Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Śmierć, czyli wszystko o niczym 2017-10-30

Już dwa lata go brakuje...

Za dwa dni przypada druga rocznica śmierci, a zarazem osiemdziesiąte któreś urodziny mojego śp. dziadka. Jego śmierć była spodziewanie-niespodziewana. Wszyscy, łącznie z nim samym, zdawaliśmy sobie sprawę, że ta suka śmierć nadchodzi. A jednak wtedy smutna wiadomość o dziadkowym przejściu do lepszego świata (o ile ten w ogóle istnieje) złamała moją duszę jak niefortunny poślizg łamie prawe przedramię. Nie zdążyłem się wówczas z nim pożegnać. Nasze ostatnie spotkanie było chwilowym zaglądnięciem, przy okazji powrotu od stomatolożki w Tarnowie (swoją drogą o tym też wam napiszę jeszcze w tym tygodniu, bo to niezwykle interesujący temat).
A może ostatni raz był wtedy, gdy musiałem z nim zostać, bo tata wziął babcię do lekarza? Leżał na swojej ulubionej kanapie, oglądał telewizję, rozmawiał ze mną. Co jakiś czas wychodził do łazienki i przeraźliwie cherlał. Był słaby, jego stan nie pozwalał na dłuższe spacery po lesie ani zajmowanie się kochanym ogrodem.

Pamiętam jak po fakcie babcia ze łzami w oczach opowiadała mi jak w hospicjum (nie, powiedzmy to wprost: umieralni) dostał wieczorem wylewu. Kazał swojej żonie się zbliżyć, poprosił o wybaczenie wszystkich win, po czym ją ucałował. To nie był paradoksalnie jego ostatni oddech. Życie zwrócić Bogu (jeśli faktycznie gdzieś tam jest) przyszło mu w swoje kolejne urodziny. Ledwie tata odwoził babcię na mieszkanie ciotki, by odpoczęła, a już w połowie drogi dostali telefon z przykrą wiadomością.

Jako że z powodu święta zmarłych uczelnia dała nam wolne jedynie od jutra od 16:00 do 10-tej rano w czwartek, wykorzystałem jeden z wolnych weekendów na odwiedziny w domku. Czas ten poświęciłem na lekki opierdalling, wizytę u dziadków oraz u "lokalnego" kuzyna.
[ Nie mógł się doczekać, bym przyjechał i pograł razem z nim w Minecrafta, heh. Dziwna to moda  nastała, że wszystkie dzieciaki nie grają w nic innego tylko w grę sprzed sześciu lat. Nic do tej gry nie mam, nawet ja swego czasu w niej trochę siedziałem, ale nie potrafiłem nigdy wymyślić niczego poza zbudowanie zwykłego rancza. Mniejsza z tym, za daleko wybiegam!]
Nie mogłem sobie odmówić również wizyty na cmentarzu. I tu znów odezwała się moja filozoficzna dusza.

Czym jest to całe "odwiedzanie zmarłych"? Przynajmniej raz do roku prawie każdy z nas przychodzi z wizytą do swoich bliskich zmarłych, choć w rzeczywistości to stanie w ciszy nad jedną z wielu kamiennych płyt, położonych jedna obok drugiej. Nad każdym grobem widnieje tabliczka; na niej imię, nazwisko, data urodzin i śmierci oraz piękny, lecz pusty wierszyk, pokroju "Żyłem, bo chciałeś. Umarłem, bo kazałeś".
Pod ziemią zaś spoczywa trumna z rozkładającymi się (lub już rozłożonymi) ludzkimi  szczątkami, którym składamy pęk kwiatów i obowiązkowy znicz. Płomień, symbol pamięci, transcendentalnego obcowania z metafizyczną istotą. Bo wiecie, jak człowiek umiera, to wylatuje z niego taki niewidzialny duszek, który kieruje się prosto do Nieba, przed oblicze Boga; dopiero On osądza jak bardzo człowiek po śmierci będzie miał przesrane (nie, przez nieskończoność klęczeć wokół Pana i wychwalać Jego imię razem z tysiącem małych aniołków o gołych dupach to bynajmniej żadna nagroda).
A co nam pozostaje? Ciało, zwykły śmieć, który trzeba umyć, ładnie opakować i albo zutylizować w krematorium, albo wyrzucić do ziemi, na pożywkę dla roślin i wszelkiego robactwa.

Jest to, naturalnie, odpad, będący niegdyś naszym bliskim, przyjacielem, sąsiadem etc, więc chcąc nie chcąc przychodzimy danego jegomościa "odwiedzić". A co w przypadku rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej? Przychodzą na cmentarz: nad kim tak właściwie stoją? Nad ręką prezydenta, fragmentem czaszki Wassermana, nogą posła Putry i paroma innymi częściami ciał jeszcze kilku osób, wymieszanych razem w jednej trumnie!
Czy nie wystarczy odprawić ceremoniałów nad małym domowym ołtarzykiem, złożonym ze świeczki i paru zdjęć? Nie odwiedzą bliskich w klasyczny sposób, chyba że wybiorą się w kilkadziesiąt miejsc jednocześnie, by ogarnąć, że tak powiem, całość zmarłego.

- Doprawdy? To czemu, hipokryto, pojechałeś na cmentarz, skoro to tylko bezcelowe wycieczki do rozkładających się ciał?

Jeśli mam być szczery, nie mam pojęcia. Szczątki, opatrzone nazwiskiem "Ludwik M." były moim ukochanym dziadkiem, który zapadł w długi sen i nigdy już się nie obudzi.  Ale jest coś jeszcze.
Coś jednak jest w tej paradoksalnej pustki tysięcy grobów. Pod każdym z nich kogoś kiedyś zakopano. Miejsce święte czy świeckie, jest dusza czy jej nie ma, zabrał Bóg, biologia czy los - nieważne. Liczy się to przerażające/porażające doświadczenie z nagrobnymi tabliczkami: "Żył 70 lat", "żył 68 lat", "żył 45 lat".
Nigdy nie wiesz kiedy "to" cię dorwie. Nigdy nie wiesz do jakiej liczby dobijesz. Nie jesteś w stanie wyliczyć perfekcyjnie swojego życia co do dnia, bo nie wiesz kiedy kopniesz w kalendarz. Świadomość nieuniknionej, niespodziewanej śmierci może zrobić z tobą wszystko. Obudzić cię do jakiejś aktywności, nauczyć szacunku do czasu. Albo, tak jak mnie, kompletnie porazić, przyspieszając bicie serca.

Ale dlaczego boimy się śmierci? Jeśli życie po życiu istnieje, to zapewne już teraz starasz się osiągnąć wieczny raj. Jeżeli nie wierzysz w opowieści o Bogu, cudownej i nieprzebranej nieskończoności, jest ci wszystko jedno. A mimo to każdy z nas obawia się tego jednego momentu.
Dobrze byłoby zasnąć i nie podnieść rano powiek, prawda? Mniej bólu, błoga nieświadomość i te sprawy. Z wolna będziesz tracić przytomność, nerwy rozluźnią się jak sprężyna po zwolnieniu nacisku. Powieki zaczną opadać, a świat pokryje blada mgiełka.
 A potem już nic. Znikniesz sam w sobie, łącznie z wyrzutami sumienia i pięknymi wspomnieniami.

Tylko jaką jednak masz szansę, że spotka cię właśnie taki, optymistyczny koniec? I czy w takim wypadku, po wszystkim, co wcześniej już napisałem,  nie lepiej umrzeć  faktycznie "po swojemu"? Życie jest darem, ale skoro i tak musimy umrzeć...







Andrzej Sapkowski - prawdziwa sylwetka 2017-10-23

Wyniosły tylko z pozoru

Andrzej Sapkowski, urodzony i zamieszkały w Łodzi (od 2008 roku honorowy obywatel miasta). Nim jego nazwisko stało się szeroko rozpoznawalne w Polsce, pracował w firmie „Skórimpex”, gdzie –  z racji wykształcenia ekonomicznego – handlował futrami.
Karierę literacką zaczynał jako tłumacz, przekładając na język polski opowiadanie Słowa Guru Cyryla M. Kornblutha w „Fantastyce”, zaś jego pierwsze opowiadanie „Wiedźmin” ukazało się w 1990 roku w „Reporterze”. Mocno w tej mierze inspirował się tolkienowskim „Władcą Pierścieni”, choć jego ówczesna narzeczona odradzała mu lekturę.
Ulubionym jego twórcą jest z kolei Ernest Hemingway. Jak sam ojciec Wiedźmina kiedyś wspominał, podczas spotkania z nim „nie gadaliby wiele, za to zmontowaliby muchówki, weszli do wody, zaczęli rzucać. Może potem, na biwaku, zamieniliby kilka słów. Głównie o tym, jakie ryby, gdzie i na jakie muszki. Może trochę o Paryżu. Może trochę o Hiszpanii”.

Gracze go nienawidzą, dla fanów literatury „skończył się” na opowiadaniach, zaś inni autorzy literaccy otwarcie krytykują jego pokaźnych rozmiarów ego. Po ostrej wypowiedzi odnośnie gier na podstawie książek sam Dmitrij Głuchowski, twórca serii Metro, nazwał go „aroganckim skur**synem”.  Mało kto wie jednak, że wizerunek zgorzkniałego, narcystycznego i ordynarnego pisarza-cynika to jedynie maska, którą Sapkowski od lat stosuje w kontaktach
z dziennikarzami i publicystami. Jak sam mówi, jest to swego rodzaju „stylizacja”, choć trudno w to uwierzyć po tym, jak pisarza przedstawiają mass media.
Ale czy można się temu dziwić, skoro na dziele swego życia nie zarobił tyle, ile studio CD Projekt RED , a na festiwalach wciąż spotyka nastolatków, którzy uznają go za autora książek na podstawie gier?

- Gra narobiła mi mnóstwo smrodu i gówna. Ludzie odrzucali książkę, mówiąc, że to nie jest nowe, że to książka napisana do gry, a tego jest dziś przecież sporo. Musiałem toczyć tęgą wojnę, żeby udowadniać, kto był pierwszy.

Andrzej Sapkowski jest laureatem wielu nagród literackich polskich i zagranicznych, w tym Paszportu Polityki oraz pięciokrotnie nagrody im. Janusza A. Zajdla, natomiast w 2012 roku ówczesny minister kultury i dziedzictwa narodowego Bogdan Zdrojewski odznaczył go srebrnym medalem Gloria Artis.
Ma syna i żonę Marię, „jedyną osobę, która może pętać się po domu, płoszyć kota i blokować łazienkę”.


Mrowisko Krakowem zwane 2017-10-14


Ludzie - osobniki wywodzące się z gatunku homo sapiens.
 No dobra, Niektóre z nich jednak mają teorię, iż powstali na skutek boskiej ingerencji. To może inaczej...

Istoty podzielone na dwie płcie: kobietę i mężczyznę. Dobierają się one w pary, by na skutek kopulacji przedłużyć trwanie gatunku o kolejne pokolenie.
 Hmm, w sumie to też nie jest do końca prawda, bo w XXI wieku naszej ery płeć można zmienić. Z tym parowaniem to też półprawda, bo są jednostki trzymające się na uboczu, żyjące w większych stałych bądź niestałych grupach, no i dobrać się mogą również dwa osobniki tej samej płci (choć na razie bez nadziei na potomstwo naturalne,  ale i to się kiedyś zmieni). Jeszcze raz...

Dwunożne stwo....
No i znowu źle. Z reguły ludzie są dwunożni, ale już w pierwszych erach cywilizacji taki Edyp pokazał, że nie jest to regułą (zagadka sfinksa, pamiętacie?)
Spróbuję ostatni raz. Sorry.

Ludzie. Poruszające się zwykle na dwóch nogach, nieszanujące siebie nawzajem kreatury. I choć wywodzę się z tej samej rasy, nie jestem w stanie - przy pewnej dozie szacunku, jakimi ich niekiedy darzę - przymykać dłużej oka na wiele z ich przywar.
Człowiek to postać stadna, a wręcz, rzekłbym, zagrodna. Nie chodzi już tylko o masowe gromadzenie się w jednym miejscu dziesiątków i setek jednostek, złączonych wspólnym celem, ideałem czy wartościami. Największą bolączką jest samo poruszanie się, tak z nimi, jak i między nimi.
Masz do załatwienia jakąś sprawę, więc idziesz  na przystanek i czekasz na tramwaj. Jeśli jakimś cudem upatrzyłeś sobie nr 20 (starszego typu) lub 14, sugeruję przygotować się do walki o miejsce. Stojące, oczywiście. Nie nie, argument o bolących nogach jest nomen omen "inwalidą". Masz stać i bronić swojego miejsca, gdyż z chwilą otwarcia drzwi z tramwaju wytoczy się cała chmara świń, kóz, krów, byków, osłów i cieląt.
Pewnie myślisz: "Uff, tyle bydła wylazło, więc pewnie będzie w środku będzie puściutko". A gdzieżby tam! Czyżbyś nie wiedział, że krakowska komunikacja miejska jest magiczna? Widzisz mały tramwaj, a w rzeczywistości w środku upycha się około setki pasażerów!

I wszystko byłoby dobrze, jakoś byś przetrwał te parę(naście) minut, otoczony przez zapoconych, grubych lub zaopatrzonych w niemałe bagaże. Wszystko rujnuje kolejny przykry fakt: ludzie są niepohamowanymi gadułami. Każdy nawija do każdego bez przerwy: a bo mnie plecy ostatnio bolą, a bo Anka się nie odzywa od paru dni, a bo nie wiem czy kupić taki czy inny procesor. Aż chciałoby się donośnym głosem sparafrazować jedną z najbardziej rozpoznawalnych scen z "Dnia Świstaka" (konkretnie tą z Panadolem).
Nie dojedziesz do celu, otoczony jedynie przez dźwięki zakorkowanych ulicach i tramwaju, zdającego się nie dostrzegać problemu. Oczywiście, jest to tylko "zdawanie się".

Kraków to nie Miasto Królów ani stolica Małopolski. Kraków to, pieprzone mrowisko, w którym na kilkusekundowe światła przy przejściu dla pieszych czekać trzeba nawet 10 minut, bo jeszcze znów by ruch stanął i Waldek czy Gienek wróciliby do swoich Halin poddenerwowani. A niedawno wieść gruchnęła, że im miasto parkingi zabiera, więc od razu winnych szukają nie tylko w radzie miasta, osobie prezydenta czy "Zikicie", ale też...w studentach!

- Hurr-Durr, przyjechały te słoiki, hurr durr, zatłoczyły ulice samochodami, hurr durr, powinno się ograniczyć miejsca do studiowania tylko w obrębie zamieszkania, hurr durr!

Mają rację? Po części. Początkiem września miasto umożliwiło gimnazjalistom bezpłatne korzystanie z komunikacji miejskiej, a urzędnicy ponoć szykują się na rozszerzenie ulgi na szkoły średnie. Niestety każdy kolejny krok w stronę wyborców ponosi za sobą koszt kilku milionów złotych zysków z biletów. A głupcem są ci, którzy sądzą, że dzięki temu zredukuje się liczba samochodów na ulicach. Aut przybywało i przybywać będzie, głównie z uwagi na najczęstszy wiek wyrabiania prawa jazdy, a więc 18-19 rok życia.

Ale żeby nie było, że dopieprzam się tylko do Krakowian i Polaków w ogóle. Nie mniej problemu stanowią turyści i wszelcy imigranci. Nie mam pretensji do tego, że przyjeżdżają tu pracować. Nie mam do nich wyrzutów za posługiwanie się własnym językiem w obcym dla siebie kraju.
Jedyne co mi się nie podoba, to ich masa, wylewająca się z autobusów na chodnik. Widzą dobrze, że idę, niosę reklamówkę z zakupami, ale zamiast zrobić miejsce dla pieszych, rozgaszczają się swobodnie na całej powierzchni chodnika. I przeciskaj się, bracie, przez tłum wschodnio-języcznego bydła, które nawet paru centymetrów ci nie ustąpi!
Już pomijam to, że nieraz zachowują się jakby prosty wieśniak z Wypizgarza Dolnego przyjechał do samego serca cywilizacyjnego świata. Czy naprawdę w ich rodzimych krajach jest aż tak wielki, plebejski syf?
 
Ludzie. Doceniasz ich i lubisz za ich pasje i twórczość. Lubisz od czasu do czasu z nimi podyskutować, pośmiać się i spędzić miło czas. Jednak jeśli mieszkasz (lub zamierzasz) mieszkać w Krakowie, już teraz zacznij w naturalny sposób opróżniać żołądek. W przeciwnym razie ludzie sami ci się do niego dobiorą, w mniej przyjemnym stylu - tak jest ich tu mnogo!


Wyczerpany 2017-10-12

Zamykanie systemu "Życie".
Stan baterii: 1% (!)

Potrzebuję power banku (jakby ktoś nie wiedział, to jest to takie małe kieszonkowe źródło prądu). Od jakiegoś czasu zauważam w sobie przeraźliwą monotonię. Interesuję się wszystkim po trochu, zdobywając wiedzę z przeróżnych dziedzin, ale na dobrą sprawę nic tak naprawdę mnie nie przyciąga na dłużej. Nic nie magnetyzuje mnie na tyle, by oddać się temu bez reszty.  
Filozofia, film, książka... Ze wszystkiego czerpię jedynie "po trochu".

Aż się żyć odechciewa w takiej stagnacji, letargu, marazmie.
Brakuje mi autentycznej pasji, zajawki, nerdowsko-geekowskiej fascynacji do czegokolwiek. Do tej pory czułem jedynie mdłą pustkę w sercu, z którą jakoś się pogodziłem. Dziś brakuje mi po prostu czystej energii.
Wielu z was zapewne miało chwile niemocy wobec nadmiaru posiadanego w sobie życia: chcieliście znaleźć jakieś ujście dla kreatywnych mocy przerobowych waszego umysłu, a jednak brakowało wam czegoś/kogoś, na co/kogo moglibyście to wszystko "przelać". Paradoksalnie u mnie jest na odwrót: szukam potężnej dawki napełnienia, solidnego pozytywnego "kopa" do konkretnego  działania.

Rozglądam się za jakimś wolontariatem, jednak póki co nie widzę nic sensownego. Z pracy w weekend chyba na razie zrezygnuję. Kumpel mnie wystawił z opcją nr 1, bo trzy dni w tygodniu od 22:00 do 3:00 zaprasza ludzi z ulicy do klubu nocnego. Stawka 15 zł za godzinę + jakieś bonusy, ale z tego co słyszę od niego nie zawsze robota idzie gładko: wczoraj ledwie parę osób się skusiło na wizytę w pubie. Ja to w ogóle nie rozumiem jak można pracować w nocy?
Żeby było jasne, nie mam nic przeciw pracy dłuższej niż pięć dni w tygodniu po osiem godzin. Jednak prawidłowy tryb życia zakłada działanie w blasku słońca: noc służyć powinna do odsypiania (choć niektórzy, jak Pernelle, są najbardziej płodni umysłowo właśnie po zmroku).
Od pewnych źródeł zaś dochodzą mnie jeszcze inne nowinki: robota na hali przez 12 godzin. No czy to się godzi tobie, człowiecze, by tak się wykorzystywać? Czy to przystaje tobie, pracodawco, tak tyrać swoich pracowników? I czy jest słusznym, drogi rządzie, byś pozwalał na tego typu patologie?

Ale ale, za daleko wybiegam. Podsumowując: potrzebuję doładowania i nie mogę go znaleźć. Ech, miał rację mój kochany Sartre mówiąc, że jesteśmy przeraźliwie wolni i nic nas nie ogranicza. Jest tyle dróg do wyboru, tyle możliwości do zrealizowania, że łatwo pominąć każdą szansę. Wiecie, z tych "jednych na milion". No nie idzie zrobić niczego innego, jak tylko pójdź linią najmniejszego oporu i palnąć sobie w łeb. O ironio, nawet TO nie jest możliwe. Taki chichot losu na "do widzenia".

No i są jeszcze ludzie. Jednak nie tacy sobie, zwykli ludzie, lecz LUDZIE. Jutro zrozumiecie o co mi chodzi...


Hero of The Kingdom - bajkowa nierówność 2017-10-05

Szukacie prostej, nieskomplikowanej, ale wciągającej gry na parę godzin? Jeśli tak, to mam dla was ciekawą propozycję.

Hero of the Kingdom to niezwykle intrygująca produkcja z końcówki 2012 roku, stworzona przez niezależne studio Lonely Troops. W swoim założeniu jest to klasyczna opowieść  utrzymana w klimatach fantasy, choć zrealizowana poprzez połączenie kilku growych gatunków.
Od wielu lat pomagasz swemu ojcu prowadzić farmę. Pewnego dnia staruszek wyjeżdża do miasta, powierzając tobie leśno-rolnicze sprawunki. Coś jednak idzie nie tak i pod twoją nieobecność bandyci doszczętnie palą gospodarstwo. Zebrawszy resztki majątku, wyruszasz na północ, by odnaleźć ojca. Znaleziony po drodze zniszczony wóz nie zwiastuje dobrych wieści...
Całej fabuły opowiadać nie ma sensu, gdyż  jak wspomniałem, jest dość sztampowa. Nas interesować będzie gameplay.

Gra przypomina przeglądarkową "fleszówkę". Na monitorze rozpościera się w widoku izometrycznym fragment lokacji. Kliknięciem myszy przechodzimy do kolejnych jej części, rozmawiamy z NPC-ami, toczymy walki i zbieramy przedmioty. Jeśli spodziewacie się typowej staroszkolnej rozgrywki RPG, będziecie czuć się zawiedzeni; nie rozwijamy tu statystyk, nie  "żonglujemy" ekwipunkiem, nie kontrolujemy walk ani nie przeprowadzamy zawiłych rozmów. W praktyce rozgrywka podąża według schematu przekraczania z góry wyznaczonych granic. Wygląda to mniej więcej tak:
Wchodzisz do miasta. Tam ktoś prosi cię o odszukanie pewnej osoby na cmentarzu. Udajesz się więc na północ i dostrzegasz grupkę szkieletów. Aby się przez nie przebić, potrzebujesz pięciu wojowników, trzech myśliwych i dwóch magicznych eliksirów. Rycerzy najmujesz w obozie żołnierzy (gdy już będziesz dowódcą, rzecz jasna). Łowcy przyłączą się, gdy pomożesz im w ataku na obóz bandytów, wcześniej dostarczając odpowiedni sprzęt. Fiolki zaś można kupić u magów za złoto lub magiczne grzyby. Masz już wszystko? Teraz wystarczy jeszcze nabyć tarczę i buzdygan i już można bez obaw iść na szkielety. Raz-dwa, bum-trach! Gratulacje, wygrałeś bitwę, ale straciłeś dwóch wojaków, eliksiry oraz tarczę.

Wydaje się nudne? Na szczęście aż tak źle nie jest. Odkrywanie świata niezwykle wciąga. W miarę przemierzania krainy i otrzymywania nowych zadań, odsłania się coraz więcej połaci terenu, skrywającego kolejnych bohaterów niezależnych, rozmaite grzyby czy poukrywane skarby. Podczas naszej wędrówki natkniemy się też na kilku nauczycieli, którzy za opłatą nauczą nas specjalnych zdolności, dzięki którym (na już przemierzonych ziemiach) odsłonią się przed nami dodatkowe skarby, nowy rodzaj grzybów i ziół do zebrania czy zwierząt do upolowania. Inwestycja opłaci nam się, gdyż będąc w posiadaniu znacznej ilości złota oraz zasobów będziemy mogli szybciej przejść do zapory przy wątku głównym, która wymaga od nas uzbierania konkretnego ekwipunku - złota, kwiatów, ludzi etc. Dodatkowo każda czynność zabiera nam kilka punktów akcji (serduszek), które odnowić można podczas snu. Karczma liczy sobie 20 sztuk złota za nocleg, zaś po drodze porozmieszczane są obozowiska, wymagające od nas zużycia konkretnego rodzaju pożywienia.
W trakcie przygód przydatny będzie również sokoli wzrok. Choć znalezienie szalika niedaleko gospody czy pierścienia koło drzew nie graniczy z cudem, to jednak warto rozglądać się za wszelkimi zbieralnymi przedmiotami.

O ile "klikalność" może dla wielu być zbyt dużą wadą, by w ogóle sięgnąć po Hero of The Kingdom, o tyle ci, którzy już w to zagrali, mogą wskazać dużo większe błędy.
Pytajnik w prawym dolnym rogu ekranu podpowiada nam krok po kroku co należy zrobić, by popchnąć do przodu główny wątek: idź do miasta, prześpij się w karczmie, najmij robotników, udaj się na polanę drwali, kup drewno itd. Niestety brakuje dzienniczka misji czy spisu kupców oraz ich oferty. Zmuszeni jesteśmy przez to do odwiedzania każdej lokacji i sprawdzania stanu handlarzy jednego po drugim, by w końcu odnaleźć tego, który sprzedaje kosze na zioła. A gdy już w ów przedmiot się zaopatrzymy, trzeba poszukać kogoś, kto dysponuje sierpem, bo stary właśnie się zepsuł.
Grafika jest bardzo przyjemna dla oka, choć nie miałbym nic przeciwko dodaniu animacji walk innych niż krzyżowanie się mieczy i pojawianie/znikanie malutkich żołnierzyków na mapie.
Muzyka i udźwiękowienie stoją na przyzwoitym poziomie, potęgując atmosferę danego miejsca czy sytuacji. Choć plansze są w większości statycznymi obrazkami, to nie sposób odmówić twórcom zaprojektowania naprawdę bajkowego środowiska. Śpiew ptaków, muczenie krowy, rżenie konia czy szczekanie psa na tle muzyki i dymiącego komina...Ach, sielskość pełną gębą!
 Z kolei mokradła badać będziemy w rytm bębnów i rechot żab (a może tajemniczego plemienia żaboludzi z wioski nieopodal?)

Podsumowując: Tak, nie jest to gra wybitna. Po jednokrotnym jej przejściu zapewne juz do niej nie wrócicie (no, chyba że po achievementy). Po trzech godzinach zabawy będziecie czuć lekki niedosyt i rozczarowanie. Mimo wszystko, ukończywszy Hero of the Kingdom, nie odczujecie w sobie żalu po straconym czasie. Ośmielę się powiedzieć więcej: jeśli spodoba się wam część pierwsza, niełatwo będzie wam odmówić sobie sięgnięcia po jej kontynuację.


O życiowych ciotach i dzivce Naturze 2017-10-02

Biologia to s*ka

To jedno zdanie rzuciło nieco światła na problemy współczesności, pomogło rozwiązać wiele dylematów moralnych dotyczących naszych codziennych wyborów oraz sytuacji niestandardowych. Winno być ono ukazywane tuż obok tak znanych filozoficznych sentencji jak "esse est percipi" czy "cogito ergo sum".
Cóż innego może jednak przyjść na myśl, gdy widzisz łzy w oczach babci, która drżącym głosem mówi ci, że traci wzrok?

Przez całe życie nie miała lekko: użerała się z astmą, troszczyła o swoje dzieci, a potem o umierającego męża. Długie lata dzień w dzień  gorliwie modliła się do tego sukinsyna w Niebie o zdrowie dla wszystkich w rodzinie, o błogosławieństwa dla wnuków. Teraz, gdy ostatni z nich osiągnął osiemnasty rok życia, pozostała jej tylko wnuczka, siostra mojego kuzyna. I za tych trzech młodych mężczyzn babcia pragnie zacząć odmawiać nowennę pompejańską. Nie zabronię jej tego. Jeśli jej to sprawia radość i myśli, że coś tym zdziała, to niech się modli. Ja dla Boga jestem już i tak skończony, więc mnie to nie przeszkadza.

Kiedy tylko wracam z Krakowa, staram się wykorzystać choć jedną okazję, by po raz kolejny porozmawiać z babcią. Oboje chcemy mówić. Oboje potrafimy słuchać. Jednak w moim umyśle gorycz zlewa się z gniewem i żalem do Niego, za to, że pragnie odebrać jej jeden z cenniejszych darów. I za co to? Z racji wieku....Wieku! Babcia mówi, że się będzie musiała z tym pogodzić. Ona zawsze była pobożna i pokornie przyjmowała to, co "dobry" Bóg jej serwował. Pewnie gdyby nie była tak wierząca, stwierdziłaby, że to za karę i teraz pokutuje. Każdy w końcu się łamie. Nawet ja.
Starość i śmierć są naturalną częścią naszego życia, wiem to. Niezależni czy Bóg jest, czy Go jednak nie ma, te dwa czynniki były i aż do skończenia świata z nami pozostaną. Ale ja, najwidoczniej, byłem zbyt mocno indoktrynowany w wiarę, by teraz przestać o Nim myśleć. On dla mnie istnieje. Nie mogę wyprzeć z głowy jego istnienia, choć nie mam żadnych dowodów na potwierdzenie Jego obecności (ale czy ktokolwiek ma?)
Choć mówię wszystko na przekór Niemu, odcinam się od Niego, rzucam hasłami i argumentami podważającymi świętość Biblii, nie potrafię Go całkowicie wykorzenić. I dlatego tak wygodnie zwalać na Niego winę za każde zło, które przydarza się moim bliskim. Irracjonalne, co?

Ale to nie jedyna nowość z ulicy Polnej. Widzicie, do tej pory uważałem, że to całkiem normalne, aby żyć bez kobiety. Mój chrzestny jest w wieku 40+, a nadal nie ma żony. Egzystuje sobie sam, nikomu nie wadzi, nie wychyla się. Uważałem go za mój pół-autorytet. Żywy dowód na to, że jednak się da. Podporę dla moich idei. Stety-niestety drewno spróchniało w mgnieniu oka, a strop się zawalił.
Okazało się, że mieszka z matką, ciągle przychodzi do niej na śniadanka, nigdy sam niczego sobie do żarcia nie zrobi. Pracuje, a jakże. Jednak zamiast zbierać na swoje, on całą wypłatę oddaje mamusi.  
Na początku pomyślałem sobie:

- Co to za pie^dolona ciota! Czyli wychodzi na to, że on ni mo kobity, bo se znaleźć nie umi, bo nawet od cycka matki się oderwać nie może! Czterdziestoletni je#%ny prawiczek!

Później, oczywiście, na chłodno przemyślałem całą kwestię. Nie chce odejść od matki czy jednak nie może? Czyżby rodzicielka wywierała na niego tak silny wpływ, że aż do dziś pozostał maminsynkiem? Boi się jej przeciwstawić? Boi się ją zostawić, bo to byłby dla niej cios?
Jakkolwiek jednak prawda nie wygląda, pewni możemy być jednego: nie ma odwagi się wychylić chociaż raz i powiedzieć "basta!". Ma siostrę, która by go wsparła. Ma jakąś tam bliższo-dalszą rodzinę. A jednak dalej siedzi uczepiony maminej kiecki i czeka, aż mu żarcie na talerz podadzą.

Nie wiem czy bardziej dobija mnie ten smutny stan rzeczy, nad którym załamuję ręce, jednocześnie chrzestnemu współczując, czy też fakt, że patrząc w lustro mogę kiedyś ujrzeć w nim jego. W sensie, moją pomarszczoną, dojrzałą twarz niemal pięćdziesięcioletniego starego dziada, któremu żadna nie chciała popuścić.
Nie wiem czy bardziej mam martwić się zerową szansą na miłość, czy niesprawdzeniem się w łóżkowych harcach ani razu. Serce sercem, ale brak kontaktów seksualnych do trzydziestki to nie do końca normalne. Wiecie, presja wieku. Cóż, najwyżej, gdy będę w 100% gotów, zamówię sobie jakąś dziwkę. Choć jest jeszcze jeden wariant. Jeszcze jedna możliwość podzielenia się swoją cielesnością z osobą mi nieobojętną, dla której nie tylko coś tam znaczę, ale i sama również "tego" pragnie. Mam szczerą nadzieję, że w końcu kiedyś to wypali.

A póki co, jutro zaczynają się studia. Koniec praktyk, koniec czekania na zlecanie mi zadań, jupi... Praca dziennikarza w sumie nie jest taka zła, o ile nie masz pisać o kolejnych remontach, budowach, korkach i zamkniętych drogach. Mnie tam bardziej interesowałyby jakieś prasowe interwencje i sprawy społecznie. Nie nadaję się do skrobania tekstów o kolejnych utrudnieniach w komunikacji, które gówno mnie interesują.
W tym roku akademickim razem z takim jednym kolegą z Ukrainy planujemy wziąć się za wolontariat, a gdy znajdzie się na weekendy jakaś robótka, to i tę chętnie przyjmę. Poza tym, dzięki karcie Unlimited mam nieograniczony dostęp do CinemaCity, więc spodziewajcie się powrotu recenzji. Spokojnie, dalej pamiętam o artykule o psich gównach.

Na koniec egzystencjalne pytanie: czy faktycznie w dzisiejszych czasach tak wielką sztuką, nazywaną przez niektórych usamodzielnieniem, jest pójście do sklepu po coś do żarcia, zrobienie sobie prania i załatwianie własnych spraw tu i tam?


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]