Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Samotny wśród przyjaciół 2019-02-25

"Chciałbym stąd uciec, ale nie ma dokąd"

Wiele razy w moich notkach "wyżaleniowych" powtarzałem ten wers z refrenu "Calavery" Grupy Operacyjnej. Zadziwiające jak dobrze ten cały utwór oddaje moje samopoczucie w takich momentach, w jakim jestem obecnie. No i, jak zawsze, tylko wam mogę o tym powiedzieć, obojętnie jak dobrze mnie zrozumiecie. Jedyną wadą tego rozwiązania jest brak odzewu od was (nawet gdy komentarze jeszcze działały, na tego typu notki odpowiadało niewiele osób).

Ale komu innemu mogę zdradzić to, co naprawdę czuję? Kto naprawdę mnie zrozumie?
Pernelle? Od dłuższego czasu mamy wcale niekrótki zastój, wynikający a to z jej stanu duchowego, a to z jej wyjazdu do Grecji, a to z jeszcze czegoś innego. Nie winię jej za to, jedynie żałuję że ostatnio nie ma kiedy z nią pogadać w zasadzie o czymkolwiek. Zwłaszcza, że na głowę walą jej się studia i rodzice, znacznie ograniczający jej możliwości korespondencji.
Kejt? Z całym szacunkiem dla niej, ale nie. To dobra przyjaciółka, pomogła mi nie jeden raz, jednak nie chcę wchodzić jej na głowę. Może ma swoje problemy, o których mi nie mówi, a które rozwiązuje na własną rękę bądź przy doradztwie o wiele kompetentniejszych osób? Nie jestem wszak alfą i omegą, a wierzcie mi, naprawdę chciałbym. Tak czy siak, nie zrozumiałaby mojej sytuacji, nie wiedziałaby co mi powiedzieć. Z resztą, na pewno jest teraz bardziej spełniona niż ja kiedykolwiek byłem.
Bohdan? To raczej dobry kumpel, jednak na moje troski odpowiedziałby krótko: "Pierdzielisz pan, dawaj pociśniemy w Battlerite'a godzinkę, bo jutro muszę iść do roboty!"
Jest jeszcze Nick...Nie, odpada. Dobry chłopak, ufam mu, tak jak on ufa mnie;  zwierzał mi się przecież kilka razy ze swoich odczuć, własnej filozofii i postrzegania świata, ale nie czuję z nim na tyle mocnej więzi, by stwierdzić "Tak, to jest TA osoba! Ona na pewno mnie zrozumie, po prostu to wiem!".

Kogo więc potrzebuję? Kogoś, kto jest dla mnie tu i teraz, dokładnie wtedy, gdy tego potrzebuję. Kogoś, kto mnie wysłucha i zrozumie. Kogoś, kto czuje to tak samo, jak ja. Kogoś, w kogo duszy dostrzegłbym odbicie własnej.
Ech...Naiwniak ze mnie, co? Chciałbym tak wiele, choć wydaje mi się, że jedna osoba z siedmiu miliardów na całym świecie to przecież nic, że nie o takie rzeczy ludzie proszą los lub bóstwo. "Ale świat nie jest idealny", powie ktoś, "przecież wszyscy chcemy mieć blisko siebie kogoś takiego, ale to niemożliwe, żeby siebie nawzajem zrozumieć w stu procentach! Nie ma chodzących magicznych luster!".
Fakt, nikt nigdy takowego nie znalazł, ale nie znaczy to, że go na pewno nie ma (choć, patrząc z drugiej strony, również i mnie nie napawa to zbytnią nadzieją). Tylko biały królik mógłby nas do niego doprowadzić, ale kosztem późniejszej herbatki z dość dziwacznymi jegomościami... Dobra,  nieważne, nie wchodźmy głębiej w te odniesienia, to przecież nie jest królicza nora!

Chcę po prostu powiedzieć, że są takie chwile, gdy człowiek żałuje, że nie żyje w bajce, w której byle gadające rzeczy niematerialne mają w sobie więcej zawiłych odczuć niż wielu reprezentantów własnego gatunku (głównie) myślącego. Nie dziwię się nawet, że część desperatów sięga wtedy do kieliszka, by ulżyć swoim troskom  w towarzystwie własnego odbicia. Następnego dnia każdego takiego śmiałka, jak zwykle, czeka rozprawa z kacem, ale myślę że to jest warte swojej ceny. Na zdrowie, panie i panowie, nie zapomnijcie tylko wychylić za mnie szklenicy czy dwóch!


Zużyty materiał, wypalony lont 2019-02-24

Zimno mi.

Z każdym kolejnym dniem czuję, jak coraz mocniej obejmuje mnie lodowaty uścisk nijakiej rzeczywistości. Już dawno uszła ze mnie wszelka radość, naturalny śmiech czy pasja do czegokolwiek.
Miałem napisać recenzje "Green Booka" i zrobię to. Potem może napiszę coś o jednej z dawnych gier, tak wspominkowo. Pewnie będzie to "Toy Story 2", które niedawno z sentymentu odpaliłem po latach.
Mam też tyle filmów i seriali do obejrzenia, a żadnego mi się nie chce oglądać. Siedzę tylko na łóżku, przeglądam "jutuby", słucham muzyki i śpię. Produktywność fchuj.
Moja growa i książkowa  "kupka wstydu" rośnie i rośnie. Muszę zacząć wreszcie oszczędzać. Koniec z dokupywaniem książek i gier jak tylko dostanę kieszonkowe! Muszę zatrzymać przy sobie trochę "grosiwa", bo i tak, znając życie, nigdy pewnych książek nie przeczytam, nigdy w pewne gry nie zagram, ale kupiłem, "bo była promocja, to żal nie brać".

Mam tyle wolnego czasu, a zostało mi jeszcze 1,5 strony pierwszego rozdziału pracy licencjackiej do napisania. Zajmę się tym może dziś, bo jutro wracam do Krakowa. Po powrocie wdrażam nowy program pisania pracy, pod nazwą "Jedna strona dziennie". Nie mam sił ani ochoty zasiadać do pisania, a jeśli już to robię, to kończę z jedną nową stroną po kilku godzinach rzetelnego spisywania z książek naukowych, tyle że własnymi słowami. W tym tempie cały licencjat powinien być napisany jeszcze przed Wielkanocą.
We wtorek odwózka Edwarda, a od środy zajęcia. W międzyczasie pasowałoby przejechać się do RMF-u na Kopiec po zaświadczenie o praktykach. Odwlekałem ten moment tyle razy, że w końcu trzeba to załatwić i odwiedzić panią Baranowską, ten ostatni raz. Ale przedtem lepiej osobiście zadzwonić - dwa maile do niej wysłałem i na żaden mi nie odpisała. Przegapiła? Celowo zignorowała? Nie chce mi się tego rozstrzygać.

Pytanie: czy cokolwiek mi się chce? Czy cokolwiek mnie w tym momencie interesuje? Czy cokolwiek jest w stanie rozpruć chmury beznadziei i braku chęci, by owinąć wokół mnie nić zainteresowania?
Chociaż nie przepadam za gorzkim posmakiem kawy, potrzebuję duchowej kofeiny. Choć nie palę jointów, poszukuję czegoś, co wy^ebie mnie w kosmos i pozwoli gadać ze zrzuconymi skórami węży. Choć jestem człowiekiem, potrzebuję serca, by tak jak blaszany rycerz z  "Czarnoksiężnika z Oz" poczuć wreszcie to "COŚ": cel, sens, pasję, pobudzenie, pożądanie (nieseksualne) albo - bardziej organicznie - duchowe hemoroidy, które nie pozwolą mi usiedzieć w jednym miejscu bezczynnie dłużej niż potrzeba.
Wszystko do tej pory będzie jedynie rutyną: zajęcia, przywożenie i odwożenie Edwarda, pisanie pracy, sporadyczne kino, jakaś gierka, kolejny przeczytany rozdział, myślenie o dalszej karierze (praca, studia zaoczne, poczynania prywatne).
Tak bardzo bym chciał wyrwać się z ciała, uwolnić swoją duszę niczym anioł w świecie Requiem Aeternam. Wzlecieć ponad ludzkość, człowieczeństwo, nasze gatunkowe wątłości i ograniczenia, móc poczuć w sobie taką siłę, by realizować 100% swoich możliwości, pragnień i nadziei. Chciałbym wyrwać korzenie stagnacji, spalić gęsto rosnące pnącza o kolorze typowego (tfu!) polskiego nieba. Chciałbym powstać na nowo, umrzeć i odrodzić się w lepszej, wspanialszej postaci w wypełnionym odżywczą aurą świecie.

Muszę wstać z łoża po długim, nomen omen męczącym śnie, letargu. Tylko czy ktoś widział mój budzik?


TOP 10 FILMÓW 2018 2019-02-03

No, nareszcie!
Miesiąc nowego roku minął, a tu ani widu ani słychu mojej hucznie zapowiadanej głównej topki?! Czas to zmienić! Filmy dobierane były spośród tych, które miały swoją premierę kinową w 2018 roku. Lista wyłącznie subiektywna!

10. Lady Bird
Prosta historia o dorastaniu, czyli konfliktach między młodą dziewczyną (graną przez Sarsie Ronan) a jej rodziną. Pierwsze miłości, ambicje, chęć wyfrunięcia z gniazdka i podążenia swoją, nierzadko mało praktyczną drogą, bez zrozumienia strony rodziców.
A jednak, mimo przyjętej tematyki, film nie powtarza banałów, oferując mądrą, ciekawą, spokojną opowieść  bez większych motywów dramatycznych. Liczy się ta cisza, obserwacja postaci, które nierzadko oddają nas samych sprzed "x" lat.

9. Nigdy cię tu nie było

Dzieło Lynne Ramsay'a  udowadnia, że da się zrobić thriller inny niż wszystkie. Film o postaci, mężczyzny, dla którego walka z własnymi uczuciami oraz wspomnieniami z przeszłości jest znacznie większym wyzwaniem niż okładanie przeciwników młotkiem. Jeśli jednak ktoś oczekuje krwawych, brutalnych scen akcji, przeliczy się srogo. Akcja, jeśli jest tu  pokazywana, to z perspektywy kamery monitoringu, tak bardzo naturalnie, bez wybujałej ścieżki dźwiękowej. Ewentualnie widzimy tylko wejście głównego bohatera, szybki przeskok na inne ujęcie i zaraz później obserwujemy leżące we krwi zwłoki pokonanego przeciwnika. Dużo większy nacisk położono na zmagania bohatera z samym sobą, gorzkimi posmakami zdarzeń z przeszłości, których był świadkiem.
Zdecydowanie nie jest to kolejny napakowany testosteronem film akcji, lecz spokojna droga głównego bohatera (granego przez obłędnego Joaquina Phoenixa) - jego ciało szuka porwanej dziewczynki, zaś dusza chce zaznać tylko spokoju, pokazując nam sceny, które my sami musimy sobie poukładać. Niczego nie dostajemy na tacy, nic nie jest oczywiste, jasne i klarowne. Produkcja ta doskonale rozumie co znaczy reguła "nie mów, pokaż".

8. Czarne Bractwo. BlacKkKlansman

Film niezwykle intrygujący, nie tylko z uwagi na fabułę (biały policjant żydowskiego pochodzenia oraz jego czarnoskóry towarzysz muszą rozpracować KuKluxKlan i zapobiec ich ewentualnym ekstremistycznym działaniom). Obraz Spike'a Lee dąży w kierunku zobrazowania zła wynikającego z nienawiści rasowych, pokazania skutków mowy nienawiści, ale przede wszystkim stara się ukazać możliwe pokojowe drogi rozwiązania sytuacji równości rasowej. Choć wychodzi mu to jedynie połowicznie (lwią część filmu obserwujemy penetrowanie szeregów KkK oraz dyskryminację czarnoskórych przez białych, zaś ostatnie sceny pokazują, że dziś sytuacja wcale nie uległa poprawie), to realizacja stoi na wysokim poziomie. Gra aktorska Adama Drivera i Johna Davida Washingtona jest bardzo dobra, zdjęcia jak i muzyka robią równie świetną robotę, zaś scenariusz pisany jest z myślą o wciągającym wątku detektywistycznym, więc z pewnością na seansie nie idzie się znudzić.

7. Jestem najlepsza. Ja, Tonya.

Craig Gillespie w swoim filmie ukazuje niełatwą drogę do sukcesu niejakiej Toni Harding - dziewczyny wychowanej w typowej "redneckiej" rodzinie. Wysokie ambicje, niełatwa relacja z równie wymagającą co pozbawioną czułości matką, późniejszy chory związek, a także wysoki antykonformizm młodej łyżwiarki co krok utrudniały jej osiągnięcie szczytu.
Film stylizowany jest na dokument, w którym wypowiedzi bohaterów dramatu (w ich rolach m. in fenomenalna Margot Robbie, Allison Janney czy Sebastian Stan) mieszane są ze scenami z przeszłości, które nieraz nie dają nam jasnego poglądu na sytuację i podkreślają sprzeczne postaci dramatu. To on dręczył ją czy też może to ona była "tą winną"?
Nie brakuje tutaj, co prawda, lekkiego przerysowania (zwłaszcza w przypadku postaci granej przez Paula Waltera Hausera), jednak w mojej ocenie idealnie wpisuje się to do konwencji filmu jak i wątku niesportowego "kasowania" konkurentki z udziału zawodach.
Obraz bardzo przyjemny w odbiorze, historia interesująca tym bardziej, że w dużej mierze opera się na prawdziwych nagraniach. Zdecydowanie polecam!

6. Bohemian Rhapsody
Nie byłem nigdy wielkim fanem Queen. Lubiłem piosenki tego zespołu, ale nie  do tego stopnia, by szukać informacji, wałkować godzinami wszystkie utwory itd. Przed seansem byłem nastawiony sceptycznie, choć kilak osób polecało mi zobaczyć ten film. Ale gdy już to się stało, nie żałowałem ani minuty.
Tak, w filmie ukazano bardziej historię Freddiego Mercury'ego niż całego zespołu. Tak, opowiadane wydarzenia są spłycone i nie do końca takie jak w rzeczywistości. Tak, to cukierkowa laurka dla lidera Queen. Ale wiecie co? To wszystko nie ma znaczenia ze względu na dwa podstawowe czynniki: fenomenalna gra aktorska Ramiego Maleka (+ bardzo dobra "obstawa" pozostałych ról) oraz zjawiskowe odwzorowanie koncertów z nieodłącznym  przywiązaniem do szczegółów, szczególnie podczas koncertu LiveAid. Serdecznie polecam wam obejrzeć na YouTubie materiał porównawczy, ukazujący pieczołowitą dbałość twórców o detale.
"Ale po co? Jaki w tym sens, skoro można na tej samej platformie zobaczyć cały oryginalny występ Queen?!". Tak, to prawda. Ale wiecie co? Bez tego filmu nie wiedziałbym o tym koncercie! Bez tego filmu sam z siebie nie wyszukiwałbym informacji o zespole! Bez tego filmu nie przesłuchałbym (pierwszy raz w życiu) Bohemian Rhapsody i nie rozkminiałbym potem geniuszu tej sześciominutowej piosenki! Nie jest to najlepszy film roku, jednak wszystko, co opisałem wyżej, powinno starczyć za dowód umieszczenia tego filmu w mojej liście.

5. Trzy Bilboardy za Ebbing, Missouri

Spokojna, swojska, płynna  opowieść o matce, szukającej sprawiedliwości i zmuszeniu lokalnych władz do wgłębienia się w sprawę jej zamordowanej córki. Historia, która przedstawia nie tylko środowisko rodzinne głównej bohaterki, granej przez znakomitą Frances McDormand, lecz poświęca uwagę również nastroje w małym miasteczku, poświęcając uwagę kilku bohaterom pobocznym (tu z kolei prym wiedzie Sam Rockwell).
Muzyka w filmie niezwykle dobrze współgra z piękną scenografią i ujęciami, tempo filmu jest powolne, ale przy tym nie zatraca swej płynności, zaś finał pozostawia przed nami kilka pytań, których odpowiedzi możemy się jedynie domyślać.

4. Wyspa Psów

Ach, Wes Anderson <3 To jest ten gość, który opowie ci śliczną, piękną, urzekającą historię, przepełnioną artyzmem! Urzekł mnie jego "Grand Budapest Hotel" i tak samo świetnie zadziałała na mnie animacja poklatkowa, umiejscowiona w czasach komunistycznego państwa azjatyckiego, którego przywódca uknuł spisek w wyniku którego wszystkie psy trafiają na wyspę, służącą jako wysypisko na śmieci. Gdy jednak los innych czworonogów dzieli pies-strażnik siostrzeńca przywódcy, młodzik wyrusza na poszukiwania swego pupila. Historia, choć zawierająca kilka prostych rozwiązań fabularnych, przyciąga stroną audiowizualną oraz kreacją charakteru zwierzaków. Jeśli lubicie zatem Wesa Andersona, ciekawe animacje lub niestandardowe podejście do kina, ten film jest dla was!

3. Disaster Artist
Film o jednym z najgorszych filmów świata, czyli osławionym "The Room". Przyznaję, że z początku koncepcja tej produkcji (de facto bazowana na książce o tym samym tytule, wydanej spod pióra Toma Bissella i Grega Sestero) wydawała mi się dziwna. Jak to może w ogóle działać, po co to powstaje? - pytałem sam siebie.
Jak się jednak okazało, film ten to doskonałe połączenie komedii z dramatem, opisującym niełatwe dzieje powstawania filmu Tommy'ego Wisseau, postaci ekscentrycznej i enigmatycznej. Jak to się stało, że kilku dziesięciolatek, dysponujący ogromnym majątkiem niewiadomego pochodzenia, wraz ze swoim młodym kumplem z kółka teatralnego, Gregiem Sestero, próbują złapać wiatr w hollywoodzkie żagle kręcąc swoje pierwsze, zdawać by się mogło, wybitne dzieło?
Film działa w każdej swojej składowej: grze aktorskiej głównych postaci, komizmowi sytuacji, nieraz wynikłymi przez nieco dziwaczne pomysły równie pokręconego twórcy, wątkowi realizowania ambicji, mieszania jej z przyjaźnią, stawiania priorytetów.
Koniec końców, Tommy osiągnął swój cel - został dostrzeżony w świecie filmowców, choć w nieco innej formie niż to sobie zaplanował, a jego "The Room" po latach stało się już klasykiem "tak złym, że aż dobrym". I choćby z tego względu polecam wam zapoznać się z "Disaster Artist", nawet jeśli nigdy nie mieliście wcześniej styczności z jego "oryginałem".

2. Kształt wody
Jak wspominałem na początku recenzji tego filmu, nie lubię historii miłosnych. A jednak "Kształt wody" w reżyserii  Guillermo del Toro jest cudnym widowiskiem, które śmiało można nazwać "Piękną i Bestią" naszych czasów. Relacja wywiązująca się między głuchoniemą Elisą (graną przez niezwykle utalentowaną Sally Hawkins)  a dziwnym stworzeniem z bagien została zarysowana w prosty, niewinny, a zarazem ujmujący sposób. Duży wpływ na to ma z pewnością kolorystyka ujęć, scenografia oraz oprawa muzyczna, jeszcze bardziej nakręcając baśniowość oglądanej historii. W mojej ocenie nie ma tu scen niepotrzebnych, zbędnch, psujących przyjemność odbioru czy przesadzonych (choć moment, gdy Elisa zaczyna śpiewać i na kilka chwil ujęcie przy stole zmienia się w sceniczny dla niektórych może być elementem dyskusyjnym).
Nie mniej, Oskar za najlepszy film 2017 został  przyznany jak najbardziej zasłużenie! Jeśli jeszcze nie widzieliście, to czeka was cudny, bajkowy seans, będący czymś więcej niż "seks z rybą", jak to niektórzy mówią.

1. Pierwszy człowiek
Absolutne numero uno! Film, który poruszył mnie dogłębnie swoją formą, przekazem oraz skłonił do zbadania meandrów lądowania na księżycu na własną rękę. Projekt "Gemini", tragedia Apollo 1, poszczególne etapy podróży kosmicznej wraz z opisem elementów składowych Apollo 11... Wszystko to chłonąłem pod jeden z najpiękniejszych soundtracków minionego roku wraz z utworem "The Landing" na czele!
"Pierwszy człowiek" opowiada historię jednego astronauty - Neila Armstronga. Pokazuje jego drogę do sukcesu, nie pomijając relacji z przyjaciółmi czy rodzinnych przeżyć z nieodłączną śmiercią ukochanej córeczki. To film o wewnętrznym rozdarciu dobrego ojca,poświęceniu dla misji wielu astronautów, którym przyszło oddać życie w nieszczęśliwych wypadkach, takich jak pożar kabiny Apollo 1.
Produkcja Damiena Chazelle to poruszająca historia, przecudna ścieżka dźwiękowa oraz bardzo dobre zdjęcia. Nigdy nie zapomnę sceny lądowania na księżycu, która do dziś co jakiś czas wysyła mój umysł w przestrzeń kosmiczną i uświadamia jak wielkim osiągnięciem było dla nas zdobycie księżyca.



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]