Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

The Circle.Krąg (2017) - zmarnowany potencjał 2017-05-28

"Dobrze jest wiedzieć dużo. Ale jeszcze lepiej wiedzieć wszystko"

Chyba nikt z nas nie ma wątpliwości, że czasy totalnej swobody się skończyły. Każdego dnia jesteśmy śledzeni nie tylko przez uliczne kamery czy sklepowy monitoring, lecz przede wszystkim bezpośrednio w Internecie. I choćby nawet usunąć wszystkie konta na Facebooku, to i tak wszechobecny system posiada nasze dane od momentu założenia skrzynki pocztowej oraz konta bankowego. Ale czy inwigilacja może pójść o krok dalej?
Na to pytanie próbuje odpowiedzieć "The Circle. Krąg", najnowszy film Jamesa Ponsoldta. Na jego premierę czekałem już od pierwszych trailerów. Nośny temat, intrygujący zwiastun, Emma Watson i Tom Hanks w rolach głównych - czego chcieć więcej?

Na pewno wolniejszego tempa. Dawno nie oglądałem tak szybkiego filmu. Ledwo się zaczęło, a już Mae Holland dostaje propozycję pracy w Kręgu, zwiedza jego park i biurowce, dostaje własne stanowisko i poznaje pierwszych znajomych. Bardzo szybko jednak spotyka ukrywającego się pomysłodawcę Kręgu i zaczyna mieć wątpliwości co do nowych szefów W takim tempie prowadzenia fabuły widz nie jest w stanie bliżej poznać głównej bohaterki, zżyć się z jej przyjacielem i rodziną. Scenarzystom (James Ponsoldt, Dave Eggers) najwyraźniej chodziło o skupienie akcji wokół tytułowej organizacji, która z drobną pomocą Mae coraz śmielej podgląda świat.
Film porusza ważny i ciągle istniejący problem tzw. surveillance society (z ang. - społeczeństwo nadzoru/inwigilacji), a właściwie, jak napisałem, próbuje to robić. Lwią część seansu spędzimy nad świeżymi projektami Kręgu, które scenarzyści ukazują z dwóch stron. Np. SoulSearch pozwala na odnalezienie każdego w mniej niż 20 minut. W praktyce sprowadza się to do setek ludzi, ganiających wszędzie ze smartfonami w ręku. Ofiarą "ludzkiej wyszukiwarki" może być nie tylko niebezpieczny kryminalista, ale równie dobrze zwykły obywatel.
Jednak najlepiej problem usieciowienia pokazano w jeden z pierwszych scen. Do biurka Mae podchodzi para znajomych. Napominają dziewczynę, iż ta jeszcze nie założyła firmowego konta społecznościowego, po czym sami biorą się za naprawianie tego błędu, wymieniając na głos wszystkie szczegóły z jej życia prywatnego: od stwardnienia rozsianego jej ojca, po sposoby spędzania wolnego czasu.
Aktorzy dobrze wykonali swoją pracę, choć małe zastrzeżenia mam do Mercera (w tej roli Ellar Coltrane), którego postać mnie do siebie nie przekonała.
Muzyka i dźwięk stoją na dobrym poziomie. W większości słyszymy przeważnie typowo marketingowe melodie, świetnie nadające się pod wszelakie wykłady motywacyjne czy prezentacje przełomowych wynalazków.

Mam nieodparte wrażenie, że  "The Circle" scenarzystów nieco przerosło. Chcieli zrobić świetny film o korporacji szpiegującej ludzi, ale z pośpiechu i przerostu ambicji wyszedł typowy średniak, który nomen omen zatoczył krąg. Tylko szkoda, że rysownikowi powinął się cyrkiel.  
Czy mimo wszystko warto się na niego wybrać? Moim zdaniem, tak. Nie żałuję tych dwóch godzin, spędzonych w kinowym fotelu, choć jeśli macie już na oku inne filmy, zdecydowanie możecie poczekać z obejrzeniem dzisiaj recenzowanego. Pozwólcie więc, że zakończę krótkim fragmentem rozmowy kwalifikacyjnej Emmy "Mae" Watson, który genialnie wszystko podsumowuje:
- Czego jest ci żal najbardziej?
- Niezrealizowanego w pełni potencjału.


Polak - molierowski Harpagon 2017-05-26

Nigdy nie karm "Cebularza". Chyba że zapłaci.

Zapewne każdy z nas słyszał o "Uchu Prezesa", popularnym serialu Roberta Górskiego. Internetowa produkcja zdobyła ogromną popularność dzięki parodiowaniu najważniejszych polskich osób, trendów i wydarzeń politycznych w ostatnim czasie.
Prezes Górski gościł już w swoim gabinecie m.in. premier Szydło, Antoniego Macierewicz, a nawet samego ojca dyrektora (prezydent, niestety, nadal musi czekać na swoją kolej). Każdy odcinek z marszu zdobywał setki tysięcy odsłon i komentarzy, wychwalających pod niebiosa nowe szpile wbijane w rząd PiS-u.
Euforia dobiegła jednak końca z chwilą pojawienia się dwóch specjalnych odcinków. Do tej pory epizody ukazywały się na YT kilka dni po premierze na platformie VOD, jednak zgodnie z umową ostatnie dostały wyłączność dla abonentów. Na ekipę "Ucha" posypała się lawina krytyki, a jutubowe trailery szybko oceniono adekwatnie do niezadowolenia wiernych dotąd fanów. Na całe szczęście Polacy w chwilach kryzysu potrafią się zjednoczyć i dzięki uprzejmości kilku zaradnych hakerów można swobodnie oglądać treści zakazane.
Powyższy przypadek jest na nieszczęście tylko wierzchołkiem góry lodowej problemu, zwanego potocznie "polską cebulą". Póki dają darmo, póty wszystko jest dobrze, ale spróbuj  brać za to pieniądze, a z miejsca zostaniesz wygwizdany. Nie wystarczą ci słowa pochwały,  niewdzięczny materialisto? . Podobno tworzysz z pasji, a więc żywisz się powietrzem, miłością i oddaniem fanów, natomiast "prawdziwa robota" to etat+nadgodziny w korpo i na budowie za psi grosz, więc nie zaczynaj znowu o "pracy".
Polak jest już tak bardzo obciążony wydatkami, że strata 20 zł miesięcznie za dostęp do szerokiej bazy filmów i seriali na Netflixie stanowi nie lada problem. Z drugiej strony jakoś łatwo sięgać do portfela przy zakupie kolejnej paczki fajek czy innej zbędnej drobnostki, bez której żyć się nie da, choć pozostali jakoś świetnie sobie radzą.
I tak nieograniczona pazerność pomału zmienia się w dziki zew brania co popadnie. Biedronka otwiera nowy sklep i rozdaje fanty? Mama, leć szybko pod wejście i zgarnij tyle batonów, ile zdołasz upchnąć, bo tata już poluje przy koszach w środku!
Doprawdy, nie rozumiem co siedzi w głowach tych wszystkich ludzi (choć zastanawiam się czy ciągle nimi są), którzy łapczywie całymi garściami łowią darmowe gadżety, aby potem nierzadko rozdać to jeszcze po rodzinie lub bezczelnie  opchnąć  po parę złociszy za sztukę. Czyżby kultura i dobre wychowanie obowiązywały nas jedynie wtedy, gdy coś z tego mamy?

Hipokryzja goni hipokryzję. Mam nieodparte wrażenie, że nieprędko uda nam się pozbyć tej przykrej polskiej przypadłości i jeszcze przez co najmniej dekadę będziemy urzeczywistniać krzywdzący stereotyp Polaczków-cwaniaczków. Początkowo w tym miejscu chciałem nawet wprowadzić płatne zakończenie, ale, znając realia, zapewne i tak cały tekst wylądowałby za chwilę na "chomiku".


"Płomienna dziewczyna" 2017-05-19

Marzeniem moim byłaś, dziewczyno w rudych włosach,
Siedziałaś ławkę obok, wpatrzona błędnie w tory,
Zaczęłaś cicho śpiewać, wyjęłaś papierosa,
Zagadałbym do Ciebie, lecz nie jest to love story

Gitarę miałaś w kufrze, leżała u stóp bosych,
Patrzyłaś wciąż przed siebie, pod nosem nucąc cicho,
W wieczornym blasku słońca płonęły twoje włosy,
Za ciepło których teraz bym oddał w świecie wszystko!

Tak kilka dobrych minut, wpatrzeni w swoje strony,
Siedzieliśmy bez słowa, na tramwaj oczekując
W oddali cień zachodu pożerać zaczął domy,
A mnie zjadało serce, by w słowa myśl swą ująć

Czas nie grał na mą korzyść, twój pojazd wnet nadjechał,
Do środka weszła żwawo, nie patrząc nawet na mnie
Już nigdy cię nie spotkam, takiego miałem pecha,
Porwała cię maszyna, a dokąd - kto to zgadnie?

Czy chciałaby znać kogoś o tak dziwacznej duszy?
Czy była w jakim związku, czy serce miała wolne?
Jeżeli nie ja będę, to znajdą się wszak drudzy,
A przecież za czas jakiś i tak o niej zapomnę;


Czytelnictwo interaktywne - WYWIAD 2017-05-17

Rozmowa z Beniaminem Muszyńskim, twrócą gier paragrafowych.

Jak wyglądały Pana początki w świecie gamebooków?

- Kiedyś czystym przypadkiem dostałem od znajomego link do pewnej strony z grami paragrafowymi. W pewnym momencie, podczas przeglądania zamieszczonych tam prac, zrodziła się we mnie myśl, by samemu spróbować swoich sił. Na swoim koncie miałem już wczesne próby literackie, więc napisałem pierwszą grę, która spotkała się z ciepłym przyjęciem. Dwie kolejne cieszyły się równie dużym zainteresowaniem, aż wreszcie w 2010 roku razem z moim przyjacielem Mikołajem Kołyszko współzałożyłem magazyn internetowy masz-wybor.com.pl oraz Wydawnictwo Wielokrotnego Wyboru.

Gry paragrafowe - nadal książki czy już nowy gatunek gier?

-  (śmiech) To jest odwieczny problem, choć w naszej redakcji traktujemy je głównie jako literaturę.

Aby utrzymać czytelnika w rozgrywce do końca, trzeba zbudować interesujący świat i wciągającą historię. Skąd czerpie Pan inspiracje?
- Odkąd wyszedłem z półamatorskiej  pisaniny zacząłem pisać również inne, mniej popularne książki, więc praca ze słowem nie jest mi obca. Jednak przy grach książkowych należy stworzyć nie tylko jedną, spójną fabułę, lecz także wiele jej rozgałęzień i wątków. Zwykle zaczynam od wypisywania kolejnych numerów, robię szkice, równoważniki zdań oraz plan wydarzeń. Gdy ma się już to wszystko, wypełnienie tekstem przychodzi nieco łatwiej, choć wymaga to odpowiedniego nakładu czasu.

Ile średnio zajmuje Panu napisanie całego drzewka paragrafowego z jednej książki?
- To zależy od projektu. Mniejsze zajmują zwykle kilka dni. Obszerniejsze potrafią rozłożyć pracę na okres 4 – 6 miesięcy, choć należy wziąć poprawkę na tworzenie w czasie wolnym. Od początków mojej kariery pisarskiej nigdy nie miałem go zbyt wiele, ale dzięki temu byłem lepiej zmotywowany. Rygor tworzenia „paragrafówki” wymaga systematyczności, bo niełatwo z powrotem poskładać w głowie wszystkie ciągi fabularne po dłuższej przerwie.

A zatem gamebooki traktuje Pan bardziej jak hobby.
- Tak, ale jest to hobby, przy którym można trochę sobie dorobić. W pewien sposób moja pasja przerzuciła się również na mój styl życia. Nie tylko „robię” gry książkowe, lecz także prowadzę warsztaty z ich pisania na konwentach fantastyki czy spotkaniach literackich. Jest to coś, do czego zawsze mogę wrócić w ten czy inny sposób.

A czy nie jest to zbyt kosztowna pasja, gdy mówimy o wydawaniu fizycznych egzemplarzy?
- W Polsce nie jest to na tyle popularne, by dało się z tego utrzymać. Dużo lepiej wygląda pisanie książek na zamówienie jako element promocyjny czyjej strategii marketingowej. Ja tworzę bardziej dla siebie, więc jest to kwestia bardziej dorobienia sobie niż zarobienia. Samo wydawanie zwykle ogranicza się do niewielkich nakładów, zaś ostatnimi czasy na rynek wypuszczane są przede wszystkim  gry stricte edukacyjne (językowe, dydaktyczno-pedagogiczne).

Odbiorcy „paragrafówek” stanowią raczej małą społeczność, prawda?

- Faktycznie, ludzi zrzeszanych przez gamebooki nie ma zbyt wielu, aczkolwiek posiadamy swój fanpage na Facebooku czy rozmaite fora. Wśród internautów są nie tylko czytelnicy, ale również twórcy, którzy później korzystają ze swojego doświadczenia na studiach, w pracy czy podczas nauki myślenia programisty.  Stosunkowo dużą grupę naszych czytelników stanowią kolekcjonerzy, których zbiory z całego świata mogą sięgać wartości kilku tysięcy złotych. Choć nastąpił spadek czytelnictwa, nadal środowisko skupia się wokół kilkuset serii, notowanych na miliony egzemplarzy. Aktualnie sama branża przechodzi w formę aplikacji mobilnych na systemy Android i iOS. Jak na razie, łączna ilość pobrań trzech przykładowych wynosi ponad 40 000. W 2014-15 roku magazyn Times uznał za jedną z gier roku gamebooka „W 80 dni dookoła świata”. Moim zdaniem wersje na urządzenia mobilne są dobrą drogą dla gatunku, dlatego zawsze oprócz książek „namacalnych” wydaję je również w formacie PDF z możliwością wydruku.

Wśród naszych czytelników jest sporo osób, które nigdy nie miały styczności z książkami  interaktywnymi. Jak zachęciłby ich Pan do sięgnięcia po „paragrafówki”?

- Posłużę się często używanym przez nas hasłem: w gamebookach to TY jesteś bohaterem, masz realny wpływ na to, co się dzieje. Dobrze napisana „groksiążka” posiada kilka alternatywnych zakończeń, a ścieżki do nich prowadzące często są na tyle różne, że każdorazowe ich „przejście” pozwala czytelnikowi dowiedzieć się czegoś innego o samym sobie czy historii świata przedstawionego.

Na koniec pytanie o dostępność Pana książek. Gdzie można je znaleźć?

- Część moich prac jest jeszcze w serwisie rebel.pl, natomiast w większości przypadków wszystkie wcześniejsze wersje książek (z innymi grafikami, inną redakcją) dostępne są  do pobrania z witryny masz-wybór w dziale „Księgarnia”. Jest to darmowa kwestia, z uwagi na nasz cel promocji literatury, choć przy niektórych tytułach użytkownicy są proszeni o przekazanie niewielkiej kwoty na organizację charytatywną. Nie wymagamy tego od czytelnika, ale czujemy się spełnieni, jeśli dzięki naszej pracy ktoś wesprze szczytny cel.


Piękna i "bestie" - Gosia Rdest 2017-05-15

W minioną niedzielę Gosia Rdest wygrała drugi wyścig KIA LOTOS RACE na węgierskim torze Hungaroring. Kim jest  24-letnia mistrzyni? Jak się czuje w roli kobiety rajdowca? Na te i inne pytania odpowiedziała podczas konferencji prasowej w Krakowskiej Akademii.

Urodziła się 14 stycznia 1993 roku w Żyrardowie. To właśnie tam, podczas rodzinnej wycieczki na gokarty, odkryła w sobie głód prędkości. Jak większość aspirujących kierowców, swoją przygodę rozpoczęła od kartingu. Pierwszy sukces na polu motoryzacji odniosła w 2011 roku, gdy sięgnęła po tytuł Mistrza Polski w klasie KF2. Poprzeczka podniesiona została m.in. podczas startów w pucharach BMW Talent, BRDC Formula 4, Volkswagen Wolf oraz aktualnie Audi Sport TT.
O jej osiągnięciach można by pisać godzinami, dlatego też, zamiast zanudzać czytelnika masą liczb i nazw, postaram się przedstawić ją taką, jaką tydzień temu zaprezentowała się swoim młodszym koleżankom i koleżankom z dziennikarstwa.
Gosia sama jest studentką, choć pogodzenie „zajeżdżonej” codzienności z uczelnianymi obowiązkami nie przychodzi jej łatwo. Jednak, jak sama wspomniała, wykształcenie w dziedzinie mediów jest niezwykle przydatne. Dlatego też zdecydowała się na dwa równoległe kierunki, a edukację odbywa przez Internet.
W przerwie między kolejnymi startami a nauką, udziela się w serwisie onet.pl, gdzie wraz Szymonem Sołtysikiem prowadzi program „Auto Świat GO”. Uczelniana wiedza jej zatem służy, aczkolwiek „Gola” długo musiała przyzwyczajać się do pracy wg scenariusza, który nie pozwala jej mówić o samochodach tak swobodnie, jak robi to na swoim kanale na YouTubie.
Jak pokazuje rzeczywistość, zawsze ceną sukcesu jest czas. Grafik młodej mistrzyni jest nieustannie mocno napięty. Wyjazd na wyścig, po paru tygodniach dwa dni wolnego w Polsce i znów powrót „za kółko”. A do tego doliczmy jeszcze minimum dwa miesiące przygotowań oraz codzienne treningi psycho-fizyczne. Jak tu się więc zrelaksować?
Jest na to kilka sposobów: dobry serial, oglądany przy kubku gorącej kawy, długa drzemka lub niestandardowa przekąska, której daleko do składników diety sportowca.
Na co dzień jedzenie dostarczane jest do jej mieszkania wg spersonalizowanej diety pięciu posiłków o łącznej wartości 2000 kalorii. Trzeba przecież nabrać sił przez praktykami czy wyścigiem głównym. Koncentracja, przewidywanie przebiegu jazdy, wyczucie właściwej chwili na skręt – a to wszystko dzieje się w ułamkach sekund. Na szczęście nie trzeba polegać wyłącznie na sobie: tuż przy niej wiernie trwa ekipa niemiecko-włoska Target Competition i trener Patryk Bojarski, a z trybun niezmiennie kibicują rodzice.
Niestety nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem. Szybkość to ryzyko, niejednokrotnie bezlitośnie karzące śmiałków trwałym kalectwem. Ostrożności zatem nigdy dość. Przed wyścigiem Gosia nie zdejmuje pierścionków, zawsze się modli, nakłada rękawice od lewej począwszy i na chłodno kalkuluje możliwe wydarzenia. Do tej pory przeżyła już trzy kolizje, z czego jedna zakończyła się częściowym uszkodzeniem mięśni prawej dłoni. Warto wspomnieć tutaj o akcji „Godzina na wózku”, której ambasadorem została bohaterka dzisiejszego tekstu. W spocie promującym tę inicjatywę siedziała na wózku inwalidzkim, co było dla niej niezapomnianym, wstrząsającym doświadczeniem.


Podsumowując: starty w pucharach to nie tylko praca, ale również pasja. Znajomość realiów i czysty umysł łączą się z zamiłowaniem do „Jessici”, „Krzysztofa” czy „Zbycha” (jak też Gosia nazwała swoje czterokołowe „bestie”). Pozostaje nam tylko życzyć jej szerokich dróg, jak najmniej deszczu, jeszcze więcej satysfakcji z kolejnych zwycięstw na torach, a przede wszystkim spełnienia snu o przejażdżce wymarzonym Lamborghini!


(Z) Kijova ta Eurowizja.... 2017-05-14

Nikogo chyba nie zdziwił tak niski wynik polskiej piosenkarki, prawda?

Kasia Moś, dzięki głosowaniu telewidzów, zajęła piąte miejsce...od końca. Na podium zaś o zaszczytne miano zwycięzcy i gospodarza Eurowizji 2018 biły się Portugalia oraz Bułgarii. Z rąk Jamali statuetkę odebrał Salvador Sobral, tym samym dając powód do świętowania rodakom CR 7 (dla niekumatych: Cristiano Ronaldo).
Moi faworyci zawiedli. "Occidentali's Karma" ani "Historyja majho žyccia" nie dali rady wobec melanholijnej piosenki. Zaskoczenie dopadło mnie tym większe, że w mojej ocenie nie jest to utwór na miarę Eurowizję.
Gość umie śpiewać, melodia jest cicha, stonowana, jednak nadal po zwycięzkiej muzyce oczekiwałbym czegoś więcej.

Oprawa techniczno-merytoryczna całego show była przyzwoita.  Z pewnością daleko im do szwedzkiego know-how, ale trzej gentlemani i tak poradzili sobie dość dobrze. Hity Eurowizji w stylu ukraińskim czy dragqueen Verka Serduchka wytworzyły unikalną atmosferę. Jak więc widać, Ukraina również potrafi sobie poradzić z tak ogromnym, międzynarodowym przedsięwzięciem, dlatego na ich ręce składam podziękowania i gratulacje.
Gorzej niestety wypadła esencja programu, a więc piosenki jednego odsłuchu. W poprzednich latach (szczególnie w roku pańskim 2015) w ucho wpadło mi w uchu wiele utworów, do których z przyjemnością wracam co jakis czas. Hovi Star - Made of stars, Poli Genova - If love was a crime,  ZOË - Loin d’ici, Frans - If I were sorry... Natomiast chwytliwe melodie z tegorocznego ESC mogę policzyć na palcach jednej ręki.

Dobra, panie i panowie, nie ma co płakać w poduszkę. Nie dla nas Eurowizja, choć próbować zawsze można. Na Michała Szpaka jednak oddawaliśmy głosy chętniej, niż na kobitę, której właściwie nikt przedtem nie znał. Jej utwór również nie był szczególnie porywający, stąd tak słaby wynik.
Da swidanija, Kijev, good luck Lizbona!


Warsztaty edukacyjne oczami organizatorów 2017-05-10

Piątek, 28 kwietnia 2017. Wybiła 7:30. Nieprzyjemny dźwięk budzika błyskawicznie ukrócił moją wędrówkę po krainie Orfeusza, a choć chciałoby się jeszcze wtulić w miękką poduszkę, nie ma co dłużej leniuchować – przecież czeka mnie robota!

Na zaproszenie Wydziału Zarządzania Krakowskiej Akademii pierwsze roczniki z kilku małopolskich szkół wyższych przyjechały, aby wziąć udział w warsztatach edukacyjnych pt. „Nowoczesne Media w naszym życiu i biznesie”.
Po przybyciu na miejsce każda grupa była ciepło witana przez nas,  studentów dziennikarstwa oraz produkcji filmowej. Od tej pory byliśmy ich przewodnikami. Choć przy tak dużej liczbie młodszych kolegów wydawało się to nie lada wyzwaniem, dzięki naszej otwartości i uprzejmości, początkowo zagubieni goście błyskawicznie poczuli się jak u siebie w domu.
Kilka minut po 10-tej pan dziekan Dariusz Fatuła powitał wszystkich w auli 008, po czym udzielił krótkiego wykładu na temat wykorzystania w przedsiębiorstwach środków masowego przekazu. Następnie wraz z panią redaktor Magdaleną Oleszkowicz-Gałką zastanowiliśmy się nad przyszłością telewizji wobec rozwoju programów sieciowych, by na koniec części teoretycznej oddać głos panu Lechowi Mikulskiemu. Nie tylko opowiedział nam on o historii popularnych „selfie”, lecz również przedstawił je jako nową formę fotografii.

Po wysłuchaniu krótkich prelekcji, licealiści udali się do pokoju 207, gdzie czekał na nich pożywny brunch. Kilka kanapek później, można było przejść do zasadniczej części dnia. Niektórzy dołączyli do pana dziekana podczas gry decyzyjnej z zakresu przedsiębiorczości i ekonomii, jednak to warsztaty dziennikarskie cieszyły się większą popularnością.  
Podczas wizyty w studiu uczelnianej telewizji, ochotnicy mogli spróbować swoich sił przed prompterem, ku ogólnej uciesze reszty zgromadzonych. Dla niektórych była to też świetna okazja do odkrycia medialnej osobowości. Czyżby nasi przyszli studenci?
Niestety czas płynął nieubłaganie, a jako że wszystkie grupy musiały zaliczyć te same miejsca, trzeba było prowadzić je według harmonogramu. Kolejnym punktem programu było spotkanie z panem Marianem Przybylskim na temat sztuki operatorskiej oraz realizacji materiałów w KTVI, a zaraz po nim następowało szybkie przejście do głównego holu w budynku B – prosto na plan „Wywiadowców”. Tam mogli na żywo przyglądać się rozmowie z Michałem Wilkiem („19+”, „MichauVlog”). Nagrania odbywały się w trzech częściach, aby nasi goście mogli obserwować realizację od strony widzów na planie oraz wydawcy, ukrytego z całym sprzętem wewnątrz auli.

Dbając o logistyczne szczegóły prowadziliśmy kolejno swoje stadka niczym dobrzy pasterze aż do godziny 15-stej. Choć wizyta naszych młodszych kolegów dobiegła końca, jako organizatorzy wspólnymi siłami doprowadzaliśmy Akademię do starego porządku.
Na zewnątrz lało jak z cebra, wiatr bawił się w najlepsze wyrywając z rąk parasolki, a temperatura nie nastrajała optymistycznie na zbliżającą się majówkę. My jednak, choć zmęczeni, byliśmy dumni z dobrze wykonanej pracy.
No hej, w końcu niecodziennie przeżywa się Potop!


Eurowizja 2017 - I Półfinał i już klapa! 2017-05-10

Ledwo co zakończył się pierwszy półfinał tegorocznej Eurowizji w Kijowie.
Na podium Mołdawia, Azerbejdżan, Grecja, Szwecja, Portugalia, Polska, Armenia, Australia, Cypr i Belgia.

A ja się grzecznie pytam: gdzie jest, kuźwa, Finlandia?! No przecież to się w głowie nie mieści, że ich arcydzieło (które linkuję wam poniżej) nie weszło do głównego finału, a takie ścierwo jak hiszpańskie "Do it for your lover" ma udział z automatu!
Zawiodłem się. Brawo dla Kasi Moś, pięknie śpiewa, mocno jej kibicuję, ale teraz trzymam kciuki za białoruską "Historię mojego życia".
Wielka szkoda, że czarna piękność z północy nie rozgrzeje nas w sobotę swoim głosem. Na placu boju wciąż pozostają dobre piosenki, wyróżniające się od podobnych do siebie brzmień, ale bez Finlandii konkurs traci na wartości.

No nic, czekamy do czwartku. Mam tylko nadzieję, że nie rozczaruję się wtedy po raz drugi...







OKMS 6-7.04 - Dzień drugi (ostatni) 2017-05-08


Konferencja Mediów Studenckich po raz szósty pokazała z jakim rozmachem powinno się organizować tego typu imprezy.

Na nasze nieszczęście, pierwszy dzień skończył się dość szybko i zanim się zorientowaliśmy, nadszedł 7 kwietnia, a wraz z nim trzej ostatni goście.
Jak zaczynać, to z przytupem, najlepiej przy dobrej muzyce. A któż lepiej opowie o jej meandrach, niż Piotr Baron, prezenter Radiowej „Trójki”? Za pomocą hipnotyzującego głosu zabrał on wszystkich zgromadzonych na sali w podróż po jego przeszłości, marzeniach o pracy w radiu, nagrywaniu piosenek na kasety oraz historii 32-letniej  przyjaźni z mistrzem Piotrem Kaczkowskim. Wraz z prelegentem zastanowiliśmy się nad młodymi twórcami, którzy szukają w radiu zbyt szybkiej drogi do sukcesu. Zwiesiliśmy smętnie głowę nad dziennikarstwem celebryckim, choć pan Piotr, pełen wiary, zapewniał, że „dobre radio zawsze się obroni”. Wzruszyliśmy się nad anegdotą o szerokim zasięgu mediów, dzięki któremu nieraz dzieje się magia ludzkich serc.
A to wszystko tu i teraz, przed naszymi oczami. Nie potrzebowaliśmy gałek ani przełączników, by wsłuchać się w jego opowieść.
Gdy skończył się czas, podziękowaliśmy mu gromkimi brawami na stojąco, a jego miejsce zajął kolejny gość: Justyna Kopińska.
Z tematów lekkich jak orle pióro, przeszliśmy na nieco bardziej przyziemne. Jako autorka wielu reportaży, pani Justyna zaznajomiła nas z problematyką obcowania z tragedią i ludzkim nieszczęściem. Wśród przykładów wymieniony został m. in przypadek Specjalnego Ośrodka Wychowawczego Sióstr Boromeuszek w Zabrzu, które „wsławiły się” psychicznym i fizycznym znęcaniem nad podopiecznymi.
Walka z niesprawiedliwością nie jest jednak tak łatwa. Choć dziennikarka już od studiów zawierała kontakty z policją, wiele razy spotyka ekspertów mniej doświadczonych od niej samej, bariery ze strony władz czy wysoko postawionych przyjaciół winowajców. Mimo wszystko, jak się dowiedzieliśmy, należy ujawniać patologię w obliczu ryzyka, bo „warto pisać o tym, co jest nam najbliższe”. Powinniśmy tylko pamiętać o zachowaniu czystej relacji pokrzywdzony-reporter, aby żadna ze stron nie czuła się za bardzo wdzięczna wobec nas. Dzięki tej niezłomnej postawie już od ośmiu lat pani Kopińska otrzymuje tematy do reportaży od wiernych czytelników, ceniących jej konsekwencję, rzetelność oraz przedstawianie rzeczywistości taką, jaką jest.

Wzbogaceni o wartościową lekcję, udaliśmy się do stołówki, albowiem nic tak nie porządkuje myśli jak dobry obiad. Naładowawszy baterie, z pełnymi brzuchami mogliśmy rozpocząć trzecią, i ostatnią w tym roku prelekcję, udzielaną przez Jarosława Kuźniara.
Prowadzący Onet Rano odsłonił przed nami kulisy produkcji sieciowego programu na żywo. Jak sam mówił: „Dziś hasło ‘jesteś wszędzie’ ma zupełnie inne znaczenie”. W obecnych czasach każdy może nadawać na żywo z każdego miejsca na świecie, przez co często trudno jest znaleźć konkretny, wartościowy przekaz. Najlepszym wyróżnikiem  pozostaje więc jakość, która przekłada się na stałą publikę w sieci. Dzięki niej wielkimi krokami zbliża się poważne traktowanie dziennikarzy w Internecie.
Czy los mediów tradycyjnych jest zatem przesądzony? Okazuje się, że nie. Telewizja nadal ma przewagę budżetową, a co za tym idzie, większe zaplecze techniczno-produkcyjne. Dodatkowo sytuacji nie poprawiają media społecznościowe, które w rozszerzaniu (i utrzymywaniu) zasięgów zwietrzyły łatwy biznes.
Wbrew przeciwnościom losu i niemałej konkurencji, trzeba po prostu robić swoje i dobrze sprzedawać umiejętną gadkę. Pan Jarosław sam siebie nazwał „opowiadaczem historii” i chyba nikt lepiej od niego nie ujął sedna problemu: „Dostajesz informację, masz na kartce kilka zdań i jedziesz”.

I tak oto dobiegła końca kolejna Konferencja Mediów. Dwa pracowite dni, sześciu różnorodnych i interesujących gości, tona śmiechu, kopa doświadczenia oraz litry pokrzepiającej mineralnej.
Właśnie tak zapamiętamy te spotkania i z niecierpliwością będziemy czekać na kolejne. Już za rok siódma edycja. A jako że siódemka jest liczbą idealną, kto wie czego jeszcze uda nam się doświadczyć?


Ćwiczenie nr 10 - Tekst z przysłowiem 2017-05-04

Diabeł po łyżce, kiedy nie ma co jeść.

120 tysięcy złotych - tyle kosztowała budowa pierwszego w powiecie teatru na świeżym powietrzu. Obiekt powstawał na obrzeżach miasta z inicjatywy Rady Miasta Dębica, zaś przetarg na jego stworzenie wygrała firma Budimex. Współpraca między samorządem a deweloperem układała się pomyślnie, choć nie obyło się bez drobnych spięć w związku z umową budowlaną.
Wreszcie po czterech latach w 2016 roku nastąpiło uroczyste otwarcie, połączone z majowym piknikiem. Wówczas burmistrz Mariusz Szewczyk z uśmiechem na ustach przecinał symboliczną wstęgę, snując marzenia o całych rodzinach, które spędzać tu będą weekendowe popołudnia. Zapowiadał wiosenne koncerty, spektakle i wiele innych atrakcji dla mieszkańców.
Z początku zainteresowanie wokół teatru było duże, jednak już po roku teren ośrodka kulturalnego zaczął świecić pustkami. W rozmowie o przeznaczeniu i przyszłości tego miejsca dyrektor Maciej Kuc rozłożył ręce. Jak tłumaczył, nieustannie trwają prace nad stworzeniem lokalnej grupy artystycznej, natomiast organizacja większych przedsięwzięć zarezerwowana jest dla opiekunów dębickiego rynku.
Zapytaliśmy więc samych mieszkańców co sądzą na ten temat. Ponad połowa naszych rozmówców była w nieszczęsnym teatrze kilka razy, ok. 20% w ogóle nie zdawało sobie sprawy z jego istnienia, natomiast regularnie bywa tam jedynie kilka rodzin. Co ważne, wszyscy skarżyli się na uciążliwą obecność lokalnych smakoszy alkoholu, dla których otwarty park stał się drugim domem.
Nie lepiej prezentuje się poszukiwanie kandydatów do drużyny aktorskiej „Feniks”. Do dziś skład ochotników zasiliło sześć dziewczyn i dwóch chłopaków, wszyscy w przedziale wiekowym 16-20 lat. Jak sami mówią, mają już nieco doświadczenia. Wcześniej wystawili kilka przedstawień dla podkarpackich przedszkoli. Niestety niedawno poróżnili się ze swoim długoletnim scenarzystą oraz reżyserem, w związku z czym poszukują kogoś na jego miejsce.
Kilka ławek, mała drewniana scena, niedogodna lokalizacja, złe zarządzanie i braki w repertuarze – na to wydane zostały pieniądze Dębiczan. W oczku w głowie burmistrza tkwi spora drzazga, której władze dostrzegać nie chcą. Pozostaje tylko jedno pytanie: co dalej z teatrem-widmo?


Powyższy tekst jest jedynie fikcją, choć z pewnością przypomina podobne sytuacje, które niestety miały miejsce w rzeczywistości.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]