Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Bóstwa Urojenie,czyli jak pozbyć się wiary 2018-11-25

Od Sługi Pokornego do mocno wątpiącego

Jakiś czas temu odbyliśmy z Kejt niespodziewanie długą rozmowę, w której moja przyjaciółka żaliła się na zrąbany system e-blogów. We dwoje wykmniniliśmy pewne plany, które - jeśli się spełnią - przyniosą ulgę i wybawienie dla wszystkich użytkowników e-blogów, a samemu portalowi zrobią nielichą konkurencję.  Ale to na razie plany, dlatego ogarnijcie swój portal, panowie założyciele.
Po dołujących komentarzach odnośnie obecnego stanu blogów, nadeszły tematy weselsze. Żartowaliśmy, wspominaliśmy przeszłość, początki pisania, aż przeskoczyliśmy na temat, o którym kiedyś rozpisywałem się wielokrotnie: mój pseudo satanizm. Ale po kolei...

Starsi stażem czytelnicy wiedzą to, nowsi niech nie grzebią w odmętach przeszłości: byłem niegdyś wierzący. Co niedziela i święta chodziłem z rodzicami do kościoła, co tydzień w przedszkolu, a później w szkole miałem lekcje religii, na których pogłębiałem swoją wiedzę z zakresu Biblii. Z godnością i wielką czcią przystępowałem do I Komunii Świętej. W miarę dojrzewania zacząłem postrzegać Boga jako kogoś, komu chcę służyć. Kto mnie wesprze, pokaże mi jaką drogą kroczyć, z kim będzie mi łatwiej żyć. Nawet, gdy wpadłem w "bagno", nie przestawałem wierzyć, że uda mi się wyjść na prostą. Zawodziłem "Pana" wielokrotnie, co niedziela ze zwieszoną głową przychodziłem do Niego i błagałem o przebaczenie, że znowu ja, pokorny, lecz niewiele warty sługa, nie wytrzymywałem kolejnego tygodnia.
Wreszcie poprosiłem Go o szansę na coś. Nie będę wnikał w szczegóły, kto pamięta, ten pamięta. I wiecie co? On wysłuchał moich modlitw, a przynajmniej tak mi się wydawało. Poczułem wtedy coś, czego nigdy wcześniej nie czułem. Zaczął się dla mnie okres ciężkiej, półrocznej przeprawy, na której końcu miałem zostać wyprany z marzycielstwa i posmakować brudów rzeczywistości. I wtedy też zrodziły się moje konflikty w wierze.
Czy mój "Pan" zażartował sobie ze mnie? Przez pół roku zachowywałem się jak kretyn z powodu boskiego dowcipu! Namieszał we mnie sporo, nie dał mi tego, o co prosiłem. A może dał, tylko ja niewłaściwie wykorzystałem? Ale przecież i tak nie miało to sensu przez wiadome mi wtedy realia!

No i pojawił się również on - Szatan, Lucyfer, Pan Zniszczenia, Gwiazda Zaranna, Antychryst, Bies, Lucyfer, Książę Ciemności, Belzebub, Ojciec Kłamstwa... Zacząłem szukać w tym "duchu nieczystym" wyzwolenia, drogi do prawdy. Zamiast do "Ojca" , modliłem się do Wygnanego. Teraz to jego prosiłem o wsparcie i siłę, ale także nauczył się nienawidzić ludzi i zamknąć swoje serce już na wieczność. Spisałem nawet Pakt, który zamknąłem później w kopercie (aktualnie spalonej).
Mój"Pan", Stworzyciel, "Bóg" zabawił się mną. "On" nie był już godny zaufania. Za to Lucyfer oferował wolność z kajdan, w jakie zakuto mnie podczas chrztu i kazano traktować jak grzechotkę. Masz, zobacz jakie ładne! Noś je z dumą i nigdy nie ściągaj!
Odważyłem się. Na pogrzebie prababci pokazałem "Bogu" środowy palec, powiedziałem "Odwal się ode mnie, zostaw w spokoju!". A potem cisza. Otwarłem oczy i zobaczyłem świat bez "Boga", zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy go nie było. Od tej pory byłem tylko ja, sam jeden. Nareszcie wolny! Przestałem się modlić, przestałem chodzić na msze (choć do tej pory robiłem to z coraz mniejszym entuzjazmem i większą wyjebką).

Nieco później naszły mnie kolejne myśli: skoro bóg nie istnieje, więc nie ma także Lucyfera. Jesteśmy tylko my, zwykli, szarzy, nieidealni ludzie. Prócz nas nie istnieje nikt inny, nawet kosmici, tak wytrwale przez niektórych poszukiwani. Zacząłem szukać innej prawdy, czytałem artykuły, oglądałem filmy i w końcu zacząłem uczyć się filozofii, która jasno i wyraźnie dała mi do zrozumienia w jak tandetnym stanie żyłem przez 20 lat. Co gorsza, w owym marazmie nadal żyje wielu, którzy jeszcze na dobitkę chcą umrzeć w przeświadczeniu, że owo mityczne niebo jednak na nich czeka.

Ten świat należał, należy i zawsze będzie należeć do nas - nie do Zeusa, nie do Jupitera, nie do Boga, Lucyfera, Jahwe, Allaha czy Latającego Potwora Spaghetti (mniam!). To MY za niego odpowiadamy, MY kreujemy, to najlepsi (i najpotężniejsi) z nas rządzą.
Tak samo również i ja nie należę do nikogo, a już na pewno nie do "wyższego bytu". Bóg byłby na moją miarę zbyt niesprawiedliwy, zbyt unosiłby swoją religię nad pozostałe, wtrącając do "Piekieł" wszystkich niewiernych, wyznających inne religie. Jest zbyt słaby na rozsądzanie o życiu jednostki w obliczu życia wielu. Szatan zaś poszukiwałby tylko zemsty, zła i wszechobecnego mroku. W manipulacji nie byłby lepszy od swojego niebiańskiego rywala, który tak samo jak on chce sprzątnąć mu z szachownicy jak najwięcej pionków przed upływem czasu. A gdy zegar odmierzy ostatnią sekundę, okaże się że i tak nic z tego, bo pożre nas wielkie słońce, zmieniające się w tzw. Czerwonego Olbrzyma. Żadnych trąb, żadnych aniołów, żadnych pojedynków z Bestią - zwykła mordercza siła umierającej gwiazdy.

Dlatego, jeśli wam życie miłe a czas cenny, nie traćcie sił i środków na marzenia o "Stworzycielach", bogach, bożkach czy innych diabołach. Nie ograniczajcie się w poszukiwaniach tylko dlatego, że pewnych rzeczy zakazał wam autor książki sprzed tysiąca lat.
Ale z drugiej strony, nie przerażałaby mnie wizja istnienia jakiegoś boga. Jeśli to ja się mylę i jednak na końcu spotka mnie niemiła niespodzianka, powiem mu tylko jedno:
- Dawaj, co masz najlepszego, bo nie żałuję ni dnia, ni godziny spędzonej wbrew twej woli!


Jeszcze dzień życia (2018) - Non omnis moriar 2018-11-17

Ryszard Kapuściński - niezłomny reportażysta, który raz po raz stawał na granicy życia i śmierci tylko po to, by ukazać czytelnikom prawdziwe oblicze wojny w kraju trzeciego świata lub sylwetkę jednostki wynoszonej niemal do rangi boskiej. Człowiek, który dobrze wiedział w co się może wpakować, a mimo wszystko nie wahał się podążać do samego serca piekła.

Dzięki studiom w Krakowskiej Akademii, miałem przyjemność nie tylko zapoznać się z jego pośmiertną sylwetką, ale i przeczytać jego "Cesarza", pracę traktującą o etiopskim władcy Hajle Syllasje, którego spojrzeń pragnęło tak wielu. Z pewnością nie poprzestanę na tej jednej lekturze, tym bardziej że Bohdan pisze licencjat o Kapuścińskim i podjął się czytania ośmiu jego książek. Mój kolega na bieżąco składa mi relacje z tego, co przeczytał, toteż z dnia na dzień zaczynam żałować, że przede mną pozostaje kilka książek, traktujących o mediach publicznych...

Wracając do tematu: dzisiaj chcę opowiedzieć wam o filmie, który niedawno ukazał się w kinach - ekranizacji jednego z najlepszych dzieł Kapuścińskiego, czyli "Jeszcze dzień życia". Za jego produkcję odpowiada Damian Nenow i Raul de la Fuente, zaś samą animację przygotowali mistrzowie grafiki komputerowej, czyli Platige Image. Znani są chociażby z intra do pierwszej części gry o Wiedźminie.
"Jeszcze dzień życia", jako reportaż oraz film, obejmuje trzymiesięczny pobyt Kapuścińskiego w Angoli podczas wojny domowej między MPLA (wspieranym później przez Kubańczyków) a UNITĄ oraz FNLA (opłacanymi przez amerykańską CIA). Portugalia traciła kolonialne tereny wpływów, wobec czego biali zabierali swoje dobytki i ratowali życia wracając do siebie, pozostawiając cenne zasoby. W kraju zapanował istny chaos, nazywany przez tamtejszą ludność mianem confusao. Tymczasem Ryszard Kapuściński w owym czasie podjął wyprawę, której zwieńczeniem miała być rozmowa z dowódcą partyzantów, niejakim Farrusco - Portugalczyku, który przeszedł na stronę Angoli. Finalnie, tak jak to zwykle bywa, poznaliśmy nie jedną, lecz kilka interesujących postaci, jak żołnierka Carlota czy Queiroz, dziennikarz, który podjął walkę o wolną Angolę po stronie, w którą wierzył i bez względu na reguły etyki zawodowej. Wszyscy mieli swoje powody, by walczyć, wszyscy mieli swoje marzenia, które mogły umrzeć (a u niektórych faktycznie umarły) wraz z nimi. I wszyscy doświadczyli na własne oczy okropieństw wojny.

Film mocno wciska w fotel opowiadaną historią (de facto opartą o reportaż). Opowiada się ją nam nie tylko animacją (podobną do stylistyki niemal każdej gry studia Telltale) czy wieloma przebitkami z nagrań prawdziwych miejsc czy osób, lecz również przez wypowiedzi trzech osób, które szczęśliwie dożyły naszych czasów i mogły wspominać o spotkaniu z Ricardo (jak mówili o Kapuścińskim) oraz swoich doświadczeniach z czasów wojny.
Tam, gdzie obraz, pojawia się również i muzyka, która bardzo dobrze wpisuje się w pokazywane sceny, a niekiedy nadaje prawdziwie dramatycznego tonu.

Ostatnią kwestią, którą trzeba poruszyć jest polski dubbing. Powiem szczerze, że po obejrzeniu trailera obawiałem się o to jak brzmieć będą niektóre głosy w końcowej wersji. Okazuje się jednak, że tragedii nie ma, a jest wręcz naprawdę dobrze! Marcin Dorociński w roli głównej, Arkadiusz Jakubik jako Queiroz oraz Olga Bołądź, wcielająca się Carlottę, podołali swoim kwestiom dialogowym. Reszta prezentuje się przy nich po prostu znośnie, nie kalając ani uszu, ani oczu, lecz jednocześnie nie zapadając szczególnie w pamięć.
Jedyne, co może odrzucić niektórych widzów, to kilka wizji, czyli wydarzeń dziejących się w głowie Ryszarda Kapuścińskiego. Są do siebie nieco podobne w wydźwięku i przedstawieniu pewnych kwestii, ale jeśli ktoś jeszcze nie czytał książki lub nie oglądał filmu, nie będę zagłębiał się w spoilery. Mi osobiście te sceny wydały się po części zrozumiałe, lecz trochę zbędne.

Podsumowując: czy warto wybrać się na ten film? Gdyby nie mój kolega, pewnie sam bym go przegapił, czego wam robić odradzam - to jest produkcja, którą trzeba zobaczyć. "Jeszcze dzień życia" to historia ludzi w obliczu wielkich wydarzeń, ich pasjonujących, choć tak zwyczajnych losów, o których nie dowiedzielibyśmy się, gdyby nie odwaga, oddanie  i konsekwencja najwybitniejszego polskiego dziennikarza. Jeśli nie mieliście wcześniej styczności z jego dziełami, istnieje bardzo duża szansa, że film ten was przekona. Jeśli nigdy jego nazwisko nie obiło wam się o uszy, po seansie sami będziecie chcieli sprawdzić jego życiorys i dokonania.


A. Hitchcock - Tajemnica Trzech Detektywów 2018-11-13

Stany Zjednoczone Ameryki, Kalifornia.

Pani Darnley, ekstrawagancka miłośniczka wszelakiej maści zwierciadeł, wprowadziła się niedawno do starej posiadłości czarodzieja Drakestara. Wśród bogatych zbiorów damy znajduje się jedno szczególne lustro, wzbudzające równie wiele grozy, co fascynacji. Niegdyś  należało ono do sławnego iluzjonisty Chiava, który ponoć przeszedł na jego drugą stronę i nigdy nie powrócił... Pewnego dnia do willi pani Darnley włamuje się tajemniczy jegomość o niewielkiej posturze, jeszcze tego samego dnia pojawia się ostrzeżenie o klątwie zwierciadła, zaś w nocy z tafli szkła wyłania się jaśniejąca zielonkawym blaskiem złowroga twarz!
Nie ma bata, tajemnicę nawiedzonego lustra rozwiązać mogą tylko specjaliści - Trzej Detektywi!

Jeśli toczę z kimś dyskusję o serii książek, która kiedykolwiek wciągnęła mnie najmocniej, zawsze odpowiadam: "Zwiadowcy" J. Flanagana. Ale to nieprawda! Jeszcze u schyłku gimnazjum, w ręce wpadł mi cykl o Przygodach Trzech Detektywów, autorstwa Alfreda Hitchcocka (a właściwie Roberta Arthura i kilku innych pisarzy). Wydawany był on w latach 1964–1987 w wielu krajach, m. in. w Polsce dzięki uprzejmości wydawnictwa Siedmioróg..
 Doskonale pamiętam te beztroskie wakacje, gdy co parę dni chodziłem do biblioteki w pobliskim domu kultury tylko po to, by pożyczyć kolejny zeszyt, opowiadający nową, trzymającą w niepewności historię następnego śledztwa.
Ale o co tak właściwie chodzi? Jupiter Jones, Pete Crenshaw i Bob Andrews to trzech chłopaków, mieszkających w kalifornijskim Rocky Beach. Prócz standardowych rozrywek amerykańskich dzieciaków lat 70-tych, czas umila im prowadzenie agencji detektywistycznej od spraw rodem z serialu Scooby-Doo: przerażająca zjawa, jąkająca się papuga, gadająca czaszka, kaszlący smok, nawiedzone zwierciadło itd. Gdy zamigocze lampka ostrzegawcza, zamontowana na przyczepie, skrytej pod stertą gratów w składzie złomu, prowadzonym przez wujostwo Jupitera, nasi bohaterowie przechodzą specjalnymi rurami do wnętrza swej kwatery, gdzie odbierają telefon, wymieniają się informacjami i planują działania. Jupiter to Pierwszy Detektyw, ten od myślenia, analizowania faktów i podejmowania decyzji. Pete, jako Drugi, poszczycić się może dobrą kondycją i sokolim wzrokiem, zaś Bob (Trzeci) dzięki karcie bibliotecznej i dostępowi do wielu książek potrafi szybko zdobyć nierzadko kluczowe dane. Logiem organizacji są trzy znaki zapytania: biały, zielony i niebieski.

Każda przygoda opisana jest w cienkim, stu stronicowym zeszycie, na którego okładce zawsze widnieje zachęcająca grafika i charakterystyczne trójkątne logo. Styl pisania jest bardzo przyjemny w odbiorze, fabuła trzyma się porządku, zaś akcja dość szybko nabiera tempa aż do finałowej konfrontacji i rozwiązania zagadki, której ostatnie wątki domyka rozmowa Detektywów z ich zaprzyjaźnionym reżyserem Alfredem Hitchcockiem. Właśnie dlatego na okładce widnieje jego nazwisko: wygląda to tak, jak by to on przelał na papier kolejną historię, usłyszaną od tytułowych bohaterów.
Poza kilkudziesięcioma zeszytami Przygód Trzech Detektywów, ukazało się jeszcze kilkanaście spod szyldu "NOWYCH Przygód Trzech Detektywów", gdzie chłopaki chodzili już do koledżu, zaczęli interesować się dziewczynami, robili prawo jazdy, a i rozwiązywane przez nich sprawy nabrały powagi i jeszcze większego ryzyka. W mojej opinii, obie serie były na swój sposób dobre, więc nie silę się nawet na porównywanie.

Ostatnimi czasy, chcąc uciec trochę w przeszłość, zakupiłem za kilka złotych wspomnianą wyżej "Tajemnicę Nawiedzonego Zwierciadła". Niby tłumaczyłem sobie, że "to na potrzeby notki", ale wiecie jaka jest prawda: po prostu musiałem mieć choć jeden z tych zeszytów. Jak mi się więc wracało? Bardzo przyjemnie, muszę rzec. Biorąc pod uwagę, że są to książki skierowane do nastolatków oraz to, że nie ma tu aż takiego napięcia jak we współczesnych kryminalnych bestsellerach, to jednak próby zabójstwa, porwania, a nawet igranie z ogniem (palnym) robią swoje.
Choć jest pewna kolejność czytania, książki nie są z sobą fabularnie połączone, więc można "wskoczyć" do lektury przy dowolnym zeszycie. Wszelkie niuanse są zawsze krótko wyjaśniane, więc nie ma problemu z przyswojeniem "lore" serii (Czerwona Furtka Korsarza, dieta SADKO etc).
Podsumowując, jeśli lubisz Scooby Doo i przymkniesz oko na standardy "poważnego" kryminału, z pewnością w mig odnajdziesz się w przygodach trio z Rocky Beach. Zapewne mówię to trochę przez sentyment, ale naprawdę warto zapoznać się z przynajmniej jednym ich śledztwem, jeśli tylko będziecie mieć taką okazję.


BON: Dostrzec potrzebujących 2018-11-06

Znalazłem pierwszą pracę!

A właściwie "pracę", bo 13,25 zł za godzinę (czyli jakieś 8 zł na rękę) nie pozwolą mi utrzymać się jeszcze w 100% samodzielnie, jednak nie dla pieniędzy podjąłem się wyzwania, jakim jest asystent osoby niepełnosprawnej.
Już na drugim roku szukałem jakiegoś wolontariatu, jednak na samym planowaniu się skończyło. Tymczasem już we wrześniu w oczy rzuciło mi się ogłoszenie Biura Osób Niepełnosprawnych w naszej uczelni. "Teraz albo nigdy", pomyślałem sobie. Mam bardzo dużo czasu wolnego, prawdziwej pracy jeszcze podejmował nie będę, bo na rynku liczy się dyspozycyjność, a gdzieś tam w głębi serca kryje się u mnie potrzeba pomagania innym.

Napisałem więc maila i czekałem na odpowiedź. Dostałem ją już dwa-trzy tygodnie temu i zostałem zaproszony na krótką rozmowę. Tydzień temu odebrałem zaś telefon o potrzebie kontaktu z dziewczyną, która już jest asystentką. Potrzebna jest pomoc dla pewnego niewidomego. Zadanie jest proste: trzeba tylko przejechać się z nim z uczelni do jego domu.  Aby mnie oswoić z sytuacją, podczas pierwszego przejazdu towarzyszyła mi wspomniana wcześniej asystentka.
Nie będę męczyć was zbędnymi szczegółami: skontaktowałem się z kim trzeba i umówiłem pod uczelnią, choć towarzyszył mi nie lada stres. Czy sobie poradzę? Czy to dobra decyzja? Czy na pewno tego chcę?
Na miejscu moje obawy szybko przerodziły się w poczucie dziwności sytuacji. Poznałem zarówno asystentkę jak i samego zainteresowanego - "E". Nie widzi on od dwóch lat i przez kilka miesięcy chce z kimś przebywać drogę na uczelnię, aby nauczyć się trasy. Gdy tłumaczył mi na czym moje zadanie będzie polegać, wszystko wydawało się proste. Gdy jednak położył mi rękę na ramieniu, a ja miałem po prostu iść przed siebie, poczułem lekkie...zażenowanie. "OMG, co ja robię", "To nie tak, na co mi to było!" - takie myśli pojawiały się w mojej głowie, jednak prowadziłem E., idąc swoim tempem i rozmawiając ze swoimi towarzyszami. Było mi wstyd za siebie, za te myśli, te uczucia: jak mogę w ogóle tak się czuć?! Jak mogę nagle w takiej chwili przejmować się czymkolwiek?! Na to się pisałem, to jest dobre, pomagam komuś i to zaowocuje w przyszłości! A ty, wewnętrzny głosie, nie przeszkodzisz mi w tym, więc, że tak grzecznie powiem, zamknij japę!

"Wewnętrzny" zamknął się, skulił cichutko w kącie mojego umysłu. Eter wypełniła rozmowa z E., która tylko mnie podbudowała. Od 10 lat pracuje jako DJ w trzech krakowskich klubach, gra różne gatunki muzyki, ma w domu własny sprzęt. Poruszanie się po świecie wydawało dla niego jedynie utrudnione, lecz nie niemożliwe. Obserwując jego zachowania podczas podróży, klaskanie raz po raz oraz samotne przechadzki o kilka kroków bez asekuracji (w celu nauczenia się układu zabudowań oraz przejść), dostrzegłem jak wiele można się nauczyć od takich osób! Nie narzeka, nie siedzi w domu, nie użala nad sobą - on działa, chodzi, stara się uporać z rzeczywistością, mimo utraty najważniejszego zmysłu. A my, durni zdrowi ludzie mamy problem, gdy pryszcz nam wyskoczy na czole! W sensie, rozumiem takie wyrzuty do wad kosmetycznych, sam takowe kiedyś miałem, ale patrząc na prawdziwe problemy innych, nie jestem w stanie uwierzyć jak bardzo nie doceniamy samych siebie. Zwłaszcza, gdy możemy widzieć, patrzeć, słuchać, mówić i gdy wyczuwamy różne przedmioty: ich miękkość, chropowatość, zimno, ciepło...
Jutro wstaję na 8:00, jadę do E., odprowadzam go na uczelnię. Później jakiś szybki seans, o 13stej krótkie spotkanie w wolontariacie, a od 15stej do 19stej szkolenie na asystenta. Dalej dzień przerwy i piątek znów: na 8smą, trzy godziny szkolenia, a potem znowu przewóz E.

Chyba będę musiał się przyzwyczaić do braku czasu. A pomału, powolutku trzeba pisać pracę licencjacką o założeniach TVP w kontekście standardów telewizji politycznych na świecie. Bo czy ta władza, czy każda poprzednia, wszyscy z TVP robią sobie tubę propagandową, czyli całkowite zaprzeczenie założeń prawdziwych mediów publicznych. Ale to już mój licencjat. Może wrzucę wam kiedyś notkę streszczającą.


PKP - Piekło Kolejowej Patologii 2018-11-01

NOWA NOTKA!


PKP - Piekło Kolejowej Patologii 2018-11-01

Szybki, spokojny powrót do domu na kilka dni? Nie w Polsce, kurwa...

Godzina 16:20. Wychodzę z domu na przystanek i wsiadam do tramwaju, oznaczonego numerem 50. Jadę na dworzec. Po chwili orientuję się, że pojazd w środku zmienił trasę i numerację na 83. Za pół godziny miałem stąd wyjeżdżać, wysiadam więc na Lubiczu, idę na rondo Mogilskie. I tak się spóźnię, myślę sobie, pojadę następnym. Sprawdzam w smartfonie: kolejny pociąg jedzie o 18:54. Mam jeszcze czas, więc jadę kupić bilet. Jak się okazuje, postąpiłem słusznie. Kolejki do kas ciągnęły się jak korowód pielgrzymki częstochowskiej. Dwadzieścia minut później miałem już bilet w ręku i ciągle ponad godzinę czasu w zapasie. Nic to, myślę, jadę do domu, posiedzę w mieszkaniu i wrócę znów. W tramwajach kolejne tłumy jak na fermach KFC.
Godzina 18:20. Minął czas, wracam na dworzec, przebijam się przez tłumy, docieram na peron.

Godzina 18:54. Pociąg opóźniony 28, 29, 30, 35 minut. Standard dla PKP, i tak się cieszę, że poczekam tylko tyle.
Godzina 19:25. Pociąg podjeżdża. Szukając wolnego miejsca do stania przez półtorej godziny w przedziale, uzmysłowiłem sobie co znaczy powiedzenie "od zajebania". Było bowiem tyle ludzi, że nie szło się nawet przecisnąć przez cienkie jak penis przeciętnego Janusza korytarze, a niektórzy stali centralnie w drzwiach. Słowem, poczuć się można było jak na dworcu w jakimś nazistowskim getcie. Cudem znalazłem dla siebie miejsce przy wejściu do "Warsu". Stała tam tylko jedna dziewczyna, nawet dość ładna. Z baru wychodzi kelnerka i kelner. Rozmawiają o dodatkowych 5-10 minutach oczekiwania, bo doczepiają dwa wagony, bez rezerwacji. "Mogą sobie państwo tam usiąść", mówi kelnerka. Nie, dziękuję, nie uśmiecha mi się przebijać przez ten wypełniony ludzkim bydłem wagon. Co chwila z "Warsu" ktoś wychodził z kilkoma butelkami piwa. No tak, to zrozumiałe. Na zdrowie, panowie!
Ciekawostka: ponoć ludzi było pełno już od Wrocławia, lecz wagony doczepili dopiero w Krakowie. Paranoja, nie?

Godzina 19:36. Stoimy w Płaszowie. Tak, kurwa, jeszcze nie wyjechaliśmy poza Kraków. Podobno było jakieś potrącenie. Jeśli śmiertelne, to czekamy trzy godziny. Jeśli niedoszły nieboszczyk żyje, jedziemy za kwadrans. Moje myśli kotłują się, zwijają, rozwijają, łączą i dzielą, a w ich wyniku nasuwają się jakże piękne, adekwatne i dobitne słowa: "No żesz ja pierdolę!".
I tu wtrącenie, mała porada dla przyszłych samobójców: jeśli ktoś chce z sobą skończyć, to miejcie, proszę, litość dla innych i nie wkurwiajcie świata jeszcze bardziej. Podetnijcie  sobie żyły, skoczcie z mostu do rzeki, powieście się, zastrzelcie, zażyjcie proszki, ale nie rzucajcie się na drogi! Wszystko jedno, czy pod wami jest autostrada, czy torowisko. Być może tak naprawdę jesteście w swoim środowisku szanowani i doceniani, być może tylko wmawiacie sobie słabą wartość wewnętrzną, ale zaręczam wam: ludzie będą na was rzeczywiście wkurwieni, jeśli opóźnicie ich dzień...dzień ŻYJĄCYCH. Dotarło?!

Godzina 19:51. Wyjeżdżamy z Płaszowa (nareszcie!) i już bez przeszkód zapieprzamy z prędkością błyskawicy. Z "Warsu" wychodzi jakiś koleś, mówi że od dekady jeździ pociągami i nawet, gdy za komuny były tak samo pełne pociągi, to nie było mowy o spóźnieniu. "A w niedzielę będzie ten sam syf, jak co roku kilka razy na dłuższe weekendy! Czekam tylko jak wejdzie w życie unijna dyrektywa o zwrocie 100% kosztów za bilety przy spóźnieniu minimum jednej godziny!". Ciężko się z nim nie zgodzić, przyznacie.
Władze się zmieniają, ludzie odchodzą i przychodzą, a PKP rok w rok działa tak fantastycznie i sprawnie jak szwajcarski mechanizm naprawiany przez domorosłego zegarmistrza.

Do domu dotarłem po godzinie 22:20. Już się boję jak będzie wyglądał mój powrót w niedzielę! Myślę nawet czy nie opłacałoby się wrócić w sobotę, ale gdyby miało być takie samo piekło komunikacyjne jak wczoraj, to już lepiej poczekać ten jeden dzień.
Dziś taka bardziej wulgarna notka, wybaczcie. Jutro za to wrzucę wam coś bardziej spokojnego, pozytywnego i radosnego. Będzie na co czekać, zaufajcie mi! :)


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]