Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Danse Macabre, albo śmierci opisanie 2018-01-20

Co czyni życie tak cennym, że boimy się je stracić?

Czy są to ludzie, którzy nas otaczają? Świadomość posiadanego szczęścia w postaci odwzajemnionej miłości, sukcesów zawodowych, rozwiniętej kariery, sięgającego kilku "oczek"stanu konta? Każdy z nas ma coś takiego, z czym w chwili śmierci trudno byłoby się rozstać. Tylko dlaczego tak jest?
Sokrates powiedział raz: Bać się śmier­ci, o szlachet­ni, jest tym sa­mym co mieć się za mądre­go nim nie będąc; gdyż jest to mniemać, że się wie to, cze­go się nie wie. Nikt nie wie, czy śmierć nie okaże się naj­większym błogosławieństwem dla ludzkiej is­to­ty, a jed­nak ludzie boją się jej, jak gdy­by po­siada­li niez­bi­ta pew­ność, że jest naj­większym z nieszczęść. Filozof zakładał, że po śmierci musi istnieć albo wieczny sen, albo życie wieczne w Hadesie, gdzie ludzie, jako pozbawione ciał istoty, mogłyby poddać się uciechom duchowym. Dlatego za życia tak bardzo promował ukierunkowanie się w tę stronę. Konsumenci fizycznych przyjemności raczej nie byliby zadowoleni z przebywania w zaświatach. W tym rozumieniu tematu, śmierć nie jest więc zła, nie ma żadnych wad. Albo śpisz wiecznie, albo bez końca zgłębiasz tajniki ludzkiej myśli. Sytuacja win-win, co nie?
Epikur, żyjący jakieś sto lat po Sokratesie, twierdzić, głosił, iż życie po śmierci nie istnieje, a wszystko co się liczy, dzieje się tu i teraz. Śmierć nie jest dla ciebie ani zła, ani dobra. Oznacza kres ciągłego marzenia o rzeczach, których nie zdążyłeś/aś zrobić, sprawia że już nigdy nie posłuchasz ukochanej muzyki, nie przeczytasz ulubionej książki, nie poznasz zakończenia fascynującego serialu, nie zobaczysz kolejnych oscarowych produkcji...Ale z drugiej strony, to ci niewiele daje, ponieważ wtedy po prostu cie nie będzie. Jak więc mówić o lęku przed utratą doświadczeń, jeśli po oddaniu ostatniego oddechu przestaniesz cokolwiek odczuwać? Jakie to będzie mieć wtedy dla ciebie znaczenie? Swoją drogą: gdy się narodziłeś/aś, na świecie już zdarzyły się pewne rzeczy, wyszły konkretne filmy, w eterze słychać było daną muzykę. Nie poznałeś/aś ich w momencie premiery. Czemu więc fakt ten nie boli nas tak jak wyżej opisany? (Thomas Nagel, polecam się zapoznać)

No dobra, ale przyznajmy szczerze: mało kogo obchodzą rzeczy materialne i związane z nimi doświadczenia. Rozchodzi się w głównej mierze o ludzi. Kochaliśmy, przyjaźniliśmy się, dbaliśmy o siebie, spotykaliśmy, śmialiśmy do łez, zwierzaliśmy się z tajemnic. Te osoby były przy nas właściwie od zawsze! Mama, tata, wujek, pani Wiesia spod "siódemki"... Aż tu nagle "cyk", nie ma, koniec. I jakoś tak nagle robi się dziwnie pusto, prawda? Nie możemy zrozumieć, że już nigdy z tą osobą nie pogadamy, nie usłyszymy jej głosu, nie spojrzymy w oczy, ani nie dowiemy się wielu pasjonujących historii z jego życia.
To dlatego nie chcemy odchodzić od zmarłego, wypuszczać jego jeszcze ciepłych dłoni. Potem trzeba iść na pogrzeb, patrzeć jak spuszczona w dół trumna zasypywana jest ziemią. Nie chcemy gadać z tymi wszystkimi ludźmi, którzy przyszli w tym samym celu. Coś tu jest nie tak, to zły sen. On nie może tu być. Pod ziemią leżą martwi ludzie, ale nasz bliski, krewny, przyjaciel...On miał żyć do naszej śmierci. Z drugiej strony, nasi bliscy tak samo pomyślą kiedyś o nas, czyż nie? "On/a miał przecież żyć wiecznie!"
Ale czy nie jest to lekki egoizm? Chcesz przecież utrzymywać przy sobie zmarłego jak najdłużej. Nie pozwalasz, aby rzeka czasu go zabrała, ale jednocześnie nie dostrzegałeś/aś jej pływu wcześniej. Nie chcesz, by bliska ci istota przekroczyła weszła w ostatnią fazę żywota.
Choć zasłaniamy się wielokrotnie Bogiem, to właśnie ten powód wstrzymuje nas od zgody na przeprowadzenie eutanazji. Co z tego, że on cierpi, że przeżywa o wiele bardziej realne piekło, niż wymyślone przez chrześcijan? On nie odejdzie, NIE WOLNO MU... I tak, po wielu falach cierpień, bólu i krwi, respirator zastygnie przy akompaniamencie ciągłego jak linia, którą wskazuje, dźwięku. Śmierć przyjdzie po swoje. Nie jest ci wstyd, że zafundowałeś/aś  ukochanej osobie kilka dodatkowych, choć bolesnych, chwil życia?
Przemijanie to proces. Zobacz na mnie: dorastałem z bratem. Miałem mamę, tatę, dwoje dziadków od każdego rodzica. Miałem również ciotkę, siostrę taty + jej męża oraz dziecko, a także dwie ciotki, siostry mamy. Chodziłem do szkoły od poniedziałku do piątku, co weekend jeździłem do dziadków na Polną, a w każde wakacje mogłem tam nawet nocować. Co z tego zostało? Kuzynowi z Rzeszowa urodziła się parę ładnych lat temu siostra, jedna ciotka wyszła za mąż i ma dwoje dzieci, druga ma syna. Jestem już na studiach, do dziadków tak często już nie jeżdżę (co tu nawet mówić o nocowaniu!), a jeden z nich dwa lata temu umarł. Wszystko się zmienia, prom życia zawsze podąża za rozkładem. Mimo wszystko trzeba żyć dalej, odetchnąć jeszcze te kilka milionów razy, przetrwać setki tysięcy godzin, jakie nam jeszcze pozostały. Śmierć jest wszakże częścią życia, jak dobro nie może istnieć bez zła.

Bo co jest ważne, tak w istocie? Żywot sam w sobie, nieważne jaki by był, czy też może jego jakość? Co ci z tego, że żyłeś, skoro te kilkadziesiąt lat były totalnie do dupy? Co ci po twojej egzystencji, skoro na samym jej końcu nie będziesz zadowolony? I wiesz, tu nie chodzi o to, że każdy ma mieć drugą połówkę, dom, dzieci, samochód i pracę. Każdy jest inny. Truizm truizmów, wiem. Mam na myśli to, że TY SAM masz żyć wedle swoich potrzeb. Wolisz spędzać czas w swoim własnym towarzystwie? Czerpiesz radość z trzymania się tylko kilku dobrych przyjaciół? Wolisz poświecić swoje życie rozwojowi duchowemu, bo mimo wszystko wierzysz, że "tam" istnieje coś o wiele lepszego? Działaj więc, nie patrząc na spojrzenia innych, nie bacząc na komentarze sceptyków, że "pieprzysz sobie życie".

- No i pieprzę, odpowiedz, ale przynajmniej umrę z uśmiechem na ustach!


A tymczasem w PRL... 2018-01-09

Pytasz mnie o PRL? No dobrze, siadaj. Opowiem ci co nieco.

Opowieść babci
Kiedyś wszystko było tam lepsze, trwalsze i zdrowsze! Weź na przykład mleko: przecież pełno jest  szkodliwego UHT! Dziś kupuje się tego całe kartony! Ale kilkadziesiąt lat temu wystarczyło zamówić codzienne, świeże dostawy w nabiałowym. Każdego dnia dostawało się kilka szklanych butelek, pełnych świeżego, naturalnego mleka! Zostawiało się tylko za drzwiami puste butelki z poprzedniego dnia i odbierało dostawę o stałej godzinie. Dostarczał je młody chłopak. Nigdy się nie spóźniał. Pamiętam, że zawsze miał ze sobą duży wózek z przegródkami, który ciągnął przez kilka pobliskich osiedli. Musiał mieć krzepę również po to, by wnosić skrzynki mleka do każdego mieszkania, nawet na czwarte piętro (a o windzie mogliśmy wtedy właściwie pomarzyć).
Czekolada? Proszę cię, wnusiu! No zobacz tylko na skład: olej palmowy! Zobaczysz, jeszcze ci zdrowie siądzie od tej chemii! Dzisiaj nie kupi się nawet moich ulubionych zbożowych ciasteczek, bo od razu smak się psuje od sztuczności! Kiedyś za to czekolady były czyste, pełne, mleczne! Gdy Wedel jeszcze był polski, każda taka tabliczka była na wagę złota, nie to, co te "czekoladopodobne" dziwy, które sprzedawali równolegle po taniości!
Kolejki? Stało się i parę godzin jak było trzeba. Żeby kupić chleb na sobotę, ustawiało się już dzień wcześniej przed sklepem. Na mrozie i na upale, z bolącymi nogami i nadzieją, że cokolwiek jeszcze zostanie. Byli nawet zawodowi "stacze", których się opłacało żeby zaoszczędzić choć trochę nerwów. Problemy były ze wszystkim, a zwłaszcza z mięsem. Puste półki, luźno zwisające haki i te ekspedientki mamroczące pod nosem, że towaru nie ma i nie jest Duchem Świętym, żeby wiedzieć kiedy będzie. Za to gdy już się dorwało cielęcinę czy wołowinkę, aż sama ślinka ciekła na myśl o obiedzie. Jeśli ktoś jeszcze miał kartki, oczywiście. Na co były kartki? Na wszystko, co popadnie! Mięso, słodycze, mleko, alkohol - wszystko było wydzielane. Najdroższe było mięso, a jakże! Można było wymienić je na wszystko, choć z alkoholem było wprost przeciwnie.
Co innego Pewexy; tam było wszystko: jeansy, pasty do zębów, kawa, firanki, nawet samochody! Problem polegał na tym, że płaciło się tam dolarami, a - przynajmniej początkowo - ich posiadanie było zakazane. Każdego "zielonka" trzeba było wymienić na tzw. bon dolarowy, po znacznie niższym kursie, niż normalnie. Wiesz jak to było, uczyłeś się w szkole: import z zagranicy, spłata pożyczek...Kombinowali wtedy kolesie u władzy i obywatelom kiepsko żyć kazali, chociaż sami mieli specjalne sklepy tylko dla członków partii. A do partii zachęcali przy każdej wizycie w urzędzie, dlatego wielu się zgadzało. Lepsze zarobki, takie sprawy.
Stało się do sklepów, ale też do urzędów. Dzisiaj też się stoi, ale wtedy kolejki były znacznie dłuższe i częstsze. Nie dało się wyjechać nigdzie bez zezwolenia, nawet gdy chciałam odwiedzić swoją siostrę w Rzeszowie musiałam załatwić pozwolenie nie tylko dla siebie, ale i dla córek. Milicja w każdej chwili mogła zatrzymać autobus i każdego przepytać: "A dokąd to pan/i jedzie? A w jakim celu? A zezwolenie jest?". Najgorzej było w stanie wojennym. Widziałeś kiedyś czołg na ulicy? Aż strach było koło tego przejeżdżać. Wtedy już mieliśmy swojego malucha, twój dziadek kupił go za pieniądze zarobione za granicą. Wiele rzeczy też stamtąd przywoził, ale to sam ci może o tym opowie. Tak czy inaczej poruszanie się było mocno ograniczone, a podczas godziny policyjnej wręcz zakazane. Nie można było wyjść nawet do śmietnika, bo od razu zjawiali się panowie z mundurach i zabierali cię na parę godzin na "dołek".
Zobacz, ludzie wracają z parady orszaku, a śniegu tyle, co uczciwości w rządzie Tuska! Kiedyś śniegu było po kolana, aż ciężko było cokolwiek na zewnątrz zrobić. Pamiętam jak raz chciałam wrócić z Róży do Dębicy. Pracowałam wtedy w ośrodku zdrowia jako pielęgniarka. Na zewnątrz sypał gęsty śnieg i bałam się, że tego dnia już nie wrócę do domu. Było już ciemno, ale na szczęście dla mnie i moich dwóch koleżanek przyjechał dostawca leków. Obiecał, że nas stamtąd zabierze, bo autobusy w takich warunkach nie kursowały. Odpalił silnik, mocował się z samochodem, ale w końcu z pomocą pięciu chłopa powoli ruszyliśmy.
Z koleżankami spotykałyśmy się wtedy dość często. Raz u mnie, innym razem u jednej z nich. Mało kto miał wtedy w domu telefon, więc umawiałyśmy się w pracy albo pod koniec spotkań. Gdy chciało się dogadać z rodziną z drugiego końca Polski, trzeba się było zdawać na listy, a te - tak jak dziś - mogły "iść" nawet dwa tygodnie (o ile w ogóle docierały).
Ale tamte czasy miały jednak swój urok. Pamiętasz jeszcze dom twojej prababci? W kuchni nad stołem wisiał kiedyś stary "kołchoźnik" - taki duży głośnik z pokrętłem. To było w latach 60-tych, chodziłam wtedy do podstawówki. Z uchem przy pudle słuchałam festiwalu w Opolu. Mój dziadek - a twój prapradziadek - spał wtedy w pokoju obok. Obudził się jednak, przyszedł, spojrzał na mnie i tylko się uśmiechnął. "Słuchaj sobie, słuchaj! Mi to nie przeszkadza". Poczułam się wtedy głupio, ale nieśmiało słuchałam dalej. Później, gdy dorobiliśmy się pierwszego pełnoprawnego radia,zaczęliśmy słuchać "Wolnej Europy"; trzeba było wtedy bardziej uważać - nie na dziadka, ale na sąsiadów i  patrole milicji.

Opowieść dziadka

Pracowałem w Tarnowie, "Falenicy". Było to przedsiębiorstwo automatyki przemysłowej. Wysyłali stamtąd nasze ekipy na zlecenia do różnych krajów. Najpierw trzeba było przejść różne szkolenia, badania i inne mało ciekawe procedury. Pierwszy raz pojechałem do Niemiec w latach '74 - '76, wtedy to jeszcze było NRD. Możesz mi wierzyć lub nie, ale choć to także był kraj komunistyczny, półki w sklepach pękały w regałach od towarów! Jedzenie, odzież, zabawki...Wszystko, co dziś jest u nas powszechne. Z kolegami kupowaliśmy co tylko mogliśmy i przywoziliśmy do Polski, bo tu najzwyczajniej w świecie tego nie było. Tak np. przywiozłem pralkę, która służyła nam potem przez parę dobrych lat.
Z Rosji natomiast udało się sprowadzić telewizor "z zaplecza", gdy się odpowiednio opłaciło sprzedawcę, a nawet trochę złota. Każdy z naszej ekipy mógł przewieźć maksymalnie sześć sztuk w postaci różnej biżuterii. Ale tutaj, w porównaniu do PRL-u, sytuacja była jeszcze gorsza. Zezwolenie na podróż do innej "obłasti", częstsze patrole milicji, inwigilacja, "krety" w cywilu, podsłuchy...Nawet zimy były cięższe! Musieliśmy pracować przy kompresorowni gazu. 30 stopni na minusie, dwa ogniska do rozgrzania się, praca 10 godzin dziennie.
Odwrotnie skrajna sytuacja miała miejsce w Iranie. Włosi prowadzili budowę, Polacy mieli być podwykonawcami. Tam już o piątej rano temperatura osiągała trzydzieści stopni, a dochodziła do nawet pięćdziesięciu! Irańczycy fundowali nam codziennie dwa duże zbiorniki wody, co byśmy zbyt szybko nie wyparowali.
Mimo wszystko tęskniło się za rodziną w Polsce. Raz na trzy miesiące przysługiwała nam zwykle tzw. rozłąka, czyli powrót na cztery dni. Zawsze starałem się przywieźć coś ze sobą. Nie tylko złoto czy RTV, ale też jakieś lampki czy zabawki dla córek.


Bilans Elvenoora - 2017/2018 2018-01-01

Minął kolejny rok.

A ile tak naprawdę zmieniło się w moim życiu? Jak produktywnie wykorzystałem minione 365 dni? Czas podsumować moje zeszłoroczne postanowienia, rozliczyć każde niepowodzenie, szczęście i sukces. Czas na Bilans Elvenoora!
Po pierwsze, i najważniejsze: odzyskałem Pernelle. Minęło trochę czasu nim nabraliśmy do siebie odpowiedniego dystansu i odbudowaliśmy naszą relację. Rok temu, niestety, nie udało nam się spotkać. Ani przez wakacje, ani później. Ciągle coś wypadało, jak nie znowu mi, to nagle jej. I dlatego to właśnie jest moje pierwsze postanowienie noworoczne: wybrać się w jeden dzień do Katowic, umówić się z nią, dopiąć wszystko na ostatni guzik i dopełnić obietnicy. Ostatnio jednak, co mnie odrobinę niepokoi, Pernelle dystansuje się od ludzi. Jak sama mówi, woli być tu i teraz ze sobą, bliżej siebie poznać. Koniecznie będę musiał też wreszcie znaleźć jakąś pierwszą pracę na weekendy, co by móc zabrać ją ze sobą i ułożyć wspólne życie. W sklepie niby byłoby w sam raz, ale dzięki Pieprznikowi i Samowolce teraz ta opcja będzie graniczyła z niemożliwością.
Drugie ważne wydarzenie 2017 roku? Spotkanie z Kejt! Tak jest, po pięciu latach znajomości, mniejszych i większych przeżyć, wzlotów i upadków naszej relacji wreszcie mogliśmy zrobić wspólne zdjęcie na krakowskim rynku! Na wakacje 2018 planujemy ponowną wycieczkę po Krakowie, a potem na daleką, zimną północ, gdzie nawet latem morze potrafi zamarzać (tak przynajmniej słyszałem). Jak to wszystko wyjdzie, zobaczymy. Moje poglądy na temat wiary nie uległy większym zmianom. Pozostaję nadal zwolennikiem egzystencjalizmu Satre'a, racjonalnego myślenia oraz nauki.
Nieco gorzej wypada moja kariera twórcza. Poetycko odczuwam potężne wypalenie. W zeszłym roku napisałem tylko osiem wierszy! W dodatku nawet recenzji było mniej, choć filmów ot tak oglądać przecież nie przestałem! Oj, rozleniwiłem się, i to mocno. Czas wziąć tyłek w troki i zacząć działać. Poetycko raczej nie zabłysnę, aczkolwiek wypada kontynuować chociaż te nieszczęsne Dialogi Satyryczne. One jedne mają w sobie większy potencjał niż przelanie na doła na cyfrowy papier. Szkoda byłoby marnować mój dotychczasowy dorobek. Może czas najwyższy zacząć czytać także poezję? Pewne jest jedno: muszę mieć co włożyć do swojego pierwszego (i chyba jedynego) tomiku. Po sesji zabiorę się za składanie jego wstępnej wersji.
W międzyczasie zaś będzie pracą, a jeśli nie to pozostałby wolontariat. Chciałbym w końcu zacząć pożytkować swój czas lepiej, poznać chociaż kilka nowych fajnych osób. Bogdan ma swoją robotę, więc trudno. Zapiszę się gdzieś sam. Może znajdę coś na uczelni?
A propos studiów: w tym roku skończę (mam nadzieję) drugi rok. Cóż więc począć dalej? Praca+zaoczne, to pierwsza myśl. Ale czy na pewno? A może w ogóle zrezygnować z magisterki i poświęcić się robocie? A jeśli uczyć się dalej (a raczej: nareszcie się uczyć więcej), to jaki wybrać kierunek? Najlepiej pewnie coś technicznego, może na Polibudzie Krakowskiej (bo Rzeszowską, jak pamiętamy, trzeba serdecznie pie^dolić).
Aaa, przepraszam: walić, chrzanić, pieprzyć. Muszę, cholera, powściągnąć swój język. Zadanie numer jeden na 2018 rok. Już dość się nabluzgałem w kolejkach do urzędu po nowy dowód (tak, zagubienie wszystkich dokumentów to zdecydowanie moja największa porażka 2k17. Nigdy więcej!). Mówiłem wcześniej o rozliczeniach: pamiętacie mój kanał na YT? No właśnie... Była zajawka, zrobiłem parę materiałów okołoblogowych, ale pomysł i tak zarzuciłem, twierdząc, że w sumie nie ma po co. I tak na gierkach się nie wybiję, a coś ludziom pokazać przecież trzeba, nie? Dziś wiem jedno: zabieram się i za to. Będę robił krótkie podglądy z różnych gierek, a co mi tam! Malutkie pierdółki dla własnego warsztatu, ale zawsze to coś. Od czegoś takiego prawie każdy zaczynał. Poza tym, już mój ośmioletni kuzyn ogarnia takie sprawy, więc co dopiero ja, 22-letni stary koń! A nie, czekaj, teraz to już 23 będzie...Kuźniar, ale ten czas zapier...
Dobra dobra, miało być bez bluzgów. Ale nie tylko nerwy będę musiał utrzymywać na wodzy. Trzeba wreszcie ograniczyć moją inną słabostkę. Sześć-siedem lat to już dość długo, nie sądzicie? Czas przejąć nad tym kontrolę i jeśli nie pozbyć się złego nawyku, to chociaż nauczyć się żyć ze zmniejszoną dawką. Kroczek po kroczku, bez radykalnego odcięcia, jak to niektórzy mi sugerowali w czasach, gdy jeszcze wierzyłem. Nie będzie łatwo, ale hej, musi się udać!
Co już mamy? Tomik poezji, kanał YT, praca/wolontariat, ograniczenie złych nawyków, skonkretyzowanie przyszłości po studiach. Do tego chcę częściej chodzić do kina. W 2017 roku Cinema City odwiedziłem łącznie 24 razy. Teraz, skoro dzięki hojności rodziców mam kartę Unlimited, mogę oglądać co miesiąc przynajmniej trzy filmy (36 to nadal więcej niż dwa tuziny, co nie?).

I na koniec, hmm...Może skończę leczenie ortodontyczne? Naturalnie, na miejscu, w Krakowie. Nie będę się włóczyć po starych babciach z Tarnowa, póki mi życie miłe! Jako wisienka torcie Noworocznego Bilansu krótki rzut oka na statystyki blogowe oraz kolejne wyrazy zażenowania w kierunku twórców najlepiej zrzeszającego blogerów portalu e-dziennikowego. Wstyd, panowie! Olewacie community, nie reagujecie na spam komercyjnych blogów, choć sami takie ścierwo sponsorujecie...W dodatku ten wasz dziwny SystemMod nie pozwala na kopiowanie notki z Wordpada do okna wpisu, przez co mam jeszcze więcej roboty, a spacje są zbyt duże i tekst już nie wygląda tak spójnie, jak powinien. Shame on you!

I. Notki  -  Było: 560, jest  643
II. Komentarze - Było: 506, jest 576
III. Odwiedziny - Było: 91474, jest 147852, co daje 56378 przyrostu, a więc ok. 154 wejść dziennie. Nice!
IV. Księga gości - tu nadal bez zmian: 7.

No, to by było na tyle jeśli chodzi o Bilans 2018. Następne rozliczenie za równo 365 dni, a póki co. Aha, zapraszam was też do mojej listy TOP 10 FILMÓW ZA ROK 2017. Zestawienie znajdziecie notkę niżej.
DO SIEGO ROKU!


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]