Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Wojtek Drewniak - HBC 2. Polskie Koksy 2017-06-29

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla dzieci oraz kontrowersyjne skróty myślowe. Jeśli ci to przeszkadza, nie czytaj. Ale będziesz tego żałować!

Rok temu do moich rąk trafiła debiutancka praca Wojtka Drewniaka, prowadzącego popularny program HistoriaBezCenzury. W swoim luźnym, prostym stylu autor opisał żywoty i największe dokonania 10 polskich władców.
Jakiś czas temu swoją premierę miała druga książka HBC, omawiana dziś "Historia Bez Cenzury 2. Polskie Koksy". Tym razem na tapet wzięto 11 polskich bohaterów i dowódców, m. in Stefana Czarnieckiego, Józefa Bema, Jana Zamoyskiego czy Zawiszę Czarnego. Są tu zatem nowi bohaterowie, jak i omawiani już wcześniej, lecz poszerzeni o niewspominane w odcinkach fakty. Dodatkowy rozdział dostał także sympatyczny, choć żarłoczny miś Wojtek.
Wojtek (autor, a nie niedźwiedź) ponownie nie zawiódł. Zamiast lać wodę o mało istotnych rzeczach, przedstawił każdą postać w barwny, ciekawy sposób. Nie ma tu zbędnych dat ani nieciekawych, nudnych metryk urodzenia. Ponownie zrezygnowano też z języka naukowego na rzecz luźnej gadki i kiepskich sucharów, znanych z jutubowego formatu.

Innymi słowy: jeśli oglądasz HBC, to zapewne masz już ich pierwszą książkę, więc i tę bez namysłu kupiłeś . Jeśli znasz ten program, lecz wciąż się wahasz, kupuj w ciemno. Wszystko, co dobre w programie, zostało przelane na papier. Na spotkaniu autorskim w Krakowie Wojtek zdradził, iż następna książka będzie zależeć od wyników sprzedaży tej, więc bierzcie portfele i kupujcie ją wszyscy!
A poniżej macie link do ich najnowszego filmiku o Elżbiecie Batory - to tak gdyby ktoś się nadal zastanawiał o czym piszę ;)


Recenzja HBC: http://www.elvenoor.e-blogi.pl/komentarze,243975.html







SuperTata 2017-06-23

Głowa rodziny - jej serce i mózg

Elektronik jakich mało, spec od kabli i układów. Sam zmontował dotykowy włącznik światła w kuchni mojej babci, a gdy jeszcze uczyłem się chodzić skonstruował mały bzyczek przy drzwiach prowadzących do piwnicy. Nie było dla niego problemem w wolnym czasie naprawić mi jedną z tych gównianych zabawek, co to przynoszą wiele frajdy, ale szybko się psują. O pomoc niejednokrotnie prosili go znajomi czy sąsiedzi: a to telewizor nie działa, a to z radiem jest coś nie tak. Raz nawet w podzięce dostał zapałkowy domek, zbudowany na pustych pudełeczkach.
Nie poszedł na studia, za to skończył tarnowskie technikum, dzięki czemu pracodawcy później walczyli o tak zdolnego pracownika.

Człowiek z poczuciem obowiązku, czasem nawet zbyt wielkim. Rano do pracy, po południu szybki obiad, do samotnej babci, zrobić dla niej zakupy, pomóc jej z piecem i ustawić odbiór satelity w tv. Powrót, kolacja, wieczorny spacer z psem i, o ile nie zdarzy się nic poważniejszego, wreszcie czas wolny.
Nagle telefon: syn złamał rękę. Kluczyki w kieszeń, dokumenty w drugą, telefon na siedzenie i można już jechać do szpitala nieautoryzowanym ambulansem marki Scoda. Godzina w jednej placówce, czterdzieści minut jazdy do kolejnej i tak do nocy. Nazajutrz, naturalnie, trzeba przywieźć nieuważnej pociesze normalne jedzenie (bo to, co serwują w szpitalach, zakrawa o pomstę do nieba) oraz odpowiednie ubranie, co by gips przechodzić przez głowę nie musiał. A to i tak tylko jeden z wielu przypadków, przez które każdy dobry ojciec prędzej czy później przebrnie.
Zawsze w takich przypadkach zaczyna się od stresu, zdenerwowania, bo znów coś popsuło mu szyki, jednak odpowiedzialność za dziecko i troska zawsze biorą górę. Nieważne czy trzeba ratować zdrowie potomstwa czy pójść na wywiadówkę i nasłuchać się o wysokim na dwie kratki lesie jedynkowym, przy okazji czytając trzy najnowsze uwagi jeszcze z bieżącego tygodnia.
W burzliwyn okresie dojrzewania dostałem niejedną reprymendę. Nie raz i nie dwa tata przemawiał do mnie swoim pewnym, wyniosłym, lecz nie szaleńczym tonem. Na palcach kilku rąk mogę wyliczyć przypadki, gdy zostawałem odcięty od internetu z powodu niewłaściwego zachowania.

Byłem trudnym synem. Jak czegoś nie sknocę tu, to dam ciała gdzieś indziej. I co mi wtedy zostawało? Z opuszczoną głową przychodziłem do taty, mówiłem co się stało, słuchałem kazania i razem z nim szukałem najlepszego rozwiązania z sytuacji.
Z czasem jednak moje postrzeganie zaczęło się zmieniać. Zamiast surowego troglodyty, który przyłazi do domu i wnosi swoje porządki, zobaczyłem człowieka, którego obowiązki potrafią przytłoczyć, a on mimo to daje sobie radę; wzrusza ramionami, wzdycha i po prostu robi co trzeba. Nawet gdy zapominałem o swoim dyżurze przy zmywaniu, tata tylko podwijał rękawy i zaczynał myć. I wiecie, było mi w takich chwilach wstyd za siebie. Odciągałem go, mówiłem, żeby to zostawił, bo to ja miałem umyć te dwa pełne zlewy, ale on zwykle wtedy odpowiadał: "Nic się nie dzieje, ja i tak lubię myć". Odprężająca, wolna czynność? Ja bym raczej powiedział: przyzwyczajenie z bezradności. Już wiem po kim to mam, tak swoją drogą.
Od dłuższego czasu razem z kumplami z pracy gra wieczorami w World of Tanks. Kupił sobie nawet podkładkę z tej gry! Cóż, tata jest w końcu fanem gier. Za mojej młodości miał pełno płyt, a najczęściej pykał w takie klasyki jak Heroes 3, Lords of The Realm 2 czy Panzer General. Dzięki jego przeszłości poniekąd ukształtowała się moja teraźniejszość; recenzje czy inne okołogrowe artykuły nie wzięły się znikąd, a od nich już tylko krok do innych prac publicystycznych!

To właśnie jest mój tata. Nie dziwię się, że to właśnie jego nasz maltańczyk najbardziej sobie ukochał (z resztą z wzajemnością); człowiek, któremu do pięt nawet nie dorosnę. Wielka szkoda, że i ja nigdy nie zaznam tej najgorszej, ale i najpiękniejszej drogi w życiu, jaką jest ojcostwo. Mogę jedynie korzystać z okazji i dogadywać się kumpelsko-autorytorsko z kuzynostwem, jednak własnego syna, niestety, spłodzić nie mogę. Nie jestem na tyle odpowiedzialny ani stabilny emocjonalnie, by wkroczyć na tę ścieżkę, jednak podziwiam tych wszystkich, którym się to udało.
Pamiętajcie, panowie: włożyć kutasa i spuścić się w środku baby to jedno; przyjąć macierzyństwo na klatę, opiekować się kobietą i potem wychowywać jej dziecko - to zupełnie inna, o wiele trudniejsza rzecz.


Tower Defence and Mighty Magic (Android/iOS) 2017-06-19


Zasady gier typu tower defence są bardzo proste: budujemy wieżyczki obronne i odpieramy coraz większe fale wrogów. Co by jednak wyszło, gdyby połączyć utarty schemat ze światem trzecich "hirołsów"?

Chyba każdy szanujący się gracz przynajmniej słyszał o kultowej serii strategii turowych Heroes of Might and Magic. Wszystkim ignorantom zaś spieszę z krótkim wyjaśnieniem: w produkcjach sygnowanych wspomnianą marką naszym zadaniem jest eksploracja mapy, levelowanie bohaterów, rozbudowa miast i taktyczne przeprowadzanie bitew. Zwłaszcza trzecia część mocno zapadła w wiele europejskich serc za sprawą znakomitej oprawy dźwiękowej, bardzo dobrego soundtracku, niepowtarzalnego bajkowego klimatu fantasy oraz kolorowej szaty graficznej, trzymającej poziom do dziś.
Niedawno jednak natknąłem się na androidową produkcję o intrygującym tytule: Tower Defence and Mighty Magic. Tapnąłem w ekran, zainstalowałem, sprawdziłem...i ocknąłem się po dobrych kilku godzinach.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to znajomy styl pierwowzoru. Te same frakcje z identycznymi jednostkami, znajomi bohaterowie i pamiętne artefakty w mgnieniu oka przypomniały mi czasy, gdy pierwszy raz grałem w trzecie "hirołsy". Na starcie dostajemy do wyboru pięć różnych kampanii (Zamku, Bastionu, Fortecy, Cytadeli oraz Twierdzy), a także jednego z trzech wrogów (Inferno, Lochy, Nekropolis), co daje nam w sumie aż 15 długich zestawów misji. Tak jak w oryginale studia 3DO, każde miasto posiada własne jednostki z odrębnym zasięgiem ataku, zadawanymi obrażeniami, szybkością ich zadawania oraz dodatkowymi umiejętnościami bojowymi.
Na mapie "bitwy" mamy wyznaczoną trasę, łączącą dwa zamki. Z lewego siedliska w kierunku fortecy prawej nadchodzić będą kolejne wraże armie, zaś naszym zadaniem będzie im ten marsz utrudnić. Rolę wież przejęły tu oddziały aktualnie ogrywanej frakcji. Z misji na misję odblokowujemy ich nowe rodzaje, a także ulepszenia już posiadanych, co znów ucieszy "hirołsomaniaków". Za pomyślny wynik starcia otrzymujemy złoto, doświadczenie dla bohatera dowodzącego (wysokość zależna od wybranego przez nas poziomu trudności), a także kolejnych kapitanów do poziomowania.
Ich rozwój jest tu sprawą kluczową. Lepszy heros oznacza więcej czarów w księdze zaklęć i bonus do jednej z czterech umiejętności, odblokowywanych co parę stopni. Niestety w mojej ocenie najbardziej opłaca się rozwijać tylko jednego dowódcę, najlepiej dysponującego balistą lub większą gotówką na start bitwy.
Na waleczność naszych sił wpływają nie tyle ulepszenia oraz zdolności, co magiczne przedmioty. Kupujemy je za złoto zgromadzone po każdej walce. Wspomagają nas one m.in zwiększając szybkość ataku wojsk, redukując czas na odnowienie zaklęć, czas ich trwania oraz dodając kolejne "życia" - jak na klasycznego towers defenca przystało, nasz zamek może przyjąć dość ograniczoną ilość  "imigrantów". Lepsze artefakty wymagają zasobniejszej kiesy, ale - choć system oferuje złoto za mikropłatności - na dobrą sprawę wystarczy męczyć ostatnie potyczki na jak najwyższych poziomach trudności. Kasy więcej, expa więcej i wszyscy szczęśliwi! Na szczęśćie raz kupiony przedmiot przechodzi na wszystkich bohaterów, więc o tyle mniej farmienia.
Standardowa kampania składa się z 14 misji, po których ukończeniu możemy pobawić się jeszcze raz na tych samych planszach w trybie nieskończonych fal lub wypróbować kolejny ich zestaw. Na dłuższą metę - nuda. Lepiej zagrać kolejnym zamkiem przeciwko innej frakcji, żeby nie zaczynać od początku już rozwiniętej.
Jakieś problemy? Niestety tak. Pomijam już pięciosekundowe reklamy za każdym razem, gdy chcę zrestartować bitwę lub wczytać autozapis, bo jedyną poważną bolączką gry jest jest płynność. Przy setkach wrażych hord i niemałej połaci terenu zapełnionej przez moje wojska gra potrafi brzydko klatkować, a nawet na parę chwil się zawiesić. Szczególnie jest to widoczne przy wyżej wspomnianym trybie nieskończonych fal. Po 40 wygranych rundach rozgrywka się zapętlała: z wrogiego zamku wyłaziły kolejne i kolejne maszkary, które za nic w świecie nie mogły przebić się przez moje "wieżyczki". I gdybym nie zaczął ich usuwać, błędne koło toczyłoby się aż do wykończenia baterii w telefonie.
Podsumowując: jeśli tak jak ja masz wielki sentyment do trzecich "herosów" i całkowitym przypadkiem posiadasz smartfona z Androidem lub iOS-em, już dziś ściągnij Tower Defence and Mighty Magic i ciesz się syndromem "jeszcze jednej bitwy"!


Peter Singer - I TY możesz pomóc! 2017-06-15

W imię większego dobra. Nieegoistycznie, lecz w szczytnym celu, dla zwiększenia liczby uratowanych. Zgadzacie się z tym?





Ćwiczenie nr 10 - Studia 2017-06-08

Studia - ponoć najlepszy czas w życiu człowieka.

Do tej pory nie zgadzałem się z tym stwierdzeniem i tylko machałem ręką, gdy ktoś o tym wspominał. Po czterech latach "Ekonomika" nie mogłem uwierzyć, że to już koniec. Jeszcze tylko wręczenie świadectw i...klasa przestała istnieć. Od teraz pory każdy miał pójść w swoją stronę. A gdzie udam się ja?
Na studia, to rzecz pewna. Może na ekonomię? W końcu nie na darmo uczyłem się podstaw księgowości, marketingu i mechanik rynku. Teraz tylko wystarczyło poszerzyć posiadaną już wiedzę, która na pierwszym roku, jak słyszałem od znajomych, miała ułatwić naukę.  Nie zastanawiając się długo, złożyłem dokumenty na Politechnikę Rzeszowską, aspirując na Finanse i rachunkowość.
Jednak już pierwszego dnia zajęć dostałem przedsmak czekającego mnie piekła. Godzina ósma, ćwiczenia z mikroekonomii. Niska blondynka z bujną fryzurą, czesaną chyba w trakcie wichury, powitała nas chłodnym uśmiechem. Wyniosłym tonem oznajmiła jak to mamy u niej przerąbane oraz że w szkolnictwie wyższym panuje glass ceiling, który nie daje jej spać. Po dwóch, niczego niewnoszących, godzinach, rzuciła na odchodne, że teorię dostaniemy na wykładach, więc ona tym się zajmować nie będzie. Na wykładach. Jasne.
Jeszcze w tym samym tygodniu poszedłem na pierwszą prelekcję i, niespodzianka, materiał niespójny z ćwiczeniami. Jednak najlepiej było na podstawach zarządzania. Gdy profesor zaczął mówić o syntezach białek, domowej medycynie i ukrytych terapiach, przez chwilę miałem wątpliwości, czy nie pomyliłem kierunków.
Do tak podręcznikowo sporządzonej bajaderki dodajmy jeszcze niespełnionego, wybuchowego  naukowca od etyki biznesu, któremu "zabrakło, kurwa, jednego punktu!", et voilla! Studia na "Polibudzie" w pigułce!
Moja cierpliwość wyczerpała się przed sesją. Nigdy więcej, pomyślałem, wynoszę się stąd! Moja noga więcej w Rzeszowie nie postanie!
Wyprowadziłem się, zaliczyłem dodatkową maturę i uderzyłem na Kraków - prywatnie i na dziennikarstwo. Przez parę lat pisywałem hobbystycznie, więc czemu nie zająć się tym na poważnie?
Jak się okazało, trafiłem w dziesiątkę. Życzliwi, wyrozumiali prowadzący, dobre warunki mieszkaniowe, wszystkie wydziały w jednym miejscu, do tego bogata biblioteka i studencka przychodnia. Kwestia pieniędzy? Ale z drugiej strony - czemu nie?
Podczas pracy nad głosem uczę się płynnej artykulacji, zajęcia z pisarstwa pomagają mi doskonalić dotąd amatorski warsztat, zaś filozofia czy kultura kształtują na nowo moje spojrzenie na świat.  Nie wiem czy w przyszłości będę dziennikarzem, ale studia w Krakowie dają mi wiele możliwości rozwoju i grzechem byłoby z nich nie skorzystać. 


Wizerunek Kościoła w XXI wieku - WYWIAD 2017-06-05

Dziennikarz w habicie


 


O powinnościach dobrego PR-owca, powołaniu oraz wizerunku Kościoła rozmawiałem z ojcem Janem Marią Szewkiem, rzecznikiem prasowym krakowskiej prowincji Zakonu Braci Mniejszych Konwentualnych (Franciszkanów).


 


Gdzie ojciec studiował dziennikarstwo?


- W Lublinie. To było dwuletnie, dzienne Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa. Robiłem dwie specjalizacje: telewizyjne techniki realizacyjne oraz public relations i reklamę.


 


Skąd zatem decyzja, by przejść potem do zakonu?


- (śmiech) Było na odwrót. Kiedy byłem na pierwszym roku studiów filozoficzno-teologicznych w Wyższym Seminarium Duchownym Franciszkanów w Krakowie, moi rok starsi bracia odkryli we „Wczesnych Źródłach Franciszkańskich”, że w 1223 roku św. Franciszek z Asyżu wystawił żywą szopkę w Greccio. Postanowili ten zwyczaj przeszczepić do Polski. Było to możliwe dzięki kontaktom, jakie mieli m.in. z dyrektorem ogrodu zoologicznego. Udało im się zorganizować wydarzenie przed seminarium na Franciszkańskiej 4. Brakowało tylko osoby odpowiedzialnej za promocję tej inicjatywy, więc przyszli do mnie. Do dziś nie wiem czemu. Chętnie się zgodziłem. Przez kilka lat byłem jej rzecznikiem. Pomagałem im także, gdy wraz z Polsko-Amerykańskim Instytutem Hematologii Dziecięcej urządzaliśmy festyn na Dzień Dziecka. Po studiach wyjechałem do pierwszej pracy do Wrocławia. W międzyczasie nasz wychowawca ze studiów został wikariuszem prowincji i odpowiedzialnym za specjalizacje braci. Przyjechał do mnie i zaproponował mi ukończenie studiów dziennikarskich na dowolnym uniwersytecie. Podczas poszukiwania uczelni na Uniwersytecie Wrocławskim dziekan zasugerował mi studia podyplomowe dzienne. Wtedy takie były w Lublinie. Tam też podjąłem drugi kierunek: public relations i reklamę, ukończony pracą na temat strategii budowania pozytywnego wizerunku wrocławskiej parafii franciszkanów.


 


A zatem te umiejętności się ojcu przydają.


-Bardzo, ponieważ jako dziennikarz i PR-owiec jednocześnie umiem oceniać i selekcjonować informacje oraz potrafię w odpowiedni sposób przekazać je mediom. PR-owcy często nie znają zasad, jakimi kierują się dziennikarze, nie wiedzą co ich interesuje albo w jaki sposób przekazać dany materiał. W tym zawodzie trzeba znać „kuchnię” oraz zapotrzebowanie każdego dziennikarza.


 


Dlaczego więc obrał ojciec drogę zakonną?


- Pan Bóg obdarzył mnie trzema powołaniami, które odkrywałem już od dzieciństwa. Jeszcze w przedszkolu chciałem zostać kapłanem, choć dopiero w ósmej klasie rozeznałem, że nie chcę być kapłanem diecezjalnym, ponieważ bałem się życia samotnego. Byłem jedynakiem i chciałem żyć w grupie. W szkole podstawowej marzyłem też o byciu nauczycielem, w czym teraz się sprawdziłem, wykładając public relations. No i trzecie powołanie to dziennikarstwo, dodatkowo poszerzone o PR. Gdy szedłem na studia w 2000 roku dziedzina ta jeszcze nie była tak szeroko znana, dlatego gdy mówiłem znajomym, że będę pisał pracę o „piarze”, to pytali: „a dlaczego nie o franciszkaninie?” (myśleli, że chodzi o zakonnika pijara). We wszystkich tych powołaniach wspierała mnie mama-nauczycielka, mówiąc że jeśli są to autentyczne powołania, to Pan Bóg pozwoli mi je zrealizować. Wówczas nie była to kwestia mody, nikt z moich kolegów nie chciał zostać dziennikarzem, nie miałem też żadnego duchownego w rodzinie.


 


No właśnie, „jeśli jest to autentyczne”. Niedawno na portalu mojepowołanie.pl przeczytałem artykuł opisujący historię kilku kleryków, którzy po pewnym czasie rozeznali swoją drogę i porzucili seminarium. Ich decyzja, choć smutna, spotkała się ze zrozumieniem i wsparciem współbraci.


- Po to jest tak długi okres rozeznania: rok postulatu, rok nowicjatu i sześć lat studiów. Po nowicjacie składa się śluby tylko na rok, i co roku je się odnawia, a dopiero na piątym roku studiów - na całe życie. Ten czas ma służyć nabraniu pewności, że jest to moja droga. W nowicjacie, w dzień imienin solenizant opowiada o swoim powołaniu i powodach, dla których wybrał zakon. Jednego natchnęła książka o św. Franciszku, drugi zachwycił się życiem braci, a jeszcze innemu odpowiadała duchowość franciszkańska bądź życie we wspólnocie. Przykład z ostatnich dni, wstąpił do nas 62-letni ksiądz diecezjalny, który zachwycił się Błogosławionymi Misjonarzami-Męczennikami. I on też w tym wieku odkrył powołanie misyjne.


 


Jak wygląda taki typowy dzień w zakonie?


- Klasztor to rodzina. Tworzymy wspólnotę osób w różnym wieku: od osób świeżo po studiach przez braci w średnim wieku aż po najstarszych. Istotne jest życie wspólne, przejawiające się we wspólnych modlitwach, posiłkach oraz rekreacji (czytaniu prasy, piciu kawy, oglądaniu telewizji itp.). Każdy klasztor ustala własny porządek dnia w zależności od potrzeb i warunków. Rozpoczynamy zawsze poranną modlitwą. Później idziemy do swoich obowiązków. Ci, którzy podejmuje obowiązki na miejscu, w klasztorze w południe celebrują modlitwę południową. Wtedy robią pierwszy rachunek sumienia. Po obiedzie powrót do przerwanych prac, a wieczorem kolejne modlitwy, kolacja i czas wolny. Na koniec dnia odmawiana jest kompleta, indywidualnie, bo powinna być tuż przed snem.


 


Ostatnio czytając „Imię róży” natknąłem się na scenę publicznej debaty nt. ubóstwa Jezusa. Z dzisiejszej perspektywy była nieco przesadzona, ale czy według ojca miałaby ona dziś sens?


-Taka dyskusja cały czas się toczy. Raz w miesiącu mamy np. dzień skupienia, a raz do roku pięciodniowe rekolekcje. Każdy zakonnik musi brać w nich udział. Zapraszamy wówczas do siebie gościa z zewnątrz, przeważnie zakonnika z innego zakonu, który ma konferencje ascetyczne, w czasie których raz jeszcze przypomina się o złożonych zobowiązaniach. Trzy węzły u mojego pasa mają o przypominać o trzech ślubach, które składamy: życia bez własności, w czystości i posłuszeństwie. Wszystkie rzeczy użytkowe są wspólne, np. telewizor, samochód, meble etc. Jeśli otrzymamy jakieś wynagrodzenia za swoją pracę, to oddajemy je do wspólnej kasy. Nie możemy mieć swoich pieniędzy. Jeśli czegoś potrzebujemy, zgłaszamy się do ekonoma klasztoru, prosimy o konkretną sumę, mówimy na co, a później się z tego rozliczamy, przynosząc resztę i paragon.


 


Św. Franciszek mawiał, że wiara to mało teorii, a dużo praktyki. Czy wobec tego duchowni mają do nieba bliżej?


- Św. Jan Paweł II podczas swojego pontyfikatu świadomie wynosił na ołtarze ludzi z różnych stanów i zawodów, bo chciał pokazać, że świętość nie jest zarezerwowana tylko dla duchownych czy osób konsekrowanych. Wystarczy być wiernym wobec swojego powołania (w kapłaństwie, zakonie, małżeństwie, rodzinie, samotności). Każda droga, jeśli jest zbudowana na fundamencie Ewangelii, jest drogą do świętości. Wystarczy ją tylko odkryć i oprzeć na chrześcijańskich wartościach.


 


A czego zdaniem ojca najbardziej brakuje na tej drodze osobom świeckim?


- Ciężko powiedzieć, to byłoby generalizowanie. Znam świeckich bardzo świątobliwych, którymi się buduję. Myślę, że w dzisiejszych czasach nam wszystkim najbardziej brakuje ofiarności i bezinteresowności. Zbyt często stawiamy sobie pytanie „Co ja za to będę miał”. Myślę, że to jest przesłanie do dzisiejszego świata, bo szczególnie reklamy niszczą nas, mówiąc: „Ty jesteś najlepszy”, „Ty to musisz mieć”, „Nie bądź głupi”. Droga do świętości wiedzie przez krzyż, przez trudy do gwiazd.


 


W 2014 roku w Zamościu udzielił ojciec wykładu pt. „Czy Kościół dba o swój wizerunek?”. Powiedział wtedy ojciec, że Kościół nie powinien zgadzać się na jednostronne, zakłamane ukazywanie swojego oblicza. Zgadzam się z tym, jednak z drugiej strony nie można przecież ukrywać tego, co jest w jego działaniu nieprawidłowe czy z punktu widzenia prawa świeckiego karalne.


- Na pierwszych wykładach tłumaczę braciom, ze mamy pokazywać światu dobre rzeczy, które się u nas dzieją w myśl słów Chrystusa: „Aby ludzie widzieli dobre czyny w was i chwalili Boga Ojca, który jest w niebie”. Jednak kiedy, nie daj Boże, dotknęłaby nas jakaś sytuacja kryzysowa, to nie można niczego zamiatać pod dywan, ale natychmiast trzeba ją rozwiązać po Bożemu. To rozwiązanie to zastosowanie pięć warunków nawrócenia: rachunek sumienia, żal za grzechy, mocne postanowienie poprawy, spowiedź i zadośćuczynienie Panu Bogu i bliźniemu.


 


Czy wobec tego można wyciągać konsekwencje prawne wobec np. księży pedofili?


- Trzeba, a nie można! Za każde przestępstwo musi być kara. Jest ona konieczna. Konsekwencje muszą być wyciągnięte. Jeśli w wyniku nadużyć księdza ktoś np. popadnie w traumę, to należy takiemu człowiekowi pomóc, zapewniając opiekę psychologiczną. Krzywdę należy naprawić. To warunek nawrócenia. W zależności od grzechu musi być adekwatna pokuta, włącznie z wydaleniem ze stanu duchownego.


 


Bezkarność niektórych duchownych to tylko jeden z czynników, które oddalają ludzi od Kościoła. Jednak drugim, znacznie poważniejszym, jest nierzadko postawa najwyższych władz. Biskupi czy kardynałowie nieraz wynoszą się ponad wiernych, a krytyka płynąca ze strony papieża Franciszka ich oburza.


- Każdy, bez względu na to kim jest, musi sobie uświadomić, że kiedyś stanie przed Panem Bogiem i zda sprawę ze swoich czynów. Wcześniej czy później odpowiemy przed Nim za swoje życie i to trzeba nieustannie sobie przypominać. Pan Bóg i tak wszystko widzi i prędzej czy później osądzi. Jedna z prawd wiary mówi: „Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze”. Mądrej głowie dość dwie słowie.


 


Na ile w takim razie Kościół może sobie pozwolić w działaniach w sferze społeczno-politycznej?


- Kościół ma głosić Ewangelię, ma głosić wartości, zasady i ich nie przekraczać. Nie mogę wskazywać, na jaką partię powinno się głosować, ale powinienem przestrzegać na kogo nie powinno się głosować. Bo jeśli ktoś głosi poglądy przeciwne nauce Chrystusa, przeciwne przykazaniom Bożym, to człowiek wierzący nie może głosować na taką osobę. Nie mogę się angażować w to, jakie mają być podatki ani czy wprowadzać euro, bo to jest poza naszym zainteresowaniem. Kościół ma jedynie walczyć o wartości i przypominać: jeśli wierzysz w Boga, nie wolno ci popierać kogoś, kto jest za aborcją, eutanazją czy związkami homoseksualnymi.


 


A jak to jest z osobami homoseksualnymi w Kościele? Czytałem niedawno, że potępiane są jedynie „czyny”, a nie samo uczucie. Mówimy więc o miłości zakazanej?


Sama orientacja seksualna nie czyni człowieka dobrym bądź złym. Jedynie grzeszne myśli i czyny powodują, że człowiek zaciąga winę. Współżycie pozamałżeńskie jest grzechem. Bez względu czy z osobą tej samej płci, czy przeciwnej.


 


Ale co w przypadku, gdy osoba homoseksualna jest wierząca i obwinia się za to, jaka jest?


- Jeżeli osoba o orientacji homoseksualnej chce być w porządku przed Bogiem, chce mieć czyste sumienie i przystępować do sakramentów, to nie może praktykować czynów homoseksualnych. Musi żyć w czystości. To wynika z tekstów biblijnych, zarówno Starego, jak i Nowego Testamentu. Kościół tego nauczania zmienić nie może, bo jest dane przez Boga. Zatem kiedy osoba o orientacji homoseksualnej żyje według Ewangelii, wg Katechizmu, to nie musi się obwiniać. Co więcej, może osiągnąć niebo, szczęście wieczne.


 


Czy szansa na nawrócenie dotyczy również zbrodniarzy wojennych?


- Każdy ma szansę, jeśli żałuje za swoje grzechy, jeśli się nawróci. „Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją; choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna” – czytamy w Księdze Izajasza. Należy jednak pamiętać, że jest coś takiego jak czyściec. Jeśli taka osoba odchodzi z tego świata pojednana z Bogiem, ale nie zdążyła odpokutować za swoje winy tu na ziemi, to najpierw przechodzi do Kościoła Oczyszczającego się, a potem dopiero do Chwalebnego. Niebo ma gwarantowane, ale kiedy je osiągnie, to już tylko Bóg wie.


 


A jaki jest stosunek Kościoła do kary śmierci? Czy możemy na takich osobach wykonywać ostateczny wyrok?


- Zabronione jest odbieranie komukolwiek życia. Istnieje jednak wyjątek wynikający z konieczności obrony życia innych ludzi. Jeśli więc mamy kraj, który nie jest w stanie odseparować od społeczeństwa niebezpiecznego zbrodniarza, to wówczas w takich skrajnych sytuacjach można się do tego posunąć. Dziś jednak wydaje się, że każde państwo jest w stanie ochronić skutecznie swoich mieszkańców, zapewnić im bezpieczeństwo, więc nie powinno się stosować kary śmierci, a jedynie dożywocie.


 


Św. Franciszek mawiał „Zacznij od robienia tego, co konieczne, potem rób to, co możliwe. Nagle odkryjesz, że dokonałeś niemożliwego”. Czy doświadczył ojciec kiedyś tego?


- Z pewnością było wiele takich sytuacji. Bywa, że człowiek osiąga coś, o czym wcześniej nie mógł nawet marzyć, czego nie dokonali nawet lepsi od niego. Czasem to, co jedni nazywają zbiegami okoliczności, ja wolę nazywać zrządzeniem Opatrzności Bożej, która dała mi szansę i postawiła mi na drodze odpowiednich ludzi we właściwym czasie.


Potęga strachu w wystrzałowych czasach 2017-06-04

To się nigdy nie skończy...

Budzę się koło 10-tej. Odruchowo sięgam po smartfona, aby sprawdzić najnowsze wiadomości. W oczy od razu rzuca się czerwona ramka: "Zamach w Londynie - trzech mężczyzn wjechało ciężarówką w tłum ludzi na London Bridge, a potem zaczęli bawić się z przechodniami w podrzynanie gardeł. Siedem osób zabitych, ok. 50 rannych. No nie wierzę, pomyślałem, kiwając smętnie głową.
Po "incydencie" w Manchesterze minęły dopiero dwa tygodnie, lecz Państwo Islamskie po raz kolejny użyło swoich fanatycznych zwolenników do zamordowania kolejnej grupy "niewiernych". Wówczas 22 osoby zginęły a 64 zostały ranne.
Media znów mają o czym pisać, eurosceptycy dostali nowy argument do publicznej dyskusji na temat niedopuszczania do Polski imigranto-uchodźców z Bliskiego Wschodu. Rządy nawzajem składają sobie kondolencje i deklarują walkę z terroryzmem, a Kościół ponownie wznosi modły za ofiary, apelując przy tym o światowy pokój.
Słowa - o to jak od paru lat radzimy sobie z tym problemem. Z pełną świadomością usiedliśmy na tykającej bombie, choć tyłkiem do licznika. Nieustannie słyszymy złowrogie pikanie, nie wiedząc kiedy nastąpi eksplozja.
W wywiadzie dla Al-Dżaziry w 2006 roku śp. Muammar al-Kaddafi powiedział: "Istnieją znaki, że Allah udzieli wielkiego zwycięstwa islamowi w Europie. Bez mieczy, bez karabinów, bez podbojów. Niepotrzebni są nam terroryści, nie potrzebni samobójcy. 50 milionów muzułmanów [w Europie] przekształci ją w muzułmański kontynent w ciągu kilku dziesięcioleci." Jak widać, libijski dyktator miał rację, choć nie docenił polityki strachu, prowadzonej dziś konsekwentnie przez ISIS.
Ich propaganda, ukazująca brutalne publiczne egzekucje "europejskiego ścierwa" czy masowe mordowanie ludności przy akompaniamencie utworów pokroju "Salil al Sawalim", budzi przerażenie w sercach każdej ich potencjalnej ofiary. Doskonale wiedzą to zwłaszcza Francuzi i Brytyjczycy. Rodacy de Gaulle'a doświadczyli już zbrojnego ataku na redakcję Charlie Hebdo 7 stycznia 2015 oraz "pełnoprawnego" zamachu w listopadzie tego samego roku, natomiast Londyńczycy do wczoraj mogli spać spokojniej. Ostatni większy atak miał miejsce pod koniec marca, więc i groźba ze strony muzułmańskich ekstremistów była mniejsza. Dajcie spokój, przecież nie zaatakują drugi raz tego samego miasta...prawda?

Wspomniałem wcześniej o propagandzie strachu nie bez powodu. Jej najlepszym przykładem może być równie świeża co londyńska bagieta wiadomość o wybuchu paniki w Turynie. Ponad 1500 osób doznało obrażeń podczas oglądania finału Ligi Mistrzów na turyńskim placu. Jak podają tamtejsze władze, najprawdopodobniej ktoś usłyszał huk i w jednej chwili zaalarmował resztę zgromadzonych. Na razie nie wiadomo co dokładnie się wtedy wydarzyło, ale tak naprawdę ma to minimalne znaczenie.
W dzisiejszych czasach wystarczy przecież, "dla beki", nadmuchać  zwykłą foliową torebkę i z całej siły walnąć pięścią. W Polsce taki numer jeszcze by nie przeszedł, ale Europa Zachodnia na każdym kroku ma się na baczności. W obliczu zagrożenia potrafią bardzo szybko wziąć nogi za pas, choć z racji wieku nie wszyscy ujdą z życiem.
Macie jeszcze jakieś pytania odnośnie otwierania granic na oścież tak, jak nam kanclerz Merkel przykazała? Kryzys imigrancki już od dawna wyszedł poza czyjąkolwiek kontrolę. Cywilizacja wpuściła do siebie pasożyta, który nie dość, że nigdy nie przyjmie kultury gospodarza, to jeszcze zmusi go do przyjęcia własnej. A potem każde sobie przynieść wszystkie kosztowności, które będzie przeglądać podczas obmacywania żony i córek właściciela. Pamiętacie "Świętoszka"? Tam mieliśmy niemal identyczną sytuację: Tartuffe, tytułowy cwaniaczek, okręcił sobie wokół palca całą rodzinę, a potem (legalnie!) wyrzucił wszystkich z domu. Utwór Moliera kończy się dobrze, świętoszek zostaje aresztowany i wszyscy żyją szczęśliwie.

Tylko czy jest sens aresztować kilkaset tysięcy silnych, zdrowych i niepomiernie napalonych mężczyzn, skoro i tak zaraz się "rozpłyną"?


Dlaczego jestem tu? - 5 lat przemian 2017-06-03

Powrót do przeszłości

Rok 2012. Zainspirowany fotoblogiem swojego śp. kolegi Dawida, zakładam bloga. Nazywam go "Zwi@dowca", albowiem wtedy pochłonięty byłem czytaniem znanej serii Johna Flanagana. Początkowo zamieszczam jedynie swoją pierwotną poezję: słabą, lichą, nie trzymającą się ładu, składu ani rymu. Mimo to, prace te zaczynają się podobać pewnej grupie osób. 6 czerwca 2010 poznaję Kejt, rok starszą ode mnie blogerkę "po piórze". Pomaga mi ona w rozwoju bloga, lecz przede wszystkim staje się "KIMś więcej".  Dalszy ciąg wypadków pominę. Kiedyś pisywałem o tym szeroko, starsi czytelnicy doskonale to pamiętają, a młodsi niech żyją w niewiedzy. Dość napisać, że przeżywałem swój pierwszy, choć bardzo dziwny kryzys niespełnionego marzyciela-romantyka, niczym Werter.  Moim patronem stał się Adam Mickiewicz, a wieczorami lubiłem przesiadywać na balkonie z notesem A4 w ręce. Wpatrywałem się w księżyc i prosiłem wieszcza o wenę. Z dzisiejszej perspektywy brzmi to dość dziwnie, ale wystarczy podsumować to jednym słowem: młodzieńczość.

2013. Z ufnego, wierzącego chłopaka, który marzył o miłości, przerodziłem się w pseudo satanistę, wdzięcznemu siłom "nieczystym" za otwarcie oczu. To było jak lodowaty prysznic, mocny kop na początek przewartościowania. Od tej pory wiedziałem już, że uczucie nie jest mi przeznaczone, że "miłość" to w istocie jedynie nadinterpretacja popędu seksualnego oraz instynktu rodzicielskiego. Skoro Moc to midichloriany, więc czemu w odruchach serca nie upatrywać  hormonów?
Z duchowości przechodzę w cielesność i rozum, nie przestając mieć w pogardzie pewnych osób. Powoli zaczyna się dążenie do śmierci.

Na przełomie lat 2013/2014 przez portal zapytaj.pl poznaję niejaką "Setsunę", która odbije się na mojej duszy po stokroć. Początkowo piszemy ze sobą jedynie na temat kilku postaci z anime "Naturo" (którego to, przyznam, nigdy nie oglądałem), ale po pewnym czasie tematyka się rozrasta. Od korespondencji formularzowej przechodzimy na GG w marcu 2014, gdzie kontynuujemy wymianę poglądów. Wkrótce wymieniamy się numerami telefonów, by na wakacjach spotkać się po raz pierwszy (i jedyny) w Krakowie. Przedostatni dzień czerwca na długo zostanie w pamięci jako satysfakcjonująco męczący, albowiem jeszcze nigdy wcześniej tak nie cieszył mnie ból nóg po kilkugodzinnym spacerze.
Nasza relacja trwa jeszcze parę miesięcy, po czym ulega załamaniu. Odstawiałem wtedy różne cyrki, nawet większe niż za Kejt, starczy napisać, że w moim życiu czegoś zabrakło.
Poglądowo odszedłem na dobre od Boga, lecz humanocentryzm i racjonalizm obracały się już wokół potencjału władzy nad ludzkimi uczuciami, żerowaniu na ich słabości i pełnej kontroli totalitarnej. W centrum zainteresowań była wówczas postać Adolfa Hitlera, choć potępiałem jego zbyt radykalne metody eksterminacji podbitych narodów. Pragnienie samounicestwienia nadal we mnie tkwi, dając wyraz w licznych wierszach i filozoficznych wpisach.  

Okres  2015/2016 pomógł mi odzyskać ukochaną w listopadzie (nie w sensie miłości, lecz bardziej jako relacja, więź...sam nie potrafię określić czym dokładnie to jest). Myślałem, że gotów jestem na powrót. Niemile się rozczarowałem, gdy już w kwietniu wszystko szlag trafił, choć oboje mieliśmy wielkie plany na następne wakacje.
Życiowo: skończyłem "Ekonomik", przeprowadziłem się do Rzeszowa, "zakosztowałem" Politechniki (serdeczne 'pieprzcie się' dla wykładowców, zawsze to powtarzam), wróciłem na dodatkową maturę. Jesień ukierunkowała mnie na studia dziennikarskie w Krakowie. Poglądy zaś nie uległy większym zmianom. No i trochę podleczyłem stare rany.

2017. Dziś czuję częściowe spełnienie. Uczę się przydatnych rzeczy, rozwijam pisarski warsztat, pracuję nad mową. W marcu napisałem ostatniego maila do Pernelle. Nigdy nie potrafiłem o niej zapomnieć, nigdy nie mogłem sobie wybaczyć błędów, którymi ją niszczyłem (choć paradoksalnie to m.in one ją wzmocniły. Najlepsza, a zarazem najgorsza znajomość mojego życia, która wychodzi na dobre...Skąd ja to znam?).
Nie spodziewałem się, że w ogóle odpisze, a jednak już po paru dniach na nowo mogliśmy na nowo budować tę niezwykłą relację. Kamień po kamieniu, słowo po słowie. Tłumaczenia, żale, radości i niepokoje + wszystko to, co niegdyś nas tworzyło. Tym razem nie pozwolę jej odejść, gdy największa wina leży po mojej stronie. Chcę walczyć o ten kontakt za wszelką cenę.
Ten rok dał mi, jak do tej pory, jeszcze jedną superlatywę: filozofię. Co prawda, 16 czerwca będę pisał z niej egzamin, ale i wiedza, przekazywana nam na wykładach jest warta nauki.
Był taki francuski uczony, Jean Paul Sartre. Głosił on idee bardzo podobne do moich obecnych, a mianowicie, że człowiek nie ma pierwotnie wykształtowanego celu, a sensu życia (czy też "esencji", jak mawiali starożytni) poszukuje w jego trakcie na różnych polach. Bóg może sobie istnieje, ale poza stworzeniem świata i osądzaniem ludzi, nie robi niczego więcej. Nie predefiniował losu każdego z nas, nie ustalił jednego porządku dziejów ani żadnego planu dla człowieka.
Kiedyś zawiodłem się na nim, a raczej na swoich własnych wobec niego oczekiwaniach. Wierzyłem, że ma w zanadrzu coś  także i dla mnie, że przeznaczył dla mnie "Tę Jedyną" (pamiętacie jeszcze te wpisy?), co potęgowane było przez serię wielce (nie)fortunnych zdarzeń , jak nagle wysłuchana prośba o szansę na miłość. Dziś jestem świadomy tego, że definiują nas jedynie czyny, a Bóg to ledwie "hipoteza", "założenie", "aspekt czysto filozoficzny".

Mamy 3 czerwca, godzinę 16:10.  W piersi mej serce bije nadal, choć już nie tamto. W umyśle przewijają się idee, lecz nie tak wybujałe, jak niegdyś. Myślę ,że po tylu skrajnych ewolucjach śmiało mógłbym zmienić nazwę na Elvenoor 2.0.
Ciekaw jestem tylko co przyniesie przyszłość?


"ALOHA!" 2017-06-03

Żałość, ból i żenada - nie mam więcej słów na to,
Nie rozumiem dlaczego znowu  strzelasz mi focha,
Szczęściem jednak znam sposób, podpowiedział mi tato,
Wypij szklanki dwie miodu i zakrzyknij:  "ALOHA!"

Szkoda nerwów jak dla mnie, z wielkim trudem je znoszę!
Choć się wiercisz w fotelu jak w korycie swym locha,
Lecz z rumieńcem ci ładnie, więc cię tylko poproszę,
Byś wetchnęła dziś helu i krzyknęła "ALOHA!"

Chcę ci pomóc jedynie , ale zrobisz jak zechcesz,
Twe obiekcje rozumiem, to nie moja wszak brocha,
Za twe słowa niemiłe, choć wysłuchać mnie nie chcesz,
W bezsensownym ich szumie niech usłyszę: "ALOHA!"

Zamiast słuchać mnie grzecznie, ty się bawisz kredkami,
Nie wprowadzi nikt reform, by zakończyć ten pokaz,
Tak to będzie trwać wiecznie, ale może czasami
Kogoś wprawisz tym w rechot, gdy mu powiesz: "ALOHA!"


Sucharopodajnik#24 - Sprawy damsko-męskie 2017-06-01

1. Dzwoni telefon, odbiera dziewczynka:
- Halo?
- Cześć córeczko, tatuś mówi. Daj mi mamusię.
- Tatusiu, mamusia jest na górze w sypialni z wujkiem Frankiem.
- Ależ córeczko, nie masz żadnego wujka Franka.
- Nieprawda, mam i jest teraz z mamusia w sypialni.
- Ok, no cóż....posłuchaj uważnie, chcę, żebyś cos dla mnie zrobiła. Dobrze?
- Dobrze tatusiu.
- Idź na górę do sypialni, zapukaj do drzwi i powiedz, że tata właśnie parkuje przed domem.
Minutę później:
- Już zrobiłam
- I co się stało?
- Mama bardzo się przestraszyła, wyskoczyła z łóżka bez ubrania i zaczęła biegać po pokoju i krzyczeć, a potem potknęła się o dywan i wypadła przez okno i leży nieżywa.
- Boże, a wujek Franek?
- On też wyskoczył z łóżka bez ubrania i krzyczał i w końcu wyskoczył przez okno, ale to z drugiej strony, i wskoczył do basenu. Ale tatusiu, tam nie było wody, miałeś napełnić go w zeszłym tygodniu i zapomniałeś. No i wujek upadł na dno i też jest nieżywy.
Bardzo długa chwila ciszy, aż wreszcie :
- Hmm, ja nie mam basenu. Czy to na pewno numer 555-67-89? :D

2. Córka żali się matce:
- Mamo, chciałabym znaleźć męża, ale nie wiem jak!
- Są trzy zasady, jakie facet musi spełnić: musi być głupi, żeby cię słuchał, musi być bogaty, byś miała lekko w życiu, i najważniejsze- musi być nienaruszony.
- Mamo, ale takich nie ma!
- Poszukasz, to znajdziesz.
Minęły 2 lata. Córka wraca do mamy:
- Mamo, mamo, znalazłam kandydata! Bogaty jest, bo mi wszystkie drinki kupował, przygłupi , bo jak mu kazałam się rozebrać i położyć do łóżka, to mnie posłuchał.
- A nienaruszony?
- Chyba tak, bo jak mi go pchał, to go jeszcze w foli miał :D

3.  Chłopak mówi do dziewczyny:
- Kasiu jak dam ci snickersa, to dasz pocałować się w policzek?
- No dobrze.
- Kasiu, a jak dam ci dwa snickersy to mogę cię pocałować w usta?
- No ok.
- Kasiu, a jak dam ci 3 snickersy to mogę cię pocałować w usta, ale z języczkiem?
- Kurna to ja dostanę cukrzycy zanim Ty mnie przelecisz! :D

4. ŚWIĘTA PRAWDA:
Jakiej narodowości był Amor?  
Rosyjskiej. Latał z gołą dupą uzbrojony po zęby, strzelał do ludzi i mówił, że to "z miłości"...


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]