Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Zjawisko, które dostrzegam! 2019-10-22

Czyli ten jeden raz ukradnę temat Kejt (chociaż nie będzie to kradzież w 100%, a bardziej forma odpowiedzi).

Nienawiść, według Kim, "jest wtedy, kiedy celowo i z przyjemnością robi się krzywdę drugiej osobie. Obojętnie czy fizyczną, psychiczną czy w inny sposób", zaś osoby nienawidzące, są "chore psychicznie".  Autorka wpisu, do którego się odnoszę, wskazuje jednocześnie, że częściej odczuwała niechęć i że tak naprawdę wielu ludzi nie zna prawdziwego pojęcia nienawiści. Cóż, charakter (i tu piszę absolutnie szczerze) godny naśladowania, choć z samym wpisem nie mogę się już zgodzić.

Nienawiść jest rzeczywista. Widzę ją, gdy obserwuję przemarsze Obozu Narodowo-Radykanego, a także, nieraz zbyt głośne, krzyki ruchów feministycznych. Słyszę ją, gdy "katolicy" wyzywają osoby homoseksualne, wypowiadają się na ich temat obraźliwie, wyszydzają i opluwają, podrzegani przez kler ("tęczowa zaraza"). Dostrzegam te spojrzenia, kierowane w stronę nie tylko muzułmanów ("bo przecież takijja, oni tylko udają dobrych, a tak naprawdę chcą nas pozabijać!"), ale też Ukraińców (bo robotę zabierają!), Żydów (bo są wszędzie, dopominają się odszkodowań i plują na Polskę), Niemców i Rosjan (bo wiadomo). Czytam dyskusje na rozmaitych portalach informacyjnych, gdy obywatele, napuszczani przez obie strony, żrą się nawzajem, wyzywają od "lewaków" i "katopojebów". Obojętnie, czy są to celowo wykreowane dyskusje, wszczęte przez prowokatorów z konkretnych środowisk, czy oddolna inicjatywa pewnych jednostek. Nieważne czy partia, wspomnianego również przez Kim, Adolfa Hitlera zdominowała większość czy zdobyła sympatię obywateli po dobroci. Pomijam już sytuacje kreowania nienawiści dla potrzeb show (patrz: moja notka z siódmego października pt. W świecie masek, czyli "to tylko konwencja"). Efekt jest w każdym przypadku taki sam, a więc nawoływanie do potępiania, zakazywania, opluwania, bicia, a nawet, w skrajnych przypadkach, mordowania (tak bezpośredniego jak i pośredniego, czyli samobójstwa).
I to już nie jest "niechęć", bo nie trzymasz się tylko z daleka, ale odgórnie traktujesz inne społeczności. To nie jest już jedynie "brak sympatii", bo nie pozostajesz w swoich odczuciach bierny, bezstronny (swoją drogą, parafrazując klasyka, czym innym jest nienawiść jak nie brakiem sympatii?).

Internetowy hejt działa na podobnej zasadzie. Według słownika języka polskiego, jest to "obraźliwy lub agresywny komentarz zamieszczony w Internecie".  Może być on napisany przez kogokolwiek (od zwykłego "trolla", który nie ma nic lepszego do roboty i/lub czerpie przyjemność z obrażania innych po nieposiadające własnego życia osobliwości z wielkim bólem tyłka) i kierowany do wszystkich reprezentantów danej kategorii społecznej. Tak samo mowa nienawiści: karmi się uprzedzeniami (sztucznymi czy prawdziwymi - bez znaczenia), a nienawiść płodzi kolejne pogardliwe komentarze. Żeby nie być gołosłownym, zaczerpnę kilka wiader z jednej z najbardziej toksycznych grup, czyli fandomu Star Wars:
Kelly Marie Tran, amerykanka azjatyckiej urody, której źle napisana postać w "Ostatnim Jedi" przełożyła się na tsunami hejtu. Ahmed Best, czyli głos Jar Jara, był hejtowany z powodu najbardziej irytującej postaci w "Epizodzie I: Mrocznym Widmie" do tego stopnia, że przez długi czas zmagał się z depresją. Jake LLoyd, aktor wcielający się w małego Anakina z "Mrocznego Widma" dziś boryka się z problemami psychicznymi po latach dzieciństwa, kiedy to rówieśnicy z sąsiedztwa szydzili z jego roli (oraz gdy musiał udzielać średnio 60 wywiadów dziennie).

Nienawiść ma różne oblicza. Historia daje nam wiele lekcji w sprawie tej globalnej, czasy obecne stawiają nas przed jej całkiem nową odsłoną. Z każdym jej przejawem należy walczyć, wspierając się podstawową zasadą równości wszystkich ("norm" i "odmienności) wobec całego społeczeństwa. Nie wyeliminujemy każdego zagrożenia. Nie pozbędziemy się wszystkich nienawistników. Możemy za to wstawiać się za innymi, bronić ich podstawowych praw i otaczać się ludźmi podobnymi sobie. Nawet największe jadowite gady na dwóch nogach nie będą w stanie przebić takiego muru. Na zakończenie polecam wszystkim krótką lekturę dwudziestu lekcji Timothy Snydera pt. "O tyranii", dzięki której zaczniecie zwracać baczniejszą uwagę na aspekty, prawdopodobnie dotąd przez was lekceważone, oraz nauczycie się przeciwdziałać wielu przejawom sztucznej nienawiści, kreowanej dla politycznych korzyści sfer rządzących.

Ale statki nie toną wówczas, gdy mają dużo wody wokół siebie, lecz gdy ta woda dostanie się do ich środka. Tak samo jest z nienawiścią. Kiedy statek jest pełen nienawiści, staje się nawiedzony, a załoga złożona z duchów niezbyt skutecznie potrafi nim sterować. Katastrofa gwarantowana.

Marco Kubiś, "Osobliwe miejsca, które odwiedzasz każdego dnia"


El Camino [NETFLIX] - niepotrzebny epilog? 2019-10-16

Uwielbiam "Breaking Bad"!

Każdy, kto czytał mnie w III kwartale 2015 roku, z pewnością pamięta moje długie, trochę nieskładne, jednak pełne pasji wpisy o serialu jak i głównej jego postaci. Losy przemiany Waltera White'a śledziłem z zapartym tchem, oczarowany aż do końca. Choć serial zakończył się we wrześniu 2013 roku, dopiero dwa lata po emisji ostatniego odcinka mogłem w pełni zrozumieć zachwyty nad produkcją Vince'a Gilligana. Charakterystyczne kadry, dobra muzyka, świetni aktorzy, ciekawie poprowadzona fabuła oraz całkowite rozwiązanie wszelkich możliwych wątków - wszystkie te elementy przyniosły serialowi tak duży rozgłos, że dla niektórych "Breaking Bad" to przeżycie czy nawet "religia".
Niedawno jednak Netflix, wypuścił kilka spotów promujących "El Camino: A Breaking Bad Film", na krótki czas przed jego premierą. Miała to być produkcja domykająca wątek Jessiego Pinkmana, który w ostatnim odcinku serialu uciekał samochodem od trzymającej go w niewoli bandy niemieckich oprychów, zabitych przez Waltera kilka minut wcześniej. O filmie wiadomo było tylko tyle, że czuwa nad nim twórca serialu, wśród obsady, oprócz Jessiego, powróci kilka innych znajomych twarzy, a premiera filmu nastąpi 11 października. Czas minął, film został przeze mnie obejrzany i, cóż...

Na początek zaznaczyć trzeba jedno: film ma zupełnie inne tempo i zauważalnie mniej nieprzewidywalności niż uświadczyliśmy w serialu. To prosty, klasyczny obraz o człowieku wyniszczonym przez bolesne doświadczenia, który teraz musi uciec od przeszłości w stronę nowego początku. Zaczynamy seans tam, gdzie ostatnio "zostawiliśmy" Jessiego: w scenie ucieczki. Ten jeden moment wyznacza nam dalszą drogę dla naszego bohatera na następne dwie godziny. Będzie on musiał zostawić wszystko za sobą i uciec do miejsca, w którym ułożyłby sobie życie na nowo: do Alaski, rekomendowanej mu kiedyś przez starego przyjaciela. Po drodze Jessie spotka kilku znajomych, powróci w retrospekcjach do kilku spokojniejszych wspomnień i zmierzy się z własnymi przeżyciami. Nie zawaha się jednak raz czy dwa sięgnąć po broń, jednak nie ma co doszukiwać się tu spektakularnych akcji rodem z wysokobudżetowych amerykańskich filmów.

Nie oczekiwałem niczego od "El Camino", nie liczyłem na powrót do znajomych klimatów z serialu, a jednak jestem odrobinę zawiedziony. Film ten zupełnie niczego nie wnosi, nie dodaje ważnych i potrzebnych elementów, które nie byłyby poruszone w serialu. Dostajemy tak naprawdę kilka nowych scen, stanowiących epilog, który ma nas upewnić, że nasz  bohater zmierza w lepszym, spokojniejszym kierunku. "Breaking Bad Film" nie psuje zakończenia serialu, oferując nam jednocześnie drugie, dopełniające poprzednie, jednak trudno nie odnieść wrażenia jego bezcelowości. Jak wspomniałem wcześniej, nad produkcją czuwał Vince Gilligan i jest to widoczne po charakterystycznych kadrach i montażu, dzięki czemu nie wyszło z tego jedynie bazowanie na nostalgii. Scenariusz został dobrze napisany, dialogi również stoją na przyzwoitym poziomie, jednak nie ma tu miejsca na tłumaczenie pewnych wydarzeń czy postaci z "Breaking Bad". To film skierowany tylko i wyłącznie do osób, które oglądały losy Waltera i Jessiego przez pięć sezonów i chcą teraz choć na chwilę wrócić tego świata, by zobaczyć drogę do zaznania spokoju i tym samym zakończenie ostatniego etapu przemiany młodszego z głównych bohaterów telewizyjnego show.
Z perspektywy fana serialu mogę powiedzieć, że "El Camino" jest produkcją dobrą, lecz w gruncie rzeczy niepotrzebną i niezaspokajającą w pełni mojej tęsknoty za miasteczkiem Albuquerque. Jako dzieło samodzielne, film ten miałby problem z obronieniem się przed krytyką, ponieważ lwia część historii została już opowiedziana w serialu. Tutaj wracamy na dwie godziny do jednej postaci (odgrywanej bardzo dobrze przez Aarona Paula) i śledzimy jego ucieczkę. Nie dowiadujemy się zbyt wielu nowych rzeczy o tzw. lore serialu, choć w tle przewijają się wzmianki o wydarzeniach z piątego sezonu.  Chociaż fabuła w praktycznie w niczym nas nie zaskakuje, od razu robi nam się cieplej na sercu, gdy oglądamy ostatnie sceny filmu.

Czy jest to film potrzebny? Nie. Czy cokolwiek nam on zmienia w zakończeniu "Breaking Bad"? Również nie, tak samo jak nie trzeba go oglądać dla pełnej znajomości historii. Vince Gilligan dopisał dodatkowy, nieobowiązkowy, lecz przyjemny i lekko nostalgiczny rozdział do losów jednej z najważniejszych postaci swojego serialu. Jeśli oglądaliście pięciosezonową "sagę" - zapraszam do seansu. Jeśli losy Waltera White'a i Jessiego Pinkmana nie są wam jednak znane, nie macie tam czego szukać, póki nie nadrobicie zaległości.


Joker (2019) a społeczna definicja "normy" 2019-10-13

PRZEMYŚLENIA SPOILEROWE

Nowy film Todda Philipsa już od pierwszych zapowiedzi intrygował. Trailery przyciągały uwagę, obiecując seans bardziej psychologiczny. Chciano nam przedstawić postać, którą do szaleństwa i ekstremalnych rozwiązań pociągało odrzucenie społeczne. Otrzymaliśmy jednak na tyle wyrazisty, by podzielić widzów i krytyków na wychwalających "Jokera" pod niebiosa oraz wytykających filmowi przerost formy nad treścią. Gdy jedni rozwodzą się nad współczuciem skrzywdzonej jednostce, drudzy wskazują na trzeci akt filmu, w którym aż za bardzo, niemal łopatologicznie przedstawia się widzowi motywacje i odczucia głównego bohatera. Joaquin Phoenix jako Artur Fleck/Joker sprawdził się wyśmienicie. Jego kreacja wzbudza u widza jednocześnie strach i współczucie. Zdjęcia pieszczą oczy, zaś muzyka wywołuje w odbiorcy dokładnie to, co powinien czuć podczas konkretnych scen. Polecam się wybrać i samemu tego doświadczyć. Dla mnie 8,5/10.

Tym sposobem zakończyłem tę krótszą, recenzecką część wpisu, niniejszym podejmując się analizy mojego odbioru postaci Jokera, której współczuję, którą rozumiem, a która jednocześnie tak bardzo odzwierciedla problem małych grup społecznych, które mimo starań nie potrafią sprostać wymogom, stawianym przez tę znacznie większą część ludzi danego środowiska. Artur Fleck już od początku cierpi na pewną mentalną przypadłość. Śmieje się w chwilach stresu, jednocześnie nie "czując" żartów, serwowanych przez komików, do których samemu chce dołączyć. Cały czas marzy o pozyskaniu uwagi i docenieniu przez swoje otoczenie, które do tej pory serwowało mu jedynie kopniaki w brzuch (nierzadko dosłownie). Jest to postać od początku skrzywiona, nieumiejętnie próbująca żyć w jednoznacznie złym społeczeństwie. Nikłymi promieniami słońca w tym zamglonym środowisku zdaje się być jedynie urocza sąsiadka i ukochana mama, którą Artur się opiekuje. Zwłaszcza ta ostatnia odgrywa w jego życiu istotną rolę - jest jego punktem zaczepienia w jakkolwiek pojmowanej przez niego normalności, przynajmniej do czasu, gdy dowiaduje się prawdy i odcina się od niej "na wieki wieków". Momentalnie przyjmuje uwielbienie ludzi buntujących się przeciw bogatym "ciemiężcom", którzy pchnięci zabójstwem trzech pracowników firmy Wayne'a przez tajemniczego klauna, rozpętują rewolucję. Staje się dla nich symbolem, liderem, choć sam zainteresowany nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Obchodzi go tylko uwaga, jaką mu się poświęca. Światła kamer. Wyciągnięte ręce ludzi. Rzucane raz po raz pochwały czynu, którego na początku się bał, do którego zmusiła go eskalacja strachu, zagrożenia i poniżenia ze strony trzech agresorów z metra. Zapewne wielu zachodzi w głowę jak można rozumieć, a co dopiero współczuć, takiemu psychopacie, u którego stopniowo zanikają jakiekolwiek hamulce przed zabijaniem kolejnych osób, które - w rzeczywistości lub tylko w jego głowie - wyrządzili mu krzywdę. Jak ktoś taki ma zasługiwać bardziej na choć odrobinę szczęścia i dobra niż kaftan i celę bez klamek?

Prawie wszyscy myślą o sobie jak o "zdrowych", "normalnych" jednostkach, przystosowanych do współżycia z innymi sobie podobnymi istotami tego samego gatunku w jednej wielkiej społeczności. Większość dyktuje "normę", według "normy" ustalane zaś wszelkie sankcjonowane i niesankcjonowane prawa. Kreowane są oczekiwania względem innych członków społeczności. Nie dba się o tych, dla których obcowanie z drugim człowiekiem jest obciążeniem, wyczerpującym danego człowieka z sił mentalnych. Jeśli co krok boisz się wyśmiania, unikasz wzroku innych ludzi, chcesz jedynie szybko załatwić swoje i ponownie ukryć się przed światem, jest to "odchył od normy", "problem psychologiczny", który trzeba "wyleczyć". Zupełnie tak, jakby była to w istocie jakaś choroba. Jakby taka jednostka była "skrzywiona". Nie mówię tu o osobach w pełni niepoczytalnych, mentalnie nieświadomych tego, co robią. Zwracam jedynie uwagę na tych, którzy starają się przystosować, znają powszechnie obowiązujące prawa, orientują się w panujących w danej zbiorowości nastrojach, a jednak są przez swą odmienność odpychani, postrzegani jako "chore" osobowości, które należy poddać leczeniu w postaci wielogodzinnych sesji u psychologa i tony tabletek "na głowę". Osoby o wyostrzonych sensorach poznawczych oraz emocjonalnych. Wszyscy ci, których określić może jedno pojęcie: neurodiversity. "Najgorsze w posiadaniu choroby psychicznej jest to, że ludzie oczekują po tobie zachowania zdrowego człowieka", pisze Artur Fleck w swoim notesie. Wszelkie "odchyły od normalności" powszechnie uznawane są za chorobę, którą trzeba wyleczyć. Gdy większość ludzi uważa takie osoby za "popsute", ja i wszyscy mi podobni widzimy w nich naszych braci i nasze siostry. Jedyne, co nas od nich odróżnia, to natężenie odbioru pewnych bodźców, dużo szerszy punkt poznawczo-sensoryczny.

Wiele razy na swoim blogu pisałem o strachu, zazdrości i momentach wypalenia wewnętrznego gniewu co dłuższy czas. W dodatku kiedyś w gimnazjum bywałem wyśmiewany do (publicznie przekroczonej pewnego dnia) granicy płaczu. Gdy jednej zimy trzech typków z osiedla obrzucało mnie kilka razy śnieżkami, bez słowa szedłem dalej w kierunku domu, wypatrując czy nie podążają za mną, by w domu wypłakać się jak małe dziecko, kipiąc jednocześnie żądzą zemsty. Czy według społeczeństwa również ja wymagam "naprawy"? Czy jest ze mną "coś nie tak"? Nikogo przecież nie skrzywdziłem. Nikogo nawet raz nigdy nie uderzyłem. Byłem jedynie cichy, wycofany, zamknięty. Chciałem współistnieć z innymi na równych zasadach i prawach, choć najdotkliwiej doświadczałem właśnie tej gorszej części społeczeństwa. Udało mi się przez to wszystko jakoś przebrnąć, nie mówiąc do tej pory o swoich odczuciach nikomu ani słowa.

Dziś jednak przerywam milczenie. O to samo proszę także i was, tych, którzy wiedzą o czym mowa. Wszystkich, którzy czują się wykluczeni, których postrzega się jako "nienormalnych" czy "chorych". Nie trwajmy więcej w milczeniu. Mówmy o swoich uczuciach, obawach i niepokojach. Pokażmy światu jak silną jesteśmy zbiorowością w i tak zbyt dużym jak dla nas społeczeństwie. Niech usłyszą nas, dostrzegą i zaczną traktować na równi! Pamiętajcie: nikt z nas nie jest sam.


W świecie masek, czyli "to tylko konwencja" 2019-10-07

Na początek kilka faktów dla jasności przekazu.

Parę dni temu miała miejsce konferencja piątej już edycji Fame MMA. Dla niewtajemniczonych, jest to inicjatywa, mająca na celu skonfrontowanie znanych osobistości MMA oraz słynniejszych jutuberów podczas walki w klatce. Biorą w tym udział, m. in., Bonus BGC,  Marcin Najman, Marek "AdBuster" Hoffmann czy Szymon "Isamu" Kasprzyk. Podczas poprzednich edycji walczyli z sobą również Daniel "Magical" i Marcin "Rafonix" Krasucki, tzw. patostrimerzy (o zjawisku patostrimingu być może kiedys jeszcze napiszę. Dziś skupię się na czymś znacznie ciekawszym). Konferencje Fame MMA są ustawianym show - uczestnicy mogą bluzgać, wyzywać siebie nawzajem, a niektóre co agresywniejsze "osobistości" posuwają się do rzucania kubkami i wyrywania się z pięściami na swojego rywala. Ma być to wielkie show, które napali widzów na zbliżającą się galę (a więc kupienie płatnego dostępu do jej obejrzenia).
Jednym z zawodników obecnej edycji jest Tomasz Olejnik. Chłopak znany jest z filmów niejakiego Kruszwila, w których non stop wciela się w rolę ciapy. Jest słaby, gorzej traktowany, a wręcz pomiatany przez swoich kolegów. Na konferencji nie było inaczej - "cisnął" po nim nie tylko jego rywal, Dawid Malczyński, ale również jeden z inicjatorów walk Wojtek Gola, (który w żarcie nazwał go "większą pizdą od waginy walenia niebieskiego podczas porodu") oraz prowadzący Maciek "zdvpy" Dąbrowski (który słynie ze "śmieszkowych" materiałów, łączących niskich lotów humor z przesłaniem pewnych ważnych wartości, jak poszanowanie względem innych wierzeń czy orientacji seksualnej). Na Maćka posypała się krytyka. Po konferencji próbował on wyjaśnić całą sprawę, mówiąc, że wcześniej kontaktował się z Tomaszek Olejnikiem, uzyskując od niego zgodę na żarty z jego osoby. Taka przecież była konwencja, nieprawdaż? Niestety, Tomasz nie jest, jak się zdawało, tak dobrym aktorem, by udawać w obliczu stresu. Widać było po nim ogromne zmieszanie i niepewność. Po wszystkim Maciek prywatnie i publicznie przeprosił Tomasza, jednak na Człowieka-Wargę posypała się krytyka.  Wiele komentarzy pod jego filmem, objaśniającym całą sprawę, sprowadzało się do "sprzedajności" twórcy, który za pieniądze zjadł "gówno" i teraz mówi, że mu nie smakowało.

I tu dochodzimy do myśli głównej, morału, który wypłynął z tej sytuacji - znikomego znaczenia wykreowanego przez siebie wizerunku wobec prawdziwych problemów. W internecie i klasycznych mediach możemy uchodzić za kogoś, kim nie jesteśmy. Nierzadko dla potrzeb rozgłosu i popularności stajemy się najbardziej idealną wersją siebie, do której nigdy nie dosięgniemy. Nawet ja, prowadząc bloga, mogę przecież koloryzować poprzez nomen omen brudzenie, pozbawienie kolorów alternatywnej rzeczywistości, w której nie żyłem ani razu. Albo inaczej - elvenoor zacząłby wszystkich bezczelnie po chamsku krytykować i wyzywać z góry na dół. Byłby obrazoburczy, nie szanowałby niczego i nikogo, a wszystkich, którzy się z nim nie zgadzają, wyzywałby jeszcze bardziej. A jednak byłaby to przecież tylko konwencja, zamysł na potrzeby rozrywki czy, jakkolwiek pojętego w tym przypadku, artyzmu. Dopóki nie pozwałby mnie  ktoś bez "dojść" za wokandą, mógłbym spokojnie tłumaczyć się, że "to tylko żarty, ironia, sztuka, satyra etc, etc". Tylko czy publika uwierzyłaby w to, że tak naprawdę nie jestem taki, na jakiego się kreuję?
Sami zakładamy maskę i tylko ją potrafimy dostrzec w drugim człowieku. Jeśli ktoś gra w zabawnych filmach i ciągle się uśmiecha, to musi być szczęśliwy i sypać żartami jak z rękawa, prawda? Jim Carrey na przykład. Albo Owen Wilson czy, najsympatyczniejszy aktor w dziejach, Robin Williams. A gdy znajomy mówi nam, że nie odzywał się ponieważ pojechał z dziewczyną na Ibizę, to musi być mega farciarzem i zarabiać kokosy, co nie? Przecież by nas nie okłamał, przecież każdy jest taki, jakim go widzimy.

I kupujemy tę pokazówkę, godzimy się na nią, dopóki nie otrzymamy pierwszych oznak, że coś jest mocno nie tak, gdy nie zabrnie to za daleko. Weźmy za przykład wspomnianego już Tomasza Olejnika i Maćka Dąbrowskiego. Czy Maciek posunąłby się do żartów, gdyby wiedział na 100%, że Tomek jest tak zestresowany jak kiedyś dzieciak przed pierwszym tańcem na dyskotece? A kogo to obchodzi? Mleko się rozlało, przeprosiny nie mają znaczenia. Zgodziłeś się na to, dobrowolnie wszedłeś w ten układ i mogłeś tylko przeczuwać ile kosztować będzie pomyłka. To samo z resztą w przypadku Tomka - kolesia, który poszedł na to, ale zwyczajnie się przeliczył. Wiedział, że oberwie, ale stres uczynił go jeszcze bardziej wrażliwym.
Jakże komfortowo jest nam żyć w świecie masek i postrzegać każdą, nawet fałszywą, kreację za tę prawdziwą. Jak łatwo przystajemy na dane warunki, by potem przez jeden błąd ponieść konsekwencje z powodu nieprawdziwego wizerunku. Twarz może być zmienna, lecz krzywda prawdziwa. Z jednej strony, "po co się tam pchałeś, skoro wiedziałeś?", z drugiej "skąd mogłeś wiedzieć, że on nie udaje?". Ironia życia, pytanie wciąż to samo: który wybór będzie słuszniejszy? Brnąć dalej w swoje, szokować, przyciągać uwagę czy może jednak się wycofać, nim oberwie ktoś niewtajemniczony lub ktoś, kto przecenił swoją odporność? Wszyscy szukają takiego poziomu kontentu, który będzie najbezpieczniejszy dla wszystkich, nie urazi absolutnie nikogo, lecz z gruntu poszukiwania te skazane są na porażkę. Ludzie są przecież "głupi" - nie widzą innego ciebie niż sam się prezentujesz. Coś prędzej czy później ich urazi. TY ich urazisz. Niechcący, w żartach, ale jednak pewna mniejsza bądź większa krzywda będzie wyrządzona.

Dopóki wiadomo, że wszyscy naprawdę udają, dopóty jest dobrze. Wynikałoby z tego, że lepiej w ogóle nie żartować, nie silić się na kontrowersję, nie kreować kolejnych masek i cały czas być sobą. Jednak wtedy świat byłby albo nudniejszy, mniej interesujący, albo, paradoksalnie, jeszcze bardziej nienormalny niż nam się wydaje.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]