Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

List do Mikołaja :)) 2017-11-29

Drogi Mikołaju,

Nazywam się Mateusz, mam 22 lata. Przez cały rok byłem bardzo grzeczny. Uczyłem się na sesję, pogodziłem się z przyjaciółką, byłem uczynny dla rodziny. Dorośli mówią, że nie istniejesz, i szczerze mówiąc sam tak myślałem, jednak ten jeden ostatni raz chciałbym napisać do Ciebie list.
Przez lata dzieciństwa przynosiłeś mi dużo fajnych rzeczy. Dostawałem od Ciebie całe stosy zabawek i tyle słodyczy, że starczało na całe dwa tyfodnie. Teraz jestem już dużym chłopcem, dawno odłożyłem maskotki i klocki Lego, choć łakociami nadal się opycham jak dziki wieprzyk, hihi.

Tylko widzisz, ostatnio nie dzieje się u mnie najlepiej. Wczoraj w kinie zgubiłem dokumenty. Widzisz, popełniłem błąd i nosiłem zawsze je wszystkie razem: dowód, karta płatnicza, legitymacja studencka i karta Cinema City Unlimited. Sądziłem, że jak zwykle schowałem je do torby. Jak tylko wróciłem, zadzwoniłem do kina. W sumie to dzwoniłem kilka razy wtedy i jeszcze nazajutrz, ale suma sumarum po kilku przeszukaniach sali nie znaleziono niczego. Zastrzegłem kartę i dowód w swoim banku, zadzwoniłem do rodziny. I wtedy się zaczęło.

Oni są źli, wiesz? Bardzo, bardzo źli. Ale nie "źli" w sensie "wściekli", ale "źli" jako "nieprawi", "nierozumiejący niczego". Byłem na komisariacie, chciałem zgłosić kradzież (tak w razie czego, żeby nie było), ale ten łysy chuj w niebieskim mundurze powiedział, że muszę i tak godzinę-półtorej czekać, bo kolejność przypadków, a tak w ogóle to nie w tym komisariacie. No byłem na niego zły! Ale tym razem "zły" jako "wściekły", "zdenerwowany", albo, jak to mówią starsi, "wkurwiony".
Nie miałem czasu na nic. Od 12stej do 21szej byłem z Bogdanem. Nagrywaliśmy filmik zaliczeniowy u mnie, na uczelni i u niego. Potem pracowaliśmy nad prezentacją o Brexicie na inne zajęcia. Dobry przyjaciel, pożyczył mi 20 złotych, żebym mógł jutro wrócić. Na kolację zjedliśmy przygotowane przez niego frytki z Biedronki. Mmm, co to była za uczta, palce lizać!

Ale podczas nagrywania zdarzył się jeden wypadek. Kamera spadła i przez kwadrans miała problem z ostrością. KAMERA! Wydana nam przez panią od zajęć telewizyjnych! JCV coś tam, model "x100" czy jakoś tak. Wiesz co by było, jakbym miał płacić za naprawę? No totalnie koszmarny środek tygodnia!
A mama wydzwaniała, wciąż i wciąż. "Idź na policję dzisiaj, bo jak ktoś na ciebie chwilówkę weźmie to zobaczysz, uhuhuhuhu! Ty taki, owaki, DZIŚ masz iść, tylko na siebie patrzysz, ty sobie nagrywasz, a tu ktoś ma twoje dokumenty!!!".
Mikołaju, ona nie rozumie, że mnie też to boli w jakimś stopniu, że staram się nad tym panować. Nie rozumie, że mnie też goni czas i że nagrywanie nie jest takie proste. Ona jest złem emocjonalnym. Już wiem po kim mam te schizy psychotyczne! Swoją drogą już dawno powinienem wylądować w psychiatryku, związany w ten kaftan od dziwnych ludzi :))

W związku z powyższym chciałbym dostać od ciebie na święta linę. Albo pistolet. Albo truciznę. Jeśli chcesz to rozwiązać inaczej, możesz mnie zadźgać, gdy będę spał, jak w "Morderstwie w Orient Express". Bowiem im krócej będę żył, tym mniej szkód dla innych poczynię. No i być może w przyszłości przeze mnie nie zginie tyle ludzi, jak już wybuchnie ta wojna. Skąd to wiem? Przepraszam, ale nie mogę Ci powiedzieć.
Wybacz mi też, że nie zostawiłem Ci ciastek ani mleka, ale wiesz jak to jest, student musi bardzo oszczędzać. To co? Oszczędzisz mi cierpień? Bardzo, bardzo, bardzo proszę!

Podpisano,
Twój, mam nadzieję że wkrótce martwy, M.


Ślub - zwieńczenie miłości? 2017-11-28


Małżeństwo po 20-stce, dzieci przed 30-stką. Taki stereotyp utarł się już w naszej kulturze życia społecznego. Pytanie tylko: czy w ogóle jest sens zawierać małżeństwo?

Zobacz, jakie ładne! - pisze moja dobra znajoma, przesyłając mi zdjęcie swoich ślubnych obrączek. Trzy tysiące złotych, w sumie niedrogo. Suknia ślubna nowa, za ok. 3200 zł. Wyjdzie taniej niż używana, bo można to potem sprzedać za 2000. Do tego fotograf, kamerzysta, wynajem samochodu, sali, catering etc. Razem ślub z weselem kosztować ją będą ok. 20 000 zł. Jak widać, na wielką, rodzinną uroczystość wydajemy dość sporo. Ale skąd w ogóle pomysł na „zaobrączkowanie się”? Czy nie lepiej żyć „na kocią łapę”?

- Dla mnie odpowiedź jest oczywista – wyznaje – kocham swojego narzeczonego, czuję wewnętrzną  potrzebę sformalizowania naszego związku. Chcę nosić jego nazwisko i być matką jego dzieci.

Innymi słowy: względy duchowe. Okazuje się jednak, że zaspokojenie potrzeb psychologicznych to nie jedyna zaleta małżeństwa.
Jak wszyscy dobrze wiemy, zdrowie jest najważniejszą wartością w życiu i gdy go brakuje, wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Warto mieć wówczas obok siebie kogoś, kto ulży
w obowiązkach, zrobi obiad czy zaparzy kawę. Jednak o ile można to osiągnąć bez zawierania długoterminowej umowy
na przynależność, o tyle obrączki ułatwiają dostęp do szpitalnych informacji w przypadku zagrożenia życia małżonka.
Ponadto z chwilą zawarcia małżeństwa, jeśli pary nie podpisały wcześniej intercyzy, powstaje wspólnota majątkowa. Od tej chwili wszelkiego typu dochody oraz środki z rachunków otwartych i pracowniczych oraz emerytalnych należą do dwojga osób. W określonych przypadkach, jak choćby różnica w progach podatkowych, „skarbówka” pozwala na wspólne rozliczanie się z co rocznego podatku.
Chcesz wziąć kredyt hipoteczny? Bank dużo przychylniej spojrzy na ciebie, jeśli weźmiesz go na siebie i żonę/męża, natomiast państwo gotowe jest zaoferować program „Rodzina na swoim”. Warto z niego skorzystać, by przez pierwsze osiem lat kredytowania spłacać raty niższe
 o nawet kilkaset złotych.

Życie bardzo lubi nas nie oszczędzać i każdy związek może rozłączyć dopiero śmierć. Niestety ,wedle polskiego prawa, dziedziczenie i spadek przypadają jedynie osobom, które złożyły przysięgę w urzędzie stanu cywilnego.

 – My w Polsce nie mamy żadnych takich praw jako związek i rodzina. Jeżeli bardzo się uprzemy, możemy próbować załatwiać pełnomocnictwa i testamenty, ale nawet poświadczone notarialnie dokumenty nie muszą być brane pod uwagę przez instytucje, które znają tylko czarno-biały świat: albo jesteśmy małżeństwem, albo jesteśmy sobie obcy  – denerwuje się Marcin, mężczyzna od dziewięciu lat mieszkający razem z konkubiną.

Wydaje się więc, że dziś małżeństwo jest niemal koniecznością. Samotnym rodzicom przysługuje prawo do ulg podatkowych, refundacja kosztów leczenia oraz pierwszeństwo
w przyjęciu do żłóbków i przedszkoli. Adopcja? Mimo braku przeciwwskazań prawnych, osoba samotna nie ma co na nią liczyć, podobnie jak para nieformalna.

O ile jeszcze młodzi zakochani mogą wytrwać przy sobie kilka lat, o tyle szara, codzienna rutyna, bez odpowiedniej troski o związek, potrafi całkowicie zniszczyć parę. Ludzie są przecież tylko ludźmi, mają skłonność do wypalania się, znudzenia, poszukiwania czegoś więcej.  Małżeństwo (przynajmniej to kościelne, choć niemal zawsze idzie ono
w parze z cywilnym) jest nieodwracalnym zobowiązaniem: chcę być z nim/nią do końca życia, nie chcę należeć do nikogo innego. Mimo podświadomie zwiększonej odpowiedzialności i poczuciu dojrzałości kłopoty zaczynają się nomen omen wraz z pierwszymi problemami. Jeszcze nie daj Losie, gdy na jaw wyjdzie jakiś sekret z przeszłości żony/męża! Sprawa kończy się wtedy na sądowym tapecie, a przed parą otwiera się długi proces rozliczania się, podziału majątku i – jeśli pojawiło się dziecko – przyznanie praw wychowawczych oraz alimentów.
Państwo pozwala jednak na rozstanie. Kościół już niekoniecznie. By unieważnić małżeństwo, trzeba mieć dobry powód: impotencja, niechęć do posiadania potomstwa, różność religii, przyzwoitość publiczna, święcenia i śluby zakonne itp. Są to czynniki, jak sama nazwa wskazuje, unieważniające zawarty akt. Nie ma w nich wzmianki o zdradzie, wypaleniu czy, popularnej dziś, różnicy charakterów. Nie można się rozwieść „bo tak”.

Małżeństwo to jedna z najważniejszych decyzji w życiu człowieka. Jak sami widzimy, ma ono swoje mocne i słabe strony. Czy warto więc wstępować na pełnoprawną, „legalną” drogę miłości, radości i szczęścia? Odpowiedź zależy już tylko od ciebie.


10 lat leczenia, czyli moje zęby, moja sprawa! 2017-11-25

Nieco ponad 10 lat co miesięcznych wyjazdów z Dębicy do Tarnowa. Trzy aparaty ortodontyczne, po kilka stów każdy, nie wspominając o 50 zł za jedną wizytę. Całe godziny czekania w kolejce, każdorazowo od 17stej do 19stej. Rezultat? Poszerzony zgryz i...tyle. A miało być tak pięknie!

Gdy dekadę temu mama znalazła na internecie adres polecanej ortodontki, myślałem, że nie będzie źle. Gdy przyjechaliśmy na pierwszą wizytę, byłem pełen dobrych przeczuć. Miła, rozmowna ortodontka, dość dobrze znająca się na swoim fachu, zdawała mi się najlepszą drogą do poprawienia mojego zgryzu.
Widzicie, mam kły przed zębami. Kiedyś były bliżej, dziś, dzięki leczeniu, są od siebie oddalone. Sens leczenia był prosty: poszerzyć zgryz, zrobić miejsce na te kły, wyrwać dwa zęby i wsadzić na miejsce nieszczęsne "wampirówki". Przewidywałem, że po dwóch-trzech latach wszystko będzie zrobione. Oj, jak srogo się myliłem!


Co miesiąc trzeba było jeździć na wizytę z aparacikiem w ustach i karteczką postępów leczenia pod pachą. Tutaj musicie wziąć poprawkę na formę dojazdu, czyli samochód taty. Kolejny obowiązek na jego głowie, przejechać do Tarnowa i z powrotem, a między wycieczkami przesiadywać ze mną w kolejce.
Pani Barbara, bo tak też lekarka miała na imię, umawiała pacjentów na konkretną godzinę. Kłopot w tym, że de facto sprowadzało się to do "kto pierwszy, ten lepszy". Byłeś umówiony na 17stą, ale w gabinecie już ktoś jest? Trudno, usiądź i poczekaj, bo pani przed tobą była zapisana na 16:30. Na zegarku 16:58, ale i tak wyjdziesz stamtąd jakoś po 18stej. Skąd taka rozbieżność czasowa? Ano, moi drodzy, przez gadatliwość.
A to pani Basia opowiada o wnuczkach, a to o innych pacjentach, a to co jej się rano przydarzyło...No wszystko fajnie, ale tam na poczekalni ludzie czekają, a pani w tym momencie zarabia pieniądze! Syndrom "dobrej cioci" nie sprawdza się w pani zawodzie!
Jak wyglądały same wizyty? Zazwyczaj po prostu przyjeżdżałem, dawałem lekarce aparat, ona przy nim coś piłowała, dłubała, dopasowywała do uzębienia i, gdy wszystko się trzymało, puszczała do domu.

W mojej karierze pacjenta ortodontycznego miałem wiele wpadek. A to zaniedbywałem noszenie aparatu (zakładałem go tylko na noc), a to niechcący palcami klamry powyginałem i nie byłem ich w stanie na powrót ustawić; jednym słowem: dramat. Moje niepowodzenia zwalałem jednak na mój szczenięcy wiek i totalny brak samodyscypliny. Na pierwszy aparat, jego późniejszą modyfikację oraz drugą "nakładkę" na zęby zapłaciłem ok. 1000 złotych, przy czym "zapłaciłem" znaczy tyle, co "rodzice zapłacili". Z czasem przestałem być pacjentem niepokornym i coraz bardziej rozumiałem, że wreszcie leczenie trzeba skończyć.
Nosiłem więc aparat, rozkręcałem go mniej więcej co tydzień, starałem się nie zaniedbywać w jego noszeniu (albowiem opuszczenie jednej nocy powodowało, że trzeba było cofnąć śrubkę aparatu o kilka oczek). Jednak z czasem (a właściwie jego coraz dotkliwszym brakiem) zacząłem mieć dość. Nadeszły studia i, co za tym idzie, niemożność regularnych wizyt w Tarnowie. Dlatego też parę miesięcy temu zwyczajnie sobie odpuściłem na dobre.

- Ale mogłeś jeździć choćby raz na pół roku i dalej nosić aparat!

Wiecie co? W dupie mam już to wszystko! Tyle jeżdżenia, tyle noszenia (już świadomego i regularnego), tyle zmarnowanego na poczekalni i w gabinecie czasu, a za każdym razem, jedyne co słyszałem, to "musimy poczekać, aż zęby będą tak i tak, wtedy was skieruję na wyrywanie". A co po wyrwaniu? Kolejne noszenie, kolejne jeżdżenie, kolejne wyczekiwania, bo "trzeba kły naprowadzić"!

- Ale rodzice wydali na ciebie tyle kasy i wszystko na próżno!!!1111

Z tym się nie zgodzę. Zgryz mam większy, nieco wyraźniej dzięki temu mówię.

- No to znajdź sobie ortodontę w Krakowie, na miejscu i tam wszystko załatw do końca.

Nie mam czasu ani ochoty na kolejne pałętanie się po lekarzach. Tyle już się, kuźwar, wycierpiałem, wyczekałem, wymęczyłem, że mam serdecznie gdzieś kolejne cackanie się z doktorami wszelkiej maści. Zwłaszcza po lecie. Zaraz pod szyją zrobiła mi się miękka, ropowata bulwa, nic przyjemnego do oglądania. Pomysłem mojej "wspaniałej" mamy było usunięcie jej. Doktor wstrzyknął mi więc w jej okolicach cholernie bolesne znieczulenie, po czym zabrał się za wycinkę i szew. Tydzień później zdjęcie "drucików", a ledwie dzień później zrobił mi się w tym miejscu bliznowiec, nieco większy od tamtego ciulostwa, które, jak się okazało, było niegroźnym włókniakiem. Mało tego, na prawej ręce, po złamaniu,  zrobiło mi się to samo. Czaicie teraz jak mało ponętne mam ciało? Nie dość, że lichej postury, to jeszcze pod ubraniem robię się pomału trędowaty!

Wracając do meritum: nie. Po prostu, kuźwar, nie. Nigdy więcej nie pójdę do lekarza ze sprawami kosmetycznymi. Zgryz mogę mieć nieładny, gówno mnie to obchodzi. Doskonale skomponuje się on z bliznami, które i tak już goszczą na mym ciele, więc nie będę sprawy jeszcze bardziej pogarszał. Ja osobiście mam dość: pani Basi, Tarnowa, leczenia, aparatów i pierdzielenia się z kolejkami!

Post-Scriptum: Wiecie czemu lekarka nie wstawiła mi aparatu stałego? Bo nikomu ich nie robi; twierdzi, że to za duża odpowiedzialność dla pacjenta, że powikłania itd. Cóż, moich kilku znajomych nosiło parę lat aparat nieściągany i jakoś mają teraz o wiele lepszy zgryz niż ja po tych 10 pieprzonych latach. Sama operacja ponoć nieźle daje w kość, trochę trwa, no i przez dzień-dwa zęby bolą jak po gruntownym obiciu facjaty, ale dla końcowego rezultatu chyba warto się chwilę przemęczyć? Lepsze to niż bezproduktywne podróże do Tarnowa przez 10 lat, 50 zł za wizytę raz w miesiącu, z dodatkowym zanudzaniem się na śmierć w kolejce długiej jak wiertło dentynty-psychopaty.


Pisać tak, żeby nie strupieć - Po co nam biografie? 2017-11-19

Biografia - długi, nudny tekst, kojarzony głównie z życiorysem znanego pisarza, artysty czy muzyka. Czy aby na pewno? O stereotypach związanych z gatunkiem, swojej pasji i cichym związku z dawno zmarłymi literatami na Festiwalu Conrada opowiadały Monika Piotrowska i Klementyna Suchanow.

Podczas odbywającego się w dniach 23-29 października Festiwalu jeden z paneli poświęcono tematowi „Po co nam biografie?”. Jak się okazuje, tytułowe pytanie nie posiada prostej, jednoznacznej odpowiedzi. Klementyna Suchanow oraz Monika Piotrowska gościły na panelu Grzegorza Olszańskiego, by zdradzić kulisy swojej pracy.
-  Ta biografia powstała po to, by pozbyć się Gombrowicza z mojego życia, przerwać życie wokół niego. Teraz wiem, że to nie jest do końca możliwe – przyznała na początku Suchanow. Autorka biografii „Ja, geniusz” została, jak mówi, intelektualnie uformowana przez niego intelektualnie. I choć w rzeczywistości mają oni zupełnie różne charaktery i nie ze wszystkim mogliby się zgodzić, to byliby dla siebie interesującymi rozmówcami.
Celem jej książki jest przybliżenie zwłaszcza młodszym czytelnikom obrazu sylwetki cynicznego pisarza. Zrobiono to jednak w taki sposób, aby każdy, kto sięgnie po lekturę, mógł nie tylko dowiedzieć się wielu dobrych i złych rzecz na temat osoby badanej, lecz przede wszystkim zrozumieć skąd brało się takie, a nie inne myślenie bohatera oraz jak kształtował on swój charakter.

Monika Piotrowska, twórca „Prusa. Śledztwa biograficznego”, opowiedziała z kolei o swojej pasji detektywistycznej. Już od dziecka pragnęła bowiem zostać policjantką śledczą, więc Bolesław Prus – „człowiek-tajemnica” – pomógł jej spełnić się w tej roli. O ile jednak w przypadku Suchanow były relacje świadków i zapisy autorskie, o tyle Piotrowska musiała operować niemal wyłącznie na powieściach pisarza. Niejednokrotnie bowiem bywały przypadki, gdy autor ukrywał się w swoim dziele pod nazwiskiem fikcyjnego bohatera (niekoniecznie głównego). I choć  Prus pisywał także nowelki i felietony, lecz stronił od dzielenia się na ich łamach swoimi własnymi doświadczeniami.

Biograf nie jest bajkopisarzem. Nie może bez faktów pisać na poważnie, a wszystko, co uda mu się znaleźć, musi dokładnie zweryfikować i zinterpretować. Często takiemu dziełu towarzyszą przypisy, dlatego kluczowym jest odpowiednio poukładać je i dopasować do dobranej przez siebie formy – wielce istotnej, jeśli chcemy pomóc odbiorcy przyswoić to, co chcemy mu przekazać.
Podczas zbierania informacji nie należy także pomijać pozornie nieistotnych szczegółów, gdyż to właśnie one często definiują badanego artystę i pozwalają spojrzeć z innej perspektywy na jego dzieła.
Zeznania oraz prace pisarzy to tylko niektóre ze źródeł z jakich przydatnie skorzystać. Jak wspomniała Piotrowska, nieraz musiała sięgać również do podręczników i opracowań historycznych, biznesowych czy psychologicznych (prusowska agorafobia, czyli lęk przed otwartą przestrzenią). Dlatego też warto ukazać czytelnikom emocje bohatera, pokazać go jako zwykłego człowieka (mimo wielu sylwetek-masek z powieści) przy jednoczesnym pozostawieniu pewnego pola interpretacyjnego dla czytelnika.

Zapytana o to, czy fascynacja może być podstawą dla biografii, Suchanow odparła:
- Zdecydowanie tak, jednak nie można jej narzucać swoim odbiorcom. Trzeba podejść do tematu
z dystansem, choć każdy szuka w bohaterze przynajmniej cząstki samego siebie.
Witold Gombrowicz powiedział kiedyś, że każdemu, kto napisze o nim źle, nawet pośmiertnie stanie on kością w gardle autora. Suchanow, ów komentarz, jak i całe spotkanie, krótko podsumowała:
- Starałam się pisać tak, by Gombrowicz był ze mnie zadowolony i myślę, że mi się to udało. Bawiłam się pisząc, co ocaliło mnie od strupienia.


Do trzech trupów piekło, czyli znów to samo 2017-11-04

Nie to, że jestem jakimś szczególnym antyspołecznym socjopatą. Po prostu czasem człowiek nie ma wyjścia i trzeba komuś odebrać życie.

Jechałem gdzieś z Kornelią. Tą z "Dziennika Polskiego". Nie utrzymujemy w sumie kontaktu, jakoś niewiele mnie do niej ciągnie. Już po kilku rozmowach stwierdziłem, że chyba nic i tak by z tego nie wyszło. A może po prostu nie wiedziałem jak to dalej pokierować? Nieważne, do rzeczy.

Jechałem z Kornelią krakowskim tramwajem. W pewnym momencie przyczepił się do nas jakiś nachalny jegomość. Szpetna morda, podkrążone oczy, zadarty nos. Nie pamiętam o co miał do nas "wąty", ale z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej natarczywy. W pewnym momencie rzucił się na Kornelię. Ta, przestraszona, ukryła się za mną. Ja natomiast, nie czekając na rozwój wypadków, odepchnąłem natręta, po czym wyciągnąłem z torby mój czarny nóż. Płynnym ruchem zdjąłem osłonkę z ostrza i wbiłem go prosto w serce oponenta. Przed wyjęciem broni z ciała niemilca, przekręciłem ją kilka razy w jego wnętrzu.
To był impuls. Instynkt. Albo ja, albo ten sukinsyn. Czy zasługiwał na dalsze życie? Wielu jest  takich jak on (jeszcze gorszych nawet), a zamiast zdechnąć, spokojnie chodzą sobie po Ziemi, jak gdyby nigdy nic. Zadają innym cierpienie i ból. Znęcają się na różne sposoby. Nie należy im się nic więcej ponad to, co sami oferują swoim bliskim. A jednak ot tak sobie żyją...

Ze mną chyba serio musi być coś nie tak. To już trzeci sen, w którym kogoś zabijam. Pierwszy raz zrobiłem to w gniewie nękanej ofiary, drugi z desperacji. Teraz odesłałem na tamten świat człowieka, który nastawał na mnie i na moją towarzyszkę.

Nigdy nie wyzbywam się noża, gdy wracam po ciemku na mieszkanie. Chcę być gotowy na wszystko i w razie konieczności podjąć wyrównaną walkę. Nie zawaham się posunąć do zadania śmiertelnego ciosu, choćby mi przyszło gnić w areszcie i odwoływać się od wyroku nie wiadomo jak długo!

Och, przeklęty Losie! Jakże perfidnie krzyżujesz ludzkie ścieżki! Tylko ty potrafisz na drodze zwykłego, szarego obywatela postawić konfliktowego, łysego karczka, który żądać będzie niezwracalnego jednokrotnego "podatku za życie". Popełnia on wtedy błąd, nie zdaje sobie sprawy, że jego chuderlawy przeciwnik posiada schowany nóż. I co ma wtedy zrobić?
A) Dobrowolnie oddać portfel, telefon, zegarek i wszystko, co ma. Sprawa trafia nazajutrz na policję, która - z mniejszym bądź większym skutkiem - stara się znaleźć złodzieja.
B) Walczyć o swoje. Jeśli tamten ma tylko pięści, ofiara dostanie tylko wpierdziel i straci wszystko, co ma tak czy siak. Jeśli trafi na uzbrojonego, może zostać mu odebrany nie tylko majątek. W przypadku zwycięstwa, przeciwnik może przeżyć albo zdechnąć na chodniku jak pies. Niestety, prawo o obronie koniecznej (jak każde inne) jest zawiłe i zależne od interpretacji sądowych. Bo przecież zawsze można celować w nogę lub rękę, a i tak często również te przypadki są wykroczeniem poza wymuszony kontratak. Więc co w takim razie? Uciekać? Jeszcze gorzej, bo na pewno spotka cię srogi oklep i przeszukanie, a w skrajnych przypadkach także ostra analna penetracja.

Tak źle, tak niedobrze. Zawsze jedna strona konfliktu będzie poszkodowana - rodzina ofiary napadu bądź zabójstwa w odwecie na ów napad. Zawsze czyjeś życie będzie postawione na krawędzi wymiarów. A to wszystko z powodu głupiego błędu napastnika. Bo myślał, że pójdzie łatwo, szybko, sprawnie. Ot, wystarczy zaczepić niewinnego chudzielca i kazać mu wyskakiwać z kasy - myśli sobie taki, wychodząc z domu. Niestety jeszcze tego wieczora plany się komplikują i do bliskich już nigdy nie wraca.
I znowuż.... "Należało mu się, sam sobie to zgotował", ale "przecież mogłeś go tylko zranić lub uciec, bo on taki święty był, nigdy nikomu nic złego nie zrobił".

Dlatego lojalnie ostrzegam każdego skurwysyna, który odważy się kiedykolwiek do mnie "wystąpić": lepiej weź ze sobą najdłuższe ostrze jakie znajdziesz w kuchni. Moich dóbr materialnych bez walki nie oddam. Zabijesz mnie, trudno. Lecz jeśli Los dopomoże mi w starciu i to ty polegniesz z moich rąk, nie będę ciebie żałował.
Za błędy trzeba płacić. Czasem nawet zbyt drogo...


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]