Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Płomień Zazdrości - o tym, co mnie wykańcza 2019-05-30

Uszczerbek na umyśle czy jednak szaleństwo?

Co jakiś czas to wraca. Nie umiem wyjaśnić dlaczego na jedno, pozornie (prawdziwie?) źle zinterpretowane słowo kurek w moim drugim "ja" pęka i ogarnia mnie...Co dokładnie?  
Niegdyś potrafiłem być zazdrosny. Bardzo zazdrosny. Utożsamiałem najbliższą mi w danym momencie osobę ze swego rodzaju "własnością", która była tylko moja. Jedynie ze mną rozmawiała, jedynie do mnie się uśmiechała, jedynie ja się dla niej liczyłem i nic więcej! Świat był gdzieś w oddali, a na pierwszym planie "my". I nic...NIKT więcej!
Potrafiłem się swego czasu stawać nie do zniesienia. Ciężkie słowa, nieraz wulgarne, pretensje, żale, poczucie cierpienia i zagrożenia - tak bardzo nie chciałem być wtedy sam.

Paradoks życia...Gdy byłem samotny, nie czułem się z tym źle. Ale gdy przyszła "ona" i pokazała, że życie ma też inną stronę, której nigdy nie poznałem, moja egzystencja obracała się o 180 stopni i za nic w świecie nie chciałem powrotu do tamtego okresu. Dopiero wtedy zaczynałem pojmować samotność nie jako przyjaciółkę, ale niemal wyrok przeznaczenia.

Panicznie bałem się utraty tego, co było dla mnie najcenniejsze. Nie mogłem znieść myśli, że może przyjść ktoś inny, dotąd nieznany...LEPSZY. Bo przecież kim ja właściwie byłem? Przerośniętym dzieciakiem o romantycznym sercu, lecz znikomych "wartościach praktycznych". Kochać - tylko tego pragnąłem. Czy i to było proszeniem Losu o zbyt wiele?

Niewiele było trzeba, by to we mnie wrosło, zespoiło się ze mną jak pasożyt i czerpało energię. Przecież każdego dnia przed poznaniem "jej" byłem spokojny, cichy i otwarty na innych, a samotność emocjonalna była mi przyjaciółką. Z ludźmi tylko krótko rozmawiałem. Nie potrzebowałem nikogo do podzielania pasji, tajemnic i bolączek serca. Tak niewiele mi było trzeba. Tylko ja.
Ale za każdym razem, gdy jednak "ona" się pojawiała, mój świat wariował. Nowa relacja była tak cudowna, że nie mogłem jej przecież stracić! A jednak tak się działo...
Po pierwszej nauczyłem się braku zaufania. Już nigdy nie miałem otworzyć swoich uczuć na inne. Już nigdy nie miałem pokochać. "Zostań sam do końca", doradzałem sam sobie, "tak będzie najlepiej". Druga...Drugą pominę. Ale trzecia... Przy trzeciej moja zazdrość eskalowała do niebotycznych rozmiarów. Długo budowana relacja waliła się niczym domek z kart i była budowana na nowo. Jednak i przy tej, która jakimś cudem jeszcze trwa, zrozumiałem jak wiele mam w sobie jadu i jaka zmyślnie, nawet nieświadomie, potrafię nagiąć słabe umysły mojej woli. Pernelle odczuła to najmocniej. Boleśnie. Ale w pewien sposób ją to ukształtowało, wzmocniło. 

A jednak miewam takie chwile, w których tracę zaufanie, a moje wnętrza płoną z niewytłumaczalnej wściekłości. "Dlaczego  tak go nazwała? Kombinuje coś na boku? Mam konkurenta? Czy znów niedługo ją stracę? Przecież mnie zapewniała, mówiła, że...Kłamała? Przecież to niemożliwe, nie ona! Chyba że jednak...". Takie stany potrafią trwać niczym przeziębienie - można dojść do siebie po jednym dniu albo przeleżeć w łóżku co najmniej tydzień.

Kiedyś bym wariował. Specjalnie pisałbym z nią tylko po to, by znaleźć pretekst do wyrzutów i kłótni i okazać swoją irytację. Jednak przeszłość nauczyła mnie, że właśnie w ten sposób doprowadzam do jeszcze szybszego zerwania naszej więzi, która paradoksalnie przyciąga nas do siebie niczym magnes, raz za razem, łącząc wszystko na nowo w całkiem inny kształt. Dziś tylko się oddalam, milknę, znajduję inne zajęcie. Włączam stały zestaw piosenek, które słucham w takich okolicznościach i po prostu wewnętrznie płonę. Pozwalam się sobie wypalić z gniewu, choć przez następne dwa-trzy dni to mnie jeszcze trzyma i nie puszcza zbyt łatwo.

Ale nie mogę zrobić niczego innego. Jedna niewłaściwa reakcja byłaby jak stąpnięcie na minie - koniec, wracasz do cierpień w samotności, wyczerpałeś swoje szanse.

Prawdopodobnie tak będzie już zawsze. Nigdy się od tego nie uwolnię. A gdyby jednak udałoby mi się zrealizować wizję przyszłości obok "niej", byłoby jeszcze trudniej z tym walczyć. Mógłbym się wypalać w samotnej ciemności, jak robię to teraz. Ale następnego dnia, jeszcze na emocjonalnym "kacu", musiałbym spojrzeć "jej" wtedy w oczy, czuć "jej" obecność obok siebie.

I co najgorsze, cokolwiek zrobię, i tak będzie źle. Kurwa...


"Nieskończony Płomień" 2019-05-29

Letni księżyc błyszczy, znów popijam wino,
W sercu wciąż po latach dalej jest jak było
Że wyrosłem, mówisz, że na lepsze zmiana,
Że nie dzieli nas już mych ciemności ściana,
Na baczności masz się - bardzo dobrze robisz
Od podszewki znasz wszak moich słówek słodycz,

Nie waż się znów podejść, kiedy cały płonę,
Nie daj w oczy spojrzeć, gdy mnie trawi ogień,
To wygaśnie wkrótce, daj mi czasu trochę,
Odwróć głowę, zawróć, nic nie zdziałasz szlochem,
W samotności zostaw gorejącą duszę,
Nim kolejnym kłamstwem znów cię w otchłań zrzucę,


Choć na co dzień przecież jestem lepszym sobą,
I się walczyć staram z mroczną duszy stroną,
Z blizn przeszłości przecież już nie wyjmę cierni,
Swej szalonej cząstki nie zwyciężę w pełni,
Walka trwać już będzie, aż do śmierci mojej
Gdy ostatni oddech wreszcie zgasi płomień


Trzy kroki od siebie (2019) - Miłość na dystans 2019-05-26


Wiecie od jakich słów zacznę: Nienawidzę filmów o miłości.

Nie chcę tracić czasu na schematyczne farmazony o poznaniu się jakiejś pary, ich burzliwym związku, kryzysie, dramacie i w końcu szczęśliwym zakończeniu. Interesują mnie za to filmy poruszające tematykę uczuć od zupełnie innej strony. Urzekły mnie już "Miłość Larsa", "Her" i "Kształt Wody", a wczoraj do tego grona dołączył debiut reżyserski Justina Baldoniego pt. "Trzy kroki od siebie".

Jest to historia niejakiej Stelli. Dziewczyna choruje na mukowiscydozę, której zaplecze medyczne tłumaczy na swoim kanale YouTube - zarówno  internetowym widzom jak i przy okazji nam. Grunt wiedzieć, że jest bardzo podatna na zarażenie się nawet niegroźną chorobą, co skutecznie zniweczyłoby jej starania o nowe płuca, których żywotność trwałaby pięć lat. Któregoś dnia do szpitala trafia nowy pacjent, Will, który jednak nie chce poddać się leczeniu. Jak to często bywa, początkowa relacja między naszymi bohaterami jest nieprzyjemna, choć bardzo szybko ze zwykłej pomocy w przyjmowaniu leków i organizacji dnia przeradza się w prawdziwe uczucie, które rodzi masę problemów: Stella musi trzymać dystans 1,80 m, by nie narażać się na jakikolwiek kontakt przez dotyk.
I tutaj pierwszy plus filmu: chemia między bohaterami i wiarygodna relacja, której kibicujemy. Haley Lu Richardson i Cole Sprouse spisują się w swoich rolach naprawdę świetnie i ani przez chwilę nie mamy wrażenia sztuczności tej pary. Widzimy w nich nie aktorów, a prawdziwe postacie, pełne własnych historii. Należycie potraktowano tu również dwóch ważnych bohaterów pobocznych, jakimi są pielęgniarka oddziałowa Barb oraz Poe, bliski przyjaciel Stelli. Co najważniejsze, zarówno Barb jak i Poe mają wpływ na naszych zakochanych, nie są umieszczeni tutaj tylko po to, aby ktokolwiek chodził w tle. Jedynie rodzicom głównej pary nie poświęcono wiele uwagi, ale moim zdaniem jest ich dokładnie tyle, ile powinno być.
Film toczy się swoim powolnym, lecz bardzo przyjemnym tempem. Zwroty fabularne są co prawda przewidywalne i możemy sugerować się co nastąpi w dalszej części seansu na podstawie jednej przesłanki, ale nie o zaskoczenie tu chodzi, a o kreatywne poruszenie problemu utrzymywania dystansu między dwojgiem zakochanych, którzy, paradoksalnie, jeśli chcą być blisko, nie mogą się do siebie zbliżać.

Drodze Stelli i Willa, nakręconej w bardzo dobrych ujęciach, przygrywać będzie niemal idealnie dopasowana muzyka, która raz czy dwa może doprowadzić was do łez - w szczególności gdy jesteście duchowo uczuleni na takie utwory jak Daughter - Medicine. I jedynie finał tej historii może pozostawić u wielu pewien niedosyt, rozczarowanie. Ja byłem w stanie jakoś przetrawić takie, a nie inne zakończenie, choć mam świadomość, że wielu może się od niego odbić.
Tak czy inaczej, niezależnie czy spodoba wam się końcówka, mogę z czystym sercem polecić "Trzy kroki od siebie". Wielu określa ten film  "lepszym 'Gwiazd naszych winą' ". Cóż, choć owej produkcji jeszcze nie widziałem (a słyszałem, że to zwykły wyciskacz łez), to tym bardziej mogę odesłać was do kina na udany pierwszy film Justina Baldiniego, niezależnie jakie emocje towarzyszyły wam przy obrazie z 2014 roku.

Ciekawostka 1: Początkowo myślałem, że Willa grał Timothée Chalamet, jednak dopiero research wyprowadził mnie z błędu. Nazwisko "Cole Sprouse" obiło mi się już kiedyś o uszy, więc poszukałem dalej, aż przypomniałem sobie pewien serial aktorski Disney Channel o dwóch blond-bliźniakach z "Nie ma to jak hotel!". Cole to jeden z nich! Wow! Nic tak nie pokazuje zmiany czasu jak nowy tor w karierze aktorskiej dzieciaka z Disney Channel!
Ciekawostka 2: Moises Arias, jeden z aktorów z "Czarodziei z Waverly Place" gra w "Trzech krokach" wspomnianego w recenzji przyjaciela Stelli. I znów: kolejny dzieciak, który "wybił się" na Disneyu! :)


Gra o Tron, sezon 8 - (Nie)epicki finał 2019-05-24

SPOILERY, SPOILERY NADCHODZĄ!

No i stało się: ósmy, finałowy sezon "Gry o Tron" dobiegł końca. Niemal dwa lata oczekiwaliśmy na godne zwieńczenie przygód wojny z Cersei i Nocnym Królem. Snuliśmy teorie, domniemywaliśmy prawdziwego pochodzenia i przeznaczenia wielu postaci. Sezony 1-6 zawierały 10 odcinków, po 40 minut każdy. Sezon 7 miał ich tyle samo, co Śnieżka krasnoludków, zaś ostatni o jeden odcinek mniej, za to z wydłużonym czasem ich trwania do 1 godziny 20 minut. Wynikło to z faktu, iż D&D (David Benioff oraz D.B. Weiss, twórcy serialu) zdecydowali się przeznaczyć na finał dużo większy budżet.

Jak się jednak okazało, większe pieniądze nie znaczą lepszej jakości. Już przy sezonie nr 7 fani zaczęli narzekać na pewne skróty fabularne i niektóre głupotki, jednak chyba nikt nie był przygotowany na to, co się "odjoniesnowi" w ostatnich sześciu odcinkach, o czym świadczy wysyp wszelkiego rodzaju memów.
Pierwsze dwa odcinki były według mnie naprawdę bardzo dobre. Przyjazd Daennerys i Jona do Winterfell, zrealizowany w podobie do pierwszego epizodu pierwszego sezonu, gdy Bran i Arya obserwowali przybycie króla Roberta, był smakowitym "kąskiem", wspomnieniem tego pysznego spaghetti, które kiedyś jadłeś, przy jednoczesnej degustacji niemal identycznego, choć nieco inaczej podanego makaronu. Postacie pokonały długą drogę, by dobrnąć do tego kulminacyjnego momentu, właściwie nie ma żadnego głównego bohatera, który zaczynałby i kończył swe przygody w tym samym miejscu, o tym samym charakterze. Spotkania po latach rozłąki, zbliżające się wielkimi krokami ujawnienie prawdziwego dziedzictwa Jona Snowa jako Aegona Targaryena, konflikt między Sansą i Daenerys - to wszystko miało sens.
Odcinek drugi, jako tzw. podbudówka pod bitwę w odcinku trzecim, był bardziej zamknięty
w miejscu i czasie, pokazując tylko bohaterów przebywających w Winterfell. Swoją konstrukcją przypominał nieco odcinek "Breaking Bad" pt. "The Fly", w którym Walter i Jessie polowali na muchę w swoim laboratorium. Tu było podobnie. Nie działo się nic znaczącego, dostaliśmy jedynie postacie rozmawiające o wielu sprawach i to nie wszystkim przypadło do gustu. Ja zaś powiem wam tak:  k o c h a m  ten odcinek! Osąd Jaime'a i wstawienie się za nim Brienne, wrzuciła tylko więcej opału do kominka miłości tych dwojga. Konfrontacja Lanniestera z Branem i rozmowa z Tyrionem zaniepokoiły mnie co do dalszych losów tej postaci.  Rozmowa kilku osób przy kominku, z nieodłącznym Tormundem i jego historyjką o mleku olbrzymki, wprawiła mnie w ciepły nastrój, pełen otuchy w obliczu beznadziei nadchodzącej Długiej Nocy. Pasowanie na rycerza lady Brienne z Tarthu i pieśń Podricka sprawiły, że uroniłem łzę. Kontrowersyjna dla wielu scena seksu między Aryą a Gendrym, dla mnie była poniekąd zrozumiała - dziewczyna chciała tylko zaznać kontaktu z mężczyzną, a jako partnera wybrała sobie wieloletniego przyjaciela, którego kilka razy taksowała spojrzeniem. Wielu również ma zarzuty do niedostatecznego wykorzystania Brana jako wszechwiedzącej istoty jak również realizacji planu "poczekajmy na Nocnego Króla, Bran będzie na przynęte pilnowany przez garstkę ludzi i jakoś to będzie". No i wreszcie Duch - wieloletni przyjaciel Jona, dobry, waleczny wilkor, który służył wiernie Jonowi przez okres służby w Nocnej Straży, w tym odcinku pojawia się kompletnie "od czapy" w kilku scenach, bez najmniejszej interakcji ze swoim panem. No jak tak można, ja się pytam?!

Trzeci odcinek - zaczyna się w końcu bitwa. No i tutaj wszystko się sypie jak mury Winterfell. Zaiste, nastały ciemne wieki dla Północy! Najpierw pojawienie się Melisandre, która przybyła nie wiadomo skąd, żeby tylko rozpalić arakhi jeźdźców. Potem piękna, niemal liryczna, ale bezcelowa szarża Dothraków i Ducha. Zginą, myślę, jadą na śmierć...A nie, jednak udało im się uciec! Na ratunek rusza Daenerys, która wbrew pierwotnym planom zaczyna palić nadciągające hordy nieumarłych. Sam Tarly, który zamiast siedzieć bezpiecznie w krypcie biega to tu, to tam, wręcz prosząc się o śmierć i jedynie boskim cudem tzw. pancerza fabularnego udaje mu się przeżyć (choć wcześniej jego głupota i nieporadność sprowadziły zgubę na jego kumpla z Nocnej Straży, Edda Tolletta). Wskrzeszanie zmarłych z krypt, które jednak, tak jak i cały odcinek, nie przyniosło śmierci żadnego znaczącego bohatera (Theon zakończył swą historię, Edd stał się niepotrzebny, dla Joraha i Berrica nie było więcej miejsca, Melisandre zrobiła swoje, zaś Lyanna Mormont, choć jej śmierć była chwalebna, nie będzie jednak przez widzów opłakiwana zbyt długo). No i na deser: Nocny Król! Kim był? Jaką miał więź z Branem? Wuj z tym, lepiej niech Arya zeskoczy na niego z powietrza i "bum", po problemie! O ile nie mam problemu z tym, że to ona zabiła przywódcę nieumarłych Wędrowców, o tyle muszę czepiać się logiki tej sceny. Mury otaczają Boży Gaj, mogła z nich zeskoczyć, gdyby nie to, że znajdują się one w dość dużej odległości od drzewa, pod którym siedział Bran. Bardzo podoba mi się teoria, iż Bran "wwargował się" w kruki, uniósł Aryę pod niebo i upuścił prosto na Nocnego Króla.

Uff, zaraz się z tego elaborat zrobi, więc przyspieszę nieco tempa, opisując trzy odcinki zbiorczo. Nie podoba mi się niekonsekwencja tego sezonu, to że po bitwie właściwie w jeden ranek powstało tak wiele stosów pogrzebowych. Nie podoba mi się to, że nikt z ucztujących nie wspomina poległych towarzyszy. Nie podoba mi się fakt utraty jedynie połowy sił Nieskalanych, ludzi Północy i Dothraków (jakim cudem oni przeżyli, to chyba tylko Wielki Rumak wie!). Ubolewam nad wątkiem walki z Nocnym Królem, który tak bardzo był podbudowywany przez siedem sezonów, by teraz zamieść go pod dywan po trzech odcinkach i do niego więcej nie wracać. Nie podoba mi się to w jaki sposób Misandei trafiła do niewoli i jak wszyscy w tym sezonie po jakiejś katastrofie pojawiają się "przypadkowo" obok siebie. Nie "kupuję" tego w jaki sposób Danka dała się wciągnąć w pułapkę oraz jak "niefortunnie" kilkanaście statków nie mogło trafić lecącego ku nim Drogona, chociaż moment wcześniej zestrzelili dużo dalej i wyżej położonego Rhaegala. Nie akceptuję tego w jaki sposób  potraktowano oblężenie Królewskiej Przystani, jak szybko zniknęły flota Eurona, umocnienia miasta oraz Złota Kompania. Nie rozumiem  dlaczego u Daenerys "włączył się" tryb zemsty, uwzględniający wymordowanie tylu niewinnych, skoro jeszcze w poprzednich sezonach dobro poddanych było jej priorytetem. Nie wspominam już nawet o naiwności Tyriona oraz  pięknej, lirycznej, lecz głupiej i pustej śmierci Cersei i rannego po bezcelowym pojedynku z Euronem Jaime'a (którego wątek odkupienia został nomen omen pogrzebany, choć jestem w stanie zrozumieć jego nieskończoną miłość do siostry, która każe mu ją uratować). No i wreszcie: nie dostrzegam sensu dobrze nakręconego, lecz niekonsekwentnego zakończenia. Dlaczego nikt nie mówi już o tym, że Jon jest następcą tronu? Bo zabił królową, której odbiła szajba na punkcie totalitarnego "wyzwolenia" świata? Czemu zmuszacie Brana do bycia królem, skoro wcześniej mówił, że nie może być niczyim lordem, chociaż tutaj nagle wypowiada niespójny ze swoją historią tekst: "A jak myślicie, po co tu przybyłem?" ? Nie lepiej zmusić Jona? Nie chciał być Lordem Dowódcą, nie chciał być Królem Północy, ale jednak przyjął na siebie brzemiona władzy.Czemu każecie mu wracać na Mur do Nocnej Straży (to ona jeszcze istnieje? Po co, skoro nie ma już Dzikich ani Wędrowców, a w Murze jest wyrwa?), by zaprowadził Dzikich gdzieś na północ, szukać szczęścia?

Ech...Jestem rozczarowany w jaką stronę poszedł ten serial. Nie był to sezon totalnie zły, bo w prawie każdym odcinku była chociaż jedna rzecz, która mi przypadła do gustu (jak "Clegane Bowl", śmierć Qyburna, rozmowy Tyriona z Varysem, koronacja i cały wątek mojej ukochanej Sansy). A jednak było to widoczne, że twórcy bardzo spieszą się z dostarczeniem fanom pewnych smaczków, odwołań do poprzednich sezonów i teorii, jednak nie byli w stanie wykorzystać podbudowy poprzednich 67 odcinków. Choreograficzna strona sezonu prezentuje się bardzo dobrze, nie mam zarzutów do aranżacji scen i odcinków (poza totalną ciemnicą w trzecim).
Muzyka zaś...Ramin Djawadi powinien zasiąść na Żelaznym Tronie, po tym jak świetną robotę zrobił w tym i wszystkich innych sezonach. Niemal każdego dnia "katuję" jakiś jego "grotronowy" utwór, począwszy od głównego motywu muzycznego i  skończywszy na "The Night King" czy "The Song of Ice and Fire".
Ktoś kiedyś powiedział, że prawdziwego mężczyznę nie poznaje się po tym jak zaczyna, ale jak kończy. Na całe szczęście nie odnosiło się to do seriali. "Gra o Tron" była, jest i nadal pozostanie fenomenem - tym serialem, który każdy zna. Jeśli nawet ktoś nie oglądał, to na pewno widział memy o Jonie Snow, który "nic nie wie" czy o Theonie "Bez Ptaka" Greyjoyu, kojarząc słynną dewizę Starków: "Winter is coming!". Teraz pozostało nam tylko czekać na "Wichry Zimy" i mieć nadzieję, że powieść ta kiedykolwiek wyjdzie.


Odpowiedź do: maggie2000 2019-05-09

System e-blogów jest zepsuty od ponad roku. Nikt niczego nie może komentować inaczej niż w osobnych notkach jako odpowiedziach. Niestety twórcy portalu nie za bardzo się przejmują swoją platformą. 


Hellboy (2019) Nie taki diabeł straszny 2019-05-07

Na początku był del Toro.

W latach 2004 i 2008 dostarczył nam on dwa filmy, opowiadające o losach przyzwanego przez nazistów dziwnego demona z innego wymiaru, którego odbiły i wychowały amerykańskie służby. Po latach Hellboy stał się członkiem grupy istot nadnaturalnych, zwalczających nieznane siły mroku, zdolne zniszczyć ten świat. W rolę główną wcielał się wówczas Ron Perlman, który nadał swojej postaci nie tylko ton czerwonoskórego twardziela, lecz także lekkie poczucie humoru i cząstkę człowieczeństwa. Na pierwszy plan, poza diabełkiem o gołębim sercu, znalazły się także ciekawe postacie poboczne z Liz Sherman i Abem Sapienem na czele. O ile pierwszy Hellboy jednak wizualnie i fabularnie nie był zbyt głęboki, o tyle jego kontynuacja "Złota Armia" poprawiła błędy poprzedniczki, prezentując o wiele bardziej intrygującego antagonistę księcia Nuadę i błyszczące jak jego ostrza krajobrazy. Aranżacja poszczególnych lokacji,historia o Złotej Armii jako przecudny wstęp do fabuły głównej filmu oraz kreacje noszone przez elfickie bliźnięta umilała oczom cały seans.

Niestety, panu Guillermo nie starczyło pomysłów na dokończenie swojej trylogii, więc odstawił demoniczne rogi do magazynu. I również na nasze nieszczęście temat podjął Neil Marschall, który za wszelką cenę pragnął dać nam film dla pełnoletniego widza: miało być mrocznie, krwawo i wulgarnie! Zaiste, powiadam wam, nie rzucał słów na wiatr...
Nowy "Hellboy" nie ma nic wspólnego z filmami del Toro. Rogaty, grany dość dobrze przez Davida Harboura, jest znany na całym świecie i nie ukrywa swojej działalności. Pewnego dnia jego drogi krzyżują się z nieśmiertelną wiedźmą Nimue (graną przez urodziwą Millę Jovovich), poćwiartowaną Excaliburem przez króla Artura za wypuszczenie na świat morderczej plagi. Wiedźma poprzysięga zemstę, zaś wiele wieków później siły mroku próbują poskładać ją w całość i przywrócić moc, by mogła dopiąć swego. Fabuła, choć tak prosta jak w pierwszym "diabełku" od del Toro, a jednak nie posiadająca żadnego zaczepienia dla widza, który pozwalałby odbierać mu jakąkolwiek przyjemność. Hellboy Harboura jest ciętym, "złodupnym" kolesiem, który potrafi skopać zadek dziwnym maszkarom i...tyle. Sili się czasem na humor, nie sięgający jednak dalej niż uszkodzenie smartfona palcem dużej dłoni. W pewnym momencie ma przebłyski wątpliwości co do własnego przeznaczenia, jednak nie jest to wątek zbyt długi czy rozpisany wyjątkowo wiarygodnie. Także relacja z ojcem (w tej roli Ian McShane) ma w sobie tyle głębi co brodzik dla dwulatków.
Postacie poboczne są i tylko tyle mogę o nich powiedzieć. Są to raczej typowi pomocnicy Hellboya, które nie mają na głównego bohatera żadnego wpływu. Film ma tez tendencje do dopowiadania nam pewnych rzeczy w formie retrospekcji co jakiś czas i nie przestaje tego robić nawet w ostatnim akcie. Wizualia również nie powalają. Jest brudno jak w ściekach, ciemno jak w trzecim odcinku nowego sezonu "Gry o Tron" i krwawiej niż w celi Rzeźnika w pierwszym Diablo. Przekleństwa padają tu często i gęsto, w czym pomaga polskie tłumaczenie, które nawet lekkie "screw you" potrafi wzmocnić do "idź w ch*j". Takie to dorosłe kino! A jak wam mało, macie też flaki, zwłaszcza w trzecim akcie! Demony latają tu i tam, rozrywają ludzi na strzępy, depczą, brutalnie mordują! Nie ma to co prawda sensu, ale hej, przecież chcieliście film dla dorosłego widza, no nie?
 
Nie wiem co mam dalej rzec. Brakuje słów jak straszną abominacją jest nowy "Hellboy". Jedyną dobrą rzeczą, jaką mogę dostrzec w tym filmie, jest aranżacja walk, pomagająca nam przetrwać dobrym (choć nadal nieporywającym) wykonaniem potyczek ze sługusami Nimue. Poza tym, jest to nudny, nieangażujący seans. Zdecydowanie bardziej polecam wam przejść się na "Iron Sky. Inwazję": film równie głupi, ale przynajmniej doskonale zdający sobie sprawę czym jest. Jeśli szukacie seansu do pochrupania chipsów a świat,w którym Hitler jeździ na T-Rexie nazwanym Blondi i wita swoich "gości" sloganem "Sieg heil, mutterfuckers!" przemawia do was, koniecznie wybierzcie się na właśnie tę produkcję. Film jest niedługi, ma prostą linię fabularną, a miejscami jest i ładniejszy, i zabawniejszy od profanacji Neila Marschalla, która, co sugeruje scena po napisach, może doczekać się kontynuacji. No chyba, że box office nie zwróci nawet 50 milionów budżetu.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]