Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Ja, Akolita, czyli moja pierwsza sesja RPG 2018-02-25


Była to blada i zimna sobota...
Chodniki wokoło pokrywała lekka niczym pianka warstwa śniegu. Tylko prawdziwym śmiałkom chciało się wychodzić gdziekolwiek w ten chłodny dzień. Wśród odważnych byłem również ja. Stopy zaprowadziły mnie na ulicę Saską, gdzie w jednym z mieszkań czekał na mnie list od mistrza Ottona Blumfena. Było tam również trzech innych bohaterów: elf Gilrond Płatek Róży, niziołek Edzio i grabarz Wilhelm. Jak oni, tak i ja musiałem odpowiedzieć na wezwanie Zakonu Kruka, wszakże od kilkunastu lat jestem akolitą Morra, boga śmierci i podziemnego świata. Witajcie, zwę się Luther, a to mój warhammerowy debiut!


Jakoś pod koniec zeszłego roku na swoim fanpejdżu G.F Darwin ogłosiła, że weźmie udział w sesji RPG na kanale Twitch niejakiego Michała "Baniaka" Bańko. Ich jednostrzałowa przygoda trwała 1,5 godziny, jednak zdążyła na dobre zakorzenić we mnie ciekawość do gatunku. Wyszukałem na YouTubie kanał Baniaka, obejrzałem kilka filmów, śledziłem na żywo  trzysesyjną kampanię z Darwinami, aż wreszcie wstąpiłem do grupy "RPG Kraków Gramy" na Facebooku. Pozostało mi tylko czekać na odpowiednią okazję, w międzyczasie zamawiając kostki do gry i czytając w PDF-ie podręcznik do systemu Warhammer: Fantasy Role-Play.
Nim przejdę dalej, kilka słów wyjaśnień. RPG to, z angielskiego, Role-Playing-Game, a więc gra w odgrywanie ról. Przeżywa się przygody w wymyślonym świecie, opartym na konkretnych mechanikach, każdy ma swoją kartę postaci z opisami jej zdolności, cech, statystyk czy ekwipunku. Nad sesją i mechaniką niepodzielnie rządzi Mistrz Gry. To on prowadzi drużynę poprzez historię, opisuje miejsca jakie śmiałkowie odwiedzają i wciela się w postacie niezależne. Sesja trwa zazwyczaj od około dwóch do nawet, jak w moim przypadku 6-7 godzin, ale wbrew pozorom mijają one naprawdę szybko, o czym się z resztą przekonałem.

Wracając: czekałem na odpowiedni moment, by wstawić komentarz z zapytaniem o dołączenie do sesji. Okazja nadeszła szybciej, niż się spodziewałem. Niejaki Łukasz wstawił post: "poszukiwana czwarta osoba do sesji Warhammera; preferowany początkujący gracz; będą wyjaśniane podstawy, gdyż większość osób jest pierwszy raz". Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, napisałem odpowiedź. Kilka minut później otrzymałem wszelkie instrukcje, przekazałem, że jestem nowy, mam już kostki i znam trochę podstaw. Dostałem zaproszenie na godzinę 15:00, blok przy ulicy Saskiej, rozgrywka u kolegi Mistrza Gry. Natychmiast odwołałem spotkanie z Nickiem (Black Panther mógł poczekać!) i zacząłem przeglądać raz jeszcze podręcznik do WFRP (Warhammer - Fantasy Role-Play).
Po drodze kupiłem jeszcze jakieś ciastka i sok jabłkowy, co by nie było, że przychodzę w gości z pustymi rękoma. Po drodze spotkałem trzeciego gracza, Grzegorza, który wyglądem przypominał mi osobę, poznaną na wakacjach zeszłego roku (ach, ci sobowtórzy!). Szybki telefon, "puk-puk" w domofon i już byliśmy na miejscu.
Mieszkanie nie było duże ani nowe. Drewniane drzwi, małe komódki, niewielki korytarz, oddzielna, równie wielka ubikacja; jakby nie patrzeć, standardowe PRL-owskie budownictwo. O dziwo, krzątało się tam całkiem sporo osób. Oprócz mnie i Grześka, byli jeszcze "niziołek" Maciek,  Adam "elf", Mistrz Gry Łukasz oraz kilku innych, mniej istotnych dla nas domowników. Na stole, złożonym z kilku kwadratowych stolików, mieściło się zaskakująco sporo: trzy paczki chipsów, zgrzewka piwa, dwulitrowa butelka soku, kilka kubków i szklanych kufli, kartki, ołówki, kostki i laptop Łukasza. Miejsca do siedzenia, jak na te warunki, nie było wiele, ale wystarczyło, że każdy miał na czym grzać tyłek. Z komputera, stojącego na biurku obok, leciała klimatyczna, średniowieczna melodia, przeplatana z muzyką z Wiedźmina 3 oraz Dragon Age: Inquisition.
Pierwsza godzina naszego spotkania upłynęła na przedstawieniu mechanik. Z uwagą śledziłem każdy segment swojej karty postaci, by jak najlepiej zrozumieć zasady wyliczeń podczas rzutu kośćmi. Nie wszystko jeszcze pojmuję w stu procentach, ale z każdą kolejną sesją powinno być coraz lepiej. Nie będę was jednak zanudzał niepotrzebnymi bzdetami i przejdę od razu do meritum.
Przygoda dotyczyła poszukiwań niejakiego Petera Weissa, kapłana Zakonu Kruka, opiekuna cmentarza niedaleko mieściny Munkenhof. Od roku nie dawał znaku życia, mistrz Otto wysyła więc swojego ucznia, zwiadowcę, grabarza oraz strażnika pól uprawnych na pełną przygód i niebezpieczeństw misję. Aby nie spoilerować, wspomnę tylko, że scenariusz pochodzi od samego Baniaka i nosi tytuł "Przez Bramy Morra". Bardzo dobry materiał na sesję!

Skłamałbym mówiąc, że przez bite sześć godzin siedzieliśmy w  skupieniu i przy pełnej powadze. Wczuwaliśmy się w role, ale co rusz była jakaś śmieszna sytuacja. Niemal całą sesję dowcipkowaliśmy z "elfa-pedała" z racji jego kwiecistego przydomku, dziwnych akcji, które ktoś z nas zrobił bądź wypowiedzianych kwestii. Najzabawniej było chyba wtedy, gdy  jako akolita Luther, powiedziałem: "Słuchajcie, miałem sen...". Nie było to zamierzone, ale jakże cudnie wpisało się w sytuację!
Jaka była moja postać? Wyniosła, lubiąca traktować z góry zwykłych wieśniaków oraz wykorzystywać swoją pozycję społeczną i wykształcenie w piśmiennictwie do osiągania własnych celów. Szkoda tylko, że nie grałem magiem, a studentem kapłaństwa (choć, wbrew temu co zauważył Maciek, bynajmniej nie jest to służący dobremu bóstwu kleryk z ministrantem w ekwipunku).
Niestety wszystko, co dobre, szybko się kończy. Dwóch graczy musiało wcześniej wyjść, pozostawiając na placu boju akolitę i niziołka. Mistrz Gry wziął na siebie postać grabarza, gdyż ten po drodze znalazł pewien przydatny artefakt, zaś elf "uznał, że rozwiązaliśmy sprawę i poszedł sam zgłosić raport".
Gdy wracałem, było już po 22-giej. Gra "ciutkę" się niepotrzebnie przedłużyła, ale była to jednocześnie pierwsza sesja Łukasza: w ogóle  jak i w roli Mistrza Gry. Scenariusz wraz z postaciami pobrał gotowy z internetu, choć przygotowania zajęły mu tydzień. Jak sam mówi, na razie chce odpocząć od RPG-ów, ale Maciek z kolei zapowiedział przygotowanie przygody na podstawie pierwszej części gry Neverwinter Nights, co zajęłoby mu około miesiąca.

Mam nadzieję, że na tym nasze erpegowe spotkania się nie skończą i dane nam będzie jeszcze co jakiś czas grać. Jeśli nie będzie odzewu od nich, cóż, poszuka się innej drużyny. Jestem tym typem człowieka, który coś zaczyna i nie kontynuuje. Tak było z breakdancem, tak było z opowiadaniami, tak było z dębickim kółkiem poetyckim (choć to akurat wina braku czasu, miejsca oraz paru innych czynników).
Jeśli jednak idzie o RPG-i, czas ich odkrywania dopiero się zaczął, a jako że lubię wcielać się w różne role, zwłaszcza te z wymyślonych uniwersów, z pewnością czeka mnie jeszcze nie jedna sesja.
Wczoraj po sześciu godzinach odgrywania akolity byłem głodny i totalnie wykończony. A mimo to, mam ochotę na więcej!


GryPamiętne #4 - Spartan: The Gates of Troy 2018-02-19


"Przechodniu, powiedz Sparcie: tu leżym, jej syny, prawom jej do ostatniej posłuszni godziny"


Był ciemny, zimny wigilijny wieczór. Mieszkałem jeszcze z rodzicami w starym mieszkaniu z małą sypialnią dla mnie i brata oraz dużym pokojem/sypialnią rodziców. Pamiętam, że tego dnia uciąłem sobie popołudniową drzemkę, a gdy rodzice zbudzili mnie na świąteczną wieczerzę, byłem niepocieszony. Z naburmuszoną miną siedziałem przy stole, nie chciałem się do nikogo odzywać, a na wszelkie uwagi odprychałem tylko pod nosem. Zachowywałem się wówczas jak na małego gnojka przystało, a mimo to dostałem od mamy prezent. Jako że już od jakiegoś czasu znałem prawdę o Świętym Mikołaju, bezpośrednio poprosiłem ją o grę, w której mógłbym stawiać budynki, rekrutować armię i atakować przeciwnika; słowem: byłem głodny porządnej strategii w realiach starożytności lub średniowiecza. I tak w moje ręce trafił Spartan, wydana w Polsce w 2004 roku przez Play-publishing "totalwaropodobna" produkcja studia Slitherine. Pokochałem tę grę od pierwszego jej uruchomienia. Krótkie, ale klimatyczne intro w którym 300 mężnych Spartan wystawia swe włócznie, gotowe przyjąć na siebie uderzenie perskiej fali od razu nastroiło mnie do przyszłych podbojów.

Jeśli graliście kiedyś w którąkolwiek strategię turową od Creative Assembly, szybko zrozumiecie podstawy rozgrywki. Zarządzamy jednym z wielu antycznych ludów, reprezentujących takie kultury jak perska, ilyryjska czy macedońska. Naszym celem jest zazwyczaj zdobycie określonej liczby miast Grecji i Bliskiego Wschodu. Aby tego dokonać, trzeba rozbudować już posiadane, zająć się gospodarką i dyplomacją, rozporządzać badaniami, zadbać o zadowolenie mieszkańców i wreszcie rekrutować wojska. Nie dziwota więc, że bez poświęcenia uwagi na każdy z tych aspektów, szybko zacząłem mieć niemałe kłopoty. Bez farm żywności  moja armia zaczęła umierać z głodu; gdy skończyły się cegły, nie byłem w stanie utrzymać budynków w miastach a ludzie przestawali pracować. Sąsiedzi zaś po rosyjsku okazywali "bratnią pomoc" przysyłając kilka wyszkolonych oddziałów, niosących na srebrnych półmiskach głowy moich dyplomatów.
W miarę kolejnych i kolejnych rozgrywanych scenariuszy (gra nie posiada bowiem jako takiej kampanii) stopniowo uczyłem się zwracania uwagi na każdą drobnostkę, cierpliwego podejścia do polityki i gospodarki, których pomyślne rozwinięcie oznaczało zielone światło dla moich wojsk. Rozwijałem biblioteki i uniwersytety, aby zdobyć jak najwięcej punktów nauki, które później przeznaczałem na badania miedzi. Osiągnięcie odpowiedniego poziomu technologicznego pozwoliło mi na wyszkolenie lepszych jednostek lekkiej, a później ciężkiej piechoty. Gdy rozwijały się uczelnie, mogłem przyspieszyć prace nad drewnem, które udostępniły mi później nowych harcowników. Potem konie dla ciężkiej kawalerii, a w międzyczasie złoto, żeby dyplomaci, których zawczasu wysłałem do sąsiadów, mogli sprawniej działać. Ci z kolei nie próżnowali. Starali się zyskać przyjaźń i pomoc ościennych miast państw, zapewniając mi spokojny rozwój i cierpliwe planowanie inwazji.

Jak widzicie, gra stoi mechaniką zarządzania, lecz z pewnością nie trybem bitew. Przed każdym starciem ustawia się jednostki w różne formacje i wydaje odpowiednie rozkazy. Jeśli dysponujemy konnicą, już podczas planowania zobaczymy umiejscowienie jednostek wroga. Niestety wraz z wejściem do bitwy zdajemy się na łaskę sztucznej inteligencji. Nie można tu, jak w serii Total War, błyskawicznie zmieniać taktyki w zależności od sytuacji na polu walki. Jest tylko opcja ucieczki, szarży ("walić rozkazy, huzia na Józia!"), zbiórki (chwilowego wzmocnienia morale wojsk) oraz przyspieszanie i zatrzymywanie starć.
Sama walka nie prezentuje się też jakoś szczególnie, ot chmara ludzików bije się z drugą chmarą. Przy efektowności Rome czy Medieval, Spartan może się schować. W dodatku ciągle w tle przygrywa jedna i ta sama bojowa muzyka (niezła, z pewnością nie da się nią znudzić, ale  przydałaby się jakaś różnorodność).
In minus zaliczam też niewielką liczbę scenariuszy do wyboru. Mniejsze ukierunkowane są przede wszystkim na krótszą, niezobowiązującą zabawę oraz niekiedy oddanie znanych wydarzeń historycznych i mitycznych, jak wojna trojańska czy oblężenie wąwozu Termopile. Prawdziwe wyzwanie zaczyna się jednak na mapach Grecji i Azji Mniejszej, gdyż nawet po zdobyciu docelowych 30 miast nadal można kontynuować prowadzenie wojennej kampanii do ostatniego istniejącego przeciwnika.

Grafika dziś nie zestarzała się jakoś diametralnie. Choć najwięcej zastrzeżeń w tym aspekcie budzą modele jednostek podczas bitwy, to ich widok nie kłuje za bardzo po oczach. W dodatku gram na Windowsie 10, bez żadnych wspomagaczy w postaci emulatorów, a to już duży plus. Wiecie, co nowy system od Microsoftu, to więcej starszych produkcji, które nie odpalą się na nich wcale. Musiałem jedynie ściągnąć mały plik d3drm.dll i skopiować do folderu z grą.
Muzyka zaś to niezwykła uczta dla uszu. Utwory muzyczne odtwarzane podczas fazy strategicznej można policzyć na palcach jednej ręki. W pewien sposób wpasowują się do rozgrywki, nadają jej klimatu, ale zdecydowanie nie są to melodie w klimatach starożytności. Sam nie wiem jak je dokładniej opisać: cyber-electronic-wave? Z resztą, co się będę silił, włączcie jakikolwiek gameplay na YT, aby się przekonać (soundtracku niestety nigdzie nie znalazłem).
Do mojego wydania gry dołączony jest również niezależny dodatek Gates of Troy. Chociaż jest to to samo, tylko z innymi scenariuszami i frakcją Rzymian, za każdym razem instaluję oba te programy, by mieć więcej map do wyboru.

Nawet nie wiecie z jak wielką ulgą i satysfakcją zasiadłem parę dni temu do Spartana, po paru długich latach, setkach prób instalacji, przy z wolna traconej nadziei i wzrastającej wierze w to, że moja płyta się zepsuła, bo nie była w stanie prawidłowo zainstalować gry. Gdy to się w końcu stało, lotem spartańskiej włóczni minęło kilkaset tur i parę godzin. Ale czy mogło być inaczej, skoro motyw przewodni rozbrzmiał w słuchawkach? Oto gra, której - z sentymentu i zamiłowania - nie zapomnę nigdy!
A teraz wybaczcie, muszę przygotować się do wojny z Pergamonami. Po latach serdecznej przyjaźni rozrośli się tak bardzo, że trudno mi teraz będzie wbić im nóż w plecy!


[Ten utwór...Kocham ten utwór <3 https://www.youtube.com/watch?v=yhMaXrvG5i4]


WalęTynki i Popie(rdo)lec 2018-02-14

Dziś dwa pytanka. Tak zbiorczo. Będzie emocjonalnie, będzie nieco wulgarnie...Ale muszę się wyżyć, cholera!

Kto wymyślił to popieprzone "święto" zwane Walentynkami?
Nie dosyć, że się, misie kolorowe, musicie obnosić ze swoim uczuciem na złość wszystkim samotnym, to jeszcze "na pocieszenie" daliście nam (o, łaskawcy!) Dzień Singla, który właściwie mało kogo obchodzi? Za kogo wy się uważacie, kupując kwiaty, chodząc do kina czy restauracji na wyjątkowe, walentynkowe randki? Do szewskiej pasji doprowadzają mnie te "słitaśne" serduszka, czerwone pudełka czekoladek, owinięte w równie czerwone kokardki! 
Na pawia mi się zbiera, gdy stojąc w kolejce do kasy, jestem zmuszony wysłuchiwać jak to bardzo ktoś kogoś kocha i co by takiego dla tego kogoś zrobił! Przecież za każdy taki tekst powinno się rozdawać wszystkim wokół torebki na wymioty! Dość mam już tego emanującego miłością i uczuciem świata! W rzyć wsadźcie sobie spragnione atencji ckliwe fotki na Facebooku, gdzie trzymacie się za ręce, całujecie i upamiętniacie jedną z wielu "cudnownych" chwil. Jedyne, co prowokujecie, umieszczając na swoim "wallu" takie gówno, to równie chore komentarze: "Słodcy!", "Piękni!", "Kochani!"... Ku*wa jego mać, jak głębokie macie dupy, by trzeba było w nie włazić aż tak głeboko?!
Nawet radia dziś nie można odpalić, co jedna piosenka, to ten sam schemat: miłość szczęśliwa/nieszczęśliwa, zdrada, nieżałowanie po zdradzie, motywacja ala "olej typa"... Tyle tematów na piosenki, tylu zdolnych  twórców, a tematyka wciąż ta sama. O najsilniejszej kinie polskiej kinematografii (komedie romantyczne) już chyba nawet nie muszę się rozpisywać.

I nie, to nie jest "ból dupy, bo jestem samotny, a wy nie". Nie potrzebuję czasożernej, głupiej flądry, która i tak mnie w końcu zdradzi. Wszystkie przecież jesteście takie same. Facet chciałby zaufać, dołożyć coś od siebie, a i tak w lwiej części przypadków kończy się nieszczęściem. I choć serce mówi co innego, rozum bezkompromisowo dominuje: nie ufaj dziewczynom w 100%! A jeśli któraś kiedykolwiek wyznałaby ci uczucie, pomyśl czego naprawdę chce i zakończ znajomość. Nie dam się znów wrobić, nie będę jak dzieciak ryczał po nieudanym związku! Raz popełniłem ten błąd, na pewno niektórzy z was pamiętają. To był dziwny przypadek, abstrakcyjny, można rzec. Jednak nauczył mnie on jak powinno się traktować te wszystkie banialuki o "pięknym związku". Jestem słaby emocjonalnie, więc nie dam się podejść kolejnej. Już nikt ze mnie nie zadrwi, że "kocha".

Wkurzeni? Zniesmaczeni? Jeśli nie, to poczekajcie na drugie pytanie:
Jakim trzeba być idiotą, by w tak zimny, śnieżny dzień zawalić całe miasto samochodami tylko po to, by pojechać do kościoła posypać głowę popiołem?
Świątynie pękają w posadach od nadmiaru ludzkiej trzody, stawiającej się na wezwanie "Pasterza", by pokornie przyjąć na czuprynę garść ziemi, w którą i tak wszyscy się kiedyś przeistoczymy. A przecież "Pan Jezusek" się cieszy, gdy tak wielu go odwiedza i po raz n-ty rozmyśla nad kruchością życia (jakby jeszcze komuś Wszystkich Świętych nie wystarczało). Pokora, oddanie, skrucha...A tymczasem księża w zakrystiach tylko podliczają pieniądze i "kręcą bekę" z tych wszystkich naiwniaków! Ale co się dziwić, skoro w tej religii leżenie plackiem, tj. krzyżem, to wyraz najwyższego hołdu dla wymyślonego dwa tysiąclecia temu bożka?
Tak wiele było religii, tak wielu bogów, tak wielka wiara w nich była pokładana za każdym modłem, a dziś zastąpił ich jeden, uniwersalny, zawsze dobry, bezkompromisowo wręcz.
Dobra, ale dość o wierze: wróćmy do wierzących! No jak tam dziś było w kościółku, co? Pomodleni? Zadowoleni, że pokazaliście się sąsiadom, żeby nie było "gadania"? Idę o zakład, że w przynajmniej połowie waszych domów ta jakże wspaniała godzina modłów nie zmieniła zupełnie niczego. Pokłócić się, pokraść trochę, nawyzywać, obgadywać za plecami, potem do kościółka i znowu to samo po powrocie. Och, wy smutni hipokryci!
Ale, żeby nie było, że tylko krytykuję, muszę pochwalić waszą niezłomność. Dla czegoś, co nie istnieje, potraficie wychodzić z domu, poświęcać czas, pieniądze, czasem nawet posadę i życie! Potraficie bić się jak lwy, maszerować, wdawać się w kłótnie i wojny w imię zapisanej przez ChujWie Kogo obietnicy setek dziewic. Ach, no tak, to nie wam to obiecano, przepraszam! Wy dostaniecieklęczenie w Niebiosach i wychwalanie Jego imienia przez całą wieczność...Ta, super, wyśmienita nagroda. Bez bólu, bez głodu, bez cierpienia, ale za to z wywyższaniem jednego kolesia przez całe następne lata. Ja jednak podziękuję. Przynajmniej po śmierci nie będziecie mogli tego żałować; i tak przecież się rozpłyniecie w niebycie, a świadomość zostawicie po stronie żywych!


Już po SESJI! 2018-02-02

Kazałem wam trochę czekać, wiem.

Tak w ogóle to wpis miał być o czymś innym, ale w takim razie zostawię sobie tamten temat na kiedy indziej.  Dziś będzie o sesji.
Bo widzicie, praktycznie wszystkie przedmioty już zaliczyłem. Zostały jeszcze nowe media, ale o tym pod koniec. Jak w poprzednim, tak i w tym roku nie było z zaliczeniem żadnych problemów. System polityczny RP? Wystarczyło na trzy godziny przysiąść do pięciostronicowego elaboratu na temat wartości ustrojowych RP oraz je pokrótce zanalizować i już czwóreczka wpadła. Profesor Waniek była hojna, dając nam do wyboru egzamin ustny lub zaliczenie automatyczne wyżej opisaną pracą, choć paradoksalnie z tej możliwości skorzystała jedynie połowa naszego roku. Z odpytywanką zaś podobno poradziłby sobie nawet przeciętny gimbus, bo wszystko sprowadzało się do podstaw WoS-u. Konstytucja, partie polityczne, prawa obywatelskie...Nic, czego by nie wyczytać z ustawy zasadniczej, którą, jak wiemy, PiS łamie jak Bond kobiece serca.
Problemy współczesnej Europy nomen omen problemem również nie były, choć mało brakowało, a skończyłoby się na tytanicznej pracy nad książkami. Prezentacja z Brexitu była tylko z pozoru prosta. Wielu rzeczy ja i Bohdan nie wiedzieliśmy, a i cały czas czytaliśmy z kartek. No i te slajdy kopiuj-wklej...No nie zauważyliśmy ich, ok? Z dobroci i prawa łaski, jaka mu przysługuje, profesor zaliczył nam na "3", bo "jakby to nie był nasz pierwszy projekt, to odeszlibyśmy z niczym".
Film z telewizji/operatorki/montażu też nie poszedł zbyt dobrze. Nie trzymaliśmy się scenariusza, improwizowaliśmy, źle kadrowaliśmy...Jedynie montaż uratował sytuację, bo przynajmniej mogliśmy dodać jakieś śmieszne efekty dźwiękowe. Korci mnie, żeby wam ten "cringe" pokazać, ale przed wstawieniem tego na "tuby" powstrzymuje mnie fakt, że nie znacie mojej pięknej facjatki, a jakoś nie mam zamiaru się ujawniać ;)
Grunt powiedzieć, że projekt wyszedł śmieszniej, niż pierwotnie zakładaliśmy, choć profesor od operatorki miał zastrzeżenia. "3+" wystarczy.
Na prawie już lekki stres mógłby być. Dużo materiału, ale z drugiej strony to tylko test, więc, że tak napiszę slangiem, "EZ" (easy - z ang. 'prosto'). Eliminacja, strzał i znajomość poprawnej odpowiedzi to, umówmy się, nic skomplikowanego do ogarnięcia. Tym bardziej, że, jak dowiedzieliśmy się od jednej z koleżanek, pan doktor daje wszystkim ten sam test. A pisząc wszystkim, mam na myśli również nas. Co może być więc prostszego niż uczenie się odpowiedzi do pytań testowych z prezentacji, które podesłał na maila?

Nieszczęście spadło dopiero na sam koniec: systemy medialne na świecie. Egzamin ustny, 35 zagadnień do opracowania, na egzaminie losowanie dwóch pytań. Tematyka: podobna. Materiału: od cholery! Kilkanaście państw, każde z własną publiczną i komercyjną siecią TV i radiową, prasą, strukturami finansowania mediów oraz ich regulacji, a także stowarzyszeniami dziennikarzy. Skandynawia podobna do siebie jak Bracia Pierdolec (jak  ja ich, ku^wa, nienawidzę!)*, rozróżnianie Niemiec od Austrii i Szwajcarii, opisywanie zmian w mediach...Kilka dni stanowczo nie wystarczy na dobre opanowanie całego materiału!
Czekamy więc na swoją kolej z Bohdanem. Drzwi się otwierają, mamy wejść jako drudzy, żeby jak najszybciej mieć to za sobą. Nagle drogę zastępują nam dwie święte krowy, które "muszą" wejść przed nami, bo "czekają od ósmej". Jakim cudem, skoro egzamin miał być od 9:45, doktor mówił, żeby nie przyjeżdżać zbyt wcześnie, a kolejka była omawiana dwa tygodnie przed egzaminem? No niech, jak to mówi Nick.
Pół godziny musieliśmy czekać na "dwójkowe ścięcie". Przed nami 30 podłużnych karteczek z zagadnieniami. Losuje Bohdan. "Tylko nie Szwecja", powtarza pod nosem. Podnosi papierek: Wielka Trójka USA. Szczęściarz! Jedno z prostszych! Losuje kolejne: Szwecja - radio i tv... Cóż, dostał, czego chciał! ;)
Pora na mnie. "Co mnie dziś uwali?", spytałem półgłosem sam nie wiem kogo. "Dania - radio i tv". Dobra, mogło być gorzej, coś tam powiem. Biorę następną: BBC - podstawy nadawania, struktura, pozycja rynkowa.
O Przenajświętszy Innosie, dziękuję za twą niezmierzoną łaskę, okazaną pokornemu słudze! Tak jest, drugie obok mediów USA zagadnienie, które opanowałem na tyle dobrze, by zdać. Czy jednak w istocie tak było?
Wspominam doktorowi o uregulowaniach BBC. Są dwa dokumenty: Karta Królewska i tzw. Porozumienie (Agreement). Pytanie:

- Czego dotyczy Porozumienie, panie Mateuszu?

No dobra, mogłem to wcześniej przewidzieć i sprawdzić. Kombinowałem więc, aż (wspólnie z doktorem) ustaliliśmy, że chodzi o uwarunkowanie nadawania BBC w innych krajach świata. Egzaminator nie odpuszcza:

- Na ile lat się podpisuje Kartę Królewską?

Hmm...Przedział na slajdzie był w granicach 3-4 lat, co nie? A teraz mamy siódmą kartę.

- Niestety, co 10 lat. A siódma dawno już była.

O-kej...Ale w zasadzie oprócz tego powiedziałem wszystko, co wiedziałem, więc bez "spiny".

- Dobrze, to jeszcze pytanie dodatkowe: media w Norwegii.

SERIO?! Dlaczego, spośród tylu krajów, musiałem dostać akurat jeden z tych, przez które mój mózg plącze się bardziej niż moje słuchawki?
To była totalna porażka. Nazwy mediów co i rusz mi się myliły, w rezultacie czego "skakałem" po Szwecji i Finlandii, gubiąc się coraz bardziej. Gdyby nie fakt, że te trzy kraje łączy wysoka cyfryzacja, równie duże i stabilne czytelnictwo oraz prężny rozwój portali elektronicznych, musiałbym podchodzić do egzaminu poprawkowego! Na moje szczęście dostałem 3,5. Miałbym i "4", ale kraj Nordów spalił moje szanse na pogrzebowym stosie.

Jest jeszcze szansa na odkucie się. Ten sam pan doktor oferuje mi albo "4" z nowych mediów (od razu, za frekwencję, aktywności i ćwiczenia), albo "5", jeśli tylko dobrze nauczę się na egzamin w następne środę. I choć wielu na moim miejscu przyjęłoby "4" z pocałowaniem ręki, byleby tylko nie musieć się uczyć i zdawać, o tyle ja mam czasu jak lodu w dużej coli w "Maku". Czas i chęci, rzecz jasna. Nauczę się, a co! Zagadnień jest mniej, nie są przesadnie skomplikowane, nie będą się mieszać jak systemy medialne. Wystarczy perfekcyjnie wkuć materiał i voilla! To się uda, jestem na 99% pewien, że dostanę drugą piątkę do indeksu (choć na pierwszym roku było ich więcej).
Dziś pozwoliłem sobie na odpoczynek. Choć na co dzień przesadnie zajęty nie jestem, zasłużony relaks po owocnej pracy zawsze cieszy najmocniej.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]