cieplejszych czasów, gdy wszystko było prostsze...

Światło sierpniowego poranka odkrywa kolory wszystkiego w okolicy: od lesistych pagórków, sięgających zenitu, aż do pobliskich pól uprawnych, sadu, ogrodu i niewielkiej altanki sąsiada. Wstaję z miękkiego łóżka i wynoszę pościel na niezbyt szeroki, lecz podłużny balkon do wywietrzenia. Po drodze zerkam za zegarek: jest dopiero siódma. Gdyby to był rok szkolny, nie mógłbym tak łatwo wstać z łóżka i zebrać się do czegokolwiek. I na pewno nie byłbym tak wypoczęty. Zerkam do kuchni. Dziadek wyszedł wcześniej na spacer, babcia krząta przy szafkach. Są tam już mój brat i kuzyn, przeżuwając jeszcze gorące kajzerki z serem i ketchupem, zapiekane w mikrofali. Obok małych talerzyków w tych szklanych kubkach z dziwnymi grafikami słoni, które zawsze lubiłem, stoją już gotowe trzy porcje gorącej herbaty. Kwadrans później, umyci i ubrani, gram z moimi towarzyszami na tym wiekowym, zdawać by się mogło, "pececie" z zainstalowanym jeszcze Windowsem 98. Obok monitora z niezbyt szerokim ekranem i dość obszernym zakończeniem z tyłu (tzw. dupą) leżą już przygotowane płyty CD: Age of Empires 2, Robin Hood: Legenda Sherwood, Heroes of Might And Magic 3...Te wszystkie gry, które dziś nazywa się growymi klasykami.

Godzina 11:00. Przerwa na półgodzinny spacer do lasu. Trasa ta, co zawsze: do leśniczówki i z powrotem. Jeszcze tylko przed wyjściem babcia zawiesza na bramce reklamówkę - znak dla "chlebiarza", by się zatrzymał. Trzeba kupić bułkę tartą i przy okazji coś słodkiego dla naszej trójki. Ceny niemałe, ale gdy nie można pojechać do miasta, trzeba polegać na handlu obwoźnym. Zaczynamy spacer, wchodzimy pod górę i, mijając małą kapliczkę, kierujemy w się w stronę lasu. Choć tempo mamy niespieszne, czas paradoksalnie upływa bardzo szybko. Nim się obejrzeliśmy, już jesteśmy w domu. Siadamy w dużym pokoju, służącym też za salon z telewizorem i sypialnię dziadka. Babcia nalewa rosół, dziadek opuszcza wygodną kanapę, siada przy stole i zagaduje nas. Godzinę później brat z kuzynem wracają przed "kompa", a ja wychodzę na ganek. Wraz z dziadkiem odpoczywamy po obiedzie, patrząc tylko na okolicę i chłonąc niemal boży spokój tego miejsca, który zakłócić może jedynie jakiś samochód. Nie przejeżdża ich tu wiele, ledwie kilka na godzinę. Chlebiarza jeszcze nie było -  jak zwykle albo się spóźni, albo nie przyjedzie wcale. Z kuchni dobiegają nas głosy modlitwy: babcia odmawia koronkę o 15:00. Za dwie godziny czeka nas kolejna wyprawa do lasu, mały podwieczorek, a potem kolacja o 19:00. Wszelkie dalsze luki między zajęciami spędzam przy komputerze, gdy brat i kuzyn grają w piłkę. Nie mam głowy do sportu, a zwłaszcza do gier zespołowych. Najlepiej opisują mnie trzy przymioty: dwie lewe nogi, słaba kondycja, przyjmowanie "bomb" (dosłownie) na klatę.
Nastaje wieczór, czas obejrzeć coś w telewizji. O 21:00 musimy być już w łóżkach, wedle zaleceń babci. Z jej pokoju dobiega apel jasnogórski, z naszego odgłosy jakiejś polsatowskiej komedii. Babci to nie przeszkadza, ona umie skupić się na modlitwie. Po godzinnej modlitwie pójdziemy wszyscy spać. Jeszcze tylko dziadek ogląda coś u siebie do późnej nocy, ale znając życie i tak wstanie wcześniej, za to równie wypoczęty jak my. Dobranoc, czas zamknąć pierwszy z siedmiu dni tradycyjnego corocznego nocowania "na górkach".

Właśnie taki cudny opis mam przed oczami, gdy "bierze mnie" na nostalgię. I gdzie to wszystko się, kurwa, podziało? Czemu słońce nie świeci już tak jasno? Czemu wolność nie smakuje już tak słodko jak kiedyś? Dlaczego beztroska i lekkość ducha zmieniła się w gonienie za urzędami, za znalezieniem pracy i obowiązkiem wpasowania się w system?
Ten świat ma pewne prawidła: "Nienawidź swojej pracy, ale wykonuj ją, choć i tak nie docenią cię, zgnoją, i jeszcze nie zapłacą tyle, ile powinni". "Znajdź partnerkę i zrób z nią dzieci, żeby pociągnąć dalej linię genetyczną". "Zobowiązuj się i zapomnij o pasjach czy wolnym czasie, bo zabierze ci go praca i rodzina"...
I wiesz, że musisz w to wejść, nie masz wyboru, bo w tym systemie liczy się pieniądz. Bez pieniądza nie będzie gdzie mieszkać, nie będzie garnka ani czegoś, co można będzie do niego włożyć, ale gdyby tzw. hajs nie istniał, tym bardziej nie byłoby komu niczego robić i wrócilibyśmy do uprawiania roli na własną ręką oraz handlu wymiennego w postaci trzech bochenków za jedną książkę o rolnictwie. Siłą rzeczy więc godzisz się na to, wchodzi w tzw. dorosłość i godzisz się na bycie traktowanym/traktowaną jak szmata, byle mieć za co żyć.
Tkwię ostatnio w stagnacji. Silę się, by przekroczyć wreszcie ten etap, ponownie znaleźć pracę, złożyć wizytę w sanepidzie w celu wyrobienia książeczkę, ale powstrzymuje mnie przed tym lampka ostrzegawcza: "Nie bądź kolejną laleczką, która daje się ubrudzić i marnuje życie w tym pojebanym bagnie, w którym zgnije szybciej, niż emerytura przewiduje!". Któregoś dnia jednak się przełamię. Muszę, jak wszyscy. Ale nie mogę spocząć na tym. Jeśli nie chcę być kolejną dziwką systemu do końca życia, muszę szukać tej jedynej, właściwej alternatywy. I klnę się na wszystko, co świeckie, że w końcu TO znajdę!  

Notka o TVP zostanie wstawiona w dwóch częściach od razu, gdy skończę ostatnią.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]