Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Dziennikarstwo - moje kompetencje i rola 2019-06-25

Kim jest dziennikarz?

Gdyby zadać to pytanie dwóm oddzielnym grupom badawczym – dzieciom
i dorosłym - otrzymalibyśmy dwa różne obrazy. Młodsi zapewne przytoczyliby reporterów i spikerów radiowych, mówiących do odbiorców o najważniejszych informacjach z kraju i świata, zawsze nienagannie ubranych, posługujących się ładną, poprawną polszczyzną. Druga grupa postrzegałaby bardziej zawód dziennikarski jako narzędzie propagandowe ugrupowań politycznych do zakłamywania „prawdy”, „szkalowania” osób reprezentujących poglądy, z którymi dana partia się nie zgadza
i przedstawiania „jedynej słusznej” opcji ideologicznej wyłącznie w dobrym świetle. Wszyscy jednak zgodziliby się z opisem idealnego, dobrego, fachowego dziennikarstwa. Co mówi „teoria”?

Dziennikarz powinien cechować się dobrym wykształceniem i obeznaniem w wielu dziedzinach, spośród których kilka powinny być jego tematami eksperckimi. Musi znać realia polityczne, gospodarcze, społeczne i gospodarcze nie tylko kraju, w którym żyje i pracuje, lecz także tak wielu państw, jak to możliwe. Jego zainteresowania muszą być ściśle powiązane z jego pracą lub przekładać się na praktykowanie dziennikarstwa
 z kręgów swoich pasji. Nie powinien jednak mienić się alfą i omegą, osobą wiedzącą wszystko na temat wszystkiego. Dobry dziennikarz, pomny granic swoich wiedzy
i umiejętności, ciągle poprawia swój szeroki warsztat zawodowy, uczy się obsługi nowych programów, czyta książki, poszerza horyzonty. W wystąpieniach oraz relacjach zawodowych i partnerskich cechuje się nienagannymi manierami, obyciem
 i zasadami savoir vivre. Jego teksty, wypowiedzi i prezencja spełniają wszelkie standardy i wymagania, stawiające go jako człowieka obytego w świecie, wykształconego, dobrze wychowanego, ściśle zainteresowanego otaczającym go światem oraz znającego swoją wartość. Dress code, maniery, elegancja i stosowność ubioru nie są dla niego tajemnicą. Dobry dziennikarz nieustannie kształtuje swoją karierę zawodową, pamiętając o udzielaniu się w życiu społecznym czy kulturalnym, wychodzi poza ramy zawodowe. Chodzi na konferencje społeczne, zabiera głos
w społecznie ważnych sprawach, interesuje się kulturą wysokiego szczebla.
W treściach, które przekazuje nie ma grama fałszu, nierzetelności, niedokładności
i niedbalstwa. Przedkłada obiektywną prawdę nad prawdę obiektywu, wzorując się na właściwych, dobrych autorytetach i stawiając przed sobą każdego dnia wiele pytań
i wyzwań.

Obecnie mamy do czynienia z okresem nadmiaru fake newsów i kreacji post prawdy, czyli przykrywania niewiele znaczących faktów pod płaszczykiem emocjonalnych odniesień. Dziennikarz wie, jakie informacje zaspokoją potrzeby jego odbiorców, umie rozróżnić prawdę od fałszu i nie boi się wstrzymać od publikacji wiadomości, nawet gdy wszystkie inne stacje podają tę samą, niezweryfikowaną jej wersję.  Dziennikarz to kreator zapotrzebowania na wyższą jakość tekstów i materiałów dziennikarskich. Nawet jeśli większość społeczeństwa lubuje się w „lekkostrawnych” treściach rozrywkowych, nieetyczne jest zbaczanie ze słusznego kursu i przedkładanie poczytności, sprzedaży i tzw. klikalności nad rzetelność
i społecznie istotne tematy. Zawsze, w każdym społeczeństwie, istnieje choć niewielka część odbiorców, którzy oczekują materiałów, stojących na wysokim poziomie wykonania. Jeśli ich potrzeby zostaną zaspokojone, istnieje niemała szansa na przyciągnięcie do siebie nowych odbiorców i wyrobienie w ludziach zapotrzebowania na wysoką jakość dziennikarstwa.

Jak zatem wobec tych wszystkich pięknie brzmiących idealistycznych cech dobrego dziennikarza przedstawia się samoocena własnej kariery dziennikarskiej zwykłego studenta? Co w ogóle pchnęło mnie w kierunku dziennikarstwa? Podczas studiów
w Krakowskiej Akademii przez niemal dwa lata za zajęciach z pisania tekstów stworzyłem wiele lepszych lub gorszych prac. Mój warsztat prasowy ulegał zmianie, nabierałem poczucia konstrukcji w tym, co w danym momencie tworzyłem. Choć na swoim blogu pisałem wiele prac „do szuflady” jeszcze przed złożeniem dokumentów rekrutacyjnych w Akademii, tym razem nie było to tylko przelewanie tekstu na cyfrowy papier. Zacząłem dbać o stosowanie pasujących określeń i porównań w taki sposób, by w ostateczności tekst wyglądał niczym puzzle, złożone ze wszystkich dostępnych kawałków – każdy we właściwym sobie miejscu.

Praktyki również postawiły mnie w sytuacjach, z którymi wcześniej nie miałem do czynienia. Praca w studenckim magazynie „Mixer” – najpierw jako autor tekstów, później również na stanowisku redaktora naczelnego – postawiły przede mną wyzwanie stworzenia numeru od podstaw. Pokazały jak wiele aspektom trzeba poświęcić uwagę, z jakimi problemami można się zetknąć podczas procesu powstawania jednego numeru oraz jak wymagająca potrafi być współpraca z kilkoma odrębnymi środowiskami, takimi jak agencje PR firm, drukarnie czy władze uczelnie. Miesięczna pomoc w „Dzienniku Polskim” odsłoniła przede mną kulisy redakcji gazety codziennej podczas redagowania artykułu z konferencji prasowej, otwarcia nowego obiektu użyteczności społecznej czy wywiadu ze strażakiem, który zorganizował festyn dobroczynny. Do dziś pamiętam skrajne emocje, jakie towarzyszyły mi podczas czytania tekstów opatrzonych moim nazwiskiem na którejś z dalszych stron gazety:
z jednej strony radość, duma, lecz z drugiej świadomość niezwykłe jodpowiedzialności za słowo. Gdybym przeinaczył fakty, przypadkowo coś pokręcił, musiałbym ponieść konsekwencje swoich słów! Praktyki te dały mi również możliwość przełamania barier w postaci rozmowy z przypadkowo spotkanymi ludźmi, którym musiałem przerwać pracę czy drogę z pracy „zwykłym wścibstwem”, jak to kiedyś nomen omen sam określałem, tylko po to, by zapytać co sądzą o zmianach w ruchu drogowym lub opłakanym stanie nowej fontanny. Ostatni miesiąc, spędzony w krakowskim oddziale RMF FM na Kopcu Kopciuszki nauczył mnie zaś obsługi specjalnego programu radiowego, wyszukiwania tematów do następnego porannego programu oraz przede wszystkim utrzymywania anielskich pokładów cierpliwości do słuchaczy, którzy dzwonili na tzw. Gorącą Linię w sprawach nierzadko zupełnie niezwiązanych ze zgłaszaniem ważnych informacji. Obserwowałem poranne narady
w newsroomie oraz proces organizacyjny, towarzyszący cogodzinnym serwisom informacyjnym.

Mam więc pewne predyspozycje do roli dziennikarza, choć, jak wspomniałem wyżej opisując idealistyczną wizję idealnego pośrednika między sektorem społecznym
a państwowym, nadal muszę się sporo uczyć i wyciągać wnioski z każdego doświadczenia na drodze mojej kariery. By ruszyć swoją karierę zawodową, zapewne zacząłbym od wysyłania materiałów prasowych do redakcji, które byłyby najbardziej zbliżone moim zainteresowaniom. Nieustannie dowiaduję się o nowych filozofiach, systemach, rządzących światem, czytam o odkryciach
i dokonaniach, zgłębiam historię wszelkich kategorii. Rozwijam się, by jak najlepiej wykorzystywać zgromadzoną wiedzę do budowania własnego wizerunku, kreowania jak najlepszego pierwszego wrażenia u osób, na których mi zależy. Nie zapominam
o pisaniu tekstów, które, jak przystało na rzemieślnika pióra, nieustannie szlifuję, wykorzystując poznane techniki i wskazówki. Chcę, by każdy z nich był czymś więcej, niósł pewien przekaz.
Jedyny problem – moje wewnętrzne bariery i, jak to zwykle bywa, lenistwo. Dziennikarz przecież powinien wykraczać poza ramy swojego zawodu i uczestniczyć w życiu społecznym i kulturalnym, by wykorzystywać swoje wykształcenie i obeznanie z aktualną sytuacją nie tylko kraju i świata, lecz przede wszystkim lokalnego środowiska. Jednak czy jestem wystarczająco „politycznie i społecznie zorientowany”, by móc podejmować debatę publiczną, aktywizować się w organizacjach
i zrzeszeniach? Nie wystarczy przecież „coś tam” wiedzieć.

Przede mną niełatwa decyzja. Prawdziwa niezliczoność dróg rozwoju kariery dopiero przede mną, jednak nie jestem pewien czy chcę iść właśnie tą, którą ogół rozumie jako „dziennikarska”. Czy chciałbym poświęcać życie rodzinne i prywatność na rzecz dobra publicznego i misji wobec społeczeństwa? Czy byłbym gotów oddać 100% swojej produktywności ważnym sprawom? Dziś bardzo trudno udzielić mi odpowiedzi; rozum podpowiada: „tak”, lecz serce ostrzega przed popełnieniem błędu, którego mogę później żałować. Mimo wszystko mogę jedynie starać się, czytać i dokształcać dalej, a kiedyś, przy większej samodyscyplinie i determinacji, być może uda mi się osiągnąć złoty środek - pogodzić życiowe powołanie z dziennikarską pasją do obserwacji i opisywania otaczającej mnie rzeczywistości.


Czarnobyl (2019) - Świat u progu apokalipsy 2019-06-18

Nie pamiętam katastrofy w Czarnobylu.

Nic w tym dziwnego, skoro urodziłem się w 1995 roku - dziewięć lat po tragicznej eksplozji w radzieckiej elektrowni nuklearnej. Nie piłem nigdy płynu Lugola, nie stykałem się z telewizyjnymi ostrzeżeniami o radioaktywnej chmurze znad Prypeci.
O budowie i działaniu elektrowni atomowej dowiedziałem się dopiero na lekcji fizyki w technikum, ale nie zapamiętałem z niej zbyt wiele poza tym, że jest w nim woda, pręty sterujące i chodzi o rozszczepianie atomu. Nawet teraz, po zapoznaniu z przekrojem procesów zachodzących w reaktorze, rozumiem jedynie odrobinę więcej.

Od kilku tygodni głośno zrobiło się na świecie od mini-serialu HBO pt. "Czarnobyl". Jest to seria pięciu odcinków, opowiadających o przyczynach i żmudnym usuwaniu skutków tragedii z 26 kwietnia 1986 roku, a przy okazji historia skrzętnego szukania kozłów ofiarnych, maskujących nieudolność urzędników państwowych. A jako że udało mi się wreszcie ów serial nadrobić, muszę podzielić się swoimi spostrzeżeniami.

Pierwszym elementem, który mnie urzekł jest niezwykła dbałość o detale: stroje z tamtego okresu, włącznie z charakterystycznymi fryzurami i ruskimi okularami, stosowny filtr kamery, wystrój pomieszczeń, pojazdy i czcionki dokumentów z lat 80-90 XX w. - to wszystko czyni tę produkcję niezwykle wiarygodną i klimatyczną i nie zmienia tego nawet język angielski, którym przez 99% czasu posługują się główne postacie dramatu. Dzięki temu mogą się oni w pełni skupić na fenomenalnej grze aktorskiej, do której za chwilę wrócę.
Bardzo dobrym pomysłem było wprowadzenie kilku postaci epizodycznych, które przedstawiały nam sytuację Czarnobyla z różnego punktu widzenia: zwykłych pacjentów szpitala, grupki żołnierzy, która miała za zadanie oczyszczanie okolicy z dzikich zwierząt czy choćby żony jednego ze strażaków. Czuć dramatyzm oraz  emocje i przemyślenia każdej z grup, połączonych klęską atomową.
Obraz katastroficznej rzeczywistości doskonale pokazują zapadające w pamięć sceny, jak obserwacja piękna łuny dymiącej fabryki przez tłum, zgromadzony na tzw. Moście Śmierci czy akcja ewakuacji Prypeci. Gdy patrzy się na ludzi, którzy pochłaniają olbrzymie pokładu promieniowania, patrząc prosto w źródło swojej późniejszej śmierci lub obserwuje się pospieszą "tymczasową" wyprowadzkę z miasta, w którym zostawili oni swoje dotychczasowe życia, na skórze odbiorcy czuć ciarki przerażenia i jednoczesnej fascynacji.  Jest także scena z polowaniem na psy, którą przez moją bezgraniczną miłość do zwierząt oglądałem przez palce i z zatroskanym sercem. Dobra wiadomość: psy ostatecznie nauczyły się ukrywać przed ludźmi. Jeszcze lepsza: serial nie przedstawił najbrutalniejszego przypadku takich polowań, gdy trzeba było zalać betonem dogorywającego psa, a ekipie "sprzątającej" zabrakło pocisków...Idealnie wówczas w emocje uderza równie genialna muzyka, skomponowana przez panią Hildur Guðnadóttir, która ścieżkę dźwiękową skomponowała przy użyciu dźwięków z elektrowni atomowej w litewskiej Ignalinie, gdzie też było kręconych wiele scen.

Bardzo dobra gra aktorska odtwórców wszystkich postaci pozwala poczuć do bohaterów pewne sympatie, zrozumieć ich motywacje i przemyśleć ich działania. Choć absolutnie wszyscy wykonali swoją pracę na tym samym, dobrym poziomie, na uwagę zasługują postacie Jarreda Harrisa (w roli Legasova), Stellana Skarsgårda (jako towarzysza Szczerbiny)i Emily Watson (aka Ulana Khomyuk, uosobienie sztabu naukowców, który pomagał Legasovowi).

Serial nie jest jednak idealny. Nie podaje całości faktów, nie pokazuje najbardziej znanych budynków Prypeci, jak choćby "diabelski młyn", zaś postać Legasowa została dość mocno wybielona jako charakter bohaterski. Nie brakuje również pewnego amerykańskiego sznytu, czyli scen typowo filmowych (np. moment motywowania Legasowa do powiedzenia prawdy). A jednak, mimo wszystko, nie ma tu promowania polityki antyjądrowej. Nie odczuwa się przestrzegania przed budowaniem elektrowni atomowych ze względu na wskazanie przyczyn eksplozji czarnobylskiego reaktora. Z serialu, zwłaszcza z ostatniego odcinka, mocno promieniuje wydźwięk korzyści płynących z energii atomowych przy odpowiedniej kontroli i zachowywaniu wszelkich procedur.

Dzięki temu serialowi zacząłem interesować się bliżej tematyką elektrowni atomowych i prawdziwym obrazem tragedii Strefy Wykluczenia. Wszelkie techniczne zagadnienia są tłumaczone w rozsądnych ilościach i w dobrze dobranych momentach, przez co taki "przeciętniak" jak ja może choć trochę zrozumieć pewne meandry pracy reaktora i wpływu na otoczenie z naukowego punktu widzenia. Mam w świadomości pewne przekształcenia, a jednak nie potrafię patrzeć na "Czarnobyl" źle. Ogląda się to świetnie, na skórze czuć mrowienie podczas każdego odcinka, zaś myśl o tym, że to wytwór kultury oparty w większości na prawdziwych wydarzeniach, jeszcze bardziej potęguje uczucie przerażenia, towarzyszące obserwowanym wydarzeniom. Jeśli macie wolne pięć godzin, koniecznie poświęćcie je na serial reżyserii Johan Rencka i scenariusza Craig Mazina.
Na zakończenie, niech o sukcesie i istotności serialu świadczy krytyka ze strony Rosji, która już przygotowuje swoją wersję wydarzeń. Cóż, poczekam na efekty, ale nie spodziewam się oddania prawdy, w której rząd ZSRR poskąpił na materiałach budowy reaktorów atomowych...


"Przekleństwo" 2019-06-16

Na próżno szukają jej starsi i młodzi,
Gdy w swej kapryśności znienacka przychodzi,
I z miejsca czaruje ich pięknem i szczęściem,
Choć wielu zostawi z okrutnym przekleństwem;
Nie poznasz jej wcześniej, niż sama tak zechce,
Nie zdołasz odtrącić, gdy mieszkać chce jeszcze,
Nie zdołasz uwięzić, gdy czas jej nadejdzie
Tak szybko jak przyszła, tak nagle odejdzie;
I wstrząsną w posadach twym światem malutkim
Niszczące do reszty utraty jej skutki;
Nad słońcem złocistym w mig zbiorą się chmury,
Skrywając po sercach wyrwanych stu dziury;
Pożerać wciąż musi, wciąż ofiar swych szuka,
Gdy znajdzie już pierwszą, do serca zapuka;

Gdy drzwi się otworzą, do środka wparuje,
Omami, pocieszy i dziobem się wkłuje;
Po uczcie obfitej, mieszkanie zabrudzi,
Ucieknie, odleci do innych serc ludzi;
Nim dojdzie do siebie ofiara nieszczęsna,
Zabrzmieje jej w głowie,  że "zła" jest, "przeklęta";
Kapryśna bestyja ta działa na przekór:
Obudzić się może w niewinnym człowieku,
Ten pozna ją, przyjmie i tak zasmakuje,
Że gorzki smak straty mu wnętrza zatruje;
Uciekaj więc od niej, powstrzymaj hormony,
Nim wpadniesz na dobre w straszliwe jej szpony!
Nie pozwól, by skradła ci nerwy i czas!
I nie mów, że nic nie rozdzieli już was,
Bo nie znasz godziny, gdy zjawi się ON
I z niczym zostaniesz, gdy odejdzie z nią;


Strach konieczny - mój protekcyjny lęk 2019-06-16

Każdy się czegoś boi.

Jakkolwiek dobrze byśmy siebie opisywali, zawsze pomijamy ten jeden czuły punkt. Co to może być? Latanie samolotem? Psy? Pająki? Koty? Oczywiście jest jeszcze inny typ lęku:  podświadomy strach wewnętrzny, związany z konkretną kwestią życiową, jak np. utrata ukochanej osoby, rozpad związku, bankructwo firmy itp.

W moim przypadku jest jednak inaczej. Strach to mój przyjaciel, który towarzyszy mi od urodzenia. Zawsze jest ze mną, tym Mateuszem-łamagą, co to przez wiecznie kruche kości nacierpiał się tyle, a wciąż niewystarczająco i los wie, kiedy mu znów dopierdolić. Mało mi dwukrotnego złamania prawej ręki, mało mi mocno stłuczonej głowy przy kontakcie ze ścianą, mało kilku strzałów piłką w brzuch, gdy stałem na bramce w hali. Nie dosyć potknięć, otartych dłoni i kolan, uszkodzonego nosa przy upadkach.
Paradoks. Jeden z moich ulubionych cytatów filmowych to "Upadamy, by nauczyć się podnosić". Ale nie u mnie.
Bo przecież zaraz kłębią się wyrzuty: "Po co tam jechałeś? Przecież egzamin masz za parę dni! Trzeba było nie jechać, ofermo, to byś był cały i zdrowy! Leż teraz w polskim szpitalu kolejny tydzień, jak chciałeś poskakać!".
Ale samoobwinianie się to jeszcze nic. Najgorsze gdy to samo słyszę w takich chwilach od rodziców. Gdy złamałem rękę drugi raz, tata był wkurwiony. Martwił się potem, przyjeżdżał, odwiedzał. Jednak nigdy nie zapomnę jego tonu. "Ja pierdolę - musiał myśleć - znowu się zaczyna!".
Zaraz potem dochodziłyby wyrzuty u innych, jeśli coś się stało w wyniku wpływu osób trzecich: "Jak mogłem na to pozwolić? Przeze mnie on teraz cierpi!". Nie pomogłyby próby uspokojenia, wytłumaczenia.

Odczułem to zwłaszcza podczas wyjazdu do Pernelle. Gdy moja luba zaprowadziła mnie do lasu, liczyłem na spokojną przechadzkę zwykłymi ścieżkami. Podczas drugiego spaceru Pernelle zaproponowała wejście między chaszcze, gałęzie, a potem przejście przez dość tęgą wartstwę konarów ściętych drzew. Dałem spokój. Powiedziałem, że nie dam rady tędy przejść. Ani w tym wyjazdowym stroju, złożonym ze spodni jeansowych i koszuli z krótkim rękawem, ani w żadnym "normalnym". Musiałbym mieć na głowie kask motocyklowy albo chociaż osłonę na oczy i uszy. Znając moje "szczęście" wybiłbym sobie oko lub pozbawiłbym się błony w uszach.
Obraliśmy więc inną drogę, na której znów pojawiła się przeszkoda - rów, który trzeba było przebyć, by dostać się wyżej. Wystarczyło skoczyć i i dać susa w górę. Pernelle...Jakże ona jest zwinna!...Przebyła tę barierę w mgnieniu oka. Ja jednak nie mogłem zdobyć się na wybicie się. Coś siedziało we mnie głęboko, trzymając się ziemi, jakbym w butach miał zamontowany czip zwiększający grawitację. Nie byłem w stanie tego zrobić i nie docierało do mnie nawet to, co mówiła Pernelle: - Daj mi ręce, podciągnę cię!
Nie. W mojej głowie była tylko jedna myśl: - No skacz! Musisz to zrobić!

"Dziś znam swoje możliwości i nie wstydzę się ich", powiedziałem do mej towarzyszki, gdy dotarliśmy oboje do wyrównanego końca odcinka trasy. "Wiem, co mogę, a czego nie jestem w stanie zrobić i nie dramatyzuję".

- A gówno prawda, Elvenoor, naiwna człeczyno, może i jesteś świadom swoich wad, może i szukasz źródła strachu, ale dobrze wiesz, że na to nie ma lekarstwa. Masz słabe kości, ciągle coś ci się przytrafiało i doskonale zdajesz sobie sprawę jak by się wszelkie "fikanie" skończyło.


Zaiste. Przykro jednak mi się robi na myśl, że przez moją genetyczną łamliwość tak bardzo muszę uważać na siebie w świecie, w którym każdy nieuważny krok może oznaczać częściowe lub trwałe kalectwo. Tak się przecież stało z moją prawą ręką, bo do dziś nie mogę w pełni wykręcić nią wnętrzem do góry.

Zbyt wiele siwych włosów, jak na mój młody wiek, traci moja głowa przy każdej wizycie u fryzjera. Tak bardzo nie chciałbym się niczego bać lub przynajmniej z łatwością pokonywać własny lęk z miłą satysfakcją, że jednak nie miałem racji. Ale z drugiej strony jak widmo podąża za mną ta pieprzona obawa: "A co, jeśli znów się okaże, że lepiej było siedzieć w swoim pokoju i nie robić niczego głupiego gdzieś dalej?". Nie mogę się jej pozbyć. Nie mogę jej wytłumaczyć, że wstanę i pójdę dalej, bo to byłoby już okłamywanie samego siebie.

Uczę się więc na błędach, poznaję wciąż kolejne ograniczenia, staram się z nimi radzić jak tylko mogę najlepiej. Ale nadal kurewsko ciąży mi na sercu wstyd, wynikający ze świadomości usprawiedliwionego strachu i (nadmiernego?) samozahamowania.


Na łonie natury - sobota u Pernelle 2019-06-09

Zaprawdę wstawanie o siódmej rano jest dla mnie porównywalne z odnalezieniem dogodnego miejsca do stania w pociągu w okresach wyjazdowych - graniczy z cudem. Tryb studencki przyzwyczaił mnie do rozpoczynania dnia od godziny dziewiątej. Ale czego się nie robi z miłości, prawda?

Tym razem nie chodziło tylko o kolejne spotkanie z Pernelle w Katowicach. Sprawa wyglądała dużo poważniej: mieliśmy spędzić miło czas na jej rodzinnym terenie, a więc również w obecności jej rodziców.
Wielu facetów boi się spotkań z potencjalnymi teściami jak biskup dziennikarzy. Ale nie dziwię się, w końcu na wyrobienie pierwszego wrażenia ma się tylko jedną szansę. Kiedyś miałem już okazję poznać mamę i tatę Pernelle, choć wówczas ograniczało się to jedynie do kontaktu wzrokowego i uścisku dłoni. Byłem wówczas nieśmiały, zważywszy na fakt, iż było to moje pierwsze spotkanie z ich córką. Dziś, gdy upłynęło już parę lat, których doświadczenia kształtowały mnie w ten czy inny sposób , byłem gotów. Pewny siebie, świadom dobrego obycia, kultury, klasy i pomniejszych osiągnięć, mogłem z podniesioną głową wyruszyć w podróż autobusem do Katowic i dalej, do miejsca docelowego, pociągiem Kolei Śląskich. Drogę z dworca do dworca znałem z poprzedniego wyjazdu, paradoksalnie zakończonego moim zagubieniem i spóźnieniem się na autobus (brawo ja!). Na pokładzie KŚ czekało mnie zaskoczenie - automatyczny głos przywitał wszystkich pasażerów przed odjazdem, po czym zapowiedział pierwszą stację! Trzeba to im oddać, że nadal robią one lepszą robotę, niż Koleje Małopolskie, w których kolejne przystanki nie są w ogóle zapowiadane (choć z drugiej strony, słyszałem od Pernelle, że miałem szczęście, bo natrafiłem na jeden z tych nowszych pociągów). Po około dwóch godzinach byłem na miejscu.

Spod dworca odebrała mnie Pernelle razem ze swoją mamą. Na początek krótkie przytulenie ukochanej i pewny uścisk wysuniętej do mnie dłoni wraz z kurtuazyjnym "dzień dobry", co dało początek krótkiej rozmowie podczas przejażdżki. Już na miejscu powitanie z tatą Pernelle, pewny uścisk dłoni, wymiana uśmiechów, pytanie o podróż, aż po rozmowę w kuchni z mamą, podczas przygotowywania herbaty. Jak na przełamanie pierwszych lodów, nie było źle. Dzięki temu mogliśmy się z Pernelle oddać rozmowom w jej pokoju.
Ukochana mówiła wcześniej, iż najlepiej czuje się w swojej okolicy i było to widoczne po jej zachowaniu. Biła od niej atmosfera mieszanki uczuć: spokoju, radości, drobnego zmieszania. Nie było w niej jednak nic złego, dekoncentrującego. Przez cały czas czułem się błogo: gdy piliśmy herbatę, wymienialiśmy uwagi i spostrzeżenia raz po raz, a nawet gdy przez chwilę siedzieliśmy w na dywanie w ciszy, mąconej jedynie przez wiatrak. Z nieustającym zauroczeniem patrzyłem na nią, gdy opowiadała o różnych rzeczach, wsłuchując się w jej słowa z fascynacją. Cieszyłem się, że byłem wtedy z nią w tej właśnie chwili, w tym właśnie miejscu. I tak półtorej godziny przeleciało prędkością Pendolino. Nadszedł czas na obiad.

Muszę się wam do czegoś przyznać: od dziecka moje menu obfitowało w wyłączanie pewnych składników i dań, jak np. pomidory, ogórki, sałatki, ryby, grzyby, wątróbki etc. W domu miałem zawsze wybór i gdy dany obiad mi nie smakował, po prostu mogłem zrobić sobie coś innego. W miarę dorastania uczyłem się pewnych dań i smaków, choć nadal niektóre przyzwyczajenia pozostały. Po przywitaniu ostatniej domowniczki, babci Pernelle, nestorki  rodu, nakryto do stołu w ogrodowej drewnianej altance. Na całe szczęście (jak się okazało, przy delikatnej pomocy Pernelle) podano pierwsze danie: zmiksowaną zupę grzybową. Ku mojemu zaskoczeniu, najbardziej znienawidzona przeze mnie potrawa smakowała naprawdę dobrze. Być może przyczynił się do tego brak kawałków pieczarek, ale i tak zajadałem ze smakiem. Na dopełnienie posiłku podany został klasyczny kotlet schabowy z ugotowanymi, obranymi, lecz zaserwowanymi w całości ziemniakami. I znów była to dla mnie pewna nowość, gdyż zawsze przyzwyczajony byłem do jedzenia kartofli w formie ubijanej. Tutaj również mogłem pochwalić kuchnię mamy Pernelle podczas tradycyjnej dyskusji. Choć jadłem powoli, bez pośpiechu, starałem się przy tym zachować wszelką klasę tego prostego, ale niezwykle istotnego elementu wielu chwil życia.

Po obiedzie nadszedł czas na spacer po lesie. Za pierwszym razem szliśmy miarowym, spokojnym, lecz nie aż tak wolnym krokiem, prowadząc dalsze dyskusje. Wspominaliśmy w nich m.in chodzenie po lesie z naszymi dziadkami. Ach, to powietrze! Świeże, czyste, nieskazitelne! Kraków nawet w sezonie letnim nie "wdychał się" tak przyjemnie jak niewielka miejscowość pod Katowicami. Jedna tylko szkoda, że (mimo rad Pernelle) nie wziąłem niczego na przebranie ani nie zabrałem z sobą picia. Pół godziny chodzenia po lesie w upalną sobotę jednak dodawało tylko zmęczenia (choć był to wysiłek, który byłem w stanie ponieść jeszcze długo). Drugi spacer, po godzinnej przerwie w ogrodzie Pernelle, był nieco krótszy z uwagi na zbliżającą się porę powrotu. Tym razem nie mogłem dorównać mojej towarzyszce w zapuszczaniu się w leśne gęstwiny. Dziwiłem się, gdy przechodziła przez sterty gałęzi i konarów, które dla mnie stanowiły przeszkodę nie do przebycia bez odpowiedniego ekwipunku w postaci kasku, czegoś na ramiona i rękawic. Niestety zapuściłem się tak mocno, że nie dałem rady przeskoczyć prostego rowu, przyblokowany dziwną obawą. Pernelle to rozumiała, nie wymagała ode mnie niczego, więc obieraliśmy nieco bardziej dostosowane do mnie trasy. Mimo wszystko nie traktuję tego jako porażkę. Następnym razem spróbuję dokonać przynajmniej tego małego skoku wiary, choćbym nawet miał wrócić do domu w kilku kawałkach!

I tak sobota minęła jak piękny, męczący, ale paradoksalnie relaksujący sen. Od razu po powrocie zmyłem z siebie brud i po 22. położyłem się spać. Następne spotkania będą raczej w Katowicach lub Krakowie, ale jeśli znów będziemy chcieli spędzić czas w jej stronach, rodzice Pernelle nie są temu przeciwni, zaś w oczach babci  "niczego mi nie brakuje". Idzie coraz lepiej. Mam tylko nadzieję, że książka o Fridzie Kahlo, którą zamówiłem dla mojej ukochanej przyjdzie do środy, bym mógł znów pojechać do Katowic, przekazać biografię Pernelle i pozwiedzać z nią miasto. Oczywiście w naszym stylu.

A tymczasem jutro trzeba po raz ostatni udać się do RMF-u po zaliczenie praktyk, do wtorku popracować nad zwieńczeniem licencjatu, a potem rozejrzeć się za kolejnymi studiami i pierwszą pracą. Jeśli tylko wszystko pójdzie zgodnie z planem, przyszłość może klarować się w barwach tak jasnych jak czerwcowe niebo.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]