Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

(Moje) TOP 10 FILMÓW 2017 2017-12-31

Tam tararam!
Czas na moją ultra subiektywną listę najlepszych filmów za 2017 rok!
Co mnie zachwyciło? Przekonajcie się sami! "Topka" od miejsca najniższego do najwyższego. Zdaję sobie sprawę, że robienie TOP 10 z łącznie 24 filmów może trochę mijać się z celem, jednak, wierzcie mi, nie tak łatwo poukładać tę listę. Każdy film miał w sobie coś pozytywnego, więc siłą rzeczy połowa z całego repertuaru poszła do wywalenia. Jednych pozbyć się lżej, innych trochę żal. Nie mniej , za rok, miejmy nadzieję, wybór będzie obszerniejszy i jeszcze trudniejszy.

10. Wonder Woman
Stajnia filmowa DC dwoi się i troi, żeby nadgonić prężną marvelowską machinę do robienia kasy. Niestety ich wysiłek, jak dotąd, na nic się nie zdaje. Taki sobie Batman v Superman, przyzwoite, lecz nadal niedoskonałe Suicide Squad, nieco lepsze, choć i tak średniawe League of Justice...
Jednak gdzie DiSik nie może, tam babę poślę, a konkretniej CudKobietę! Wystarczyło posadzić Patty Jenkins na krześle reżyserskim, by ukazać nam heroinę z Temisciry w sposób nie skupiony na zbytecznym eksponowaniu wdzięków Gal Gadot (choć z drugiej strony trochę szkoda).
Wondi jest niezłomną, waleczną i wiernie oddaną sprawie bohaterką, która nie boi się stawić czoła przeciwnościom XX-wiecznego Londynu (czyli okresu znacznie wyprzedzającego dotychczasowe doświadczenia Amazonki władającej mieczem i magicznym lassem). Nie boi się zabierać głosu, wszem wobec wyraża swoje zdanie i ma głęboko gdzieś co powiedzą faceci w garniakach. Dobrze wie, kiedy wkroczyć do akcji, jest świadoma swych nadnaturalnych mocy, a kule wrażych karabinów odpędza jak muchy!
CGI może i miejscami kulało, antagoniści nie byli szczególnie interesujący, a zakończenie z wielkim rozpizgarzem miało tyle sensu, co zapraszanie uchodźców, ale nadal jest to obraz wart uwagi. Jak to mówią na wyspach, last but not least.

9. Guardians of The Galaxy vol. 2

Czyli więcej tego samego dobrego, co w części pierwszej.  Humor, wyraziści bohaterowie, piękne, zapadające w pamięć sceny (gwiżdżący Yondu), mnóstwo akcji przeplatanej ze standardowymi wstawkami rozwijającymi postacie i relacje między nimi, słowem: totalny odlot! Choć fabuła opierała się na pobocznej historii Petera, który poznał swego ojca, to całokształt seansu pozostał bez zmian. Masa świetnej muzyki, nawiązań do popkultury, bardzo dobre efekty wizualne, doprawiane nutką dramatu oraz, oczywiście, luzackie podejście ekipy aktorskiej!

8. King Arthur: Legend of the Sword
Szczerze? Miałem na ten film nie iść. Tego samego dnia byłem przecież na Wonder Woman, więc dwa filmy na dzień byłyby chyba przesadą, nie?
Moje zdanie prędko uległo zmianie po przeczytaniu masy pozytywnych komentarzy na temat filmu, gdzie główny nacisk kładziono na świetną muzykę. Poszedłem więc, wziąłem seans w 3D, usiadłem w fotelu i...
O matko i córko, jakie to było zajebiste! Efektowny (i efektywny) montaż, świetne zgranie tempa ujęć i muzyki, interesująca wariacja na temat legendy o Królu Arturze (choć niektórzy mogą się boczyć, że "nie ma Merlina i co to w ogóle ma być"). Gra aktorska nie miała większych bolączek, Churlie Hunnam i Jude Law stworzyli godnych siebie przeciwników. Niezwykle ucieszył mnie też swoim udziałem Aidan Gillen, czyli Peter Beilish z "Gry o Tron".
Król Artur: Legenda Miecza to uczta dla moich zmysłów! Godne polecenia? Powiem tak: jeśli nie przekonał was trailer, nie przekona was cały film.

7. The Founder (McImperium)
Pozycja obowiązkowa dla każdego fast food maniaka. Choć do takich się nie zaliczam, a w MaCu zawsze biorę tylko frytki i McNuggetsy, historia Raya Croca zmieniła nieco moje postrzeganie samej marki wielkiego M.  W roli żądnego sławy i sukcesu biznesmena obsadzono Michaela Keatona i był to niewątpliwie strzał w dziesiątkę. Oprócz niego na ekranie błyszczą powoli okradani z dorobku życia bracia McDonalds, czyli Nick Offerman i John Carol. Fabuła miewa dłuższe, nużące momenty, jednak nie przeszkadzają one w odbiorze całości. Jest to ewidentny jednostrzałowiec, mający na celu przedstawić nam kulisy powstania najpopularniejszej sieci fast food na świecie.

6. Thor: Ragnarok (Thor 3)

Marvel - i wszystko jasne! Gwarancja dobre zabawy, rozbudowanie relacji między bohaterami, dobrze zrealizowana akcja; czego chcieć więcej?
Władca Piorunów przybywa do swego królestwa, ujawnia mistyfikację Lokiego i razem ze swoim bratem wyrusza na poszukiwanie ojca (w tym celu zwraca się o pomoc do jednej z moich ulubionych postaci, czyli Doctora Strange'a). Odyn w końcu się odnajduje i ostrzega swoich synów przed zagrożeniem: ich starszą siostrą Hellą, która niedługo powróci, by władać Asgardem i podbijać inne światy.Sama antagonistka, dzięki Cate Blanchett, chyba na długo pozostanie w głowach fanów jako charyzmatyczna, bezkompromisowa bogini. Jest to jedna z tych złych, której powrót będzie nie tyle nieunikniony, co z pewnością wyczekiwany.
Tak jak pierwszy Thor nie przypadł mi do gustu, a drugi okazał się wydmuszką na raz, o tyle zmiana konwencji filmu z poważnego do komedio-akcyjniaka sprawdziła się w 110%! W głośnikach Led Zeppelin - Imigrant Song, na ekranie tona błyskawic, laserów i innych, znanych z VHS-owych filmów science-fiction z lat 80. Jej ultra kolorowa oprawa, pastisz, zarys postaci głównych i pobocznych, cukierkowata epickość...to wszystko czyni z Ragnaroku film doskonały w każdym calu! No i Thor nareszcie dorasta do roli boga i obrońcy Asgardu!
Widać, że Taika Waititi miał masę frajdy podczas pracy przy Ragnaroku. Dzięki temu jego dzieło zajęło miejsce na podium marvelowskich produkcji!

5. Ghost in the Shell
Największe zaskoczenie tego roku.Nie jestem fanem mangi ani anime, więc i pierwowzoru wcześniej nie oglądałem. Kiedy wyszedłem jednak z seansu, nadrobienie zaległości stało się już kwestą czasu. Ghost in the Shell to kolejna historia androida, który w trakcie jednej ze swoich misji natrafia na trop swojego prawdziwego pochodzenia, by później wziąć sprawy w swoje ręce i walczyć przeciw własnym twórcom. Film Ruperta Sandersa to urzekające widowisko: rozświetlony neonami cyberpunkowy Hong Kong, stylistyka głównej bohaterki Major (w tej roli piękna Scarlett Johansso), bardzo dobre sceny akcji i sam design otoczenia sprawiają, że dzieło to jest w stanie zainteresować oryginałem kinowych "niedzielniaków", takich jak ja.  Jestem pewien, że trafił również do tych wiernych fanów anime, którzy są w stanie spojrzeć na temat świeżym okiem. Bo wiecie, czasem lepiej nie odgrzewać tego samego kotleta w identyczny sposób. Czemu by nie dodać koperku do ziemniaków, inaczej zmiksować surówkę? A może zamiast niej podać jakąś sałatkę? Dobra, dość tej kuchennej aluzji, bo się robię głodny!


4. Logan: Wolverine
Z X-Menów oglądałem, jak na razie, tylko dwie pierwsze części, jednak i bez tego jest się w stanie zrozumieć  zmęczonego przeszłością protagonistę, który teraz jako kierowca stara się  utrzymać siebie i chorego profesora Chalesa Xaviera. Pewnego dnia otrzymuje zlecenie nietypowe: ma przewieźć przez granicę (bodajże do Meksyku) przerażoną kobietę i jej córkę. Sprawa się jednak komplikuje i Logan zostaje sam z zamkniętą w sobie dziewczynką. Okazuje się, że Laura (w tej roli bezbłędna Dafne Keen) jest mu znacznie bliższa, niż mógłby przypuszczać.
"Logan" to opowieść drogi. Historia konfrontacji pokoleń X-Menów, pogodzenie z rzeczywistością i walka duchowa z demonami przeszłości. Dorosła, poważna, niekiedy smutna podróż wgłąb siebie. Hugh Jackman i Patrick Stewart godnie zwieńczyli historię starych mutantów, dając nadzieję na rozwój nowych. Osobiście nie miałbym nic przeciwko rozwinięciu losów Laury i jej nowych przyjaciół.
Na szczęście nie zabrakło tu również lekkich, przyjemnych chwil odpoczynku jak i cięższych scen akcji, czyli wolverinowego przebijania czaszek pazurami i efektownych pościgów. Każda z nich robi wrażenie brakiem jakiejkolwiek przesady czy podniosłości. Jeśli szukaliście czegoś innego, sorry, to nie tutaj.
No i wreszcie niezapomniana finałowa scena chwyciła za serce nie tylko fanów, ale przede wszystkim, wspomnianych wcześniej, "niedzielniaków", chcących obejrzeć  dobre kino!

3. Coco

Disney, czemu mi to robisz?! Czemu twoje filmy muszą być takie piękne, zabawne i wzruszające? Czemu muszę wyciągać chusteczkę przy twocih chwytających za serce piosenkach i cudownych scenach? Czemu nie dasz sobie spokoju z szukaniem nowych form przekazu prostych prawd życiowych, czego skutkiem było połączenie krainy żywych i umarłych poprzez Dia de Muertos? Dlaczego muszę patrzeć na te cudne obrazy krainy, jakie malujesz przed widzem?
Och, ale przecież za to cię kocham, nieprawdaż? Czego się nie robi z miłości? ;_;
Tylko dlaczego ten opis musi się składać z samych pytań?

2. Bladerunner 2049

Powiem szczerze: pierwszy Bladerunner podobał mi się trochę bardziej, jednak, co najważniejsze, jego kontynuacja nie odstaje od pierwowzoru. Ryan Gosling w roli bladerunnera-androida odnalazł się perfekcyjnie. Stary wyjadacz Harrison Ford również z gracją powrócił do swej roli, choć już na temat jego angażu do pierwszego Łowcy Androidów krążą różne opinie.
Ponownie mamy do czynienia z filmem, który trzeba obejrzeć więcej niż jeden raz. Jest to bowiem seans długi, powolny, mniej tu akcji, wybuchów i pościgów. To droga do odnalezienia prawdy o swoich korzeniach, rozmyślanie na temat człowieczeństwa humanoidalnych istot. Znowu dostajemy więcej pytań niż odpowiedzi.
Pieszczące oko zdjęcia, muzyka skomponowana na modłę vangelisowskiej sztuki z "jedynki", znakomicie zrealizowane scenerie...Tego filmu nie da się opisać, tego trzeba doświadczyć, najlepiej na dużym ekranie, z dobrym sprzętem dźwiękowym.

1. Dunkirk

No to mamy zwycięzcę. Nolan, ty stary draniu! Najpierw kręcisz Batmany, potem Incepcję, a teraz dajesz nam armię zmęczonych, stęsknionych za domem Brytyjczyków, walczących o powrót do ojczyzny! "Dunkierka" to ciężki seans wojenny, gdzie na froncie giną najlepsi. Przyjaciele w boju, bracia broni, często kompletnie sobie nieznani młodzi ludzie, związani najważniejszym w tamtym czasie celem: przetrwać.
Bohaterem zbiorowym są żołnierze i ich dowódcy. Prości rybacy, którzy idą w sukurs swoim rodakom. Młodzieńcy, pragnący wsławić się czymś chwalebnym, choć okres temu nie sprzyja.
"Dunkierka" to wreszcie niewidoczny, cichy, ale gwałtowny przeciwnik. To samoloty, które zjawiają się z prędkością błyskawicy i w ułamku sekundy, potrafią pozbawić życia setki osób. To ostre torpedy, znienacka przecinające statki jak ostrze świeży chleb. To strach, przeplatany z odwagą nielicznych i majaczącą gdzieś nadzieją, choć ta ulatuje raz po raz, przy każdej okazji. Beznadzieja i desperacja, dzielona z towarzyszami, poznanymi tak niedawno!
A temu wszystkiemu przygrywa doskonała świeżka dźwiękowa, idealnie zgrywająca się z obserwowanymi na ekranie wydarzeniami, potęgująca niepokój o bezimiennych bohaterów.
Spóźnialskim ponownie rekomenduję seans w jak najlepszych warunkach: pełny, duży ekran, dobre słuchawki, głośniki, kino domowe. Bo grzechem jest oglądać tak wielkie widowisko w tak niegodny sposób jak na tablecie czy laptopie!

Bilans Elvenoora powstanie bez opóźnień. Będę pisał od razu w tym pierdzielonym okienku. Będzie wyglądało trochę nieładnie z tymi większymi spacjami, ale co tam. Nie wiem czemu, ale nie mogę bezpośrednio wklejać tekstu, bo zaraz wyskakuje SecurityMod. Nie pytajcie ile musiałem się nakombinować z tym zestawieniem, żeby w ogóle się pojawiło...


"Panaceum" 2017-12-29

Srebrzysta tabletka, a na niej czerwień,
Choć tak malutka, lecz przez gardło nie przejdzie
Srebrzysta tabletka smakuje gorzko,
Dzięki niej zmysły wszystkie w końcu me odpoczną

Srebrzysta  tabletka - wystarczy jedna,
Każdą chorobę, każdą troskę prędko przegna!
Srebrzystej tabletce nie sztuka ulec,
Odpływasz z miejsca, kiedy tylko spróbujesz

Srebrzystej tabletki nie mogę znaleźć,
Choć szukam wszędzie, szukam pilnie i wytrwale
Srebrzystej tabletki, o której marzę,
Nie mają nigdy w swej ofercie aptekarze,

Srebrzystą tabletkę przyjmę od zaraz!
Jak ktoś posiada więcej, wezmę dwie na raz
Za srebrną tabletką na duszy tęskno,
Myśli splątane, a serce już pękło


OPOWIEŚĆ WIGILIJNA 2017-12-24

Ech...I znowu Święta, Kuźniar!

Szkoły zamykają, uczelnie robią przerwę, więc idziecie parę dni wcześniej na dworzec, żeby kupić bilet. Oczywiście, miejsc siedzących już nie ma, choć odjazd dopiero za tydzień. A w dniu podróży istny logistyczny koszmar! Tunel dworcowy zamknięty, bo jakiś geniusz inżynierii pomyślał wreszcie o remoncie. Tylko czemu teraz, do jasnej cholery?!
Na samym centralnym nie lepiej. Jak to zwykle bywa przy galeriach połączonych z dworcem, całe rzeki ludzi przepływają to w jedną, to w drugą stronę w tym samym czasie. Chciałbym znaleźć tego socjopatę, który wpadł na pomysł konstrukcji takiego systemu.

- Muhahaha! Nienawidzę was, pozabijałbym was najchętniej, ale nieee, mam lepszy plan! Sami się pozabijacie! Walczcie o przejście, walczcie o miejsce w kolejkach, walczcie o oddech, o...PRZEŻYCIE!

No ale nic, przeciskacie się przez te stale olbrzymie hordy jak ziemniak przez frytkownicę z tą różnicą, że staracie się jednak pokonać drogę w jednym kawałku. Macie jeszcze mnóstwo czasu do odjazdu, to co się będziesz spieszył.
- Pociąg Intercity SIEMIRADZKI (...) opóźniony 64 minuty.
Wygląda na to, że macie jeszcze więcej wolnego czasu. Zapowiada się udany dzień, prawda?
- Pociąg Intercity (...) opóźniony 84 minuty.
Tym sposobem miasto mówi nam: "Ludzie, nie wyjeżdżajcie! Będziemy za wami tęsknić! Nie możemy żyć bez was! Zostańcie z nami!"
No, pięknie, pięknie! Nie dość, że nie będzie miejsca w pociągu, to jeszcze trzeba czekać dodatkowe półtorej godziny.
Dobrze, pomińmy to czekanie. Na dworcu jest wi-fi, a dziś każdy ma przy sobie telefon typu "smartfon"; ja tam się nie znam czy to Xiaomi, czy iPhone. Wiecie o co mi chodzi.

Pociąg w końcu podjeżdża. Spodziewacie się, że nie będzie miejsc do siedzenia, ale życie zaskakuje jeszcze bardziej, bo nie ma nawet gdzie stanąć! Ciągle koło ciebie przeciska się a to baba z dzieckiem, a to dziadek szukający konduktora. Przy takim natłoku ludzkiej masy moim następnym krokiem będzie przywdziać strój Grincha, wyjść na ulicę i ludziom nasuwać czapki na oczy, a świąteczne ozdoby zamalować na zielono. Nie, nie na zielono. Na żółto.

Ale nie może być aż tak źle, więc docieracie do celu, a tam...śnieg. Albo raczej śniegu brak, co przecież to Polska w XXI wieku, czego się spodziewacie? Globalne ocieplenie, lodowce topnieją, takie sprawy.
Po drodze wstępujecie do marketu, tak na szybko, po coś do picia. O dziwo, kolejki wcale nie są mniejsze od tych z większego miasta, z którego przed chwilą uciekłeś. Skąd się biorą ci wszyscy ludzie? Trzymają ich w jakichś klatkach pod centrami handlowymi i wypuszczają tylko na Święta? Już czort z legalnością, ale czy to w ogóle moralne?
Już nie wspomnę o parkingach, zawsze w tym okresie zawalonych jak biurko studenta (nie tylko podczas sesji). Ulice zakorkowane, ale to raczej polski standard  Wszystko przez niekompetentnych szympansów, którzy nie potrafią zaprojektować własnych łóżek, a czegóż od nich wymagać po zleceniu im założenia sygnalizacji świetlnej?

Wracacie do domu. Jesteście zmęczeni po podróży, ale wasz kiepski dzień się dopiero zaczął. Kto upiecze za was serniki? Kto ulepi uszka? Kto ugotuje barszcz? Macie z głowy, jeśli nie jesteście kulinarnymi mistrzami pokroju waszych babć (bo im to nawet Pascal z Okrasą do pięt nie dorastają; już Makłowicz jest bliżej). Wtedy wystarczy pomóc w kuchni, coś tam podać, przesypać, zagotować wodę. Gorzej, gdy wszystko spada właśnie na was. Ile to wam zajmie? Kilka godzin, mnóstwo roboty i stół upaprany jak kiedyś u Durczoka (tylko zamiast "Rurku, stół jest upie*dolony", będzie "Synuś/Córcia, weź no tu sprzątnij!"). A najgorsze, że potem przez najbliższe dwa tygodnie nie trzeba będzie niczego gotować, bo zostanie cała lodówka  wigilijnego żarcia.

Sama wieczerza co roku jest taka sama. Jedyne co się zmienia to jej skład, co parę lat (bo taki jest świat, pełen zalet, wad!). Wiecie, ktoś odchodzi, ktoś przychodzi. Puste miejsca po zmarłych wujkach i dziadkach szybko zajmują małe, rozwydrzone potworki lub duże, jeszcze bardziej nieznośne łajzy pokroju zięciów czy synowych.
Drodzy teściowie, im też się tam nie chce siedzieć, też najchętniej zrobiliby z wami to, co wy chcielibyście z nimi, ale czy wy nie byliście nigdy młodzi? Jak nie będzie przymilania, to w nocy nie będzie "ruszania"!

Podejdą więc do was z uśmiechem na ustach i energicznym:
- Wesołych świąt mamo! [Obyś zdechła, gruba flądro!]
Odpowiedzcie im wówczas, z równie świątecznym i pokojowym:
- Wesołych Świąt, "synku"! [Oby cię piorun strzelił, przybłędo! Jeśli za rok cię nie zostawi, to już ja się za ciebie wezmę i sam zrezygnujesz!]
Ot, cała "magia" Świąt!

A teraz na serio. Życzę wam, moi mili, aby wasza dzisiejsza kolacja przebiegała w rodzinnej, spokojnej atmosferze. Aby w życzeniach jakie składacie i otrzymujecie była szczerość i pogoda ducha. Nawet jeśli na co dzień jest nie tak kolorowo, to właśnie Święta są tym pięknym okresem, gdy wszystko (lub przynajmniej część) można naprawić, polepszyć, odmienić.
Życzę wam, aby posiłki wigilijne nie leżały ani w lodówce przez dwa tygodnie, ani nie rozkładały się w waszych brzuchach. Tak czy tak wszystko spalicie, więc odstawcie swoje diety, zasiądźcie do stołu jak ludzie z ludźmi i objedzcie się do syta (a w przypadku studentów: ponad miarę).
Życzę wam nie tylko abyście pod choinką znaleźli prezenty waszych marzeń, ale aby wasi bliscy otrzymali od was to, czego sami pragną. Albo jeszcze lepiej: aby otrzymali od was coś wyjątkowego, coś co będzie m przypominało o was.
Życzę wam, aby nikt przy stole nie zadawał durnych, niekomfortowych pytań w stylu "No, jak ci tam w szkole idzie?", "Masz już dziewczynę?" czy "Może zaśpiewamy kolędę?". Pamiętajcie też, że Wigilia to rozdział od religii (paradoksalnie) czy polityki (bo tak naprawdę każdemu z tych około 500 nierobów chciałoby się dać w mordę, co nie?)
Wszystko jedno jakiego wyznania jesteście, wszystko jedno jak bardzo poróżnił wasze rodziny ostatni rok. Przyjedźcie, przywitajcie się, złóżcie od serca szczere życzenia, rozkoszujcie się rodzinną kolacją. A to, że wszystko kręci się wokół Chrystusa - pal licho! Paradoksalnie przecież nie on powinien być tu najważniejszy!

To jeszcze raz, tak zbiorczo, i w ogóle i w szczególe, i pod każdym innym względem:


WESOŁYCH ŚWIĄT!
Elvenoor


Tydzień Niefortunnych Zdarzeń - Część 2-ost 2017-12-20

To ile ja wam to kazałem czekać na część drugą? Dwa tygodnie? No cóż ja wam mogę powiedzieć...KLOPSIK :D

Przejdźmy do meritum: karta nowa zamówiona, w urzędzie "robi się" nowy dowód. Cóż, wypadało więc tylko kupić bilet na pociąg. W tym celu pożyczyłem od Bogdana dwie dychy. Niestety, bez legitymacji studenckiej musiałem dołożyć jeszcze piątaka. Bilet na pociąg relacji Kraków - D-ca w jedną stronę za 25 złotych?! Rozbój w biały dzień!
Wycwaniłem się. A przynajmniej chciałem być cwany. Kupiłem bilet online i skopiowałem go w formacie pdf na telefon. Był z nim tylko jeden, mały problem, który dostrzegłem (o ironio!) zaraz po zajęciu miejsca w pociągu. Bilet był, jak się pewnie domyślacie, imienny, a bez dowodu tożsamości pozostawał nieważny.
Gdy dokonałem tego istotnego odkrycia, wziąłem kurtkę pod pachę i z wyrazem rozczarowania na twarzy wróciłem na mieszkanie. Co ciekawe, okazało się, że zrobiłem dobrze, bo oto na portalu RMF 24 newsem nr 1 był wstrzymany ruch pociągów na trasie Kraków - Tarnów. Bodajże pod Kłajem jakiś idiota postanowił się zabić.

Tutaj moja mała errata: drodzy samobójcy, ja was rozumiem. Chcecie uciec z tego świata, skończyć z sobą, nie cierpieć dłużej. Ale, do jasnej cholery, róbcie to tak, żeby nie wku*wić tych wszystkich biedaków, którzy jednak kurczowo trzymają się życia. Wstrzymanie ich w jednym miejscu, z dala od ciepłych posiłków, możliwości schludnego oddania nieczystości oraz rodzin to zwykłe sku*wysyństwo. Skoczcie z dachu/balkonu czy czego tam chcecie, zadźgajcie się, podetnijcie sobie żyły, utopcie się w rzece, ale miejcie poszanowanie dla innych i nie podstawiajcie się pociągom ani samochodom. Wiecie ile godzin trwają potem oględziny miejsca wypadku?!

Wracając: zatelefonowałem do rodziców i uprzedziłem, że dziś nie wrócę. A jako, że wrócić musiałem, umówiłem się z Nickiem na dzień następny. Pożyczył mi trzy dychy, już na zwykły bilet papierowy. Przy okazji oddałem wreszcie uczelni statyw i kartę pamięci do kamery. Uff, dość już mieliśmy z Bogdanem tego kręcenia. Upadek kamery zadziałał dla nas jak omen - kończcie z tym i nara!
Droga na dworzec, choć krótka, do przyjemnych nie należała. W tramwaju panował ścisk jak w klatkowej hodowli drobiu. Ani się nie przepchasz do wyjścia, ani nawet nie weźmiesz pełnego oddechu - istny dramat! Jeszcze jakiemuś debilowi stanąłem przypadkiem na nodze, przeprosiłem, a on tylko wybełkotał:

- O ła, ku*wa, zrób trochę miejsca!

Miejsca? MIEJSCA, buraku cukrowy?! Gdzie ja ci mam, ku*wa, miejsce zrobić?! Zanieczyścić powietrze, rozepchać się wokół, wykrzyczeć na cały regulator: "Ludzie, zróbcie miejsce dla jaśnie pana"?
Ech, debili, niestety, eksterminować bezkarnie (jeszcze) nie można. Na szczęście ów delikwent wysiadł od razu na pierwszym kolejnym przystanku, więc o tyle miałem mniej jego gderania.
Dojechałem na dworzec, wsiadam do pociągu. Dzięki chmarom wsiadającego i wysiadającego ludu pracy, nie zdążyłem zająć dobrego miejsca. A jako że był piątek, REGIO pękał w szwach. Na domiar złego, kilkuminutowe awarie w elektryce, spowolniły odjazd o kwadrans. Fart w niedoli, że stanąłem zaraz koło wejścia, przed zajętymi miejscami. W Tarnowie moi sąsiedzi wysiedli i mogłem już bez problemu dotrzeć do domu.

Następnego dnia od razu popędziłem do fotografa, żeby już mieć zdjęcie dowodowe. Korzystając z korzystnego położenia "Spektora" odwiedziłem też dziadków, zjadłem co nieco, a i do mojej kiesy wpadła stówka czy dwie.

Mój Losie, jak dobrze, że to wszystko już za mną! Odpocząłem, uregulowałem, co było trzeba i teraz już można powiedzieć sobie: Oby do sesji! Wisienkę na torcie, osładzającym te moje stany wzburzenia,  dodała babka od anglika. Okazuje się, że z moimi nieobecnościami jest wszystko ok! Nie wiem, czy faktycznie tak jest, czy też postanowiła mi odpuścić, bo mnie lubi, ale jakkolwiek sprawa wygląda, serdecznie jej dziękuję.
To co, głupia pindo od wuefu? Dziś do ciebie przyjdę czwarty raz, a jak zaczniesz mi smędzić, że nie zdam, to od razu się możesz pocałować wiesz gdzie. Trzy wuefy programowe + jedna sobota w styczniu i voilla! Osiem obecności, absolutne minimum, będzie widniało w twojej durnej rozpisce. A jeśli jakimś cudem mi nie zaliczysz...Boże, miej ją w opiece! ^^


Jak mnie to wszystko wku*wia! 2017-12-14

Jezu, jak dobrze, że się narodziłeś, bo dzięki temu mogę za tydzień wreszcie wrócić do domciu na święta! Bo widzicie, wszystko się zrąbało...

Poniedziałek, 4 grudnia, godzina 8:15. Telefon od Bogdana: - Gdzie jesteś? Już 15 minut po ósmej. Zrywam się jak pies na domofon i czym prędzej się ubieram. A przecież ustawiłem ten je*any budzik na 7:00! Nie zastanawiając się dłużej nad tym czemu nie zadzwonił, wkładam spodnie. Drugi telefon  od Bogdana, niecałe dwie minuty po pierwszym. Babka już przyszła.
No dobra: iść czy nie iść? Nie ma mowy, żebym był na miejscu przed w pół do. Z drugiej strony, miałem już jedną nieobecność, a kolejna oznaczałaby ocenę niedostateczną z automatu w pierwszym terminie. Dobra, myślę. Jakoś to może odrobię. Gdybym miał pójść, a prowadząca nie wpuściłaby mnie do sali, mój pośpiech poszedłby na próżno.
Zachodzę więc do pani K. na dyżur i...klapa. Ze smutkiem w głosie i bezsilnością na twarzy oznajmiła, że takie są procedury, że odrobić nie można, że niedostateczny w pierwszym terminie. Ale hej, pocieszała mnie, przecież tak się zdarza, tak bywa, co nie? Ech...
A pieprzyć ją, niech idzie w diabły. Zadania będę robił dalej, więcej zajęć nie mam zamiaru opuszczać. Niby babeczka postara się coś wykombinować, ale nie wróżę sobie nadziei. Sprawa jest tym bardziej paradoksalna, że w drugim semestrze i tak zaliczyła zajęcia wszystkim, którzy mieli więcej niż jedną nieobecność. Co za pinda!

Wtorek, 5 grudnia. Doktor przekazuje mi, iż nie jesteśmy w stanie wydać "Mixera" przed świętami.
Najpierw były problemy ze składem. Prawie nikt nie chciał pisać, a stara ekipa (włącznie z byłą naczelną) zmyła się po ukończeniu studiów albo są zajęci pracą. Agnieszka przekazała mi stery tego tonącego syfu zwanego uczelnianym czasopismem i teraz to ja tu rządzę. Ta...Tylko właściwie KIM?
Od początku listopada pod moją redakcję zgłosiło się sześć osób, w tym Bogdan i ja. Każdy z nas przygotował od jednego do dwóch tekstów, ale znowu i tu coś zazgrzytało. Pan doktor poprawia prace licencjackie, więc nie za bardzo ma czas. W jednym z niewielu wolnych terminów przysiadł do tekstów, które dla niego zgromadziłem, pokiwał głową i napisał, że przekładamy. Jedna dziewczyna napisała dwa proste teksty o świętach: niestety zbyt banalne, w stylu "Pani Domu" czy innej babskiej srajtaśmy. A przecież dziekanat oczekuje poziomu i wyników, mimo że tego darmowego pisma właściwie nikt nie czyta. Do dziś zastanawia mnie po jaką cholerę przez 1,5 godziny roznosiłem te pieprzone gazetki po uczelni, tuż przed samymi wakacjami? 500 cieniutkich zeszycików po 30 stron każdy. Kładłem je ile się da i gdzie się tylko da: po krzesłach na korytarzy, stolikach, ladach recepcji. Tym razem nakład będzie ponoć zmniejszony o 100 egzemplarzy, ale według mnie wystarczyłoby ich na całą uczelnię równo 250. Jeśli mają lądować w koszu bez choćby luźnego przejrzenia, to ja podziękuję za tak beznadziejną gospodarkę papierem.

13 grudnia. Wróciłem po wuefie i jestem wściekły. Pozostał mi tylko jeden semestr wuefu, jako że rok temu zaliczyłem również tylko jeden (z pierwszego byłem jeszcze zwolniony). Dziś zaliczyłem swoją...trzecią obecność. Taa, tutaj faktycznie trochę poodpuszczałem. Do trójeczki brakuje mi jeszcze pięciu zajęć, ale na spokojnie zdołam osiągnąć cel. Jeszcze ping pong w sobotę, w następną środę, po Trzech Królach jeszcze trzy razy i będzie dobrze. Może jeszcze z jeden weekendzik, tak na deser, kto wie? Mi z wuefu wystarczy ocena podstawowa, nie widzę sensu w zaliczaniu dziesięciu obecności na czwórkę czy dwunastu na piątkę.
Jedyne, co mnie wnerwia, to ta wredna zołza! "Chce pan znowu nie zaliczyć? Przyłożyć się trzeba i chodzić!". Jednak oliwy do ognia dolał jej przydupas od siłowni. Myślałem, że mnie krew zaleje, gdy dorzucił swoje: "Bogatemu to wszystko wolno!".
O, wy mendy pieprzone! Byłem u was pod koniec maja po wpis do indeksu, a wy mi wyjeżdżacie z tekstem, że ZNOWU nie zaliczę?! Dobrze wiem kiedy i o której są zajęcia, wiem kiedy przychodzić, więc, z całym szacunkiem, proszę wetknąć nos do własnej dupy!
I chociaż Nick mówi, żebym się nie przejmował, bo niewiele tym zmienię oraz że ona tak mówi w swoich emocjach, to ja i tak nie spocznę, póki nie wetknę jej przed te jej fikuśne bryle swojego indeksu. A gdy będzie wpisywać "dostateczny", mi pozostanie tylko się uśmiechać jak kruk, który przed chwilą wyrwał lisowi kawał soczystego sera. Have a nice day i żebyśmy się już nigdy nie spotkali!

Część drugą Tygodnia Nieszczęśliwych Zdarzeń dostaniecie jutro. Dziś musiałem się rozpisać.


Tydzień Niefortunnych Zdarzeń - Część 1 2017-12-09

Nie mogę się jakoś ostatnio zebrać, by cokolwiek napisać.
Czuję, że się pomału wypalam, a to nie rokuje zbyt dobrze. Chcę przecież jakoś pociągnąć te moje pisaniny, przerodzić w coś związanego z zawodem (choć, znając życie, zapewne będę kiedyś wykładał chemię w Biedronce, robił w geodezji lub składał kable).

A przecież miniony weekend owocował w wydarzenia, których konsekwencją była, przyznaję, dość mocna depresyjna notka, a teraz mogę je opisać "na chłodno", na spokojnie. Należą się wam obszerniejsze dopowiedzenia.

Seria niefortunnych zdarzeń zaczęła się 28 listopada, kiedy to zaraz po zajęciach wybrałem się na "Morderstwo w Orient Expresie", kolejną ekranizację słynnej powieści Agathy Christie. Jako że nigdy wcześniej nie znałem tej historii, a na plakatach i trailerach przykuwały uwagę znane nazwiska, postanowiłem wreszcie nadrobić zaległości.
Najbliższe kino znajduje się na Kazimierzu, a że jest to Cinema City, to jasnym stało się, że korzystniej wyjdę na abonamencie Unlimited. Zawsze trzymałem ją wraz z wszystkimi dokumentami w jednym miejscu. Tak, absolutnie wszystkimi: dowodem, kartą płatniczą i legitymacją studencką.  
Przed wejściem na salę musiałem wyjąć więc cały bloczek, okazać kartę i z powrotem wszystko schować. Do tej pory podążałem według pewnego schematu: do kina dokumenty były bezpieczne w kieszeni spodni, potem już na sali wkładałem je do torby i wyjmowałem po powrocie. Tym razem było inaczej.

Już przy reklamie Cinema City Unlimited ukradkiem dotknąłem prawej kieszeni jeansów i stwierdziłem brak mojego czarnego bloczka z godłem polski. Usprawiedliwiłem to wtedy dość łatwo: "Spokojnie, na pewno wrzuciłeś go do środka i leży gdzieś między zakupami". Wyszedłem z sali po seansie, dotknąłem kieszeni raz jeszcze: dokumentów nie ma! Ale przecież nie ma co panikować, bo "na pewno są w torbie". Była już prawie szósta wieczór, a mi kiszki zaczęły grać marsza. Od niechcenia rzuciłem tylko okiem na Maka i wróciłem do domu (przecież nie mam przy sobie gotówki, a karta leży gdzieś między chusteczkami, ciastkami, a parówkami).
Jak już wiecie, w domu, po wypakowaniu wszystkiego, dokumentów nie znalazłem. Przeszukałem kurtkę - nic. Szukam w bluzie - również nic. Wywracam torbę do góry nogami - to samo. Pierwszy ruch: zadzwonić do kina.
Dzwonię po kilka razy, czekam pięć minut, dziesięć, kwadrans, aż wreszcie ktoś odebrał. Mówię kim jestem, o co chodzi, podaję numer sali, rząd i siedzenie.

- Proszę poczekać tak z 1,5 godziny, bo teraz tam trwa seans. Po seansie przeszukamy salę i zadzwonimy do pana.

W międzyczasie dzwonię jeszcze "pochwalić się" matce i czekam na standardową "zjebkę". Uwielbiam, kiedy tzw. starszyzna wkurwia się zawsze, gdy odpieprzam coś, co psuje im dzień. Raz złamię rękę, raz zgubię wszystkie dokumenty - standard, cały ja!
Wracając do opowieści:

- Przykro mi, ale niczego nie znaleźliśmy. Niech pan zostawi swoje dane, przekażemy wszystko porannej zmianie i może oni czegoś się dowiedzą, bo po zamknięciu kino jest jeszcze gruntownie sprzątane.

Rozłączam się, za radą rodziców zastrzegam kartę i dowód. Nazajutrz mam iść na policję zgłosić kradzież, bo "jakby coś, to masz papier, że ci ukradli. Tylko zgłoś kradzież, a nie zaginięcie, bo im się w przypadku zagubienia nie chce niczego robić!".
Cały w nerwach, ale z poczuciem panowania nad sytuacją odpuszczam nowe media i niestety dość ciekawy temat  piractwa. Po dwudziestu minutach docieram na najbliższy komisariat. Podchodzę do okienka, przy którym stoi znudzony życiem łysy chuj, odpowiedzialny za tę gorszą, papierkową stronę policji. Tłumaczę mu sprawę, a on, niewzruszony pyta:

- Ale zgłasza pan zaginięcie czy kradzież? Bo jak zaginięcie, to wystarczy nowy sobie wyrobić, a jak kradzież, to zgłosić, ale nie u nas. To było na Kazimierzu, więc w komisariacie na Szerokiej, do półtora godziny czekania według kolejności wypadków.


W głowie układała mi się już kwiecista wiązanka słów, którymi chciałem wtedy podziękować mu za tak dokładne zainteresowanie się obywatelem w potrzebie, a za które to dziękczynienie otrzymałbym nakaz zapłaty kilkuset złotych w przeciągu tygodnia.
Wróciłem do domu, spakowałem statyw i poszedłem na uczelnię. Tego dnia mieliśmy z Bogdanem dokrętki naszego filmu. Z telewizji, operatorki i montażu mamy jedną ocenę, zależną od filmu jaki nakręcimy i zmontujemy według podanego wcześniej scenariusza. Tematyka dowolna, więc my, nie mając czasu i pomysłów, wzięliśmy się za "Życie studenta w krzywym zwierciadle". Praktyka pokazała jednak, że lepiej zrobić prostą, złożoną z paru scen historię kolesia, który zaspał na egzamin i wyjadł kumplowi żarcie z lodówki. Przeterminowane, jak się w końcu okazało.
Pierwsze próby kamerowe nie podeszły panu profesorowi. Profesor Uhma jest doświadczonym kamerzystą, więc potrafił wskazać nam popełnione wady i przebłyski dobrego patrzenia obrazem.
Kwadrans kręcenia na uczelni, godzina u mnie w kuchni i wreszcie dwie-trzy u Bogdana.

Do dyspozycji mieliśmy uczelnianą kamerkę JVC wraz ze statywem, lampą, mikrofonem etc. Kończyliśmy robotę, miałem jeszcze po wszystkim pojechać na policję w sprawie kradzieży, i zapewne bym to zrobił, gdyby nie "mały" wypadek.
Chcąc przesunąć statyw z kamerą w inne miejsce, aparat zleciał na podłogę, łamiąc przytwierdzone do niego oświetlenie. O ile jeszcze to ostatnie wystarczyło złożyć (na magnesy), o tyle z kamerką był kłopot. Straciła focus, nie dało się przybliżyć ani oddalić obrazu, ekran pozostawał rozmazany.
Kombinowaliśmy co tu zrobić, czy zgłosić, jak naprawić, z walącym jak wiertło sąsiada w niedzielę sercem kreśliliśmy obraz naszego gównianego położenia.
Aż w końcu wszystko się naprawiło. Samo! Ot tak! Załamałem ręce, roześmiałem się z bezsilności i stwierdziłem:

- Wiesz co, Bogdan? Ja to pierdolę, w pędzlu mam tę policję. Dowód mam zgłoszony, kartę zastrzeżoną, jakoś przeżyję.

I tak siedziałem u niego do 22-giej, bo robiliśmy prezentację o Brexicie na problemy współczesnej Europy. Kto porządnie zrobi wykład, ten zalicza od razu przedmiot, bez pisania egzaminu, więc pokusiliśmy się takie rozwiązanie. Na kolację Bogdan upichcił pyszne frytki z Biedry. Niby nie to samo co w Maku, ale nawet dziś przypominam sobie ich słony smak, wówczas o niebo lepszy od każdego fast fooda.
Do wieczora próbowała się do mnie dodzwonić matka, ale miałem jej już serdecznie dość. "Załatw to!", "Idż tam, zgłoś tamto!", "A co jak ktoś na ciebie kredyt weźmie za 20 000?!". Ale ona już jest taka zbyt emocjonalna. Jak się wkurwi, to ino roz, że tak powiem. Wystarczy wtedy nie odbierać od niej telefonów i nie odpisywać na sms-y, niech się trochę pomartwi, posmęci i wróci do normy.

Na szczęście od taty dowiedziałem się, że jednak nie muszę zgłaszać kradzieży. Wystarczy pójść do urzędu, wypełnić wniosek o utracie dowodu i wyrobić potem nowy. Koniec kłopotów, sprawa załatwiona? No...niekoniecznie. Ale o tym dowiecie się dopiero dziś wieczorem, co by nie było, że za długie i nikt nie przeczyta.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]