Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Avengers: Endgame (2019) - Kres pewnej ery 2019-04-25

BEZ SPOILERÓW!

Dobra, strajk poczeka. Są ważniejsze rzeczy. Musimy pogadać o tym jak przywrócić do życia 50% populacji Wszechświata!

Na najdłuższy, jak dotąd, seans Marvela byłem w pełni przygotowany. Woda zamiast coli, wafelek zamiast chipsów. Wszystko było gotowe, by mój organizm przetrzymał tak długą projekcję. Początkowo miałem pewne obawy, iż "Endgame" nie sprosta moim oczekiwaniom i pod koniec zacznie się dłużyć. Paradoksalnie jednak, podczas przewijania się pierwszych napisów końcowych czułem się jak wniebowzięty i nie byłem w stanie ruszyć się z fotela. Ba, w ogóle nie chciałem zostawić za sobą wydarzeń ostatnich 182 minut! Ten film spełnił bowiem wszystkie moje (i nie tylko moje) najśmielsze oczekiwania, wywołał (ponownie) masę radości i wzruszeń, a także doprowadził całą salę kinową do masowego oklaskiwania tego, co dany bohater właśnie zrobił. Zaiste, seans jest to pamiętny.

Akcja "Endgame" rozgrywa się niedawno po finale "Infinity War". Thanos zrobił to, co chciał. Na ulicach walają się odpadki,  jak grzyby po deszczu na całym świecie zaczęły się pojawiać nowe zagrożenia, które Avengersi starają się zwalczać, zaś wśród wszystkich ziemskich rodzin panuje żałoba. Ludzie zrzeszają się przez najbliższe pięć lat, by jakoś radzić sobie ze stratą najbliższych. Jak wiecie ze sceny po napisach w "Captain Marvel" oraz plakatów promocyjnych "Endgame", w opanowaniu chaosu Mścicielom pomaga Carol Danvers, która - uspokajając tych, którym postać ta się nie podobała - w filmie pojawia się jedynie na początku i na końcu, ale nie będę zdradzał w jakich okolicznościach. Wiedzcie tylko tyle, że film skupia się na oryginalnym składzie Avengersów, a więc Kapitan Ameryka, Iron Man, Black Widow, Bruce "Hulk" Banner", Thor i Hawkeye.  
Trailery mogły wam sugerować jak potoczą się wydarzenia: ekipa rozpacza, Kapitan Marvel mówi, że chce zabić Thanosa, więc wszyscy lecą w kosmos. Radzę wam jednak odepchnąć od siebie taki scenariusz, bowiem zajawki pokazały niecałe 15 pierwszych minut filmu. Nie ma w nich absolutnie niczego, co naprowadziłoby nas na dalsze wydarzenia. Po premierze "Infinity War" fani mogli jedynie spekulować co się wydarzy i trzeba przyznać, że w filmie kilka z nich znalazło spełnienie. Nie mniej, nie znaczy to, że bracia Russo polecieli po linii najmniejszego oporu: twórcy, we współpracy z reżyserami innych marvelowych produkcji, zaserwowali nam pełen zwrotów akcji, który nie raz i nie dwa wywoła u nas skrajne emocje: od serca, rozpieranego dumą, gdy na ekranie dzieje się coś spektakularnego, aż po smutek, żal i - w wielu wypadkach - łzy.
"Endgame" to jednak seans wyłącznie dla fanów. Wszyscy miłośnicy MCU dostaną całą masę odniesień do postaci pobocznych i wątków prowadzonych we wszystkich filmach Marvela. Tak jak "Infinity War" mogło przeprowadzić przez seans niedoświadczonego widza, tak "Endgame" wymaga znajomości prawie wszystkich filmów. Bez tego nie będzie można zrozumieć wagi obrotu pewnych spraw ani odczuć prezentowanych postaci. Jednak tym, którzy byli wierni MCU przez ostatnią dekadę (oraz tym, którzy po "Infinity War" zdołali nadrobić pozostałe filmy) seans odwdzięczy się po stokroć, zwłaszcza w najbardziej epickim finale, jaki widział świat kinematografii superbohaterskiej w świetnie zrealizowanym trzecim akcie.

Niestety, tak jak w przypadku wielu filmów, szczegółowi szperacze znajdą swoje poletko do  narzekań, w stylu: "Jak ten to zrobił?" i "Dlaczego tak to rozwiązano?". Muszę przyznać, że jest tu kilka fabularnych zabiegów, które miały na celu uprościć pewne rzeczy i na pewno zawiodą one część widzów. Jednak i tak większym problemem zdaje się tu być ciekawe pomyślany, lecz miejscami już nieco nudniejszy akt drugi, gdy przeskakujemy od jednej ekipy do drugiej. Spokojnie, nie jest tak źle, by sprawdzać godzinę i czekać aż się wreszcie coś zadzieje, bo niemal wszędzie jest kilka interesujących, godnych uwagi, a niekiedy i przyprawiających o bananowy uśmiech scen, jednak przed rospędzonym jak Usain Bolt finałem stanowią ledwie trucht niedzielnego biegacza.

"Avengers: Endgame" to ostatni film MCU z tzw. serii Infinity. Nie macie co czekać na sceny po napisach, bo ich tu nie ma. Seans ten bardzo dobrze domyka wszystkie wątki, dotyczące starej drużyny Mścicieli, zabiera nas w podróż pełną wspomnień i mruga okiem, wskazując jednocześnie na nowe postacie, które przejmą ster po dawnej ekipie. Tak szybko, jak wam minęła moja recenzja, tak i u mnie "Endgame" przemknął lotem rzuconego w Thanosa Stormbreakera w "Infinity War". I równie mocno jak ostrze topora boga piorunów tkwiło w piersi tytana, tak i we mnie przez najbliższe tygodnie tkwić będzie "Koniec Gry", na który na pewno wybiorę się raz jeszcze.
Jeśli jesteś fanem/fanką uniwersum, znasz każdy film, uwielbiasz przynajmniej kilka postaci ze starej gwardii, koniecznie wybierz się do kina. Idź z głową nienastawioną na żaden możliwy scenariusz. Nie bierz z sobą nic prócz wody i paczki chusteczek. Wsiąknij w ten film tak jak ja, poczuj to niesamowite doznanie! Prawdopodobnie to ostatni seans na tak wielką skalę w najbliższych latach. Jasne, już na początku lipca na ekrany kin powróci Spider Man i jego podróż "Far From Home". W planach są również kolejne projekty, bo nie zarzyna się tak obficie mlekodajnej krowy. A jednak w sercu, prócz nadziei i serca nadal pełnego miłości do uniwersum, pozostaje to ciężkie jak Hulk poczucie zakończenia pewnej epoki.


BEZ SPOILERÓW!

Dobra, strajk poczeka. Są ważniejsze rzeczy. Musimy pogadać o tym jak przywrócić do życia 50% populacji Wszechświata! 

Na najdłuższy, jak dotąd, seans Marvela byłem w pełni przygotowany. Woda zamiast coli, wafelek zamiast chipsów. Wszystko było gotowe, by mój organizm przetrzymał tak długą projekcję. Początkowo miałem pewne obawy, iż "Endgame" nie sprosta moim oczekiwaniom i pod koniec zacznie się dłużyć. Paradoksalnie jednak, podczas przewijania się pierwszych napisów końcowych czułem się jak wniebowzięty i nie byłem w stanie ruszyć się z fotela. Ba, w ogóle nie chciałem zostawić za sobą wydarzeń ostatnich 182 minut! Ten film spełnił bowiem wszystkie moje (i nie tylko moje) najśmielsze oczekiwania, wywołał (ponownie) masę radości i wzruszeń, a także doprowadził całą salę kinową do masowego oklaskiwania tego, co dany bohater właśnie zrobił. Zaiste, seans jest to pamiętny.

Akcja "Endgame" rozgrywa się niedawno po finale "Infinity War". Thanos zrobił to, co chciał. Na ulicach walają się odpadki,  jak grzyby po deszczu na całym świecie zaczęły się pojawiać nowe zagrożenia, które Avengersi starają się zwalczać, zaś wśród wszystkich ziemskich rodzin panuje żałoba. Ludzie zrzeszają się przez najbliższe pięć lat, by jakoś radzić sobie ze stratą najbliższych. Jak wiecie ze sceny po napisach w "Captain Marvel" oraz plakatów promocyjnych "Endgame", w opanowaniu chaosu Mścicielom pomaga Carol Danvers, która - uspokajając tych, którym postać ta się nie podobała - w filmie pojawia się jedynie na początku i na końcu, ale nie będę zdradzał w jakich okolicznościach. Wiedzcie tylko tyle, że film skupia się na oryginalnym składzie Avengersów, a więc Kapitan Ameryka, Iron Man, Black Widow, Bruce "Hulk" Banner", Thor i Hawkeye.  
Trailery mogły wam sugerować jak potoczą się wydarzenia: ekipa rozpacza, Kapitan Marvel mówi, że chce zabić Thanosa, więc wszyscy lecą w kosmos. Radzę wam jednak odepchnąć od siebie taki scenariusz, bowiem zajawki pokazały niecałe 15 pierwszych minut filmu. Nie ma w nich absolutnie niczego, co naprowadziłoby nas na dalsze wydarzenia. Po premierze "Infinity War" fani mogli jedynie spekulować co się wydarzy i trzeba przyznać, że w filmie kilki z nich znalazło spełnienie. Nie mniej, nie znaczy to, że bracia Russo polecieli po linii najmniejszego oporu: twórcy, we współpracy z reżyserami innych marvelowych produkcji, zaserwowali nam pełen zwrotów akcji, który nie raz i nie dwa wywoła u nas skrajne emocje: od serca, rozpieranego dumą, gdy na ekranie dzieje się coś spektakularnego, aż po smutek, żal i - w wielu wypadkach - łzy. 
"Endgame" to jednak seans wyłącznie dla fanów. Wszyscy miłośnicy MCU dostaną całą masę odniesień do postaci pobocznych i wątków prowadzonych we wszystkich filmach Marvela. Tak jak "Infinity War" mogło przeprowadzić przez seans niedoświadczonego widza, tak "Endgame" wymaga znajomości prawie wszystkich filmów. Bez tego nie będzie można zrozumieć wagi obrotu pewnych spraw ani odczuć prezentowanych postaci. Jednak tym, którzy byli wierni MCU przez ostatnią dekadę (oraz tym, którzy po "Infinity War" zdołali nadrobić pozostałe filmy) seans odwdzięczy się po stokroć, zwłaszcza w najbardziej epickim finale, jaki widział świat kinematografii superbohaterskiej w świetnie zrealizowanym trzecim akcie. 

Niestety, tak jak w przypadku wielu filmów, szczegółowi szperacze znajdą swoje poletko do  narzekań, w stylu: "Jak ten to zrobił?" i "Dlaczego tak to rozwiązano?". Muszę przyznać, że jest tu kilka fabularnych zabiegów, które miały na celu uprościć pewne rzeczy i na pewno zawiodą one część widzów. Jednak i tak większym problemem zdaje się tu być ciekawe pomyślany, lecz miejscami już nieco nudniejszy akt drugi, gdy przeskakujemy od jednej ekipy do drugiej. Spokojnie, nie jest tak źle, by sprawdzać godzinę i czekać aż się wreszcie coś zadzieje, bo niemal wszędzie jest kilka interesujących, godnych uwagi, a niekiedy i przyprawiających o bananowy uśmiech scen, jednak przed rospędzonym jak Usain Bolt finałem stanowią ledwie trucht niedzielnego biegacza.

"Avengers: Endgame" to ostatni film MCU z tzw. serii Infinity. Nie macie co czekać na sceny po napisach, bo ich tu nie ma. Seans ten bardzo dobrze domyka wszystkie wątki, dotyczące starej drużyny Mścicieli, zabiera nas w podróż pełną wspomnień i mruga okiem, wskazując jednocześnie na nowe postacie, które przejmą ster po dawnej ekipie. Tak szybko, jak wam minęła moja recenzja, tak i u mnie "Endgame" przemknął lotem rzuconego w Thanosa Stormbreakera w "Infinity War". I równie mocno jak ostrze topora boga piorunów tkwiło w piersi tytana, tak i we mnie przez najbliższe tygodnie tkwić będzie "Koniec Gry", na który na pewno wybiorę się raz jeszcze. 
Jeśli jesteś fanem/fanką uniwersum, znasz każdy film, uwielbiasz przynajmniej kilka postaci ze starej gwardii, koniecznie wybierz się do kina. Idź z głową nie nastawioną na żaden możliwy scenariusz. Nie bierz z sobą nic prócz wody i paczki chusteczek. Wsiąknij w ten film tak jak ja, poczuj to niesamowite doznanie! Prawdopodobnie to ostatni seans na tak wielką skalę w najbliższych latach. Jasne, już na początku lipca na ekrany kin powróci Spiderman i jego podróż "Far From Home". W planach są również kolejne projekty, bo nie zarzyna się tak obficie mlekodajnej krowy. A jednak w sercu, prócz nadziei i serca nadal pełnego miłości do uniwersum, pozostaje to ciężkie jak Hulk poczucie zakończenia pewnej epoki.


Shazam! (2019) - Jak dobrze być super! 2019-04-18

DC wstało z kolan - ponownie!

Jasne, była świetna batmanowska trylogia Nolana, jednak to właściwe uniwersum kinowe DC było, lekko mówiąc nieudane. "Man of Steel", choć pierwotnie mnie zachwyciło, teraz uwidacznia swoje mankamenty. "Suicide Squad", mimo że odebrałem go dość dobrze, nie pozwalało mi nie zauważać błędów w ukazywaniu i prowadzeniu postaci. "Batman v Superman" było z kolei najwyższym wyskokiem symboliki, kreowanej przez Zacka Snydera.
Czy oznacza to, że tzw. DCEU było pasmem nieszczęść i porażek kina superhero? Nie do końca. Aż do grudnia 2018 ukazały się trzy filmy, które podobały mi się bardziej niż wspomniane wyżej: "Watchmen", "Wonder Woman" i "Justice League". Oczywiście, każdy z nich miał swoje większe problemy, jednak całościowo prezentowały dość ciekawe historie i przede wszystkim bohaterów, których dało się lubić (zwłaszcza "Strażnicy"). Na koniec poprzedniego roku do tego grona dołączył jeszcze "Aquaman", który mimo prostego scenariusza na wzór morskiego "Króla Lwa", okazał się dobrą rozrywką, pełną humoru, akcji, sympatycznych postaci oraz kolorów i projektów podwodnego świata, na co, myślę, wielu czekało. Jasne, nie było to kino wybitne, ale jeśli krytycy tego filmu nazwali "Aquamana" złym filmem, to ja po cichu marzę, by każdy filmowy crap był taki jak produkcja Jamesa Wana.

No dobra...A jak prezentuje się najnowszy obraz "stajni" DC, czyli "Shazam!"? Nader przyzwoicie! "Shazam!" to historia Billy'ego Batsona, sieroty, który, po kolejnej nieudanej próbie odnalezienia biologicznej matki, trafia do rodziny zastępczej, prowadzonej przez Rosę i Victora Vasquez i poznaje typowo-nietypowych jej członków: wygadaną Darlę, małomównego Pedro, skupionego na grach i hakowaniu rzeczy wszelakich Eugene'a oraz, najbardziej zwyczajną spośród nich, Mary, która ma wyjechać na studia. Przez pierwszą część filmu będziemy więc obserwować jego próby pogodzenia się z nowymi warunkami, choć to nie wątek Bill'ego zostanie nam pokazany jako pierwszy.
Film rozpoczyna się bowiem sceną, gdy główny złoczyńca, Thaddeus Sivana, podczas powrotu do domu wraz ze swoim ojcem i bratem, przenosi się nagle do enigmatycznej jaskini, zamieszkanej przez starego czarodzieja. Mag chce chłopakowi przekazać swoją moc; w tym celu  poddaje go próbie, którą Thadeuss oblewa. Od tego momentu jego celem będzie dążenie przez lata do ponownego odnalezienia  tajemniczego czarodzieja i odebrania mu artefaktu, więżącego siedem demonicznych stworów, będących ucieleśnieniem największych ludzich grzechów. Po latach w wyniku pewnych wydarzeń również Billy otrzymuje "natychmiastowe zaproszenie" do jaskini czarodzieja, by ostatecznie otrzymać supermoce, przeciwstawić się Sivanie i przy okazji dać możliwość popisania się Zachary'emu Levy, grającemu tytułową rolę.
Prosta fabuła z delikatnymi zwrotami akcji pozwoliła Davidowi Sandbergowi stworzyć prawdziwie ciepłą, familijną komedię, w której wątek rodziny odgrywa niezwykle istotną rolę. Mamy tu ukazanie scen dość przygnębiających, zwiazanych z prawdziwą matką Bill'ego, ale także prezentację momentów weselszych, bardziej przyjaznych, dotyczących nowego otoczenia głównego bohatera.

Shazam to dzieciak w skórze dorosłego bohatera, co dało szerokie pole do popisu wspomnianemu wcześniej Zachary'emu Levy. Dostaje on do odegrania naprawdę wiarygodne sceny, które pozwalają aktorowi bawić się rolą. Mamy szpanowanie błyskawicami, kupowanie alkoholu, chodzenie w superstroju w miejscach publicznych czy robienie selfie z wieloma fanami. Zachowania i ekspresje dorosłego, wydawać by się mogło, poważnego bohatera, doskonale oddają to, kim Shazam jest naprawdę, czyli zwyczajnym dwunastolatkiem, który lubi być w centrum uwagi, ale w starciu z poważnym złem nomen omen nie boi się bać i mamrotać pod nosem dziecinnych przekleństw pokroju "Holly Molly!". Wielu z was niektóre sceny z Shazamem robiącym "dorosłe" rzeczy mogą wydawać się "cringowe", wprawiające w konsternację i poczucie żenady. Odczujecie to jednak tylko wtedy, gdy nie kupicie opisanej przeze mnie koncepcji postaci głównego bohatera. Jedynie to pozwoli wam odpłynąć wraz z filmem w wiarygodny, uziemionyświat absurdu. Brzmi dziwnie, ale po obejrzeniu filmu zrozumiecie o co mi chodzi.
Choć Zachary świeci tu najjaśniej (nie tylko ze względu na błyskawicę, jarzącą się na jego klacie jak nigdy wcześniej Notre Dame), główne role dziecięce wypadają równie dobrze: Asher Angel jako Billy, Mark Strong jako Dr Sivana, Jack Dylan Grazer jako Freddy Freeman czy - moja ulubiona, najsympatyczniejsza postać w filmie - Faithe Herman jako Darla Dudley.

Seans przystosowany jest dla całych rodzin: jest śmiech, przygoda, nie ma tu przekleństw ani krwawych scen (choć o taką aż się prosi scena z Sivaną w biurze, którą rozwiązano najbardziej "przyjaźnie" jak się tylko dało), a od czasu do czasu twórcy nienachalnie szturchają nas, przekazując pewne uniwersalne wartości, których nikt nie mówi wprost.
Czy jest to film kompletnie zmieniający uniwersum kinowe DC? Nie. Czy jest to konkurencja dla zbliżającego się wielkimi krokami "Avengers: Endgame"? Również nie.
"Shazam!" to przede wszystkim  powiew świeżości, kompletnie inne podejście do tematu kina superhero poprzez mieszanie różnych gatunków. "Zwyczajne" filmy o herosach nie wyszły tak, jak powinny, więc rozsuńmy mroczne jak noc listopadowa rolety, wpuśćmy trochę światła, otwórzmy okno i wypełnijmy nasze filmy czymś świeżym - tak zapewne musiał pomyśleć Walter Hamada, człowiek który objął dowodzenie na statku "Kino DC" w styczniu zeszłego roku. Kierunek przez niego obrany wydaje się być tym właściwym.

Mnie zaś nie pozostało nic innego jak zaprosić was do kina. Na filmie będą się dobrze bawić zarówno komiksomaniacy, jak i zwykli "zjadacze chleba", którym wystarczy dobry film. Koniecznie jednak weźcie ze sobą dzieciaki, jeśli już je macie. Nie ma tam nic, co mogłoby im namieszać w głowach, a frajda czerpana z filmu będzie po stokroć większa niż z jakiejkolwiek podrzędnej, nie-Disneyowej animacji, którą moglibyście im zaserwować.


Folwark (Dusz)Pasterski, czyli owce "boże" 2019-04-03

Gorąco się zaczął ten miesiąc!

Jeszcze przed początkiem miesiąca w Gdańsku przed jednym z kościołów zorganizowano publiczne spalenie zebranych przez księży masek i drewnianych słoni afrykańskich oraz tony powieści fantastycznych, m. in. "Harry'ego Pottera" i sagę "Zmierzch", nad którymi odprawiono modły. Choć działo się to podczas spotkania rekolekcyjnego dokładnie pierwszego kwietnia, nomen omen nie był to primaaprilisowy dowcip, a stał za tym niejaki ks. Rafał Jarosiewicz, prezes fundacji "SMS do nieba". Inny duchowny, ks. Kucharski, który także maczał w tym palce, wypowiedział się o sprawie tymi słowy: - Bez Bożego Ducha trudno to pojąć. Człowiek Bożego Ducha widzi, że to szkodzi, że przeszkadza w życiu z Bogiem. I ludzie dojrzeli, by to odrzucić.
Powiedział także, że fantastyka to gatunek  traktujący "o magii".  Zdaniem duchownego, tego typu literatura jest sprzeczna z bożym słowem i należy ją odrzucić. Ksiądz Kucharski powiedział Onetowi, że była to jednorazowa akcja, a książki i "talizmany" przynieśli sami wierni.
Na szczęście wczoraj Straż Miejska na swoim Twitterze, zawiadomiła, iż "w związku ze spalaniem przedmiotów (...)  osoba podejrzewana o popełnienie wykroczenia (art. 191 Ustawy o odpadach) złożyła w siedzibie #SMGdansk wyjaśnienia i przyznała się do winy. Została ukarana mandatem". Nie podano jednak oficjalnie, na jaką kwotę ukarano księdza - według przepisów jest to od 20 do 500 zł grzywny. Ponadto ks. Jaroszewicz przeprosił za to, co zrobił, tłumacząc, że "Fakt spalenia książek i innych przedmiotów był niefortunny" i "Nie miał on jednak charakteru prześmiewczego wobec jakiejkolwiek grupy społecznej czy religii, nie był też wymierzony w książki jako takie czy kulturę". Do tego duchowny tłumaczył się, pisząc o tym ile to fundacja zrobiła przez ostatnie pięć lat, że rozdała za darmo prawie ćwierć miliona książek, w tym też książki, które uratowali przed zniszczeniem w wyniku likwidacji magazynów przez wydawnictwa oraz że "niefortunna była publikacja fotografii ukazujących zniszczenie książek i innych przedmiotów dobrowolnie przyniesionych przez uczestników rekolekcji, zwłaszcza że nie zawierała żadnych wyjaśnień".

Tak pokrótce przedstawia się sprawa z ostatnich dni. Przyznam szczerze, że zdębiałem po przeczytaniu tego newsa. Niepojętym dla mnie jest fakt, że jakimś cudem w XXI wieku nadal istnieją jednostki nie wychodzące w swoim światopoglądzie poza ramy ideowe rodem ze średniowiecza, a nawet i okresu nieco późniejszego! Już przymykam oko na podtrzymywanie wierzeń religijnych i komentowanie nowych odkryć naukowych słowami: "Bóg to tak skonstruował, to jego dzieło!". Chodzi mi o sam fakt powrotu do czasów inkwizycji kościelnej, kiedy to do indeksu ksiąg zakazanych z 1564 roku trafiły dzieła naukowe Monteskiusza, Andrzeja Frycza Modrzewskiego, Galileusza, Kopernika, Kanta czy Kartezujesza! Czasów, gdy rozum i ludzki intelekt znaczył tyle, co popiół publicznie palonych ksiąg, będących owocem myśli. Wtedy liczył się tylko pogląd o wyższości boga i nijakości życia zwykłego śmiertelnika.
Ktoś z was może powiedzieć: "Ale co ty się przejmujesz jakimś nienormalnym klechą? To tylko mały kamyczek w bucie chrześcijaństwa na drodze do zbawienia". No właśnie nie, moi drodzy.

Bo widzicie, Kościół nieustannie co jakiś czas załamuje się pod naporem tych kamyczków. Chwieje się co rusz, ale jakimś cudem nigdy jeszcze nie runął jak pomnik minionej epoki, choć a to "pokorny sługa boży" rzucił jakimś rasistowskim, nacjonalistycznym tekstem z piekła rodem, a tu znów inny "niefortunnie" spalił publicznie książki, przyrównując je do dzieł "Antychrysta" albo inny zrobił oficjalny "coming  out", czyli przyznanie się do "odmiennej" orientacji seksualnej. O bogaceniu się, pysze, chciwości i pedofilii nawet nie wspominam.
Największym jednak grzechem Kościoła, wydawać by się mogło, niedostrzegalnym, jest pozostawanie w utartych schematach myślowych i sposobach zmuszania wiernych do posłuszeństwa poprzez zabobon, który prawie każda babcia i każdy dziadek zrozumie bez problemu, a młody ministrant połknie jak opłatka: "Szatan". Tym jednym słowem, naprzemiennie używanym z "Piekłem", są w stanie zamknąć wszystkim usta. "Pójdziesz do Diabła! Będziesz cierpiał, smażąc się w wiecznym ogniu, który cię będzie wypalał, ale nigdy nie spali do końca!". Widzicie, jak świetnie działa taki straszak? Nie potrzeba wam już niczego więcej! Pójdziecie do kościoła, wyspowiadacie się, dacie na tacę, przyjmiecie komunię i będziecie tak bardzo bać się śmierci, że na samo wspomnienie o duszach w piekle umęczonych uciekniecie do kościoła jak pies do budy na dźwięk piszczałki.
 
Po co uczyć ludzi o pojęciach kulturowych? Z jakiej racji mają rozumieć, że książki to tylko dzieło fikcji? Żeby zaczęli traktować tzw. Pismo Święte jedynie jako poradnik dobrego życia, oparty na totalnej fantazji? A mowy nie ma! Tylko nasza "magia" jest dobra, tylko nasz Jezus czarodziej może chodzić po wodzie, rozmnażać jedzenie, leczyć chorych i wskrzeszać zmarłych!
W kazaniach non stop prawi się katolikom o "Dobrym Pasterzu", który szuka zbłąkanych owiec, zostawiając z tyłu te, które ma - wierne i dorodne. Dla mnie kiedyś te słowa coś znaczyły, jednak teraz myśląc o owcach mam przed oczami "Folwark Zwierzęcy", gdzie zwierzęta te nie miały własnego zdania. Ciągle były uczone innych, nowych prawd, by potem głosić wszystkim wszem wobec jak wspaniale świnie rządzą gospodarstwem.
Właśnie tak teraz patrzę na gorliwych, ortodoksyjnych chrześcijan. Bezwolne, posłuszne owieczki, którym wmówiono, że bóg to wszystko, czego potrzebujecie, że tylko on im da wieczne szczęście jako rozwiązanie każdego problemu i odpowiedź na wszelkie pytania, wymagające racjonalnych odpowiedzi. A żeby dobrze służyć, muszą wszystkie w jednym stadzie beczeć do wtóru ich ziemskich pasterzy.
- Ale co ty wygadujesz?! Przecież są także porządni duchowni, którym zależy na pełnieniu służby duszpasterskiej!
Fakt. Czyste, nieskalane krople, które wpadły do starej, spróchniałej kadzi z szambem. Zmarnowane, duszone potencjały, świeże umysły, przykrywane grubą jak kościelna kasetka warstwą konserwatywnych, archaicznych wierzeń.

Prezes wydawnictwa Media Rodzina i pastora Kościoła Anglikańskiego, Robert D. Gamble, w odpowiedzi do niedawnych wydarzeń wydał oświadczenie, w którym zacytował wypowiedź J. K. Rowling, autorki powieści o Harrym Potterze. Rowling na zadane jej kiedyś pytanie "czy wierzy pani w magię", odpowiedziała: "Wierzę w wyobraźnię". Według niej książki z cyklu „Harry Potter” nie są zaproszeniem, by brać magię na poważnie. Są czystą fantazją i dają  czytelnikom ważną lekcję: Harry nie zwycięża dlatego, że jego magia jest potężniejsza. Odnosi sukces, ponieważ jest gotów wybrać to, co dobre, a nie to, co łatwe.
I smutne jest, że mimo istnienia tylu fikcyjnych dzieł, z których można wyciągnąć  wiele pozytywnych treści, nadal na świecie egzystują jednostki do resztek zmanipulowane przez system wierzeń, który za nic ma zdrowy rozsądek, wyzwolony umysł i - przede wszystkim - szacunek wobec innych wyznań.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]