Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Ballada o Busterze Scruggsie (2018) 2019-01-06

Uwielbiam westerny.

Niesamowicie działa na mnie ten mityczny (choć historycznie mocno przekoloryzowany) klimat Dzikiego Zachodu z pojedynkami w samo południe, bandytami napadającymi na małe mieściny i konwoje oraz praworządnymi mścicielami, którzy nigdy nie pudłują. Oczywiście bardzo sobie cenię, gdy w tle rozgrywa się jakiś wątek dramatyczny lub bohaterowie borykają się z dylematami moralnymi.
Obejrzałem wiele filmów: tzw. dolarową trylogię, "Tombstone", "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", "Bez przebaczenia", "Siedmiu wspaniałych" (pierwszą część z tych starych oraz reboot sprzed kilku lat), "Niesamowitego jeźdźca", "Śmierć jeździ konno", "Sabatę" i kilka innych. Dlatego też "Ballada o Busterze Scruggsie" braci Coenów  zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie - z uwagi na zupełnie inne, dotąd mi nieznane podejście do tematu.

Film podzielony jest na sześć mini-epizodów. Każdy z nich opowiada osobną historię, jednak są one połączone małymi, acz subtelnymi odniesieniami, które wyłapie jedynie uważny widz. Charakter i forma poszczególnych historii są bardzo różne, ich rozwój nieoczywisty i nierzadko dramatyczny. Pozwólcie, że krótko opiszę każdy z nich:
1. "The Ballad of Buster Scruggs", pierwszy i zarazem tytułowy epizod, opowiadający o niezwykle ekscentrycznym, przerysowanym bandycie, który podróżuje z nieodzownym  uśmiechem na ustach oraz pogrywając na swojej gitarze ku uciesze gawiedzi. Epizod bawi się konwencją znaną z kreskówek Looney Tunes, czyli kombinacją czarnego humoru i "cukierkowatości" ogółu.
2. "Near Algodones", czyli historia jednego mężczyzny, który nieskutecznie próbował napaść na bank, za co spotkało go widmo śmierci. Tutaj mamy klasyczne przedstawienie problematyki nieuniknionych spraw, które zawsze nas dopadną, niezależnie jak daleko zdołamy od nich uciec. W roli głównej: James Franco.
3. "Meal ticket", trzecia i zarazem moja ulubiona opowieść. Przedstawiono tu młodego, choć pozbawionego kończyn, aktora, bawiącego tłumy przez deklamowani poezji i prozy oraz starszego jegomościa, który pomaga mu się ubierać, karmi go oraz obwozi jak kukiełkę od miasta do miasta. Jednak im dalej jadą, tym mniej pieniędzy udaje im się zebrać, aż spotykają tłum radosnych gapiów, wpatrzonych w kurę, która umie liczyć. Relacja między głównymi postaciami oraz problematyka gwałtownej zmiany gustów widowni prowadzi nas do zaskakującego, ale mocnego finału, który - przyznam szczerze - zmusił mnie do zatrzymania filmu i kilkuminutowej refleksji. W rolach głównych: Liam Neeson oraz Harry Melling (aka Dudley z Harry'ego Pottera).
4. "All Gold Canyon" - tzw. one-man-show, czyli przez caly czas widzimy jedną postać. Tym razem coś pozytywnego: opowieść o starym poszukiwaczu złota, który wybiera się do pewnej doliny i poszukuje złota. Obserwujemy jego zmagania ze skałą, mierzenie odległości przy rzece oraz krótkie rozmowy z "panią  żyłą", które prowadzi przed snem. "All Gold Canyon" to spełnienie amerykańskiego snu i dowód na to, że można osiągnąć swój cel ciężką, uczciwą  pracą. W dodatku, o ile inne epizody również szczycą się bardzo dobrymi zdjęciami, to tutaj cały czas wraz z głównym bohaterem rozkoszujemy się najpiękniejszymi widokami ze wszystkich części filmu.
5. "The Gal Who Got Rattled" - historia znów nieco przygnębiająca, choć nie wciągnęła mnie aż tak mocno. Oto młoda dziewczyna podróżuje do pewnego miejsca wraz z bratem, z którego kolegą ma zawrzeć związek małżeński w celu rozkręcenia rodzinnego interesu. Po drodze brat jednak umiera, a panienka zostaje z problemem spłaty ich pomocnika, któremu rodzeństwo było winne 400 dolarów. Swoją pomoc oferuje jeden z kierowników karawany, niejaki pan Knapp. "The Gal..." jest historią o odpowiedzialności i pragmatyzmie, szukaniu praktycznych rozwiązań, które pozwalają przetrwać, nie bacząc na własne emocje czy przewidywania, co nie zawsze kończy się tak, jak byśmy chcieli.  Epizod ma bardziej swojski, powolniejszy  ton, choć na końcu wybrzmiewa nieco bardziej.
6. "The Mortal Remains" - najbardziej intrygująca i posiadająca największe pole do interpretacji historia, druga z moich ulubionych. Pięć osób podróżuje wspólną dorożką: starsza dewotka, traper, Francuz, Irlandczyk oraz Anglik. Po zaintonowanej przez tego ostatniego pięknej pieśni, zaczyna się dyskusja na temat miłości, wiary i podziałach ludzi na kategorie, np. kobieta widzi jedynie grzesznych oraz pobożnych, podczas gdy traper nie patrzy na ludzi lepiej niż na fretki, których skóry sprzedaje. Jednak w miarę znikania słońca za horyzontem klimat gęstnieje, zaś Anglik oraz Irlandczyk, łowcy nagród,  snują opowieść o ich zawodzie, kładąc szczególny nacisk na wewnętrzną walkę swoich ofiar ze świadomością zbliżającej się śmierci.

Wszystkie sześć epizodów zostało nakręconych w unikalny, lecz niezwykle przyjemny sposób.  Niemal każde ujęcie jest małym dziełem sztuki, zaś muzyka towarzysząca poszczególnym scenom tylko potęguje odbiór osobnych fabuł jako powieści zebranych w jeden tom legend Dzikiego Zachodu (na co z resztą film jest mocno stylizowany).
Nie ma jednego spójnego zakończenia, nie ma żadnego podsumowania całości. Zamiast kilku pełnometrażowych historii, dostaliśmy miks paru krótkometrażówek i, szczerze powiedziawszy, wyszło to im na dobre. Nie czuje się potrzeby dopowiedzenia czegokolwiek - wszystkie opowieści zamykają się we właściwym miejscu, by dać nam pole do ewentualnego namysłu co było dalej.

Jak wspomniałem na początku, z uwagi na ukazanie się "Ballady..." tylko na Netflixie, nie mogę ująć tej produkcji w swoim TOP 10 kinowych filmów z ubiegłego roku, jednak za nic w świecie nie podarowałbym sobie, gdybym nie podzielił się z wami swoimi wrażeniami na temat najnowszego obrazu braci Coen.
Nie musicie nawet lubić westernów, albowiem nie ma tu zbyt wielu standardów dla tego typu filmów. Nie ma jednoosobowej armii walczącej z bandytami, nie ma walki o zasoby ani napadów na pociągi. Są tylko postacie, ich historie, losy, marzenia i problemy. Dajcie się namówić na seans, a nie pożałujecie. Polecam bardzo gorąco!


BILANS ELVENOORA 2018 2019-01-01

I kolejny rok za mną!

Rok w rok to powtarzam po kilkanaście razy, a nadal nie jestem w stanie pojąć jak to się dzieje, że czas ani na moment nie chce zwolnić. Ledwo zaczynałem studia w Krakowie, a już w tym roku je kończę i muszę podjąć kolejne decyzje odnośnie swojej przyszłości.
Zapewne po paru następnych latach okaże się, że najtrudniejsze wcale nie było zaczęcie prawdziwie dorosłego życia, ale... Wiecie o co mi chodzi: pierwsza praca, utrzymywanie się itp. Boję się tego wszystkiego, czuję w sercu lekki ucisk spowodowany stresem, jakbym był w małej łódce na środku oceanu i zaraz musiałbym z niej wyjść na otwartą wodę. Ale nie mogę tego zrobić, przecież ledwo co umiem pływać!
Ktoś by może powiedział: "Głupiś, dorośnij wreszcie, masz 23 lata, a twoje studia i utrzymanie płynie z konta rodziców, zacznij zapierdalać tak jak twoi koledzy z uczelni! Nie wstyd ci wciąż obciążać rodziców?!"

A pierdol się, jeden z drugim, nie mówcie mi jak mam żyć! Tak, wiem, miałem ograniczyć bluzganie i czasem mi się to udaje. Nie operuję aż tak prostackim słownikiem na co dzień. Niestety dużo gorzej sprawa ma się z tą drugą rzeczą, którą również miałem ograniczyć. Cholera, mam chyba nadal zbyt dużo wolnego czasu, skoro non stop znajduję przynajmniej jedną chwilę dziennie na zbyteczne przyjemności. Tym bardziej, że objęcie pełnej kontroli nad moim przyzwyczajeniem zaprocentuje w przyszłości.
Jeśli wszystko dobrze pójdzie, od tego roku zacznę częściej spotykać się z moją ukochaną Pernelle. Jest też prawdopodobieństwo, że po raz pierwszy przyjdzie mi porozmawiać z jej rodzicami, którzy jakoś nie pałali do mnie sympatią przez przejścia z ich córką. To była trudna, wyboista relacja, którą dopiero jakoś od roku-dwóch właściwie pojmuję i cenię. Daj Losie, bym kiedyś, za parę lat, mógł napisać: "Udało mi się, jesteśmy razem z Pernelle, mieszkamy wspólnie, dzielimy życie, serca i łoże!". Nie chcę jednak myśleć zbyt optymistycznie, nie chcę "napalać się" na to, że pójdzie ładnie, gładko i tak jak chcę. Powoli, małymi kroczkami do przodu.

Krok pierwszy: zdać studia dziennikarskie, a do tego trzeba napisać pracę licencjacką pod okiem pani prodziekan. Temat wybrany przeze mnie: "Telewizja Polska w kontekście podstawowego modelu i założeń telewizji publicznej". Mam już całe oszałamiające dwie strony z pierwszego rozdziału. Pozostało mi jeszcze 10-11 do napisania. Potem sesja zimowa, a po tygodniowej przerwie znów do pracy, tym razem żeby napisać kolejne dwa rozdziały o podobnej objętości. Czcionką 10 Times New Roman, więc czeka mnie zapierdziel.
Krok drugi: w wolnych chwilach, raz na miesiąc-dwa, zapewne zacznę częściej umawiać się z Pernelle w Katowicach. Na początku grudnia 2018 udało mi się wreszcie odbyć pierwszą podróż autobusem i - choć nie obyła się bez komplikacji - stało się dla mnie jasne, że od tego momentu wszystko nabiera większego znaczenia. Rodzice mojej towarzyszki pytali nawet swoją córkę czemu nie przyjechałem do nich. Rozumiecie to? Nagle, ot tak, zapragnęli mnie poznać. Powody mogą być dwa: albo chcą mi powiedzieć "Odwal się od naszej córki, palancie!", albo - co dla mnie wydaje się bardziej prawdopodobne - chcą mnie zwyczajnie poznać i dopiero po kilku rozmowach stwierdzić z jakiej gliny jestem ulepiony.

Dlatego też, aby zrobić na nich jeszcze większe wrażenie, planuję od stycznia podjąć pracę w call center, w którym pracuje również Bohdan. Nie jest to nic wielkiego, ale przynajmniej jakoś bym zarabiał. Wymagane 80 godzin na miesiąc + wyniki w komunikacji z klientem (czyli przedłużanie/zawieranie umów), ale praca elastyczna, przychodzę kiedy chcę i pracuję tyle, ile sobie wyznaczę. Problem tylko, czy znajdę w tym wszystkim czas wolny do pisania pracy i do wożenia Edwarda?
Mój niewidomy kolega jest bardzo dobrym rozmówcą, a pomaganie mu jest dla mnie czystą przyjemnością. Po powrocie do Krakowa aż do marca będę mógł mu pomagać, tym razem za ustaloną z jego asystentką kwotę, którą owa dziewczyna mi odliczy, choć nie wiem czy w marcu wezmę cały etat jeżdżenia z nim. Umowa przewiduje pięć godzin dla tylko jednego asystenta na jednego niepełnosprawnego, więc miałbym już bardzo niewiele czasu, zważywszy na dzienny tryb zajęć na uczelni. A dodajmy do tego, że tak jak ja pomagam asystentce Edwarda wtedy, gdy ona nie może, tak mi już nikt pomóc nie będzie mógł.

Wspomniałem wcześniej o wolnym czasie. Zapewne to pojęcie nieznane jest tym z was, którzy mają już pracę, rodzinę etc, ale ja bym mimo wszystko chciał go mieć. W zeszłym roku nie wydałem tomiku poezji, samych wierszy napisałem także ledwie pięć. Jeśli miałbym jednak wrócić na dłużej do swojej pasji z Ekonomika, to zdecydowanie z formą kilku piosenek lub  "Duetów Satyrycznych", choć z całą pewnością sprawdziłyby się one lepiej w jakiejś innej formie niż czysty scenariusz. Nad kształtem jeszcze muszę pomyśleć. Co z resztą moich wierszy? No cóż, nie jestem Miłoszem ani Tuwimem, więc moja poezja nikogo nie zachwyci. Czasem napisałem coś zabawnego, czasem coś wyrażającego mój stan emocjonalny, coś "emosowatego", jak to ktoś kiedyś ujął. Nie wiem czy byłby sens spisywać swój "The Best Of", tym bardziej że na nic nie chorowałem, nie ciąłem się, nie podejmowałem prób samobójczych, nie cierpiałem wielkich tragedii, strat i nie umiem tak dobrze operować językiem białych wierszy, które z jakiegoś powodu są uważane za lepsze od rymowanych.
Potrzebuję czasu również na rozwój kanału na YouTubie. Mam pewien pomysł: kanał o filozofii! Starałbym się opowiadać o myślicielach, ideach, koncepcjach itd, ale w ciekawy sposób. To byłaby pewna nisza, ale moja własna, gdzie tworzyłbym dla siebie. Filmy o grach odrzucam, to był nietrafiony pomysł. Z resztą, dziś na tym się nikt nie wybije.
Poza tym jest jeszcze kwestia nauki języka HTML i programowania. Trzeba kiedyś zrobić konkurencję e-blogom i stworzyć portal z działającym systemem komentarzy, jasnym i przejrzystym interfejsem oraz opcją jakiegoś zrzeszania twórców. Blogi ceni się mniej niż vlogi, a ja i pewna dobrze wam znana osoba zamierzamy udowodnić wam, że e-pamiętniki mają jeszcze sens.

W 2018 roku zdarzyło się coś jeszcze: zacząłem grać w papierowe erpegi! W lutym zgłosiłem się na jednostrzałową sesję drugiej edycji Warhammera Fantasy (nigdy nie zapomnę jak zajebiście czułem się po kilku godzinach gry). Potem znalazłem ekipę, z którą już stale gram do dziś. Za mną kilkumiesięczna kampania z Numenery, teraz zaś gramy w system autorski Mistrza Gry. Mam z tym jednak problem. Widzicie, ten świat wydawał mi się ciekawy, lecz nie czuję tego już tak mocno jak podczas Warhammera czy Numenery. Choć Gracze i Mistrz są dla mnie cały czas bardzo mili i na sesjach udzielam się od czasu do czasu, to jednak większość gry, ku mojemu późniejszemu zażenowaniu, siedzę cicho i tylko słucham rozmów innych graczy między postaciami. Próbuję coś powiedzieć, chciałbym coś powiedzieć, ale nic mi wtedy nie przychodzi do głowy. Mogę jedynie przedstawić co robi moja postać w poszczególnych momentach czy wykonać jakąś akcję, ale dywagacje na tematy polityczne, spiski i planowania kompletnie mi nie wychodzą. Źle się z tym czuję, mimo że nie odbieram od współgraczy żadnych sygnałów lekceważenia czy chęci odstawienia na bok mojej osoby. Do tego raz na kilka sesji zdarzy się coś bardzo ciekawego i naprawdę zaangażuję się w to, co się dzieje, szczególnie gdy jest nas mniej niż pięciu graczy i mam większe pole do działania. Sam nie wiem co mam robić z tą sytuacją.
Z pewnością chciałbym za to spróbować mistrzowania, napisać jakiś scenariusz lub zapoznać się z już gotowym i chociaż raz zebrać jednostrzałową drużynę. System już mam: Numenera ma dość proste mechaniki, a posiada bogaty, intrygujący świat.

Ach, no i nie zapominajmy o Cinema City Unlimited. Muszę kiedyś przecież chodzić do kina! W tym roku byłem na ok. 40 filmach. Kilka z nich nadrobiłem w internecie, jutro lub pojutrze ukaże się moja topka za rok 2018, ale z dalszego chodzenia do kina nie zrezygnuję. Dzięki temu mój gust filmowy się rozwija, zaczynam patrzeć różnie na interesujące mnie aspekty, chłonę coraz to nowe opowieści.

Uff, wyszedł dość długi tekst! Nie spodziewałem się, że aż tak będę wylewny na początek nowego roku, ale cóż, chyba było mi to potrzebne. No to na koniec jeszcze obowiązkowa statystyka:
Notki: rok temu było 643, teraz jest 694;  51 nowych wpisów!
Wyświetlenia:  było 147851, jest 218018; przyrost 70166, czyli ok. 192 wejścia na dzień!
Komentarze: było 576, jest 597 i stoi nadal przez zepsute e-blogi; ale 21 nowych jest!
Księga gości: beż żadnych zmian;


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]