Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

TVP jako nadawca misyjny 2/4 - Dekada sukcesu 2019-07-23

Lata 1970-1980 to okres zauważalnych zmian w sposobie postrzegania telewizji przez władze.

Zaczęto dostrzegać potencjał propagandowy w programach radiowych i telewizyjnych. Było to niezwykle istotne w kontekście wydarzeń z grudnia 1970 roku, kiedy to nasiliły się – brutalnie tłumione - antyrządowe protesty, spowodowane m.in. podwyżką cen. Dokonywano pewnych zmian w propagandzie. „Wroga systemu” nadal upatrywano w krajach zachodniej Europy, jednak naciski propagandowe uległy znacznemu zmniejszeniu. Nie dopatrywano się również przeciwników we własnych kręgach. Jak pisał w październiku 1971 Mieczysław Rakowski, szef „Polityki”: „[Polska] Jest jednym z najdziwniejszych krajów socjalistycznych – nie ma wewnętrznego wroga. To się zdarzyło po raz pierwszy. Zazwyczaj zawsze był jakiś wróg – liberałowie, socjaldemokraci, rewizjoniści, syjoniści, itp.”. Polityka informacyjna nowej ekipy rządzącej, zwana powszechnie propagandą sukcesu, skupiała się na przedstawianiu wyłącznie pozytywnych, nierzadko wyolbrzymionych informacji jako efektów realizacji planu pięcioletniego, zainicjowanego przez nowego pierwszego sekretarza PZPR, Edwarda Gierka, polegającego na rozwoju gospodarczym i zwiększeniu poziomu życiowego w PRL w latach 1971-1975. Do przekazywania komunikatów używano zwięzłych, wyrazistych sloganów, sformułowań, które zawierały treści perswazyjne. Miały za zadanie bezrefleksyjnie aktywizować odbiorcę za pomocą dumnie brzmiących, powtarzających się haseł.  Podczas spotkania z dziennikarzami w lipcu 1972 roku, Edward Gierek powiedział, że „dziennikarstwo polskie spełnia swoje funkcje przyczyniając się do pogłębiania świadomości celów, do których podąża partia i naród”, zaś w uchwale VI zjazdu partii zapisano, że „naczelnym zadaniem prasy, radia i telewizji jest wszechstronne działanie informacyjno-publicystyczne na rzecz stałej konsolidacji całego narodu wokół partii i jej programu. Należy więc nadal systematyczne doskonalić cały system środków masowej informacji w oparciu o zdobyte doświadczenia oraz postulaty społeczeństwa”. Przy tym jednak media miały być stale unowocześniane i usprawniane, by ich odbiorcy mogli postrzegać je jako atrakcyjne , co miało przełożyć się na ich skuteczność. Niezwykle znamienny jest fakt, iż przy wszystkich zmianach jakie nadeszły w dekadzie 1970-1980, krytyką obarczono poprzednią ekipę rządzącą, której wytykano m. in. lekceważenie głosów opinii publicznej, blokowanie informacji oraz utratę kontaktu z masami (społeczeństwem). Dziennikarze pozostawali w oczach nowych władz partyjnych lojalnymi i zaufanymi sprzymierzeńcami systemu socjalistycznego, wobec czego nie mogą ponosić odpowiedzialności za błędy poprzedniego kierownictwa.

Od tej chwili, prasa, radio i telewizja miały „budować dialog partii ze społeczeństwem”, dzięki podkreśleniu ich ideologicznej i propagandowej roli w budowaniu zrozumienia społecznego dla budowania demokracji socjalistycznej, choć już na etapie rozbudowy i modernizacji technicznej mediów coraz bardziej zwracano uwagę na mobilizację społeczeństwa dla poparcia nowych władz. Jak czytamy we wspomnianej Uchwale: „Partia i państwo przywiązują ogromną wagę do rozwoju radia i telewizji jako instrumentu najbardziej masowego i efektywnego oddziaływania na społeczeństwo w duchu ideologii marksistowskiej i zdobywania społecznego poparcia dla polityki partii. Kierownictwo radiem i telewizją ze strony Komitetu Centralnego wyraża się w stałej inspiracji i kontroli działalności programowej radia i telewizji oraz w kształtowaniu prawidłowej polityki kadrowej”. Dlatego też równie istotne stało się przekonywanie o koniecznej podległości partyjnej mediów. Edward Gierek, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, był świadomy potencjału drzemiącego w telewizji, wobec czego nie bał się występować przed kamerami. Telewizja miała przekonać widza, iż polityka partii i władzy ludowej najlepiej służy jego interesom i aspiracjom, zaś patriotyzm prawdziwego Polaka miał wyrażać się w doskonaleniu jego pracy na rzecz przyspieszonego rozwoju „socjalistycznej ojczyzny”. Podporządkować się temu miały zarówno programy publicystyczne i informacyjne, jak i rozrywkowe.  Istotne było także zintensyfikowanie produkcji   telewizorów oraz przygotowania do produkcji   telewizorów przenośnych, które miałby pełnić rolę drugiego odbiornika, a także rozpoczęto prace nad prostym wideomagnetofonem. Docelowo 90% rodzin miało posiadać w domach własne radio i telewizor.

W 1972 roku prezesem Radiokomitetu został Maciej Szczepański, który przez następne osiem lat rozwijał propagandę sukcesu, twierdząc, że „skrytykować można tylko to, co da się naprawić”. Problemy ówczesnych władz były jednak na tyle duże, że - przy braku możliwości ich szybkiego rozwiązania – postanowiono o nich w ogóle nie wspominać. W planie, nazwanym roboczo „Główne zadania radia i telewizji” znalazły się zapisy traktujące o ukazywaniu polityki partii w jak najlepszym świetle i walce z poglądami niezgodnymi z założeniami systemowymi, „realizacji organizatorskiej funkcji partii i państwa poprzez pozyskiwanie poparcia społeczeństwa dla ich polityki” wraz z motywowaniem widzów i słuchaczy do wytrwałej pracy, „kształtowaniem świadomości społecznej narodu”, a także „umacnianiem internacjonalizmu proletariackiego”. Jak wynika z przytoczonych założeń, telewizja od teraz służyć miała przede wszystkim interesowi politycznemu partii oraz nie tyle wspomagać ją w realizacji zadań programowych PZPR, co faktycznie je wykonywać. Oczywiście wymogom ideowym miała być podporządkowana nie tylko sfera informacyjno-publicystyczna, ale także programy kulturalne. „Dlatego właśnie poleca się preferowanie tych wartości literackich i artystycznych, które angażują umysły i uczucia odbiorców na rzecz budownictwa socjalistycznego oraz wpływają na kształtowanie socjalistycznych postaw obywatelskich”.

Po latach, w czternastym odcinku programu TVP pt. „Za kulisami PRL-u” Maciej Szczepański tymi słowami wyjaśniał powody wprowadzenia do telewizji wyłącznie elementów pozytywnych: „Myśmy rzeczywiście pokazywali dobrą twarz tamtej rzeczywistości, ale ta twarz była rzeczywista. Myśmy nie pokazywali wiosek potiomkinowskich, nie kreowaliśmy nierzeczywistych osiągnięć (…) A co by widz z tego miał, gdybyśmy mu pokazali kolejki? Jaki by miał z tego pożytek, skoro on sam widział te kolejki? Myśmy się starali mu wytłumaczyć, dlaczego te kolejki jeszcze funkcjonują i staraliśmy się przedstawić mu poglądy, że kiedyś te kolejki znikną. (…) Ma pan rację, że ciemne strony ówczesnego życia nie gościły zbyt często na naszej antenie, ma pan rację. Ale widzi pan, ja miałem pewne hobby: oburzało mnie to i mierziło mnie to, że Polacy byli wychowywani w kulcie klęski, kulcie przegranych powstań, pomordowanych przywódców. Chciałem zacząć pokazywać Polakom ich rzeczywisty dorobek. Myśmy pokazywali problemy ludzi, ale nie jako nieodwołalny dopust boży, nie jako klęska, której się nie da uniknąć, ale staraliśmy się pokazywać te problemy, którymi ludzie żyli, w procesie ich usuwania jak i [wtedy, gdy] zostały usunięte. (…) Tak robi się propagandę wszędzie, ta się robiło propagandę i tak się będzie robiło. (…) Pod pozorami jakichś sensacyjnych skandali itd., kryje się zrozumienie, że wszystko to, co można zrobić, to my dla was robimy. Ten nurt absolutnego uwielbienia i poparcia dla władzy jest czytelny (…) podawany bardzo elegancko, nienachalnie, ale organy propagandowe są po to, żeby zdobyć władzę, albo się utrzymać przy władzy”.

Podczas gierkowskiej dekady telewizja i radio w Polsce milczały na temat protestów antyrządowych, organizowanych przeciwko nowym manipulacjom cenowym partii, które miały miejsce w lipcu 1980 roku. Media były swoistymi kronikami poczynań rządzących, realizujących wizję rozwijającego się dzięki „ciężkiej” i „jednostajnej” pracy ludu państwa socjalistycznego. Na świeczniku były tak ważne z punktu widzenia partii wydarzenia jak opisywane przez „Trybunę Ludu” odznaczenie Edwarda Gierka w Strassburgu medalem Instytutu Badań Praw Człowieka „za zasługi w krzewieniu pokoju i postaw obywatelskich” czy odwiedziny premiera Edwarda Babiucha w jeleniogórskiej fabryce maszyn papierniczych „Fampa”. Wszelkie niepomyślne dla partii wydarzenia były przez władze oficjalnie niezauważalne. 19 lipca we wspomnianej „Trybunie Ludu” ukazał się jedynie artykuł o podprogowo brzmiącym tytule „Ludzie pragną porządku – porządek zależy od ludzi”, z którego wynikało, że decydujący wpływ poprawę sytuacji w kraju mają „spokojnie, normalnie i ciężko pracujący” obywatele. Interesom „partyjnego betonu” służyły także wydania „Wieczora z dziennikiem”, przemianowanego na „Dziennik Telewizyjny”, piętnowany przez większość ówczesnych polskich dziennikarzy, nieustannie dążących do odzyskania zaufania swoich odbiorców oraz szukania dróg dialogu z władzami. Nowy redaktor naczelny „Dziennika”, Stanisław Celichowski, twierdził, że „w społeczeństwie istnieje zbyt wiele poglądów, by można je było w całości przedstawić w prasie, radiu i telewizji”. Zgodnie z polityką partyjną dbał on o to, by wieczorne wydanie „Dziennika” było „głosem oficjalnym”. Część materiałów filmowych i czytanych z kartki komentarzy przygotowywał ówczesny rzecznik rządu Jerzy Urban   Podawane w nim informacje często „zapychały” antenę treściami lokalnymi oraz tymi o drugorzędnym znaczeniu. Doprowadziło do stopniowego zniechęcenia widzów i coraz bardziej krytycznego oceniania programów TVP.  Telewizja usiłowała odzyskać zaufanie widzów. Materiały własne, nienarzucone odgórnym nakazem partii, od tego czasu sygnowano znakiem „SERVIS TVP”. Powstała także Agencja Radiowo-Telewizyjna, w skład której wchodzili reporterzy Polskiego Radia oraz ośrodków TVP wraz z korespondentami wojewódzkimi. Starania redakcji spełzły jednak na niczym. Przygnębiające informacje o strajkach, fatalnej sytuacji gospodarki PRL oraz antyrządowych hasłach powstałej w sierpniu 1980 roku „Solidarności” były jedynie wstępem do kontrowersyjnych i burzliwych decyzji nowego pierwszego sekretarza KC PZPR, Wojciecha Jaruzelskiego. Ze względu na ostrą politykę cenzorską, „Dziennik Telewizyjny” („DTV”) w kontraście do innych polskich programów informacyjno-publicystycznych prezentował się o wiele gorzej. Zdecydowanie większą popularnością cieszyły się chociażby magazyn reporterski „Blisko czy Daleko”, magazyn kulturalny „Pegaz” oraz popołudniowe i wieczorne serwisy informacyjne, które na tle głównego wydania stały na dużo lepszym poziomie.  

Jesienią 1980 roku na stanowisku prezesa Komitetu ds. Radiofonii i Telewizji Macieja Szczepańskiego zastąpił Józef Barecki, naczelny „Trybuny Ludu”. Według nowej polityki informacyjnej władzy rozwiązanie problemu strajków na Pomorzu a także coraz bardziej zaostrzającej się sytuacji w kraju leżało w rękach wszystkich jednostek Telewizji Polskiej, a zwłaszcza komórek odpowiedzialnych za informację i publicystykę. Dodatkowo, w celu uporania się z „kryzysem wewnętrznym” w Radiokomitecie, utworzono Komisję do Spraw Postulatów, której od tej pory należało składać wszelkie zgłoszenia i uwagi dotyczące funkcjonowania samej instytucji. W listopadzie 1980 roku Komisja opublikowała raport, będący owocem ponad dwóch tysięcy wniosków, których głównym postulatem był apel o możliwość wypełniania przez radio i telewizję funkcji rzetelnego informowania. Wnioskowano przede wszystkim o usystematyzowanie struktury organizacyjnej instytucji (powstałych na skutek wielu zmian na różnych stanowiskach w okresie 1970-1980) oraz zrównania praw socjalnych i stawek płac. 27 listopada 1980 roku przedstawiciele KC PZPR, kierownictwa Komitetu do Spraw Radia i Telewizji oraz władz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP) spotkali się z ponad 400 dziennikarzami radiowymi i telewizyjnymi, by omówić kwestię dalszego rozwoju polskich mediów. Efektem ich dyskusji było ustalenie rezolucji, w której domagano się większej niezależności w podejmowaniu decyzji programowych. Dziennikarze domagali  się zmian w relacjach między nimi a kierownictwem partyjnym, możliwości podawania na antenie „szybkiej, pełnej i wszechstronnej informacji o wydarzeniach, prawa do merytorycznej dyskusji nad powodami wstrzymania ich materiałów przez Komitet Centralny oraz cenzurę”, jak i „stosowania zasad odpowiedzialności personalnej wobec osób manipulujących informacją” wraz z przywróceniem reguły kolegialnego kierowania radiem i telewizją poprzez powołanie pełnego zespołu Radiokomitetu i Rady Programowej w zgodzie z ustawą o Komitecie z 1960 roku. Miała zostać także powołana Sejmowa Komisja ds. Środków Masowego przekazu jako organ parlamentarnej kontroli działalności mediów, które według Konstytucji PRL miały „służyć całemu społeczeństwu”. Jednocześnie postulanci przyznali rację zasadzie nadzoru partii nad ich pracą. Jak wynika z przedstawionych żądań, dziennikarze, zdając sobie sprawę z ich misji oraz powinności względem społeczeństwa, pragnęli dobrze wykonywać swój zawód. W tym celu wymagane było respektowanie owego dokumentu przez ówczesne władze, wobec czego środowisko redakcyjne zmuszone było, po raz pierwszy w dziejach dziennikarstwa polskiego, wyjść z własną oddolną inicjatywą.

Żądania te nie stały jednak w zgodzie z założeniami kierowniczej roli PZPR i uprzedmiotawiania mediów. O ile jednak prasa pod pewnymi względami zachowała większą niezależność, o tyle radio i telewizja pozostawały bez zmian najważniejszymi instrumentami propagandowymi partii, pozwalającymi znacznie łatwiej trafić do dużo większego grona odbiorców. Chociaż postawa władz w tej kwestii była nieugięta, w telewizji od września 1980 zagościł program „Listy o gospodarce”, w którym Andrzej Bober zadawał swoim gościom, głównie członkom wysokich stanowisk rządowych, trudne i niewygodne pytania.  Kierownictwo partyjne nie było zgodne co do kierunku, jaki powinny obrać media. Część członków Komitetu Centralnego opowiadała się za powrotem do leninowskiej koncepcji prasy, która służyć miała jedynie jako narzędzie
w rękach partii, inni uważali, że całkowite uprzedmiotowienie dziennikarstwa nie wspomaga państwa socjalistycznego i jest sprzeczne z jego założeniami.

O ostatecznych rozwiązaniach sporów ideowych, stanie wojennym oraz drodze do "wyzwolenia" mediów przeczytacie w części trzeciej!


TVP jako nadawca misyjny 1/4 - Wstęp 2019-07-21

Trzy lata studiów dziennikarskich za mną.

Egzamin ostateczny - obrona pracy dyplomowej, napisanej pod kierunkiem pani pro dziekan - już za mną. Już we wrześniu będę mógł odebrać swój dyplom z wyróżnieniem! O obronie opowiem jutro parę słów, jednak dziś chciałbym podzielić się wiedzą, pozyskaną przeze mnie na temat Telewizji Polskiej jako nadawcy misyjnego. Po zapoznaniu się z wieloma opracowaniami naukowymi, danymi rynkowymi oraz analizą polskich regulacji medialnych, jestem w stanie obszernie wyjaśnić dlaczego TVP nie jest sprostać wyzwaniom, stawianym przed demokratycznymi mediami publicznymi.  Artykuł będzie obszerny, zatem podzielę go na cztery części, wstawiane przez trzy kolejne dni. Dziś zajmę się przedstawieniem definicji i założeń mediów misyjnych a także opowiem o początkach telewizji w Polsce.

Zacznijmy od podstaw. Media publiczne (nazywane także misyjnymi) to, idąc za Walerym Pisarkiem, "media oferujące pełną różnorodność tematyczną, skierowaną do wszystkich, do całego społeczeństwa, bez rozgraniczenia odbiorców na bardziej interesujące z jakiejkolwiek przyczyny (komercyjnej, społecznej, politycznej, kulturalnej) grupy docelowe". Ustawa o radiofonii i telewizji z 29 grudnia 1992 roku (do której jeszcze w tym artykule będę  wracał) ustanawia, iż "Publiczna radiofonia i telewizja realizuje misję publiczną, oferując, na zasadach określonych w ustawie, całemu społeczeństwu i poszczególnym jego częściom, zróżnicowane programy i inne usługi w zakresie informacji, publicystyki, kultury, rozrywki, edukacji i sportu, cechujące się pluralizmem, bezstronnością, wyważeniem i niezależnością oraz innowacyjnością, wysoką jakością i integralnością przekazu". A zatem mają to być media, w których dominuje apolityczność, bezstronność, obiektywne przedstawianie wydarzeń, przedstawianie wszystkich stron konfliktów, niefaworyzowanie konkretnego ugrupowania politycznego oraz stworzenie forum dyskusji, pozwalającego na prowadzenie kulturalnej, demokratycznej debaty na temat najważniejszych problemów życia codziennego. Program radia/telewizji publicznej powinien być zorientowany na edukację dzieci i młodzieży, dostarczanie społeczeństwu doznań kulturowych na najwyższym poziomie oraz poszerzanie horyzontów myślowych odbiorców. Prosta, nieskomplikowana rozrywka jest  domeną stacji komercyjnych, zaś w telewizji publicznej treści rozrywkowe powinny być nie tyle znacznie ograniczona, co wybijać się poziomem realizacji oraz przekazywanych wartości. Wedle założeń, telewizja publiczna ma skupiać się na jakości swoich programów i przekazach w nich zawartych. Nie powinno być mowy o próbie dorównania telewizjom komercyjnym pod względem oglądalności.
Karol Jakubowicz wyróżnia trzy  podejścia do zagadnienia misyjności: „czystą misję”, „nowe zadania na nowe czasy” oraz „pełną ofertę”. Pierwsze z nich głosi idee tzw. getta kulturalno-edukacyjnego. „Czysta misja” nie jest w stanie zrealizować tradycyjnego założenia spełniania potrzeb każdego odbiorcy, starając się trafić do wszystkich widzów. Poprzez „nowe zadania na nowe czasy”, rozumie się nieustanne modyfikowanie oraz poszerzanie działalności misyjnej telewizji publicznych uwzględniające zmiany zachodzące w społeczeństwach.  Z kolei „Pełna oferta” to koncepcja zakładająca obecność nadawców publicznych na wszystkich platformach technologicznych oraz realizację różnorodnych programów i usług (od tych przeznaczonych dla masowego widza po zindywidualizowane serwisy internetowe). Idea ta daje również nadawcom publicznym prawo do prowadzenia działalności komercyjnej w celu pozyskania środków na niesienie misji. Zadania mediów publicznych niejednokrotnie zawierają wewnętrzne sprzeczności, które niezwykle trudno pogodzić, jak na przykład dbałość o interesy mniejszości i integralność obywateli czy chęć zaspokojenia gustów wszystkich odbiorców. Niezależnie od działań, jakie dany nadawca podejmuje, sprzeczności te nadal będą istnieć i aż do dziś nie ma jednego, skutecznego sposobu na rozwiązanie tego problemu. Mimo wszystko jednak, media muszą dążyć do jak najlepszego wykonywania powierzonej im misji.


Początki TVP sięgają okresu jeszcze przed II wojną światową. Wspomnieć tu warto o projekcie "teletroskopu" Jana Szczepanika, "telefotu" Kazimierza Prószyńskiego czy pierwszej emisji telewizyjnej z 5 października 1938 r. Dzięki specjalnemu oprzyrządowaniu, zamontowanemu w gmachu towarzystwa ubezpieczeń "Prudential" przy Placu Napoleona w Warszawie (obecnie Plac Powstańców), nieliczni posiadacze odbiorników w promieniu 20-30 km mogli odbierać film "Barbara Radziwiłłówna". Jakość filmu, lekko mówiąc, nie powalała, ale biorąc pod uwagę początki telewizji w Polsce, było to duże osiągnięcie. Na rok 1940 planowano budowę pełnego studia z aparaturą Marconiego, zaś już w 1941 roku miały być nadawane regularne programy. Niestety plany te przerwał wybuch II wojny światowej i dopiero w latach 50. można było powrócić do konceptu polskiej telewizji. 25 października 1952 roku  o godz. 19. nadano pierwszy powojenny program, trwający pół godziny. Można go było obejrzeć na 24 odbiornikach „Leningrad”, zamontowanych w większych zakładach pracy, choć rozdzielczość ekranów sięgała zaledwie 12x18 cm. Aby odebrać ten program należało jednak posiadać również odbiornik radiowy, ponieważ dźwięk emitowany był przez stację radiową na Forcie Mokotowskim. Do końca roku 1952 zostały wyemitowane jeszcze dwa programy (fragmenty sztuk teatralnych), zaś 3 stycznia 1953 nadano pierwszy program dla dzieci. Dwa tygodnie później wdrożono kolejne technologiczne usprawnienia, dzięki którym do odbioru telewizji radio nie było już dłużej potrzebne. Czas emisji był stopniowo wydłużany, zaczynając od półgodzinnych programów, nadawanych w piątkowe popołudnia w 1953 roku. 10 września 1954 nadano pierwszy pełnometrażowy film: radziecki dramat sensacyjny „Promień Śmierci”, trwający nieco ponad dwie godziny. Wyniki badań oglądalności ówczesnego okresu świadczą, że właśnie tego formatu produkcje cieszyły się niemałą popularnością wśród widzów. W pierwszych latach funkcjonowania TVP odbiorników telewizyjnych było stosunkowo niewiele, gdyż było one drogie i trudno dostępne. Dane ze stycznia 1957 roku, po wprowadzeniu obowiązkowej rejestracji odbiorników, wskazują liczbę zaledwie 10 555, jednak z pewnością widzów było dużo więcej. Szczęśliwy posiadacz telewizora zapraszał do siebie znajomych i sąsiadów, by wspólnie obejrzeć ulubioną transmisję. Co ówcześnie emitowano? Oprócz widowisk teatralnych, telewizja nadawała również filmy fabularne, dokumentalne i oświatowe, rozwijano publicystykę (wywiady, reportaże, cotygodniowe dyskusje) a od września 1958 roku do ramówki wszedł pierwszy „Dziennik Telewizyjny".

Lata 60. to dla TVP stopniowe przejście od teatru na ekranie do formatu klasycznej telewizji. Dzięki Interwizji, utworzonej przez Radę Administracyjną Międzynarodowej Organizacji Radia i Telewizji, zaczęto transmitować wydarzenia ważne nie tylko ze względu na powiązania ze Związkiem Radzieckim (paryska konferencja prasowa premiera ZSRR Nikity Chruszczowa, powitanie Jurija Gagarina po pierwszym locie w kosmos), lecz także istotne globalnie, jak choćby manifestacja przeciwko dyskryminacji rasowej ze Stanów Zjednoczonych czy igrzyska olimpijskie w Rzymie. Członkami Interwizji były europejskie kraje socjalistyczne oraz Finlandia. Miała ona być także instytucją partnerską dla istniejącej od dziesięciu lat Eurowizji, zrzeszającej większość zachodnich państw w Europie.

Program nadawany codziennie otrzymał spójny, różnorodny harmonogram, w którym umiejętnie połączono rozrywkową i edukacyjną funkcję telewizji: znalazły się w nim liczne wykłady, prowadzone przez nauczycieli akademickich, kursy języka angielskiego i rosyjskiego, tzw. programy szkolne, jak również – poza filmami fabularnymi zagranicznej produkcji – transmisje z koncertów oraz teleturnieje. Na popularności zyskały także pierwsze polskie seriale: „Wojna domowa”, „Czterej pancerni i pies” czy „Stawka większa niż życie”, których powtórek domagali się widzowie. Były one owocem zażartej prasowej dyskusji, zainicjowanej nadawaniem przez telewizję przygodowych seriali zagranicznych pokroju „Znaku Zorro” czy „Sir Lancelota”. Choć możliwości produkcyjne telewizji nie były na tyle duże, by podołać ekranizacji chociażby przygód Zbyszka z Bogdańca, pomocne okazały się takie wytwórnie jak Warszawskie Studio Miniatur czy łódzki Se-ma-for. Największą korzyść przyniosła jednak współpraca z Zespołami Filmowymi, które posiadały wtedy wyłączność na produkcję polskich filmów kinowych, dzięki czemu w 1965 roku pojawiły się seriale „Barbara i Jan”, propagandowy cykl „Podziemny Front” oraz wspomniane wcześniej trzy, dzisiaj już kultowe, seriale, choć największą popularnością pośród nich cieszyły się jednak przygody Hansa Klossa, osiągające oglądalność równą serialom zagranicznym. Z powodu ograniczeń w wyjazdach za granicę, równie chętnie oglądano także programy podróżnicze („Latający Holender”, „Klub Sześciu Kontynentów”), wprowadzone pod koniec lat 60. Rok 1960 to także początek funkcjonowania Zespołu programu telewizyjnego przy Radiokomitecie (przekształconym teraz we wcześniej wspomniany Komitet do Spraw Radia i Telewizji). Przewodniczyli mu główny reżyser oraz główny scenograf, którym podlegały trzy Naczelne Redakcje, odpowiadające za programy polityczno-informacyjne, artystyczne i dziecięco-młodzieżowe. Równolegle powołany został Zakład Produkcji Filmów Telewizyjnych, podległy Radiokomitetowi, stojącemu na czele mediów w czasach PRL.

O dalszym rozwoju TVP i propagandzie sukcesu już w kolejnej części! 


FenoMem - geneza i znaczenie memów 2019-07-15

Mem - społeczny fenomen

Chwytliwe hasełka, powtarzane przy wielu, pasujących do ich kontekstów okazjach. Postacie, które w annałach, na ekranie i w eterze zapisały się swoją wyrazistością i oryginalnością. Zjawiska, z którymi społeczeństwo miało styczność jeszcze na długo przed pierwszą próbą jego scharakteryzowania.
Za pioniera w dziedzinie badania memów uważa się Richarda Dawkinsa, który w 1976 roku w swojej pracy "Samolubny gen" użył owego pojęcia do "oznaczenia podstawowej jednostki ewolucji kulturowej, analogicznej do genu w ewolucji biologicznej". Z chwilą wprowadzenia owego "oznaczenia" narodziła się Memetyka, czyli kierunku teoretycznego, który zakłada, iż "memy – podobnie jak geny – rozprzestrzeniają się, podlegają procesom mutacji i replikacji, a o ich przetrwaniu decyduje dobór naturalny". Wraz z rozpoczęciem badań i dyskusji o memach, powstały również stanowiska krytyczne, potępiające założenia memetyki za negowanie roli człowieka jako świadomego twórcy  kultury oraz próby objaśnienia zjawisk kulturowych teoriami biologicznymi (czemu ostatecznie Dawkins przyznał rację).
Jak można jednak zaobserwować, memy internetowe różnią się od teorii memetyki. O ile memy Dawkinsa są bardziej konstruktem naukowym, o tyle w internecie stanowią one pewien rzeczywisty rodzaj obiektów. Ponadto memy powstają w wyniku połączenia wielu, często pierwotnie niezwiązanych z sobą elementów, przez co większą rolę ma tu ludzka kreatywność (a co dopiero mówić o "atomach" kultury).

Nie ma jednego wzoru na stworzenie mema. Powstają one w wyniku wpadki językowej, potknięcia, foux pas, a także podczas celowych, zaplanowanych działań, które przynajmniej jedna osoba odbierze w nieadekwatny sposób oraz zwykłej rozmowy, podczas której powstał spontaniczny pomysł na takowy tekst kultury. Internauci potrafią przez kilka dni wysyłać sobie dane zdjęcie lub nagranie, a także przerabiać je w dzieła zupełnie nowe, nadając unikalne znaczenie (o tym szerzej w przyszłej notce nt. kultury popularnej). Tak jak moda jest elastyczna i zmienna, tak memy mają określony, niedługi czas swojej popularności. Wiele z nich przyjęło się za swoich czasów zbyt słabo, by wpisać się w nasze wspomnienia równie mocno, jak np. Technoviking, Gangham Style, NyanCat, "Co się-co się stało", "Co ja pacze", "Pieseł wow uszanowanko", "Taki mamy klimat" itd. Do stworzenia mema nie trzeba wiele: wystarczy jedno  zdjęcie, dopisany do tego zabawny komentarz lub dymek komiksowy i już - nadaliśmy nowe znaczenie czemuś, co do tej pory nie posiadało potencjału w swoim dotychczasowym kontekście. Choć stopień zaawansowania kompetencji cyfrowych pozwala na stworzenie technicznie dużo lepszego dzieła, równie dobry przekaz można osiągnąć już przy podstawowej znajomości Painta.

Drugą, zaraz po skonstruowaniu przekazu, cechą memów jest ich cyfrowa dystrybucja. Mem musi się rozpowszechniać jak grypa w przedszkolu. Użytkownicy dostrzegają znaczenie obrazka/wideo, które odkryli lub otrzymali od swoich znajomych. Jeśli im się ono spodoba, rozbawi ich lub skłoni do refleksji, zostawią "lajka", skomentują, a także bardzo szybko udostępnią go na swoim profilu na Facebooku lub roześlą do innych znajomych na Messengerze. Przynajmniej część jego odbiorców zareaguje na mema dokładnie tak samo. Przekazy, które ludzie rozpowszechniają między sobą w taki sposób, muszą być dla nich atrakcyjne: zabawne, ciekawe,przykuwające ich uwagę przynajmniej na pewien czas. Właśnie ze względu na szybkie i masowe "przeskakiwanie" memów od jednego użytkownika do drugiego, najpopularniejsze z nich określa się mianem  tzw. virali, co niezwykle często wykorzystywane jest przez różnych przedsiębiorców w konstruowaniu działań marketingowych. Szybkie, proste i pomysłowe komunikaty trafiają do dużej liczby konsumentów. Zbyt późno wykorzystane okazje potrafią zaś okrutnie zemścić się na wizerunku firmy.

Klasyczny model  funkcjonowania mediów masowych, nakreślony przez Harolda Lasswella w 1948 roku, zakłada, że pewna zamknięta grupa oficjalnych, wyspecjalizowanych instytucji przekazuje fachowo przygotowane treści do  licznych rozproszonych i biernych odbiorców, wśród których prawo do zabierania głosu posiadają jedynie uprzywilejowani. Mimo jedno kierunkowego przesyłu komunikatów, odbiorcy nieustannie przekazują między sobą inne treści, niekoniecznie odzwierciedlające rzeczywistość, ale zawierające  bliżej nieokreślone ziarno prawdy. Są one pewną miarą problemów, napięć czy klimatu panującego w danym społeczeństwie, swoistym komentarzem, historią czy miejską legendą (jak np. ta o czarnej Wołdze, która rzekomo miała porywać z ulicy samotne dzieci). Tego typu komunikaty, których źródła często nie da się jednoznacznie ustalić, są skrzętnie wykorzystywane przez media tradycyjne przy formułowaniu własnego przekazu, szczególnie rozrywkowego.
Tego typu przekazy między zwykłymi obywatelami mają z memami wiele wspólnego. Niezwykle trudno jest, np. wskazać autora konkretnego memu i przyczynę, dla której ów został stworzony (tym bardziej, że codziennie powstaje ich cała masa, przez co można odnieść wrażenie, że tworzeniem memów zajmują się wszyscy użytkownicy sieci). Taka mnogość obrazków i hasełek doskonale przysługuje się poruszanym w mediach tematom, które zawsze opatrywane są stosownym komentarzem internautów (bez brania poprawek na fakt, iż twórcze wykorzystanie internetu jest domeną mniejszej części ogółu użytkowników sieci - według zasady partycypacyjnej równości Jakoba Nielsena, tylko 1% osób, korzystających z sieci, "w sposób stały i przemyślany" tworzy własne dzieła).

Jak wcześniej wspomniałem, memy pełnią  rolę elementu rozrywkowego jak również komentarza, parodii czy żartu. Nierzadko również stosowane są jako narzędzie komunikacji interpersonalnej, zaraz obok emotikonek. Gify, zapętlone kilkusekundowe fragmenty  filmów, kreskówek, seriali czy innych programów telewizyjnych, są w stanie wyrazić jasny komunikat bez potrzeby uciekania się do nadmiaru tekstu pisanego. Język internetu rządzi się swoimi prawami: w rozmowach prywatnych często stosuje się wszelkiego rodzaju skróty i skrótowce (Krk, zw, bd, odp, itd), wymienione wyżej emotikony ( ;) , :) , :< itd), a od dłuższego czasu również owe krótkie scenki, w których jakaś postać wykonuje konkretny gest (wzruszenie ramion, spuszczenie głowy, pokazanie kciuka w górę) lub wypowiada krótkie wyrażenie. Rozwiązanie to jest szeroko stosowane przez większość użytkowników internetu, choć nieco starsi odbiorcy mogą mieć do nich mocno krytyczny stosunek z racji wieku bądź przywiązania do tradycyjnego wyglądu korespondencji.  W warunkach, jakie stwarza sieć, przekaz jest efektem kapryśnej interpretacji odbiorcy, który otrzymuje zbiór kontekstów, po czym sam musi stworzyć z nich komunikat.

Mimo wielkiego potencjału, którym memy dysponują, sceptycy wskazują na tak znaczące ich wady, jak możliwość stworzenia głupiego, prymitywnego dzieła przez osobę o niekoniecznie wysublimowanym poczuciu humoru czy obeznaniu w sytuacji. Wielu obawia się, że tak "żenujące" teksty kultury mogą stać się źródłem rozrywkowej pożywki dla mas, przyrastającej poziomem do prostych programów telewizyjnych czy niskich lotów artykułów w tabloidach.  Należy jednak wziąć pod uwagę, iż memy nie są tworzone w nastawieniu na zysk ani wysoką popularność (nie biorę tu pod uwagę memów będących częścią kampanii marketingowej lub społecznej, która ma dużo bardziej sprecyzowany cel i potrzebę uzyskania pozytywnego odbioru od jak największej części grup docelowych). Użytkownik internetu nie musi walczyć o odbiorów, jak czyni to wiele mediów masowych, które są często instytucjami komercyjnymi uzależnionymi od zainteresowania odbiorców i reklamodawców. Zbiorowość internautów różni się znacząco od jednolitej masy, za jaką zwykło się uważać publiczność mediów masowych. Należy je postrzegać raczej jako zbiór bardzo różnorodnych jednostek, zainteresowanych różnymi treściami i aktywnościami, zaangażowanych w odmienne obszary kulturowe, a niekiedy także poszukujących kontaktów z osobami podobnymi do siebie i organizujących się w grupy zainteresowań. Memy najczęściej powstają z myślą o takich właśnie niewielkich grupach odbiorców o specyficznych, często niszowych zainteresowaniach. Wiele memów jest w związku z tym zrozumiałych tylko w określonych grupach internautów. Wiele też  (podobnie zresztą jak niektóre plotki i dowcipy) może być zrozumiane jedynie w określonym środowisku czy kręgu kulturowym.
Dla wszystkich poszukujących znaczenia danego mema w 2007 roku powstał serwis knowyourmeme.com, gdzie publikowane są genezy oraz oryginalne sposoby interpretacji wszystkich możliwych fenomenów internetowych, jak też niekiedy mówi się o memach.  

Podsumowując: memy na stałe wpisały się już w rzeczywistość internetową. Każdy z nas w dowolnym momencie może stworzyć własnego mema: na podstawie już znanych motywów, nadając jednocześnie nowe znaczenie, lub z wykorzystaniem prywatnych zdjęć do użytku w rozmowie ze znajomym. Możemy w ich formie przekazać pewną wiadomość, skomentować dane zjawisko/wydarzenie lub stworzyć zabawną parodię. Korzystanie z memów w dyskusji stanowi zaś wykorzystanie powszechnie panującej formy komunikacji niewerbalnej, za której pośrednictwem jesteśmy w stanie przekazać jasny komunikat, jest nieszkodliwe i jak najbardziej dozwolone (choć nie wszyscy odbiorą nasz memiczny przekaz w takim samym znaczeniu, jak grupa wtajemniczona). 


Jak działa Elvenoor?, czyli niełatwo być mną 2019-07-14

Nareszcie przyszły pochmurne dni!

Mam już dość już tego gorącego i gorączkowego okresu: cyrtolenia się z licencjatem, poprawek, przedrukowań, opracowywania zagadnień na obronę i planowania kolejnych studiów po trzech latach względnej stabilizacji. W dodatku wczoraj rano jakieś choróbsko zaczęło mnie znów rozkładać z racji pisania pracy przy włączonym wentylatorze...
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że studia dziennikarskie otworzyły moje spojrzenia na wiele kwestii, do tej pory przeze mnie niezgłębionych (chociaż, gdybym wiedział to, co dziś, zapewne obrałbym od razu kierunek psychologiczny, którego koncepcja pojawiła się w mojej głowie). Zmianom uległa również moja mentalność. Nie jestem już tym samym, podatnym na wpływy i naciski innych, więźniem obietnic i relacji. Teraz wszystko odbywa się dokładnie tak, jak tego chcę - na moich własnych zasadach. Jestem dużo bardziej uodporniony, zadaję pytania, kwestionuję, nie podążam za nikim ślepo.

A jednak, mimo ograniczenia odczuć wewnętrznych, nadal nie mogę wyrwać się w pełni z okowów emocji. Jak bumerang co jakiś czas powraca społeczna izolacja, chęć zamknięcia się przed światem czy, szerzej rozpisywane przeze mnie, stany "emocjonalnego kaca", gdy chwilowo powraca któreś ze starych odczuć. Można więc powiedzieć, że jestem człowiekiem emo, bez przynależności do tej subkultury.
Niestety nie wszyscy są w stanie zrozumieć takich jak ja. Jest nas wielu, a jednak jesteśmy nieustannie zagłuszani przez innych. Każde nasze, nawet najmniejsze zawahanie "niepożądane" może pozornie uchodzić za irracjonalne/nieodpowiedzialne/niedojrzałe zachowanie. A my, jak te ciche myszki, możemy jedynie próbować się wytłumaczyć, by  w ostateczności spuścić głowę, wziąć winę na siebie i pokornie się wycofać.

Jestem winowajcą. Wiele razy przyznawałem się do wielu błędów, ignorując to, czy druga strona również miała cokolwiek na sumieniu. Nigdy o nic nikogo nie obwiniałem, bo i po co? To JA wszystko rujnowałem, przez MOJE słowa, chwile zawahania, niepewności i strachu dostawałem po tyłku. Przez moją niekompetencję i zaburzone emocje krzywdziłem ludzi i przy okazji zwracałem przeciwko sobie. A co najlepsze (najgorsze?) za każdym razem w swoim samooskarżeniu miałem rację, ani razu nie wmawiając sobie zmyślonego zarzutu. Gdy ktoś mnie stawia pod ścianą, krytykuje, obrzuca zgniłymi pomidorami, ja tylko stoję niewzruszony. Mają rację i święte prawo do tego.
Ale bez względu na to, cały czas się boję. Każdy telefon, każde udanie się do urzędu lub nowego miejsca, wreszcie dzień to dla mnie jedno wielkie ryzyko. Gdy staję w długiej kolejce po jakąś formalność, gdy przeciskam się przez tłum, a nawet gdy jadę sam do Katowic, strach towarzyszy mi na każdym kroku. Nie ma praktycznie dnia, w którym choć przez chwilę moje serce nie waliłoby jak oszalałe. Nie ma wizyty u fryzjera, podczas której kobieta mnie strzygąca nie skomentowałaby z przerażeniem ilości siwych włosów u mnie.
Elvenoor próbuje dodawać sił i pewności chwiejnemu, roztrzepanemu Mateuszowi. Jest z nim jako Szary Kruk, mentalny sternik samotnej łódki, dryfującej po wielkim oceanie życia, pełnym zwodniczych syren, głodnych rekinów i ostrych raf koralowych. Podpiera jego relacje z innymi, choć każdego dnia musi uczyć się naprawiać zardzewiałe mechaniki owe rElacje definiujące. A jednak nie zawsze jest w stanie zdziałać wiele przy bezpośredniej konfrontacji z problemem. Serce jak młot pneumatyczny, oddech głęboki niczym rów mariański - strach i "gałganiarstwo" przejmuje kontrolę.

Och, jak bardzo pragnę zawsze nosić głowę dumnie, wysoko, ze spojrzeniem utkwionym na czubku własnego nosa! Chciałbym móc  powtarzać: "Zrozumcie wreszcie moje emocje! Wejdźcie w moje buty, przejdźcie się w nich choć jeden dzień i zobaczcie co muszę czuć za każdym razem!".
Nie tak łatwo być mną: tym strachliwym, nieogarniętym, podatnym na własne emocje nieudacznikiem, który partoli wszystko, czego się dotknie, chociaż raz krzywdzi każdego, kogo pozna i jedyne, na co może sobie pozwolić to przeprosiny, zadośćuczynienie i publiczna chłosta, przyjmowana z chrystusową cierpliwością. Hmm...Może jednak jest we mnie chociaż gram odwagi i wytrzymałości? Na pewno taka postawa byłaby pomocna w fachu, jakiego chciałbym się podjąć, czyli psychologia. Coraz więcej ludzi ma problemy, nie umie się do końca poskładać. Sam nie uchodzę za "całego", "kompletnego", ale właśnie dlatego tym lepiej przyjdzie mi zrozumieć tych, którzy zgłosiliby się do mnie po pomoc.
No chyba że owa wytrzymałość wynika z faktu, iż jestem wcieleniem jakiejś boskiej istoty, która ma coś z tym światem zrobić. No co? Życie zaskakuje, nigdy nie jest się pewnym własnej deistości.


Men in Black:International (2019) - Po co? 2019-07-01

Bezpłciowy efekt walki o film

Chris Hemsworth, Tessa Thomspon i Liam Neeson w rolach głównych. W tytule "Faceci w czerni". Na czele reżyser ósmej części "Szybkich i wściekłych". Co mogło pójść nie tak? Jak się okazuje - absolutnie wszystko. Po raz pierwszy w swoim życiu wyszedłem z sali kinowej z poczuciem zupełnej obojętności i brakiem sensu istnienia właśnie obejrzanego filmu. Niezwykle ciężko jest dobrać słowa, które trafnie opisałyby tę miałką, pozbawioną humoru produkcję, w której bohaterowie są równie ciekawi co wykład czytany z kartki przez profesora o monotonnym głosie.
Pierwsze trzy filmy z serii miały coś w sobie. Były lekkie, przyjemne, a postacie można było polubić nie tylko za celne, dobre żarty, ale i za głębię charakteru, wiarygodne emocje, jakie im towarzyszyły. "Men in Black: International" nie ma w sobie nic z tego, co znamy i kieruje się jedynie pewnymi motywami z poprzednich części.

Na Ziemię przybywa książę z pewnej rasy kosmitów. Agent H i agentka M muszą go ochraniać za wszelką cenę i, jak się domyślacie, sprawy przybierają niezbyt przyjemny obrót, zaś w ręce bohaterów wpada tajemnicza kosmiczna broń, zdolna do zniszczenia tzw. Roju, którego szpieg zagnieździł się w organizacji. Nie będę spoilerował, ale fabuła jest tak prosta i przewidywalna, że bardzo szybko możemy domyślić się tożsamości owego "kreta".
Postacie pierwszoplanowe nie rozwijają się nic a nic.  Agentka M (Tessa Thomspon) dołącza do agencji "bo tak" i do końca filmu ma jeden, ten sam płytki charakter, zaś H. (Chris Hemsworth) - mimo pewnego potencjału - został tak nakreślony, że nie jesteśmy w stanie powiedzieć na czym polegała owa zmiana, którą wiele postaci mu w filmie wytyka. Aktorzy starają się jak tylko mogą, by nadać jakiekolwiek znaczenie ich postaciom, ale nawet ich charyzmatyczny potencjał nie jest w stanie przebić się przez beznadziejny scenariusz. Dowcipy nie trafiają w żaden sposób. Jedynie postać Pionka, małego sympatycznego kosmity, raz czy dwa rzuca tekstem, mającym lekkie zabarwienie dowcipu, lecz i tak jest niezwykle słabo. Warstwa audiowizualna jest przyzwoita, reżyseria również: są to elementy nie rzucające się w oczy w żaden sposób. Nie jest źle, nie jest szczególnie dobrze.

Czy jest to film tragicznie zły? Paradoksalnie i tak, i nie. Z jednej strony dostrzegam jego mocne wady, a z drugiej nie jestem w stanie przymknąć oka na to czym ów film mógłby być, gdyby tylko producentom chciało się stworzyć coś na poziomie poprzednich części. Jeśli nawet nie chcieli przepłacać za Tommy Lee Jonesa i Willa Smitha, z pewnością byliby w stanie - przy odrobinie chęci - stworzyć równie lekką i przyjemną przygodę w uniwersum MiB. Niestety po odejściu głównego producenta, który miał pewną ciekawą wizję filmu o bezkompromisowym, ostrzejszym humorze, opisującego w dodatku kosmitów na tle współczesnych niepokojów migracyjnych, sprawa się skomplikowała. Choć reżyser Gary Grey chciał zrealizować ten koncept, inny producent, Walter Parks, nakazał wprowadzenie "niezbędnych" zmian jeszcze w trakcie kręcenia filmu. Jego poprawki nie spodobały się aktorom na tyle mocno, że Tessa i Chris zatrudnili własnego scenarzystę, który miał napisać im spójny, sensowny scenariusz. Reżyser początkowo chciał uciekać z tonącego okrętu, jednak Sony musiało go jakoś przekonać do kontynuowania ich nowego zamysłu, czego rezultat widzimy wszyscy.
Zapraszam więc do kina tylko jeśli naprawdę chcecie popatrzeć sobie na lubianych aktorów, trochę pochrupać do jakiegoś filmu, a macie akurat abonament Unlimited i wolne dwie godziny (choć z drugiej strony jest obecnie kilka innych filmów, na które zdecydowanie warto się przejść, m.in. świetny "Rocketman", którego recenzja już niedługo).


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]