Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

W "trzystaczwórkach" ciągle tłok 2017-09-24


Mimo wyższej ceny i dłuższego czasu jazdy, wielu pasażerów zamiast pociągu wybiera autobus, powodując jego przeładowanie. Skąd więc bierze się popularność linii 304, kursującej między Dworcem Zachód a Wieliczką Kampusem?


Zapytałem o to jedną z pasażerek, starszą kobietę pochodzącą z Wieliczki. Opowiedziała, iż jej zdaniem bierze się to z wygody przejazdu, krótszego czasu podróży oraz ceny biletów strefowych. Zaznaczyła jednak, że nie podróżuje w godzinach szczytu, więc nie zaobserwowała żadnych problemów z brakiem miejsc.

Podczas przejazdu powrotnego zasięgnąłem opinii starszego małżeństwa, które dość często poruszało się linią 304. Potwierdzili oni moje doniesienia w sprawie przepełnienia, zaznaczając że nieraz „autobus się łamie”.
 
W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o tak wysokie nim zainteresowanie, sprawdziłem ceny normalnych biletów oraz szacunkowy czas pokonania trasy Kraków-Wieliczka. Za ok. dwudziestominutowy/półgodzinny przejazd PKP zapłacić należy 3,50 zł. Decydując się na przewóz środkiem MPK należy przygotować się na 47-minutową podróż za 4 zł. Jest dłużej, niewiele drożej, ale za to częściej; podczas gdy pociąg jeździ tylko raz na godzinę, „trzystaczwórek” kursuje średnio aż trzy.


Problem zatłoczonych autobusów istnieje już od paru lat. Jego rozwiązaniem wydaje się być zwiększenie liczby funkcjonujących połączeń kolejowych. Póki to się jednak nie stanie, pasażerowie nadal będą oblegać miejsca w autokarze, stwarzając przy tym większe ryzyko wypadku drogowego.

Jak podaje portal krakow.naszemiasto.pl w artykule z listopada 2012 roku, już wtedy próbowano poszerzyć autokary za pomocą gumowych przegubów, jednak z powodu zbyt wąskiego skrzyżowania na wieliczkańskiej „ochronce” oraz braku zgody na dopłatę za nowe tabory, sytuacja się nie zmieniła.


Tekst powstały w trakcie praktyk w "Dzienniku Polskim".


Nick, czyli zachłanny, niewdzięczny spaślak 2017-09-20

Tak, dobrze czytacie. Wku*wia mnie ten grubas!

Ale o co chodzi?, zapyta ktoś, czemu mówisz tak o swoim przyjacielu? Ano, mam ku temu bardzo dobry powód. Po kolei więc...

Gdy Nick przyjechał jakiś czas temu na dwa dni, chciał bym ze swojego konta kupił mu grę, a on oddałby mi gotówką kasę. Akurat była promocja i StarCraft II: Wings of Liberty kosztował 10 euro. Mówiłem mu, że całą kasę mam gotówką i na koncie nie mam ani grosza, jednak ok nie słuchał. Kiedy więc próbował zapłacić, powtórzyłem mu to setny raz i dopiero wtedy zrozumiał. Umówiliśmy się więc, że  nazajutrz pojedziemy do jakiegoś wpłatomatu czy coś, doładuję konto stówą i mu kupię.
A czemu w ogóle byłem mu potrzebny? Z uwagi na jego rodziców, którzy nieustannie kontrolują jego konto i nieprzychylnie patrzą na każdą kupioną przez niego pierdołę. Rok temu w Empiku nabył za 100 zł StarCraft II: Legacy of The Void (podstawowa wersja to WoL, LoTV to dodatek; do tej pory Nick grał na wersjach próbnych), za co został zrugany.

Następnego dnia pojechaliśmy więc do Galerii Kazimierz, bo miałem po drodze do miejsca misji z praktyk (a miałem akurat godzinę wolną). Tam jednak były same bankomaty. Ustaliliśmy więc, że pojadę do banku, wpłacę tam swoją stówę, a on mi da teraz kasę. Jak powiedziałem, tak zrobiłem, ale i tu był problem. W placówce Alior Banku na Kazimierzu nie ma kas! Pomyślałem sobie więc: ok, dał mi 50 zł, więc kupię mu w Empiku grę za pięć dych i będzie git.
Nie był szczęśliwy, gdy czytał to już na Ukrainie, albowiem za pół stówy chodził drugi dodatek,  Heart of The Swarm.

- Ale Wings of Liberty!!!! Takaaaa piękna kampania  ;_;

No zabiję go, pomyślałem. Ja mu chcę grę skołować, a on jeszcze narzeka?
Dobra, zamówiłem, kupiłem, on się w końcu zgodził. Super. Ale czy mu to wystarczyło? A gdzież!

Jeszcze w Krakowie w Empiku kupił sobie za ok. 14 zł małą figurkę TIE Fightera z Gwiezdnych Wojen (seria Hot Wheels). Tak był zafascynowany swoim zakupem, że wczoraj podesłał link do strony producenta, gdzie trwa teraz rabat. Jedyne 5 dolarów za dwie "fantastyczne" figurki. Mnie to nie jarało, ale skoro on się fascynuje - ok. No i wtedy padło pytanie:

- Mógłbyś zamówić? Oddam Ci $$$ jak przyjadę.

No nie, teraz to ja go naprawdę zatłukę! Wściekłem się jak kierowca na kolejną rozkopaną krakowską drogę. Na koncie nie mam nic, w gotówce ok. 150 zł, które mają mi starczyć na ten i następny tydzień. Na samo żarcie schodzi mi ok. 100 zł w siedem dni (nie, nie stołuję się w drogich restauracjach, jakby kto pytał).
Wytknąłem mu więc na czym stoi sytuacja i wreszcie zwróciłem uwagę, aby się ogarnął. Choć pisał mi, że "nie namawia, nie to nie, on rozumie", to cały czas mi o tym przypominał i zachowywał się, jakby chciał mi coś zasugerować. Wku*wiłem się na niego po raz pierwszy od roku naszej znajomości. Co za materialistyczny, zachłanny wieprz! Napisałem mu co o tym myślę, oczywiście nie tak ostro, żeby się nam chłopak nie rozkleił. Wytknąłem pazerność, materializm i doradziłem, by nauczył się nad tym panować.

- Sorri, nic na to nie poradzę, że mi to mula oczy.

Jego postawa i zachowanie może odstraszać ludzi ( choć mnie jeszcze zbyt szybko się nie pozbędzie). Odpowiedział mi, że sam się woli uczyć na błędach, żeby nie uczyć go życia. Tiaaaa. Lepiej niech przygotuje sobie poduszki, bo życie go będzie kopać w ten tłusty zad z dziką radością, i to nieraz. Jeśli nie chce słuchać dobrych rad, niech nie słucha.
Mam swoje sprawy, rzeczy na które sam muszę zwracać uwagę. Niestety sam też mam ogromną wadę: nie umiem trzymać gęby na kłódkę. Stąd dzisiejsza, nieco wulgarniejsza notka. I stąd też moje wszystkie inicjatywy: kupię Nickowi grę, rozniosę 500 "Mixerów" po uczelni, pójdę gdzieś i coś dla kogoś załatwię. A potem się dziwię, że jestem rozdrażnioną , chodzącą bombą zegarową. Pik. Pik. Pik. Pik...


Czy Bóg jest hipokrytą? 2017-09-18

Polemika

Wczoraj,podczas długiej konwersacji facebookowej, Karolina-Pernelle podzieliła się ze mną dość ciekawym filmikiem z YouTuba. Był to bowiem materiał 23 sierpnia, opublikowany na kanale Śmiem Wątpić, prowadzonym przez niejakiego Łukasza Wybrańczyka. Autor nadał mu tytuł: "Sprzeczność w Biblii - Czy Jezus ma węża w kieszeni?".
Chodzi tu o sprzeczność niżej podanych dwóch biblijnych fragmentów:

A] Księga Liczb (Czwarta Księga Mojżeszowa) 21: 4-6

4 Od góry Hor szli w kierunku Morza Czerwonego, aby obejść ziemię Edom; podczas drogi jednak lud stracił cierpliwość.
5 I zaczęli mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi: «Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu, byś my tu na pustyni pomarli? Nie ma chleba ani wody, a uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny».
6 Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła.


B]  Ewangelia Mateusza 7: 7-11
7 Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam.
8 Albowiem każdy, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajduje; a kołaczącemu otworzą.
9 Gdy którego z was syn prosi o chleb, czy jest taki, który poda mu kamień?
10 Albo gdy prosi o rybę, czy poda mu węża?
11 Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą.


Zdaniem Łukasza, cytaty te sobie przeczą. Z jednej strony Stary Testament podaje, że  Bóg zesłał śmierć na proszących o jedzenie i wodę, a z drugiej jednak w Nowym Jezus zapewnia nas, że jeśli tylko ładnie się Boga Ojca o coś poprosi, to się to otrzyma i nigdy nie wytnie nam On nieśmiesznego numeru z ofiarowaniem krzywdy zamiast dobra.
Nie jest chyba tajemnicą, że "stary" Stwórca nijak ma się do "nowego". Za czasów Abrahama, Mojżesza i jemu podobnych, Bóg to nie miłosierny, dobry i kochający ojciec, ale mściwy, okrutny sadysta, który dla swojego ludu gotów jest wymordować cały świat niewiernych, ale gdy tylko posłuszne baranki zwątpią choć na chwilę, spotka je za to dotkliwa kara. Jest on w stanie nawet założyć się z diabłem, że pokorny człowiek, któremu odbierze się rodzinę i majątek, jest w stanie nadal uginać przed Nim kolano i wielbić pod Niebiosa.

Dopiero Jezus po przyjściu na świat ogłaszał wszem i wobec dobroć i wspaniałomyślność miłującego nas Ojca, choć, jak sam mówił:

"17 Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. 18 Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. 19 Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim. 20 Bo powiadam wam: Jeśli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piśmie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego.
[Mt 5, 17-20]".  
Ani jedna jota się nie zmieni", czytaj: Bóg jest taki jakiego Go sobie wyobrażacie.

Śmiem Wątpić zauważył tu więc spory dysonans między tym, jak "faktycznie" było oraz tym, co przedstawiał Dżizas. I tak, zgodzę się z twórcą: to jest niemoralne, chore i zwyrodniałe. Nie jest prawdziwym bogiem ten, kto w taki sposób traktuje ludzi, mających prawo zwątpić.
Wyobraźcie to sobie: Wyrwano was ze "słodkiej" niewoli egipskiej. Przyszedł do was gość, który obiecał wam nie tylko wolność, ale i nową, wspaniałą Ziemię Obiecaną. Sprowadził ręką Boga siedem plag na Egipt, by złamać opór faraona. Rozstąpił Morze Czerwone, potopił ścigających was wrogów i poprowadził na 40-dniową tułaczkę po pustyni, o suchym pysku i pustym brzuchu. Zrozumiałym jest, że trud, głód i pragnienie stawiają przed wami sprawę w realnym świetle: wasza ucieczka jest bez sensu, bo cierpicie. Naturalną siłą rzeczy, zaczynacie narzekać i w tym momencie "dobry Bóg" zrzuca na was jadowite węże.

Oczywiście w przytoczonym cytacie A] zabrakło jeszcze dwóch linijek:
7 Przybyli więc ludzie do Mojżesza, mówiąc: «Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże». I wstawił się Mojżesz za ludem. 8 Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: «Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu». 9 Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogoś wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu.

Łukasz zwraca uwagę, że Izraelici prosili. Nie, nie, nie. Oni najpierw narzekali (na Boga), a dopiero potem, z kisielem w majtkach i jadem w ciele, poprosili (Mojżesza). Jest różnica między tym:

- Nie ma co jeść, nie ma co pić! Po cośmy w ogóle wychodzili, jak tam nam było lepiej?

a tym:

- Mojżeszu, poproś w naszym imieniu Boga, żeby nam zesłał coś do jedzenia!

Tak, zgadzam się: w ST Bóg sprawuje rządy strachu i twardej ręki. "Bądź mi uległy, bo zgnijesz, robaku śmierdzący, a twoje truchło będzie rozszarpywane i sklejane na nowo przez tysiące lat!". Ok, to może trochę wyolbrzymienie, ale czy mniej brutalne jest skąpać lud wybrany w jadowitym deszczu? Czy nie lepiej po prostu ukazać im jakiś cud, pokrzepić, podnieść na duchu?
Bóg ST wymagał przesadnej poddaństwa i pokory. Wg niektórych ST jest tylko symboliczny. Tylko, że ta symbolika przekłada się na to, co się później działo w NT, a NT - jak wiadomo - to podstawa wiary chrześcijańskiej. Nie wszystko, ale jednak.
Kiedyś słyszałem na religii w technikum, że Bóg smuci się na każdą utraconą przez Niego duszę, gdy kolejny człowiek idzie do Piekła. Wówczas to Bóg zapomina o takim delikwencie, a jednocześnie, go ciągle miłuje, choć z bólem serca - i sprawiedliwie - posyła go do Piekła. Jeśli Bóg istnieje i faktycznie jest zimnym - przepraszam za wyrażenie - sukinsynem i nie ma oporów przed zabijaniem nawet tych, którzy chwilowo zwątpili, to czemu Kościół powtarza za Jezusem te puste, choć chwytliwe frazesy o religii pokoju i miłości?

Na koniec jedna rzecz: wątpliwość jest dobra. Pozwala zweryfikować nasze doświadczenia, z posiadaną wiedzą i albo przez to umacnia nas w czymś, albo wręcz odrzuca. Jeśli zatem Bóg ma karać tak okrutnie za chwilę wątpliwości, to czy faktycznie ma on prawo do nazywania się Dobrym Pasterzem?







Praktyki: Dziennikarstwo na poważnie 2017-09-11

 
Od dwóch tygodni mamy wrzesień, a to oznacza, że do powrotu na studia został niecały miesiąc.

Ja jednak nie próżnuję. Od tygodnia praktykuję w Dzienniku Polskim pod czujnym okiem redaktora Remigiusza Półtoraka. Do Krakowa przyjechałem w zeszły piątek, bo i na ten termin byłem umówiony, ale... Dobra, oszczędźmy sobie szczegóły.

Pierwsze cztery dni upłynęły mi pod znakiem jeżdżenia po Krakowie, robienia zdjęć
i zagadywania ludzi. Uczestniczyłem nawet dwa razy w konferencji prasowej, raz w Urzędzie Miasta, a drugi w Zakładzie Infrastruktury Sportowej. Zwłaszcza ta pierwsza zrobiła na mnie wrażenie. Budynek władz miejskich to właściwie mini-Wawel: drewniane, wyrzeźbione sufity, podświetlane popiersia, okazałe drzwi do każdej, dumnie nazwanej sali... Aż się zazdrości profesorowi Majchrowskiemu! W piątek natomiast, zamiast wyruszać w teren, miałem przeprowadzić z jednym facetem rozmowę przez telefon, aby później sklecić z tego wywiad na minimum 3500 znaków. Z resztą po każdej takiej "wycieczce krajoznawczej" musiałem sporządzić tekst. Kilka nawet ujrzało światło dzienne, czy to na łamach gazety, czy na portalu internetowym. Nawet artykuły innych dziennikarzy, którym pomagałem, zawierały informację o moim współudziale!
O ile w uczelnianym "Mixerze" bez przeszkód publikuję swoje różnorakie teksty, o tyle  z "Dziennikiem Polskim" wiąże się bardziej odpowiedzialność niż duma. W końcu, jeśli coś przekręcę, pomylę albo zwyczajnie źle zrozumiem, oberwie się mojemu przełożonemu, choć pod tekstem widnieje moje nazwisko.

Mimo wszystko nie żałuję wyboru redakcji prasowej. Sprawy lokalne nigdy mnie jakoś specjalnie nie fascynowały, lecz przynajmniej teraz mogę choć przez miesiąc czuć się jak krakowski dziennikarz! Dzięki temu poznaję lepiej Kraków, koduję sobie mniej więcej  gdzie jak dojechać. Otwieram się na rozmowę z zupełnie przypadkowymi ludźmi: gdy badałem sprawę przepełnienia autobusu 304, musiałem zagadnąć jakiegoś pasażera. Traf chciał, że usiadłem koło miłej, starszej kobiecinki. Zacząłem więc od "Przepraszam, często pani jeździ tym busem?", a reszta jakoś poszła. Jedyne co, to muszę popracować nad swoim językiem, bo wciąż mi się plącze, przez co nie ułatwiam moim rozmówcom zrozumienia sprawy, z którą się do nich zwracam. Czy wiedza ze studiów się przydaje? Częściowo, ale tak, dotychczasowe informacje (choćby z warsztatu prasowego) wystarczą jako podstawy. Wszystko inne to kwestia nóg i głowy.

No i jest jeszcze jeden plus: Kornelia. Początkiem lipca mieliśmy w redakcji małe spotkanie w sprawie stażów i praktyk. Tam też poznałem Kornelię, miłą, pełną dziennikarskiej pasji i ambicji dziewczynę. Już teraz udziela się ponoć w wydawnictwie "M".  W dodatku chyba to katoliczka, co wcale złe nie jest. Jakoś dziwnym zbiegiem okoliczności to właśnie taki typ dziewczyny jest najlepszym materiałem na żonę: miłe, uczynne, no i na swój sposób urodziwe. Jednak wciąż nie moja to liga, progi nadal za wysokie.

A co poza tym? Nick stara się o wizę studencką, ale potrzebuje dokumentu o "zarachowaniu" na powtarzanie następnego roku studiów. Dziś albo jutro, postaram się mu ten papier przesłać. Ciekaw jestem jak długo będzie musiał czekać na efekt pracy ukraińskiego urzędu, no i czy potrzeba "dopłacić". Z relacji innych Ukraińców doskonale wiem jak bardzo skorumpowany mają kraj.
No dobrze, tyle na dziś. Postaram się w międzyczasie odzyskać dawną dyscyplinę regularnych i treściwych notek, tym bardziej, że mam przecież już wcześniej zaplanowane tematy. Jak da radę, to poczytacie więcej jeszcze w tym tygodniu.


Gra o Tron, sezon siódmy - recenzjostreszczenie 2017-09-05



W Westeros nareszcie nastała Długa Zima - czas, w którym zacięte potyczki o tron bledną przy groźbie nadciągającej armii nieumarłych. Przedostatni sezon "Gry o Tron" przyniósł nam siedem nowych, zaskakujących, emocjonujących, lecz niepozbawionych wad odcinków.
Już ostatni epizod sezonu szóstego zapowiadał mnogość czekających na nas atrakcji, które po kolei będę weryfikować z wydarzeniami najnowszej partii odcinków. Co zagrało? Gdzie w scenariuszu zostawiono luki? Zapraszam na krótką recenzję świeżej jak bułeczki Hotpie'a porcji serialowej Pieśni Lodu i Ognia! [SPOILER ALERT!]

Jak pamiętamy, Cersei zapewniła swoim wrogom oraz gorliwym wyznawcom Siedmiu wystrzałową rozrywkę w sepcie Balora, a po skoku wiary Tommena koronowała się na (Szaloną) Królową. Od tej chwili zaczęła starać się upodobnić do swojego ojca Tywina, który konsekwentnie trzymał wszystkie lwiątka w ryzach. Dostajemy tego piękny dowód podczas negocjacji z Tycho Nestorisem, wysłannikiem Żelaznego Banku Braavos. Przybywa on do królowej po spłatę pożyczki, a jako że Lannisterowie zawsze długi spłacają, Cersei obiecuje jego uregulowanie w przeciągu dwóch tygodni, po czym wysyła Jamiego do Wysogrodu. Złoto mogło się wyczerpać w kopalniach Casterly Rock, ale z pewnością nie w skarbcu Olenny Tyrell. Co by o niej mówić, Cersei stała się jeszcze bardziej niebezpiecznym przeciwnikiem i przekonał się o tym nawet jej brato-kochanek, którego owinęła sobie wokół palca. Jaime wierzył w ukochaną siostrę, choć nie zgadzał się we wszystkim, co robiła. Jest to na swój sposób postać tragiczna: po przepełnionej bólem i cierpieniem drodze, porzucił dawnego  uczesanego, zadufanego w sobie dupka na rzecz honorowego gościa, który potrafi zdobyć się na niemałe poświęcenie. Dlatego też mam szczerą nadzieję, że po wygnaniu z Królewskiej Przystani zjednoczy siły z młodszym bratej Tyrionem i stanie do walki u boku blondwłosej wojowniczki Brienne (do której nota bene czuje coś więcej niż przywiązanie).

Daennerys Targaryen - ach, jakże serce rosło, gdy stała na pokładzie okrętu podczas rejsu do Smoczej Skały. Cała armada, złożona z floty Yary Greyjoy, Olenny Tyrell, Ellarii Sand, Nieskalanych oraz Dothraków. Na nieboskłonie dominowały trzy potężne smoki, wiernie podążające za swoją Matką. Wtedy czuło się, że Lannisterowie mają przerąbane, że to już ich koniec. Niestety po przybyciu do Dragonstone wszystko się zmienia (swoją drogą: Stannis wziął całą armię i poszedł na wojnę; w zamku nie pozostawił obrony - czemu więc nikt nie zainteresował się zajęciem jego siedziby, skoro ekspedycja z Królewskiej Przystani dotarłaby tam w kilka dni?). Ten sezon zaczyna się bowiem od samych porażek. Euron Greyjoy napada na statki Yary: bratanicę bierze w łańcuchy, Theona zmusza do ucieczki w morskie fale, Elarię i Tyenne porywa, a pozostałe dwie Sandówny zabija. Zakładniczki trafiają następnie do lochów Cersei, by tam królowa mogła oddać się słodkiej zemście. Olenna Tyrell zostaje natomiast pokonana i wypija truciznę, choć przed śmiercią wbija jeszcze ostatnią szpilę w łapę lwa, przyznając się do nomen omen otrucia jego zwyrodniałego synka. Jej śmierć, choć godna Królowej Cierni, była, paradoksalnie, jedną z niewielu w tym sezonie. Co się zaś tyczy Danki, Matka Smoków ma dość łagodnej polityki swego karłowatego doradcy i bierze sprawy w swoje ręce. Scena ataku dothrackiej armii, prowadzonej przez khaleesi na smoku, to prawdziwy pokaz śmierci i zniszczenia. Bestia paląca wozy, konie i ludzi w połączeniu z siłą barbarzyńskiej szarży jeźdźców z Vaes Dotrak tworzą przed widzem wstrząsającą mozaikę (pamiętacie monolog o wojowaniu z nimi na otwartym polu?). Równie makabrycznie wygląda spalenie żywcem Randylla i Dickona Tarlych. Egzekucja, moim zdaniem, konieczna, lecz przeprowadzona niewłaściwymi środkami.

Tak, ten sezon zdecydowanie miał się czym chwalić, lecz nastawienie twórców na rozmach i rozmiar odcinków zaowocował zredukowaniem nowej partii epizodów z dziesięciu do siedmiu, zaś w sezonie ostatnim ma być ich już tylko sześć. Czas nie jest więc ich sojusznikiem, zatem otrzymaliśmy kilka teleportacji, irracjonalnych decyzji i przyspieszeń akcji. Najbardziej widoczne jest to w odcinku "Beyond The Wall": "siedmiu wspaniałych wyrusza za Mur, aby złapać nieumarłego. Czają się więc na mały, oddalony od reszty patrol, napadają go i zabijają Białego Wędrowca. Wraz z jego śmiercią, giną też jego sługusy - wszystkie prócz jednego, który wzywa wsparcie. Grupa oddelegowuje Gendryego, aby wrócił na Mur i wysłał kruka do Danki. Dzielny bękart biegnie więc jak Filippides spod Maratonu, dostarcza wiadomość, maester pisze list i wysyła kruka. Następnie ów kruk przemierza cały kontynent, by dotrzeć do Danki. Deannerys przebiera się, włazi na smoka i leci z "dzieciakami" tą samą trasą, którą przebył kruk. Nocny Król zaś wraz ze swą armią cierpliwie czeka przez ten cały czas, otoczywszy drużynę śmiałków na skutym lodem jeziorze. Czyżby to była pułapka? Czyżby skądś wiedział, że Danka przyleci na smokach? Cóż, zapewne ma to być pożywka dla kolejnych teorii fanowskich. Wiecie jak to jest: niedopowiedzenie to dziś nowy wymiar lenistwa i luk w scenariuszu.
Podobna sytuacja jest z atakiem na Casterly Rock. Nieskalani zdobywają miasto, lecz po wyrżnięciu garstki garnizonu ni stąd ni z owąd pojawia się flota Eurona Greyjoya. Jakim cudem, skoro ostatnio była widziana po drugiej stronie kontynentu?

Niestety najmniej ciekawym był wątek Winterfell. Petyr Baelish a.k.a Littlefinger kręci się po dworze Starków bez celu, próbując urabiać sobie Sansę. Marzy mu się przecież zasiąść na Żelaznym Tronie ze Starkówną u boku, więc jakoś musi działać. Na jego nieszczęście po paru epizodach i kilku latach rozłąki do domu wraca wszystkowidzący Bran oraz zabójczo pamiętliwa Arya. Baelish stara się więc przypodobać prawowitemu lordowi Winterfell, lecz Bran już dawno przejrzał jego zamiary. Jego własna intryga obraca się przeciw niemu, siostry, zamiast bić się między sobą, skazują Małopalcego na śmierć. Był to mój ulubiony bohater, pełen intryg, potrafiący owinąć sobie wokół palca każdego; wywołać wojnę i wybić się na sam szczyt drabiny chaosu. Niestety w tym sezonie zdawał mi się kompletnie zbędny, jakby robił wszystko ze zwykłej nudy. Twórcy postanowili więc pozbyć się niepotrzebnych śmieci i - całkiem słusznie - urządzili mu zasłużony koniec.

Mur upadł. Nocny Król na wskrzeszonym smoku Daennerys prowadzi swoje hordy na ziemie ludzi. Wojna życia ze śmiercią właśnie osiąga punkt krytyczny; na jej rozstrzygnięcie poczekamy jednak dość długo. Z moich wiadomości wynika, że ostatni akt zostanie nam ukazany dopiero na jesień za rok lub na wiosnę za dwa. W mojej opinii był to naprawdę bardzo dobry pakiet odcinków. Póki co, zbliżam się do końca pierwszego tomu książkowego pierwowzoru serialu, choć biorąc pod uwagę prędkość czytania bardzo szybko zapełnię tę pustkę, jaką po sobie pozostawił siódmy sezon "Gry o Tron". A co dalej? Cóż, "I tu zaczyna się nasza warta".


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]