Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Zwiastuny Końca, czyli kolejne rozdroża 2019-03-30

Dochodzi czternasta.

Nad krakowskim niebem błyszczy cudne słońce, przedostatnie w tym miesiącu. Wyglądam za okno, żeby poczuć na własnej skórze jego ciepły, delikatny dotyk. Zamykam oczy. Myślami wracam do roku 2015. Wtedy było równie pięknie. Ostatnie lekcje w szkole, pożegnanie abiturientów, sporadyczne spacery do szkoły na próbne egzaminy ustne z angielskiego, domowa nauka, pisanie pracy zaliczeniowej z polskiego; aż nastały dni egzaminacyjne, a miesiąc później wychodziłem z "Ekonomika" z ostatnimi dokumentami w ręce. "I co teraz?", myślałem, "Co dalej będę robił?". Nauka dawała mi pewną stabilizację, nie musiałem się o nic martwić. Ale, jak wszystkiego na tym świecie, tak i jej koniec zaskakuje jak błyskawica, trafiona w ciebie podczas spaceru w samym środku burzy. Niby wiesz, że nie powinieneś mieć na sobie tego durnego krzyżyka i porażenie piorunem jest tylko kwestią czasu, ale hej może nic ci się nie stanie, "Bozia" cię chroni.  A  potem "TRZASK", spada na ciebie gałąź, strzaskana gromem z czarnego jak noc nieba...
Tak więc, że tak to ujmę, niespokojne wody losu wyrwały mnie z bezpiecznej łodzi. Pierwsza myśl: dopłynąć do tamtej małej wysepki z napisem "Studia". Choć kilkumiesięczna przygoda z Politechniką okazała się falstartem i do dziś wyklinam tę zapyziałą uczelnię, uświadomiło mi to jedną istotną rzecz: co publiczne, to złe, więc teraz będzie tylko gorzej.
Tak też w październiku 2016 wylądowałem w prywatnej Krakowskiej Akademii na dziennikarstwie. Chciałem rozwinąć swój warsztat pisarski, poznać media od kulis, wejść do redakcji dziennikarskiej, dokształcić się w odpowiednich dziedzinach, poznać wartościowych, ciekawych ludzi.

A dziś wracają myśli sprzed czterech lat. Czuję, że znów pewien etap dobiega końca.
Za chwilę siadam do pisania  licencjatu; zostały mi dwie strony drugiego rozdziału i w następnym tygodniu zabieram się do części ostatniej. Potem jakoś "pociągnąć" do czerwca, zdać sesję, wybronić się i pożegnać się ze wszystkimi, choć byłem z moim rokiem związany dużo mniej niż z klasą w technikum.
W środę odwiedził mnie Nick. Zaprosiłem go na pożegnalną posiadówkę przy pogaduchach i graniu w Warcrafta przed jego powrotem na Ukrainę. Pracy tutaj nie mógł znaleźć. Roznosił swoje CV po galeriach i sklepach, szukał ofert na OLX, ale nikt mu nie odpisał. Ledwo wiązał koniec z końcem z ostatnich funduszy od rodziców aż nadszedł koniec jego pobytu w Polsce. Studiów dziennikarskich nie zdał, podchodził dwa razy do pierwszego semestru, jednak z mizernym skutkiem. Mimo że zaczął w lutym naukę w szkole policealnej na profilu informatycznym, brak funduszy zmusił go do wyjazdu.
Dziś rano z kolei z naszego mieszkania wybył Piotr, czyli jedyna ogarnięta osoba, która prócz mnie dbała tutaj o cokolwiek. Wiedział kiedy wynieść śmieci, znał telefon do dostawców internetu, starał się jakoś ten kawał zamrażarki (aka "mieszkanie") ogarnąć. Teraz zostałem sam. Jeśli chodzi o Arka i mojego imiennika, obaj mają wszystko w rzyci. Przychodzą, śpią, czasem u siebie odkurzają, coś sobie zrobią do jedzenia, umyją naczynia i "znikną" na parę godzin. Nikt poza mną i Piotrkiem nie kupował papieru toaletowego, płynu do naczyń ani mydła balsamowego.
A na dobitkę, nawet mój telefon odmówił współpracy. Doogee służył mi dobrze przez dwa lata i padł, na moje nieszczęście, nie pozwalając się włączyć po resecie. A resetować musiałem go niezliczoną ilość razy, bo co rusz instalowały się jakieś dziwne wirusowe aplikacje. Nie kupujcie nigdy smartfonów z tej firmy, jeśli wam nerwy miłe!

I wszystkie te powyższe przypadki są jedynie zwiastunami wyboru kolejnej życiowej ścieżki. Dosyć już zwlekania, skończyły się półśrodki. Znów trzeba będzie decydować i postawić na następną, tym razem najbardziej niepewną, płaszczyznę. Trzeba będzie podjąć pierwszą pracę: studia dzienne były u mnie nie do pogodzenia z pracą na wyrywki, musiałbym rezygnować z niektórych zajęć uczelnianych. Na jak długo zapewni mi to stabilność, trudno rzec.
Wypadałoby też podjąć drugie studia, tym razem zaoczne. Coś, co byłoby dla mnie interesujące, dobrze komponowałoby się z dziennikarstwem i public relations, a równocześnie dałoby mi perspektywę realnego zarabiania.
Może poszukam też innego mieszkania? Tu, gdzie żyję obecnie, na słabo oświetlonym przez słońce  korytarzu panuje ciemność i zawsze przy wyjściu trzeba posiłkować się światłem elektrycznym. Nie dochodzi tu słońce, więc jest też chłodniej niż w pokojach, co najbardziej daje się we znaki w zimie, podczas posiedzenia w ubikacji, czyli najbardziej wyziębionym pomieszczeniu. Z kolei ogrzewanie na korytarzu jest zakręcone tak szczelnie jakby maczał w tym palce sam Putin.

Szczerze mówiąc, nie wiem już którą ścieżką mam podążyć. Tyle możliwości, tyle nakładu sił, czasu i nerwów, tyle niepewnych kładek, które mogłyby złamać się pode mną w mgnieniu oka!
Z tyłu głowy mam pewne zobowiązania, z których chciałbym się wywiązać. Jednak aby to zrobić i ułożyć swoją przyszłość według planu, wszystko musiałoby się potoczyć jak najlepiej. Ale czy jest przynajmniej jedna niezmienna rzecz, której pewności nie musiałbym kwestionować?
Ech...Czuję, że jestem na to wszystko za słaby. To chyba zbyt wiele jak na moje siły...


O reakcji społecznej, czyli weź z sobą nóż 2019-03-19

Naród silny, tylko ludzie tchórze...

Na początku marca w jednym z krakowskich tramwajów miał miejsce ciekawy incydent. Pewien młody mężczyzna, Jakub, chciał zwrócić uwagę innemu pasażerowi, gdy ten wyciągnął papierosa. Odpowiedź tamtego była do przewidzenia: pobicie, wytrącenie z ręki telefonu, którym sytuacja była nagrywana oraz potraktowanie gazem pieprzowym. Policja została poinformowana o całym zajściu, jednak początkowo zgłoszenia nie przyjęła. Ponoć była duża kolejka, więc radzili mu poczekać, ale według zgłaszającego na przyjęcie czekały tylko dwie osoby. Jak by nie było, pan Jakub wrócił do domu i opisał całe zajście na swojej stronie fejsbukowej, zamieszczając przy tym zdjęcia wraz z krótkim nagraniem, które udało mu się odratować z telefonu. Jak się okazało, jego post spotkał się z szerokim odzewem nie tylko chętnych pomóc w odnalezieniu sprawcy, ale i obrońców napastnika, którzy wyzywali Jakuba za to, że ten nie załatwił sprawy "po męsku", a zamiast tego wolał nagrywać i iść z tym na policję jak "konfident". Całkowitym brakiem pomyślunku wykazał się jednak sam poszukiwany, który również zaczął się udzielać w dyskusji! Oczywiście, szybko swój błąd zrozumiał i usunął konto, ale Jakub wszystko dokładnie zapisał.
Trzy dni później, gdy sprawca został ujęty, wyszło na jaw, że od jakiegoś czasu był przez służby poszukiwany w związku z inną sprawą. Za pobicie, "przygazowanie" i uszkodzenia telefonu grozi mu do pięciu lat więzienia.

Gdy powyższy news krążył po sieci, w komentarzach na wielu stronach znaleźć było można gros opinii krytykujących odwagę pana Jakuba. Prócz piętnowania bezczynności policji, jak zboża przed dożynkami pełno było opinii pokroju "Trzeba było siedzieć cicho" czy "Dobrze że skończyło się na gazie, bo tamten mógł mieć nóż!".  
Na napaść w tramwaju zareagował tylko jeden pasażer. Rozumiecie to? Nikt prócz pana Kuby nie odezwał się ani słowem, gdy 23-latek poszukiwany przez policję zapalał papierosa w tramwaju. Dopiero szarpanina wzbudziła zainteresowanie jakiegoś odważnego podróżującego. Ciekaw jestem co by było, gdyby degenerat próbował dobrać się do jakiejś dziewczyny? Ilu wtedy śmiałych lwów poderwałoby się w obronie niewiasty? Albo gdy taki wyrzutek zacząłby na oczach wszystkich okradać bogu ducha winną babcię, śpiącą na siedzeniu tuż obok?

Rzecznik krakowskiego MPK stwierdził: - Całkowicie zgadzam się z tym poszkodowanym, że jest w ludziach jakaś obawa, kiedy trzeba zareagować, również w komunikacji miejskiej. Często niestety nikt nie reaguje. Bywa, że pierwszą osobą, która udziela pomocy, jest kierowca lub motorniczy.
Wracamy do naszych domów po ciężkim dniu pracy, gdy nagle w tramwaju czy autobusie kilku pasażerów zaczyna się bić? "Nie, lepiej się nie mieszać, jeszcze sam dostanę wpierdol. To nie moja sprawa, ja chcę tylko dojechać do przystanku i już mnie nie ma". Pod blokowiskiem jakiś dresiarz zaczepia słabszego od siebie nastolatka? "Lepiej pójdę naokoło, nie chcę problemów!". Stres oraz instynkt samozachowawczy zaczynają nad nami dominować. I o ile moglibyśmy zrozumieć obawy, gdy napastników jest kilku, o tyle przyznajemy rację wycofaniu nawet przy zagrożeniu ze strony tylko jednego człowieka! Oczywiście zawsze wtedy szukamy dla siebie dogodnego usprawiedliwienia: "Przecież nic mu nie zrobię, bo jestem za słaby ", "nie wiem jak się walczy", "on może mieć nóż", "kocham życie" albo, najbardziej mnie bawiące: "ja mam dzieci".
Masz dzieci, no tak. I mogą one zostać bez ojca lub matki (chociaż z kulturowych względów nie można wymagać od kobiety zaangażowania się w sytuację, która może zakończyć się starciem fizycznym; jesteście dla nas zbyt cenne, drogie panie). A jednak, jaki wzór czerpałyby owe pociechy, gdyby usłyszały, że ich rodzic stał z boku i nic nie zrobił? I co przekazałyby dalej kolejnym pokoleniom? Ciche przyzwolenie na tego typu sytuację, gdyby nie fakt istnienia policji, mógłby spowodować znacznie szybszą eskalację problemu i w rezultacie zniewolenie ludzi praworządnych przez parszywą bandyterkę!
Jednak zgniłą wisienką na torcie świadomej ślepoty i usilnego usprawiedliwiania swojej bezczynności jest argument podążania za innymi:"Jeśli nikt się nie odzywa, to ja też nie będę się wychylał". Na nasze nieszczęście taki sposób myślenia dominuje u absolutnej większości i raczej nie ma co liczyć na pomoc, gdy sami padniemy ofiarą napadu czy rabunku. W takiej sytuacji, możemy zacząć nosić przy sobie noże - według prawa nie jest to broń, a często zbir zacznie uciekać z prędkością ostrza, w którego błyskach dostrzeże szybkie migawki z życia. Nie widzę innego wyjścia, skoro jesteśmy na tyle znieczuleni, by nie stanąć w obronie bliźniego (nie tyle rodaka, co drugiego człowieka - nie zawsze przecież zostanie napadnięty obywatel Polski).

Nie chcę, by mój wpis był kolejną próbą moralizacji. Sam nie jestem odważny w takich chwilach i wiem, że gdybym choć raz wykazał się męstwem, szybko dostałbym w szczękę, a nikt nie pomógłby mi nawet wstać, bo "sam byłbym sobie winien" (nie wspominając o tym, że  prędzej połamałbym sobie pięść, niż wybił napastnikowi choć jednego zęba). Chcę jedynie wyrazić swoje spostrzeżenia i choć przez chwilę ubolewać nad tym, że w momencie zagrożenia, każdy musiałby sięgnąć po "narzędzia", które i tak sędzia uzna za "przekroczenie obrony koniecznej" tudzież "użycie środków  niewspółmiernych do skali ataku".
A ci wszyscy, którzy tak bardzo liberalnie głoszą wolny dostęp do broni i potępiają polskie uwarunkowania prawne, niech najpierw zastosują się do moich propozycji. Napad nigdy nie jest spodziewany, a w starciu na bliski kontakt o wiele lepiej sprawdzi się krótka broń kłuta niż pistolet, który najpierw musisz naładować i odbezpieczyć. Zrozumcie ten prosty fakt, zanim znów zaczniecie wychwalać zalety zabijania na odległość.


Captain Marvel (2019) - Tak samo = dobrze? 2019-03-09

Wyżej! Dalej! Szybciej!

Nim przejdę do właściwej recenzji filmu, nakreślę sytuację, która obecnie panuje wokół najnowszej produkcji "Marvela". Na portalu Rotten Tomatoes, zbierającym recenzje krytyków oraz widowni, 81% zarejestrowanych recenzentów chwali "Captain Marvel", jednak pozytywne opinie  "pierwszych lepszych" widzów sięgają ledwie 36%. Skąd takie rozchwianie między recenzjami?
Brie Larson, odtwórczyni głównej roli, powołując się na badania z 2018 roku (które wykazały znaczącą przewagę białych mężczyzn w zestawieniu osób zapraszanych na przedpremierowe seanse) zwróciła uwagę, aby zwiększyć równowagę płciową i kulturową recenzentów. O ile jednak jej intencje były dobre, bo odbiorcami filmów są nie tylko biali "samce", tak dobór słów, w jakie aktorka ubrała swoją wypowiedź, brzmiał dla wielu mocno kontrowersyjnie:
"Nie czuję potrzeby, by 40-letni biały facet mówił mi, co jego zdaniem nie gra w „Pułapce czasu” – to nie był film stworzony dla niego. Chcę wiedzieć, co ten film znaczył dla kobiet innej rasy, dla nastoletnich kobiet innej rasy, w ogóle dla nastolatek."
Sprawa eskalowała dość szybko, zmuszając wspomniany już portal Rotten Tomatoes do usunięcia wskaźnika procentowego, mówiącego o tym jak wielu użytkowników czeka na ten film. Powodem były zmasowane ataki "broniących normalności wojowników anty poprawnościowych".  Wiecie, to ci debile, którzy wszędzie doszukują się wpychania do filmów nie-białych aktorów, ataków na białą rasę itp, itd.
No dobrze, ale czy w takim razie "Captain Marvel" jest feministycznym apelem? Na całe szczęście nie!

Carol Danvers to Ziemianka, przebywająca na planecie Hala. Jest członkinią oddziału wojowników, walczących w obronie rasy Kree przed ekspansywnymi Skrullami. Bohaterka nie pamięta jednak wiele ze swojej przeszłości, włącznie z prawdziwym imieniem (bracia i siostry broni nazywają ją "Vers"). Pewnego dnia, podczas ucieczki z zasadzki wroga, kosmiczna żołnierka spada na Ziemię, gdzie szybko interesuje się nią agencja "S.H.I.E.L.D.", a do sprawy zaangażowany zostaje Nick Fury.
Zawiązanie akcji w dotychczas nieeksplorowanych w uniwersum częściach kosmosu oraz zaprezentowanie  dwóch nowych ras wyszło naprawdę dobrze. Zarówno Vers, jej dowódca/mentor Yon-Rogg jak i ich główny przeciwnik, generał Talos, prezentują się wiarygodnie. Na szczególną uwagę zasługuje zwłaszcza ten ostatni, którego wątek poprowadzono niezwykle nieszablonowo.
Interesująco prezentuje się ziemska droga Carol, gdy wraz z młodszą wersją (jeszcze wtedy posiadającego dwoje oczu) Nicka Fury'ego próbuje "skleić" w całość strzępki dręczących ją  niejasnych wspomnień. Niestety cała reszta filmu wygląda dość generycznie.  Dialogi prowadzone przez bohaterów nie są napisane szczególnie wybitnie, sceny "nawalane" są zrealizowane poprawnie (choć im dalej "w las", tym bardziej nudzą), muzyka brzmi przyjemnie, choć główny motyw muzyczny bohaterki nie zapada w pamięć.
Anna Boden oraz Ryan Fleck postawili na bezpieczny wzór, a więc nie mogli zapomnieć o humorze. Dowcipnych komentarzy oraz humoru sytuacyjnego jest tu dość sporo, a każdy żart "wchodzi" szybko i celnie.
Do aktorów przyczepić się nie mogę. Brie Larson w roli najpotężniejszej bohaterki uniwersum sprawdza się bardzo dobrze. Jej postać to ucieleśnienie motywu silnej kobiety, która zwłaszcza pod koniec jest trochę jak archetypiczna Mary Sue. Trochę za bardzo eksponuje wtedy swoją moc, jednak ani przez moment nie wywyższa się, nie poniża męskiego "rodu" ani nie mówi o słabszej pozycji kobiet.
Jude Law w roli Yon-Rogga oraz Samuel L. Jackson jako Fury sprawdzili się równie dobrze, co zawsze, w jakimkolwiek filmie przyszłoby im występować. Jednak na czele drugiego planu zdecydowanie błyszczą Ben Mendelsohn jako Talos oraz charyzmatyczna Annette Bening, jako wizja  Najwyższej Inteligencji Kree.

Film promowany był dwoma motywami: powrotem klimatu lat 70. oraz kotem Goosem. O ile jednak to pierwsze zadziałało tak sobie, bo odwołań nie ma zbyt dużo, o tyle kot jest najzabawniejszą i najsłodszą częścią seansu (ale nie będę spoilerował: przekonajcie się sami!). Powiem tylko tyle, że moje spojrzenie na futrzaki zmieniło się diametralnie.
Są oczywiście dwie sceny po napisach: jedna wprowadzająca do nowej części Avengersów (która pojawi się w kinach już za niecałe dwa miesiące) oraz druga, bardziej humorystyczna i - po zakończeniu filmu - spodziewana.

Podsumowując: film jest zdecydowanie wart polecenia, jeśli nie przeszkadza wam przyjęty przez Marvela wzór origin story, podrasowany o parę zmian. Nowa bohaterka została do uniwersum wprowadzona wraz z kilkoma nowymi obszarami kosmosu (oraz potencjalnym wątkiem na kontynuację), kilka lorowych spraw wyjaśniono (geneza nazwy "Avengers", utrata oka przez Fury'ego itp.), duży większy film MCU zajawiono. A więc znowu: mogło być lepiej, ale nie jest źle. Moja ocena: 4/6 z wielkim sercem dla kota! 


Alita: Battle Angel (2019) - Big-Eyed Girl 2019-03-05

Od pierwszych trailerów filmu byłem zaintrygowany (i to nie tylko ze względu na problem wielkich oczu głównej bohaterki).

Dobra obsada aktorska, steampunkowo-cyberpunkowy świat z cyborgami i mechami oraz tytułowa Alita, potrafiąca efektywnie i efektownie pozbywać się przeciwników; jednym słowem: film dla mnie! A jednak po wyjściu z sali kinowej miałem mieszane uczucia...Ale po kolei.

Dr Dyson Ido, ekspert od wszczepiania ludziom cybernetycznych kończyn, znajduje na wysypisku rozczłonkowanego cyborga i przygarnia jako przyszywaną córkę. Po poskładaniu "do kupy", Alita - bo takie też imię dostaje - próbuje na nowo poznać otaczający ją świat i wraz z przybranym ojcem odzyskać jej wspomnienia. Wkrótce wychodzi na jaw, że nic nie jest tak proste, jakim się być wydaje, gdy Alita pewnego dnia odkrywa swoje zdolności do spuszczania łomotu gołymi pięściami (i nie tylko). Na takim opisie poprzestanę, gdyż nie chcę spoilerować, aczkolwiek dalszego ciągu zdarzeń można się domyślić, bo jest on niezwykle schematyczny.
Nie inaczej sprawa ma się również z postaciami, których albo mogłoby nie być, bo nie odzywają się ani razu, albo ich potencjał został zmarnowany przez parę niewiarygodnych, szablonowych decyzji oraz fabularne niedopowiedzenia. Świat Ality został nam przedstawiony w na tyle intrygujący i prosty sposób, że chcemy rozumieć coraz więcej jego niuansów, jednak nie dostajemy rozwiązania wszystkich wątków, zaś ten najważniejszy - pochodzenie i tożsamość głównego złego - urywa się w samym finale, przez co mamy do czynienia z filmem wręcz potrzebującym sequela. Na ten moment dostaliśmy produkcję niekompletną, której brak uzupełnienia byłby, delikatnie mówiąc, frustrujący dla wszystkich zainteresowanych uniwersum.
Główny wątek filmu obraca się wokół nowego życia Ality, chociaż gdzieś tam w tle na horyzoncie promienieje wielkie słońce miasta Zalem, jedynego podniebnego konstruktu, ocalałego po tzw. Upadku. Wszyscy z Żelaznego  Miasta (swoistych slumsów) chcą dostać się do bram tego mitycznego Edenu, ponieważ...no, w zasadzie nie wiadomo co tam jest. Nie dostajemy żadnych "migawek" z życia mieszkańców Zalem, za to wszyscy wokół mówią o nim jak o najwspanialszym z cudów świata.

Pozytywnie wypada za to protagonistka filmu, której słodka naiwność, optymizm, ale też bojowy zapał wyrażane w naturalnych, ludzkich emocjach nadają ducha jej postaci (co jest zasługą dobrej pracy, wykonanej przede wszystkim przez Rosę Salazar, odtwórczynię głównej roli). Design Ality również jest nieźle pomyślany, a jej nomen omen największy atrybut (i naprawdę mówię tu o oczach) paradoksalnie naszego wzroku wcale nie kłuje aż tak mocno, a nawet wpisuje się w konwencję filmu akcji stylizowanego na azjatyckie pochodzenie oryginału. Przypomnę, że wszystko rozgrywa się w świecie rodem z anime, gdzie nawet Christoph Walt aka Doktor Ido walczy za pomocą wielkiej kosy.
Co do walki zaś, starcia przedstawiają się, jak już wspomniałem, efektywnie i efektownie. Mimo braku krwi są tu takie brutalne smaczki jak przecinanie robotów i ludzi na pół przy użyciu ostrego jak pizza diabolo miecza, odcinanie głów czy dosłowne masakrowanie nieszczęśników wielkim obracającym się kołowrotkiem z ostrzami. Mnie jednak najbardziej urzekła scena morderczego pościgu za Alitą, który odbywa się na torze sportowym. Wygląda to rewelacyjnie!

Podsumowując: nie jest źle, ale zdecydowanie mogło być lepiej. Najbardziej bolą pewne pójścia na skróty oraz zostawienie nas w momencie, który wręcz sugeruje powstanie kontynuacji. Jak w wielu takich przypadkach sequele, choć czasem mile widziane, a jednak zwykle potrzebne do szczęścia nie są, tak tutaj "Alita: Battle Angel" potrzebuje podpory fabularnej, bez której - jako osobnej całości - nowej produkcji Roberta Rodrigueza trudno się będzie obronić pod tym względem (chociaż, póki co, nie zapowiada się, aby część pierwsza mogła zarobić na tyle, by w ogóle o następnej myśleć).  Film nie jest kolejnym, typowym akcyjniakiem z głupią fabułą, bo oferuje dobry, ciekawy świat oraz interesującą bohaterkę, jednak wiele kart z tej historii nie zostało odsłoniętych. Szkoda. Na razie dobre chociaż tyle, chociaż #liczęnawięcej.


Green Book (2019) Płynnie o przyjaźni 2019-03-02

Recenzja spóźniona, ale hej - obiecałem!

Odkąd tylko opuściłem salę kinową po seansie "Green Booka", z góry wiedziałem już dwie rzeczy: że Akademia Filmowa nagrodzi ten film chociaż jednym Oskarem oraz że na pewno umieszczę go w swojej Topce za 2019 rok!
Peter Farrelly jest dla mnie twórcą właściwie nieznanym. Odpowiada przede wszystkim za komedie, pokroju "Głupi i głupszy" czy "Sposób na blondynkę", więc, zdawać by się mogło, nie tylko nie trafi kompletnie w mój gust, ale też jego nowy film będzie bardziej pod śmiech niż powagę. Na całe szczęście, prócz scen z lekkim, naturalnym zabarwieniem komediowym nie brakuje tu ważnych, mniej zabawnych momentów.

Fabuła bazowana jest na autentycznej historii. Włoski imigrant, Tony Lip Vallelonga to typowy cwaniaczek o prostym, choć przekonującym sposobie wysławiania się oraz porywczym charakterze, którego nie boi się odsłonić, gdy trzeba coś wyegzekwować. Niestety na czas remontu klubu, w którym pracuje, musi on znaleźć nową pracę. Jego uwagę przykuwa niecodzienna propozycja enigmatycznego muzyka, Doca Shirleya. Tony miałby zostać jego szoferem i pomocnikiem w trakcie trwania jego trasy koncertowej. Kłopot w tym, że Shirley jest czarnoskóry, w USA panuje segregacja rasowa, a koncerty będą odbywać się w miastach stanów południowych, czyli w miejscach szczególnej nienawiści wobec murzynów. Problemu nie łagodzi również stosunek Tony'ego do osób o ciemnej karnacji (widać to zwłaszcza w scenie wyrzucenia dwóch szklanek, z których pili czarnoskórzy robotnicy). Po początkowym wahaniu, Tony przyjmuje ofertę i otrzymuje do rąk własnych tytułową Zieloną Książkę, czyli przewodnik po lokalach i hotelach przyjaznych dla ciemnoskórych.
Powiedzmy sobie wprost: od początku seansu wiemy do jakiego miejsca to zmierza. Takich historii o powoli rodzącej się przyjaźni dwóch, bardzo różniących się między sobą ludzi było już wiele.
 
To, czym jednak ten film błyszczy, to tzw. flow. "Green  Book". Ani przez chwilę nie można się tu nudzić, cały czas obserwujemy naszych dwóch bohaterów (granych przez świetnych Viggo Mortensena i Mahershala Aliego) konfrontujących swoje poglądy i postawy w wielu sytuacjach i rozmowach. Co najważniejsze, żaden styl bycia nie jest faworyzowany, jeden nie wybija się nad drugi, a wręcz w kilku miejscach dochodzi do wzajemnego dopełniania się Tony'ego i Doc'a, co tylko pokazuje jak bardzo panowie potrzebują siebie nawzajem.
Jeśli szukacie przyjemnego seansu, po którym poczujecie się odprężeni i napełnieni pozytywnym przesłaniem, zdecydowanie polecam zobaczyć "Green Book", choć zapewne wielu z was już to zrobiło, choćby ze względu na nagrody Akademii Filmowej.
Moim oskarowym faworytem był, jest i nadal będzie "Pierwszy człowiek" (którego nawet nie nominowali, god damn it!), ale pod wyborem "Green Booka" jako najlepszego filmu podpisuję się obiema rękami (to samo napisać muszę o nagrodzie dla aktora drugoplanowego dla  Mahershala Aliego).


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]