Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

FenoMem - geneza i znaczenie memów 2019-07-15

Mem - społeczny fenomen

Chwytliwe hasełka, powtarzane przy wielu, pasujących do ich kontekstów okazjach. Postacie, które w annałach, na ekranie i w eterze zapisały się swoją wyrazistością i oryginalnością. Zjawiska, z którymi społeczeństwo miało styczność jeszcze na długo przed pierwszą próbą jego scharakteryzowania.
Za pioniera w dziedzinie badania memów uważa się Richarda Dawkinsa, który w 1976 roku w swojej pracy "Samolubny gen" użył owego pojęcia do "oznaczenia podstawowej jednostki ewolucji kulturowej, analogicznej do genu w ewolucji biologicznej". Z chwilą wprowadzenia owego "oznaczenia" narodziła się Memetyka, czyli kierunku teoretycznego, który zakłada, iż "memy – podobnie jak geny – rozprzestrzeniają się, podlegają procesom mutacji i replikacji, a o ich przetrwaniu decyduje dobór naturalny". Wraz z rozpoczęciem badań i dyskusji o memach, powstały również stanowiska krytyczne, potępiające założenia memetyki za negowanie roli człowieka jako świadomego twórcy  kultury oraz próby objaśnienia zjawisk kulturowych teoriami biologicznymi (czemu ostatecznie Dawkins przyznał rację).
Jak można jednak zaobserwować, memy internetowe różnią się od teorii memetyki. O ile memy Dawkinsa są bardziej konstruktem naukowym, o tyle w internecie stanowią one pewien rzeczywisty rodzaj obiektów. Ponadto memy powstają w wyniku połączenia wielu, często pierwotnie niezwiązanych z sobą elementów, przez co większą rolę ma tu ludzka kreatywność (a co dopiero mówić o "atomach" kultury).

Nie ma jednego wzoru na stworzenie mema. Powstają one w wyniku wpadki językowej, potknięcia, foux pas, a także podczas celowych, zaplanowanych działań, które przynajmniej jedna osoba odbierze w nieadekwatny sposób oraz zwykłej rozmowy, podczas której powstał spontaniczny pomysł na takowy tekst kultury. Internauci potrafią przez kilka dni wysyłać sobie dane zdjęcie lub nagranie, a także przerabiać je w dzieła zupełnie nowe, nadając unikalne znaczenie (o tym szerzej w przyszłej notce nt. kultury popularnej). Tak jak moda jest elastyczna i zmienna, tak memy mają określony, niedługi czas swojej popularności. Wiele z nich przyjęło się za swoich czasów zbyt słabo, by wpisać się w nasze wspomnienia równie mocno, jak np. Technoviking, Gangham Style, NyanCat, "Co się-co się stało", "Co ja pacze", "Pieseł wow uszanowanko", "Taki mamy klimat" itd. Do stworzenia mema nie trzeba wiele: wystarczy jedno  zdjęcie, dopisany do tego zabawny komentarz lub dymek komiksowy i już - nadaliśmy nowe znaczenie czemuś, co do tej pory nie posiadało potencjału w swoim dotychczasowym kontekście. Choć stopień zaawansowania kompetencji cyfrowych pozwala na stworzenie technicznie dużo lepszego dzieła, równie dobry przekaz można osiągnąć już przy podstawowej znajomości Painta.

Drugą, zaraz po skonstruowaniu przekazu, cechą memów jest ich cyfrowa dystrybucja. Mem musi się rozpowszechniać jak grypa w przedszkolu. Użytkownicy dostrzegają znaczenie obrazka/wideo, które odkryli lub otrzymali od swoich znajomych. Jeśli im się ono spodoba, rozbawi ich lub skłoni do refleksji, zostawią "lajka", skomentują, a także bardzo szybko udostępnią go na swoim profilu na Facebooku lub roześlą do innych znajomych na Messengerze. Przynajmniej część jego odbiorców zareaguje na mema dokładnie tak samo. Przekazy, które ludzie rozpowszechniają między sobą w taki sposób, muszą być dla nich atrakcyjne: zabawne, ciekawe,przykuwające ich uwagę przynajmniej na pewien czas. Właśnie ze względu na szybkie i masowe "przeskakiwanie" memów od jednego użytkownika do drugiego, najpopularniejsze z nich określa się mianem  tzw. virali, co niezwykle często wykorzystywane jest przez różnych przedsiębiorców w konstruowaniu działań marketingowych. Szybkie, proste i pomysłowe komunikaty trafiają do dużej liczby konsumentów. Zbyt późno wykorzystane okazje potrafią zaś okrutnie zemścić się na wizerunku firmy.

Klasyczny model  funkcjonowania mediów masowych, nakreślony przez Harolda Lasswella w 1948 roku, zakłada, że pewna zamknięta grupa oficjalnych, wyspecjalizowanych instytucji przekazuje fachowo przygotowane treści do  licznych rozproszonych i biernych odbiorców, wśród których prawo do zabierania głosu posiadają jedynie uprzywilejowani. Mimo jedno kierunkowego przesyłu komunikatów, odbiorcy nieustannie przekazują między sobą inne treści, niekoniecznie odzwierciedlające rzeczywistość, ale zawierające  bliżej nieokreślone ziarno prawdy. Są one pewną miarą problemów, napięć czy klimatu panującego w danym społeczeństwie, swoistym komentarzem, historią czy miejską legendą (jak np. ta o czarnej Wołdze, która rzekomo miała porywać z ulicy samotne dzieci). Tego typu komunikaty, których źródła często nie da się jednoznacznie ustalić, są skrzętnie wykorzystywane przez media tradycyjne przy formułowaniu własnego przekazu, szczególnie rozrywkowego.
Tego typu przekazy między zwykłymi obywatelami mają z memami wiele wspólnego. Niezwykle trudno jest, np. wskazać autora konkretnego memu i przyczynę, dla której ów został stworzony (tym bardziej, że codziennie powstaje ich cała masa, przez co można odnieść wrażenie, że tworzeniem memów zajmują się wszyscy użytkownicy sieci). Taka mnogość obrazków i hasełek doskonale przysługuje się poruszanym w mediach tematom, które zawsze opatrywane są stosownym komentarzem internautów (bez brania poprawek na fakt, iż twórcze wykorzystanie internetu jest domeną mniejszej części ogółu użytkowników sieci - według zasady partycypacyjnej równości Jakoba Nielsena, tylko 1% osób, korzystających z sieci, "w sposób stały i przemyślany" tworzy własne dzieła).

Jak wcześniej wspomniałem, memy pełnią  rolę elementu rozrywkowego jak również komentarza, parodii czy żartu. Nierzadko również stosowane są jako narzędzie komunikacji interpersonalnej, zaraz obok emotikonek. Gify, zapętlone kilkusekundowe fragmenty  filmów, kreskówek, seriali czy innych programów telewizyjnych, są w stanie wyrazić jasny komunikat bez potrzeby uciekania się do nadmiaru tekstu pisanego. Język internetu rządzi się swoimi prawami: w rozmowach prywatnych często stosuje się wszelkiego rodzaju skróty i skrótowce (Krk, zw, bd, odp, itd), wymienione wyżej emotikony ( ;) , :) , :< itd), a od dłuższego czasu również owe krótkie scenki, w których jakaś postać wykonuje konkretny gest (wzruszenie ramion, spuszczenie głowy, pokazanie kciuka w górę) lub wypowiada krótkie wyrażenie. Rozwiązanie to jest szeroko stosowane przez większość użytkowników internetu, choć nieco starsi odbiorcy mogą mieć do nich mocno krytyczny stosunek z racji wieku bądź przywiązania do tradycyjnego wyglądu korespondencji.  W warunkach, jakie stwarza sieć, przekaz jest efektem kapryśnej interpretacji odbiorcy, który otrzymuje zbiór kontekstów, po czym sam musi stworzyć z nich komunikat.

Mimo wielkiego potencjału, którym memy dysponują, sceptycy wskazują na tak znaczące ich wady, jak możliwość stworzenia głupiego, prymitywnego dzieła przez osobę o niekoniecznie wysublimowanym poczuciu humoru czy obeznaniu w sytuacji. Wielu obawia się, że tak "żenujące" teksty kultury mogą stać się źródłem rozrywkowej pożywki dla mas, przyrastającej poziomem do prostych programów telewizyjnych czy niskich lotów artykułów w tabloidach.  Należy jednak wziąć pod uwagę, iż memy nie są tworzone w nastawieniu na zysk ani wysoką popularność (nie biorę tu pod uwagę memów będących częścią kampanii marketingowej lub społecznej, która ma dużo bardziej sprecyzowany cel i potrzebę uzyskania pozytywnego odbioru od jak największej części grup docelowych). Użytkownik internetu nie musi walczyć o odbiorów, jak czyni to wiele mediów masowych, które są często instytucjami komercyjnymi uzależnionymi od zainteresowania odbiorców i reklamodawców. Zbiorowość internautów różni się znacząco od jednolitej masy, za jaką zwykło się uważać publiczność mediów masowych. Należy je postrzegać raczej jako zbiór bardzo różnorodnych jednostek, zainteresowanych różnymi treściami i aktywnościami, zaangażowanych w odmienne obszary kulturowe, a niekiedy także poszukujących kontaktów z osobami podobnymi do siebie i organizujących się w grupy zainteresowań. Memy najczęściej powstają z myślą o takich właśnie niewielkich grupach odbiorców o specyficznych, często niszowych zainteresowaniach. Wiele memów jest w związku z tym zrozumiałych tylko w określonych grupach internautów. Wiele też  (podobnie zresztą jak niektóre plotki i dowcipy) może być zrozumiane jedynie w określonym środowisku czy kręgu kulturowym.
Dla wszystkich poszukujących znaczenia danego mema w 2007 roku powstał serwis knowyourmeme.com, gdzie publikowane są genezy oraz oryginalne sposoby interpretacji wszystkich możliwych fenomenów internetowych, jak też niekiedy mówi się o memach.  

Podsumowując: memy na stałe wpisały się już w rzeczywistość internetową. Każdy z nas w dowolnym momencie może stworzyć własnego mema: na podstawie już znanych motywów, nadając jednocześnie nowe znaczenie, lub z wykorzystaniem prywatnych zdjęć do użytku w rozmowie ze znajomym. Możemy w ich formie przekazać pewną wiadomość, skomentować dane zjawisko/wydarzenie lub stworzyć zabawną parodię. Korzystanie z memów w dyskusji stanowi zaś wykorzystanie powszechnie panującej formy komunikacji niewerbalnej, za której pośrednictwem jesteśmy w stanie przekazać jasny komunikat, jest nieszkodliwe i jak najbardziej dozwolone (choć nie wszyscy odbiorą nasz memiczny przekaz w takim samym znaczeniu, jak grupa wtajemniczona). 


Jak działa Elvenoor?, czyli niełatwo być mną 2019-07-14

Nareszcie przyszły pochmurne dni!

Mam już dość już tego gorącego i gorączkowego okresu: cyrtolenia się z licencjatem, poprawek, przedrukowań, opracowywania zagadnień na obronę i planowania kolejnych studiów po trzech latach względnej stabilizacji. W dodatku wczoraj rano jakieś choróbsko zaczęło mnie znów rozkładać z racji pisania pracy przy włączonym wentylatorze...
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że studia dziennikarskie otworzyły moje spojrzenia na wiele kwestii, do tej pory przeze mnie niezgłębionych (chociaż, gdybym wiedział to, co dziś, zapewne obrałbym od razu kierunek psychologiczny, którego koncepcja pojawiła się w mojej głowie). Zmianom uległa również moja mentalność. Nie jestem już tym samym, podatnym na wpływy i naciski innych, więźniem obietnic i relacji. Teraz wszystko odbywa się dokładnie tak, jak tego chcę - na moich własnych zasadach. Jestem dużo bardziej uodporniony, zadaję pytania, kwestionuję, nie podążam za nikim ślepo.

A jednak, mimo ograniczenia odczuć wewnętrznych, nadal nie mogę wyrwać się w pełni z okowów emocji. Jak bumerang co jakiś czas powraca społeczna izolacja, chęć zamknięcia się przed światem czy, szerzej rozpisywane przeze mnie, stany "emocjonalnego kaca", gdy chwilowo powraca któreś ze starych odczuć. Można więc powiedzieć, że jestem człowiekiem emo, bez przynależności do tej subkultury.
Niestety nie wszyscy są w stanie zrozumieć takich jak ja. Jest nas wielu, a jednak jesteśmy nieustannie zagłuszani przez innych. Każde nasze, nawet najmniejsze zawahanie "niepożądane" może pozornie uchodzić za irracjonalne/nieodpowiedzialne/niedojrzałe zachowanie. A my, jak te ciche myszki, możemy jedynie próbować się wytłumaczyć, by  w ostateczności spuścić głowę, wziąć winę na siebie i pokornie się wycofać.

Jestem winowajcą. Wiele razy przyznawałem się do wielu błędów, ignorując to, czy druga strona również miała cokolwiek na sumieniu. Nigdy o nic nikogo nie obwiniałem, bo i po co? To JA wszystko rujnowałem, przez MOJE słowa, chwile zawahania, niepewności i strachu dostawałem po tyłku. Przez moją niekompetencję i zaburzone emocje krzywdziłem ludzi i przy okazji zwracałem przeciwko sobie. A co najlepsze (najgorsze?) za każdym razem w swoim samooskarżeniu miałem rację, ani razu nie wmawiając sobie zmyślonego zarzutu. Gdy ktoś mnie stawia pod ścianą, krytykuje, obrzuca zgniłymi pomidorami, ja tylko stoję niewzruszony. Mają rację i święte prawo do tego.
Ale bez względu na to, cały czas się boję. Każdy telefon, każde udanie się do urzędu lub nowego miejsca, wreszcie dzień to dla mnie jedno wielkie ryzyko. Gdy staję w długiej kolejce po jakąś formalność, gdy przeciskam się przez tłum, a nawet gdy jadę sam do Katowic, strach towarzyszy mi na każdym kroku. Nie ma praktycznie dnia, w którym choć przez chwilę moje serce nie waliłoby jak oszalałe. Nie ma wizyty u fryzjera, podczas której kobieta mnie strzygąca nie skomentowałaby z przerażeniem ilości siwych włosów u mnie.
Elvenoor próbuje dodawać sił i pewności chwiejnemu, roztrzepanemu Mateuszowi. Jest z nim jako Szary Kruk, mentalny sternik samotnej łódki, dryfującej po wielkim oceanie życia, pełnym zwodniczych syren, głodnych rekinów i ostrych raf koralowych. Podpiera jego relacje z innymi, choć każdego dnia musi uczyć się naprawiać zardzewiałe mechaniki owe rElacje definiujące. A jednak nie zawsze jest w stanie zdziałać wiele przy bezpośredniej konfrontacji z problemem. Serce jak młot pneumatyczny, oddech głęboki niczym rów mariański - strach i "gałganiarstwo" przejmuje kontrolę.

Och, jak bardzo pragnę zawsze nosić głowę dumnie, wysoko, ze spojrzeniem utkwionym na czubku własnego nosa! Chciałbym móc  powtarzać: "Zrozumcie wreszcie moje emocje! Wejdźcie w moje buty, przejdźcie się w nich choć jeden dzień i zobaczcie co muszę czuć za każdym razem!".
Nie tak łatwo być mną: tym strachliwym, nieogarniętym, podatnym na własne emocje nieudacznikiem, który partoli wszystko, czego się dotknie, chociaż raz krzywdzi każdego, kogo pozna i jedyne, na co może sobie pozwolić to przeprosiny, zadośćuczynienie i publiczna chłosta, przyjmowana z chrystusową cierpliwością. Hmm...Może jednak jest we mnie chociaż gram odwagi i wytrzymałości? Na pewno taka postawa byłaby pomocna w fachu, jakiego chciałbym się podjąć, czyli psychologia. Coraz więcej ludzi ma problemy, nie umie się do końca poskładać. Sam nie uchodzę za "całego", "kompletnego", ale właśnie dlatego tym lepiej przyjdzie mi zrozumieć tych, którzy zgłosiliby się do mnie po pomoc.
No chyba że owa wytrzymałość wynika z faktu, iż jestem wcieleniem jakiejś boskiej istoty, która ma coś z tym światem zrobić. No co? Życie zaskakuje, nigdy nie jest się pewnym własnej deistości.


Men in Black:International (2019) - Po co? 2019-07-01

Bezpłciowy efekt walki o film

Chris Hemsworth, Tessa Thomspon i Liam Neeson w rolach głównych. W tytule "Faceci w czerni". Na czele reżyser ósmej części "Szybkich i wściekłych". Co mogło pójść nie tak? Jak się okazuje - absolutnie wszystko. Po raz pierwszy w swoim życiu wyszedłem z sali kinowej z poczuciem zupełnej obojętności i brakiem sensu istnienia właśnie obejrzanego filmu. Niezwykle ciężko jest dobrać słowa, które trafnie opisałyby tę miałką, pozbawioną humoru produkcję, w której bohaterowie są równie ciekawi co wykład czytany z kartki przez profesora o monotonnym głosie.
Pierwsze trzy filmy z serii miały coś w sobie. Były lekkie, przyjemne, a postacie można było polubić nie tylko za celne, dobre żarty, ale i za głębię charakteru, wiarygodne emocje, jakie im towarzyszyły. "Men in Black: International" nie ma w sobie nic z tego, co znamy i kieruje się jedynie pewnymi motywami z poprzednich części.

Na Ziemię przybywa książę z pewnej rasy kosmitów. Agent H i agentka M muszą go ochraniać za wszelką cenę i, jak się domyślacie, sprawy przybierają niezbyt przyjemny obrót, zaś w ręce bohaterów wpada tajemnicza kosmiczna broń, zdolna do zniszczenia tzw. Roju, którego szpieg zagnieździł się w organizacji. Nie będę spoilerował, ale fabuła jest tak prosta i przewidywalna, że bardzo szybko możemy domyślić się tożsamości owego "kreta".
Postacie pierwszoplanowe nie rozwijają się nic a nic.  Agentka M (Tessa Thomspon) dołącza do agencji "bo tak" i do końca filmu ma jeden, ten sam płytki charakter, zaś H. (Chris Hemsworth) - mimo pewnego potencjału - został tak nakreślony, że nie jesteśmy w stanie powiedzieć na czym polegała owa zmiana, którą wiele postaci mu w filmie wytyka. Aktorzy starają się jak tylko mogą, by nadać jakiekolwiek znaczenie ich postaciom, ale nawet ich charyzmatyczny potencjał nie jest w stanie przebić się przez beznadziejny scenariusz. Dowcipy nie trafiają w żaden sposób. Jedynie postać Pionka, małego sympatycznego kosmity, raz czy dwa rzuca tekstem, mającym lekkie zabarwienie dowcipu, lecz i tak jest niezwykle słabo. Warstwa audiowizualna jest przyzwoita, reżyseria również: są to elementy nie rzucające się w oczy w żaden sposób. Nie jest źle, nie jest szczególnie dobrze.

Czy jest to film tragicznie zły? Paradoksalnie i tak, i nie. Z jednej strony dostrzegam jego mocne wady, a z drugiej nie jestem w stanie przymknąć oka na to czym ów film mógłby być, gdyby tylko producentom chciało się stworzyć coś na poziomie poprzednich części. Jeśli nawet nie chcieli przepłacać za Tommy Lee Jonesa i Willa Smitha, z pewnością byliby w stanie - przy odrobinie chęci - stworzyć równie lekką i przyjemną przygodę w uniwersum MiB. Niestety po odejściu głównego producenta, który miał pewną ciekawą wizję filmu o bezkompromisowym, ostrzejszym humorze, opisującego w dodatku kosmitów na tle współczesnych niepokojów migracyjnych, sprawa się skomplikowała. Choć reżyser Gary Grey chciał zrealizować ten koncept, inny producent, Walter Parks, nakazał wprowadzenie "niezbędnych" zmian jeszcze w trakcie kręcenia filmu. Jego poprawki nie spodobały się aktorom na tyle mocno, że Tessa i Chris zatrudnili własnego scenarzystę, który miał napisać im spójny, sensowny scenariusz. Reżyser początkowo chciał uciekać z tonącego okrętu, jednak Sony musiało go jakoś przekonać do kontynuowania ich nowego zamysłu, czego rezultat widzimy wszyscy.
Zapraszam więc do kina tylko jeśli naprawdę chcecie popatrzeć sobie na lubianych aktorów, trochę pochrupać do jakiegoś filmu, a macie akurat abonament Unlimited i wolne dwie godziny (choć z drugiej strony jest obecnie kilka innych filmów, na które zdecydowanie warto się przejść, m.in. świetny "Rocketman", którego recenzja już niedługo).


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]