Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Life (2017) - recenzja 2017-03-31

To ŻYJE!
Szaleńcza walka o przeżycie w kosmosie - tak krótko można opisać najnowszy film Daniela Espinosy.  "Life" jest bowiem idealną mieszanką wciągającego thrillera, krwiożerczego horroru oraz nieustającego akcyjniaka.

Film zaczyna się bezwładnym spacerem kamery po miejscu pracy ekspedycji badawczej i, przyznam szczerze, to właśnie te pierwsze ujęcia kupiły mnie bez reszty. Przedmioty wirujące w powietrzu jak i obiektyw odwrócony do góry nogami doskonale współgrają ze świetną muzyką. Tworzą unikalną atmosferę, niedostępną na co dzień dla widza. Prawdę mówiąc, nie narzekałbym, gdyby dalsze wydarzenia zastąpiono spokojniejszymi, głębszymi w doznaniu bezmiaru Wszechświata, albowiem już po paru chwilach w ręce członków ekspedycji wpada enigmatyczna, śluzowata materia. Jak się okazuje, na ich własną zgubę, albowiem jeden z bohaterów postanawia wybudzić to "coś" z hibernacji.
Przez lwią część filmu będziemy obserwować desperackie próby opanowania sytuacji, które w większości sprowadzą się do uciekania przed masakrującym wszystkich Calvinem (jak samo owego mordercę nazwali). Seans jest ciężki, mroczny i nader bezlitosny dla ludzi o słabszych nerwach. Jeśli obiad szykuje się wam do gwałtownego wyjścia po zobaczeniu dławiącego się mężczyzny tudzież (dosłownego) wyciśnięcia biednego szczurka, być może powinniście na chwilę odwracać  wzrok. Zdecydowanie nie są to obrazki rodem z książeczki dla trzylatków.
Portrety psychologiczne postaci? Rozbudowane relacje między nimi? Mentalna więź z którymkolwiek bohaterem? Przepraszam, pomyliliście seanse. Życie ziemskie i charakterystyka członków ekspedycji zarysowano po macoszemu, byle tylko jakoś ich przedstawić. Tzw. core seansu oparty będzie na obmyślaniu planów przetrwania, płonnych nadziejach na ratunek i bezlitosnym mordowaniu ekipy jednego po drugim.

Scenarzyści postawili na utarte schematy. Przykładowo w pewnej scenie kilku ocalałych rozmawia o tęsknocie z Ziemią. Cytują wtedy wierszyk "Dobranoc, słońce" (który de facto idealnie oddaje ich beznadziejne położenie). Jak zwykle w takich przypadkach bywa, ostatnie zdanie poddaje jednemu z zebranych kolejny śmiały plan.
Jest tylko mały problem. Jeśli oglądałeś/aś trailer, to właściwie znasz już wszystkie ważne sceny. Zaskoczyć cię może wyłącznie zakończenie, pod warunkiem, że nie będziesz zbytnio wyprzedzał fabuły.

Podsumowując: "Life" skierowany jest do niewymagającego widza o mocnym (i pustym) żołądku. Jest to raczej jednorazowy przelot po śmiertelnie niebezpiecznej stacji kosmicznej.
Zdecydowanie odradzam wybór tego filmu wszystkim bardziej wytrawnym smakoszom kinematografii rozrywkowej.


Sucharopodajnik#23 - Upartego nie przegadasz! 2017-03-31

W dzielnicy mieszka dwóch sąsiadów: pan maksymalnie wierzący i zagorzały ateista.
Ten religijny codziennie wychodził na podwórko, wznosił ręce do nieba i mówił:

- Panie Boże, dziękuję ci za to wszystko, co mam, jesteś wspaniały, cudowny, najlepszy itd.

Ateista próbował wiele razy go przekonać, że Boga nie ma, ale tamten nie chciał w ogóle słuchać.
Zdarzyło się jednak tak, że wierzący przeżywał kryzys finansowy. Jego mniej przekonany w wierze sąsiad postanowił mu pomóc. Pojechał do sklepu, nakupił kilka toreb jedzenia, podstawił pod drzwi katolika i ukrył się za żywopłotem.
Wierzący wychodzi na zewnątrz, patrzy na te wszystkie produkty, po czym unosi ręce i głosi:

- Dziękuję Ci, Panie, za te wszystkie dobra, jakimi mnie dziś uraczyłeś!

Na te słowa ateista wyszedł z ukrycia i z triumfalnym uśmiechem na twarzy rzekł:

- Ha! Mam cię! To nie Bóg ci to dał, tylko ja! JA to kupiłem, Boga nie ma!

Wierzący zdawał się jednak niewzruszony, bo - z rękami w górze - głośno i wyraźnie powiedział:

- O, Panie! Dziękuję ci, żeś zmusił tego diabła, żeby za to wszystko zapłacił! :D


Sucharopodajnik#22 - (Nie)typowy problem 2017-03-29

Na drodze stoi panienka lekkich obyczajów. Podjeżdża do niej tir. Kierowca wychyla się za okienko:

-Ej, mała, ile za lodzika?

- Jak u każdej, 50 złotych.

Mężczyzna się zgadza, bierze laseczkę do auta. Kobitka rozpina facetowi rozporek i zabiera się do roboty. Mija 5 minut, 10, 15 i nic, fallus nie chce stawać. Dziewczę bawi się "klejnotami", próbuje coś językiem zdziałać, ale i to nie przynosi efektu. W końcu po godzinie mozolnych prób, poddała się.

- Panie, ja nie wiem co się dzieje! Jestem w branży 10 lat, każdemu potrafię dogodzić, a u pana za Chiny nie chce stawać, no!

- Kobieto, on nie ma stawać. On ma być, ku*wa, czysty! :D


Jak działa grupa 2017-03-25

Grupa - idealnie zmontowany napęd, składający się z wielu trybików, przekładni i kół zębatych. Zespoły maszynowe połączone są w jeden prężnie działający mechanizm.
Jednej części nie interesuje pochodzenie ani proces produkcyjny innych. Najważniejsza jest odpowiednia współpraca, aby wszystkie elementy mogły działać bez szwanku w imię konkretnego celu. Ideał, prawda?

A jednak, jak też sam się wczoraj przekonałem, jest to tylko i wyłącznie teoria, pogląd normatywny: tak powinno być. Niestety, jesteśmy w swej naturze jedynie ludźmi, więc i errare humanum est - mylić się jest rzeczą ludzką.
Jeden czegoś nie sprawdzi. Drugi kompletnie się pogubi w nanoszeniu poprawek, aby trzeci uwzględnił jedynie ich część, a czwarty sklecił je naprędce, byle jak. I tak, błąd za błędem, system się sypie, ideał staje się coraz mniej osiągalny, zaś między niektórymi przewodami dochodzi do zwarcia.
Głowisz się nad tym, człowieku, próbujesz wpasować się w ten felerny układ, ale sam po dość obiecującym czasie solidnej pracy nagle doświadczasz zawodności tego mechanizmu.
Pierwszą rzeczą, jaka przychodzi Ci na myśl, jest telefon do znajomego montera. On jeden wie, jak poskładać z powrotem te parujące odłamki żelastwa. Jedyny kłopot: aktualnie takiego specjalisty nie ma.
Radzisz się więc kolegów po fachu, ale i oni nie dają Ci klarownej odpowiedzi. Potrzebny jest smar, mówią, dolej trochę oleju, lekko przeczyść. I cóż z tego, że stanie to na nogi, popracuje jakiś czas, a potem znowu wszystko szlag trafi?
Błąd jednego jest zawsze stratą drugiego. I cóż, że jest ci przykro, że to była mała, niewinna pomyłka? Cóż cię może obchodzić brak jakiejkolwiek formy wynagrodzenia za tak błahy przejaw twojej chwilowej niekompetencji?
Omylność - oto prawdziwe źródło wszystkich problemów. Ludzie w grupach dają ciała, bo polegają wyłącznie na zawartych między sobą umowach: ty zrobisz to, ja tamto etc. Bardzo często brakuje owym trybikom silnego, niezależnego, rozumnego lidera, który swoją mądrością wyeliminowałby czynnik ludzki z projektu. Warunkiem, jaki ów przywódca powinien spełniać, jest całkowita świadomość również własnego człowieczeństwa. Z całej zbiorowości to on jeden powinien całkowicie poświęcić się walce z niedopatrzeniami i  błędami. Tylko przy minimalnym poziomie omylności, wynoszącym minimum 95%, jesteśmy w stanie utworzyć grupę idealną, która podoła wszelkim powierzonym jej zadaniom.

Może jestem tylko naiwnym myślicielem, ale kiedyś świat będzie idealny, czy to się komu podoba, czy nie. Spokojnie, czasy terroru mamy, na szczęście, już sa sobą. Teraz ludzie będą posłusznie jeść z ręki jednego wodza, który wytyczy im jasny, konkretny plan funkcjonowania. Jeden będzie władać milionami i nikt mu nawet nie podskoczy, z obawy przed nienawiścią całej rzeczy zwolenników szefa. Obym tylko dożył chociażby początku tego pięknego, choć dla wielu nierzeczywistego okresu.


Gdy już myślisz, że świat ginie 2017-03-24

A miało być idealnie...

Dziś pani Baranowska zaprosiła nas na zajęcia do radia RMF. Studio znajduje się na Kopcu Kościuszki, a zatem jeszcze w środę udaliśmy się tam z Nickiem, aby znaleźć drogę. Wymęczyliśmy się na alei Waszyngtona za wszystkie czasy. 20 minut spaceru pod górę, zwieńczoną krętą drogą po schodach aż do zamkowych murów. Początkowo wszystko szło świetnie. Gaworzyłem wesoło z Mykytą na temat ocen różnorakich filmów, niespiesznie zdążając do celu. Aż doszliśmy do schodów.

Tam napotkaliśmy dwie znajome, które poinformowały nas, że spotkanie już się skończyło. Co się okazało? Wcześniej grupy się ugadały, aby zrobić wspólne zajęcia za jednym zamachem.
Gdy to usłyszałem, nie mogłem dać wiary. Siedziałem cały czas przed komputerem, wchodziłem na Facebooka raz po raz i nie wyskakiwało mi żadne powiadomienie o nowym poście na stronie kierunku! Jak się okazało, wszystko było na Messengerze.
Ja się, kurwa, grzecznie pytam: na JAKIM Messengerze?! Gdzie niby?! Żadna wiadomość mi nie przyszła, nie dostałem ani jednego dzwonka ani powiadomienia "Hej, ktoś napisał to i to!".
Jeszcze gorzej zrobiło się, kiedy dotarła do mnie reszta grupy. Pokazywali mi nieistniejące powiadomienia, które mi nigdy się nie pokazały.

I gdyby nie długa rozmowa z Nickiem, nie zniósłbym tego zbyt dobrze.
Mieć przyjaciela to prawdziwy skarb. Wyżalisz mu się, wykrzyczysz niesprawiedliwość wobec świata, wyzwolisz całą lawę, płynącą w Twoich żyłach, a on mimo wszystko Cię wysłucha, poradzi, wesprze w chwili kataklizmu. Gdy ziemia rozstąpi się pod Tobą. on zawsze będzie przy Tobie stał, podtrzymując delikatne, rozsypujące się mechanizmy własnego "ja".
A w końcu zdasz sobie sprawę, że to, czym się przejmowałeś, było w zasadzie gówno warte Twoich nerwów.

Uwaga, będę teraz bardziej wulgarny:  chuj niech strzeli Gleba, Magdę i całą resztę. W dupie mam ich umawianie się, pokotem kładę ich sposoby komunikowania. Pierdolę to całe radio, nie mam czasu ani sił na denerwowanie się z takiego byle gówna. Do poniedziałku to mi zapewne przejdzie, ale nie wiem czy tak szybko zdobędę się na ponowienie dobrych relacji z resztą grupy.
Zaprawdę, Nick powiada wam: jesteś tylko ty. Ty się liczysz, oprócz ciebie wyłącznie mała garstka. Nie ma co się szarpać o przynależność do grupy. Jesteś duszą, sercem, ciałem, osobowością, charakterem. Cała reszta tej machiny zwanej 'kierunkiem studiów", "działem roboczym" etc, to tylko maszyneria. Idziesz, załatwiasz co konieczne i zapominasz, a ty jeszcze chcesz się ubiegać o jakieś uznanie w społeczności?
Nick w tej sytuacji zadałby ci pytanie, jakim uraczył dziś mnie: Po chuj? Na chuj tak sobie mózg szarpać i ciśnienie podnosić? Dla tymczasowej grupy ludzi, o których i tak za parę lat zapomnisz? I co ci daje taka krótkotrwała przynależność? Jakie czerpiesz z tego korzyści, jaką satysfakcję?
Jeśli odpowiedź brzmi tak, jak samo pytanie, wiedz, że dobrze myślisz. Miej wyjebane, a będzie ci dane, na grono zasrane miej zdrowo wylane.

Przed chwilą Dagmara napisała do mnie. Przeprasza, że tak wyszło, nie zrobili tego celowo, to był ich błąd. Odpiszę jej jutro. Dziś mam dość tej nieogarniętej zgrai (jak do końca tego dnia będę nazywać ową zbiorowość). Oni mają gdzieś to, jak ja się czuję, więc po jaką cholerę mam robić z siebie ofiarę? Strzelać focha do końca świata też nie wypada, bo ani ich to nie ogrzeje, ani jeszcze bardziej nie zamrozi.
Słowo na piątek: miej przynajmniej jednego, cennego przyjaciela. Przyda ci się w najbardziej nieoczekiwanym dniu.


SPECIAL NA 100 TYSIĘCY 2017-03-20

Kilka słów "na świeżo".


Bo zwykła notka to za mało, jak na tę okazję!


https://youtu.be/ub7YZ4IasAs


Pokot (2017) - niebezpieczne łowy 2017-03-20

Z łowcy stać się zwierzyną...
Pokot - obyczaj myśliwski, polegający na złożeniu ciał zabitych zwierząt w jednym miejscu, by podsumować zakończone łowy. Tradycja dla jednych uroczysta, dla innych mocno kontrowersyjna. O samej istocie polowań wciąż toczą się burzliwe dyskusje, dzieląc społeczeństwo na zagorzałych obrońców zwierząt i bezlitosnych morderców ze strzelbą w ręku. Temat, trzeba przyznać, niełatwy.
Równie trudno przychodzi mi ocenić najnowsze dzieło Agnieszki Holland. "Pokot" to historia emerytowanej inżynierki Janiny Duszejko, która dorywczo dorabia jako nauczycielka angielskiego. Mieszka z dwoma psami w zacisznym kąciku podleśnym. Mieszkańcy okolicznego boru są dla niej prawie jak rodzina. W jej otoczeniu przewija się jednak wielu myśliwych, w tym sam proboszcz. Pewnego dnia ginie jeden z członków koła łowieckiego. Morderstwo otwiera mroczne, pełne nierozwiązanych tajemnic śledztwo.

A tak przynajmniej sugerował trailer. W rzeczywistości film nie jest aż tak straszny, jak chciano go nam przedstawić. Główny wątek poszukiwań zabójcy pojawia się jedynie od czasu do czasu, ustępując pola innym, mniej lub bardziej istotnym.
Zacznę od niezwykle tajemniczej postaci głównej bohaterki. Z początku wydaje się miłą, sympatyczną kobieciną, która po prostu bardzo kocha zwierzęta. Od czasu do czasu miewa jednak napady histerii i lubi warknąc sobie na myśliwych, których pełno w jej środowisku. Nienawiść Duszejko do łowiectwa ukazano szczególnie przez dwa dziwne zbliżenia kamery na usta księdza oraz komendanta, z których sączy się jeno żmijowa trucizna. Na każdym kroku słychać stwierdzenia pokroju: "Zwierzęta są poddanymi ludzi, mają służyć swoją śmiercią".
Film przedstawia tylko jedną stronę medalu zjawiska polowań, biorąc za argument wyłącznie dobrą zabawę w strzelanie do dzików i nadinterpretowaną męskość.

Sama pani Janina w pojedynkę próbuje obnażyć brutalność polowań, by chronić leśnych przyjaciół. Duszejko dysponuje jednak umiejętnością przywołania w umyśle obrazów z teraźniejszości bądź przeszłości swoich rozmówców. Wystarczy jej do tego tylko kilka słów, ledwie wspomnienie, a już widz dostaje dziwne, czasem bezpotrzebne wizje.
Seans  podzielony jest na sezony łowieckie. Informowani jesteśmy o tym przez odpowiednie infografiki z miesiącem oraz aktualnie obowiązującym celem odstrzału. Jest to właściwie miałka informacja, której celem jest osadzenie wydarzeń w czasie.

Jak wspomniałem, wokół Janiny pełno jest zła, ale towarzyszy jej również kilku przyjaciół, jak "Dobra Nowina", Świętopełk "Matoga" czy Dyzio, grany przez Jakuba Gierszała. Chciałbym zająć się teraz tym ostatnim.
Widzicie, Dyzio jest dość skomplikowanym bohaterem. Tłumaczy dzieła jednego z angielskich poetów, mieszka w prawie pustym lokalu, trzymając się idealnie 80 przedmiotów, a od czasu do czasu przeżywa atak padaczki. Studiował za granicą, jest ukazany jako uzdolniony, inteligentny młodzian. Jest z nim tylko jeden kłopot: potrafi dostać się do systemu kamer na całym świecie, a nawet (sic!) za pomocą laptopa zgasić światła samochodów. Nie jestem specjalistą od informatyki, ale szybkie klikanie w klawiaturę raczej nie doprowadziłoby do zgaśnięcia silników w kilku samochodach. Zupełnie niezrozumiały zabieg, mający na celu wzmocnienie geniuszu postaci Jakuba Gierszała. Sama gra aktorska wspomnianego aktora nie jest szczególnie wybitna, jednak, kolokwialnie mówiąc, ujdzie w tłoku.

Na plus zaliczę piękne, sudeckie krajobrazy. Sceny, w których Duszejko idzie przez pole, aby przywitać się ze wschodzącym słońcem naprawdę cieszą oko.
Jeśli więc zastanawiacie się nad spędzeniem czasu w kinie, a nie macie jakichś większych oczekiwań doznaniowych, wasz wybór powinien paść na "Pokot". Jest to film raczej przeciętny, lecz z całą pewnością "do przełknięcia".


Logan (2017) - podróż na ostro 2017-03-19

Ostatnie zadanie Wolverine'a

Logan - najnowsza produkcja o Rosomaku. Za jej powstanie odpowiada James Mangold, znany m. in z takich filmów jak "Wolverine" (2013) czy "3:10 do Yumy", bardzo dobrego westernu z 2009 roku.  Tym razem odtwórca głównej roli, Hugh Jackman, po raz ostatni przyodziewa szkielet z adamantium i wyrusza do Edenu, mitycznego azylu młodego pokolenia mutantów.

X-Meni są już na wymarciu. Podstarzały Logan ledwo ciągnie koniec z końcem, dorabiając jako kierowca do wynajęcia. Jego moce regeneracyjne słabną, wysuwanie szponów wiąże się z coraz większym bólem. Wspomnienia o utraconych przyjaciołach próbuje zalać kolejnymi butelkami piwa. Oprócz koszmarów z przeszłości kłodę podkłada mu ciągły brak gotówki na lekarstwa dla dawnego mistrza, Charlesa Xaviera. Rozwiązaniem jego problemów zdaje się być pewna Meksykanka, która proponuje mu grubą gotówkę w zamian za specjalny kurs. Wraz z córką pragnie przedostać się za granicę stanu i uciec przed prześladowcami. Sprawy jednak szybko się komplikują, zmuszając Rosomaka do wyruszenia w drogę. Towarzyszyć mu będzie profesor Xavier oraz enigmatyczna dziewczynka z nowego pokolenia mutantów.

"Logan" to typowy film drogi. Nasi bohaterowie podróżują od przystanku do przystanku, poznając historię Laury, która, mimo swej małomówności, potrafi (dosłownie i w przenośni) pokazać pazur. Osobiście bardzo podobała mi się jej scena rozmowy z Wolverinem, gdy poruszała temat sensu życia.
Seans nie byłby sobą, gdyby zabrakło scen walk. Te pojawiają się już na samym początku, podczas brutalnej konwersacji ze złodziejskim gangiem. Są one dość mocne, szybkie i nader krwiste (jak na Rosomaka przystało), dozowane w rozsądnych dawkach między spokojem i dialogami, aczkolwiek w porównaniu  do innych filmów o X-menach, ten stawia bardziej na fabułę niż epickie efekty wizualne.
Podsumowując: jeśli jesteś wielkim fanem (tudzież fanką, bo i dziewcząt nie brakuje) Logana, zapewne już dawno udałeś/aś się do kina. Jeśli jednak ostatnia wyprawa najsłynniejszego z mutantów jest ci obca, czym prędzej radzę udać się do najbliższego Heliosa, Multikina czy Cinema City. Świetna rozrywka i przejmująca historia gwarantowane!


Mój widok z okna 2017-03-13

Kudłaty przyjaciel

Doprawdy, zadziwiający jest Los. W jednej chwili możesz zyskać wiernego druha. Nawet, jeśli kiedyś był twoim wrogiem.
Niedziela - szara, deszczowa i nudna jak flaki z olejem. Próbowałem dokończyć książkę, ale już po kilku stronach odłożyłem ją na bok. Usiadłem przy komputerze, po raz setny sprawdziłem pocztę, zajrzałem na Facebooka i pograłem przez chwilę w Fallouta.  Z braku pomysłów na bardziej produktywne zajęcie, wyjrzałem w końcu przez okno.
Na terenie małego ogródka, otoczonego drewnianym płotkiem, wysoki mężczyzna bawił się właśnie z psem. Kudłaty cocker spaniel co chwila skakał do uniesionej wysoko ręki właściciela, chcąc dorwać ulubiony przysmak. Po kilkunastu nieudanych próbach, jego pan z całej siły rzucił przed siebie małą kostkę. Zwierzak momentalnie rzucił się na apetyczną zdobycz. Gdy skończył się oblizywać, pociągnął nosem w kierunku kolejnej nagrody, zamkniętej w dłoni swego opiekuna.
Przez chwilę obserwowałem tę beztroską zabawę. Zarówno pies jak i właściciel czerpali z niej dziecięcą radość. Uśmiechnąłem się pod nosem i przywołałem pamięcią pewną białą, kudłatą kuleczkę. Bardzo gryzącą, trzeba dodać.

To było piękne lato. Słońca nie brakowało, a dzieciaki biegały po podwórku od rana do wieczora. Właśnie taki ciepły okres wybrała sobie moja rodzinka, aby (kompletnie nie licząc się z moim jednoosobowym protestem) przygarnąć nowego członka. Po jakiejś godzinie wrócili z białym szczeniaczkiem w koszyku.
Początkowo odnosiłem się do młodszego braciszka dość niechętnie. Odkąd w dzieciństwie jego starszy kuzyn dziabnął mnie w nogę, przestałem ufać tym demonom z ostrymi jak brzytwa kłami. Obchodziłem te bestie szerokim łukiem, pamiętając o bezcennych radach mojego dziadka: "Nie patrz psu w oczy!", "Nie uciekaj przed nim!", "Nie bój się tych mniejszych od ciebie!". Przez lata skutecznie udawało mi się przetrwać każde następne spotkanie z czworonogami, a teraz jeden z nich miał czelność postawić łapę w moim domu.

Mijały dni, miesiące, upłynął wreszcie pełny rok. Szczeniak  zaczął się przyzwyczajać do nowego środowiska, trochę podrósł i, nie bez naszej pomocy, przytył na wadze. Mając z nim do czynienia na co dzień mogłem obserwować jego nieskończone pokłady energii, wyzwalane w nieustannym poszukiwaniu zaczepek. A to po nogach drapnie i każe się ganiać, a to podwędzi upuszczoną przez kogoś skarpetę jako drogocenny skarb do obgryzania.
Wieczorami, gdy zmęczenie dawało mu się we znaki, kładł się po prostu brzuchem do góry na kanapie, czekając aż ktoś go łaskawie podrapie.
I tak z wolna zacząłem dostrzegać w tym stworzeniu potencjalnego przyjaciela. Wychodziłem z nim na spacery, goniłem go w tę i na zad między fotelami, uczyłem go jak prosić i podawać łapę.
Choć od października mieszkam w Krakowie i przyjeżdżam do domu w nieregularnych odstępach czasu, Bąbel zawsze staje przy drzwiach już na sam dźwięk brzękających kluczy.  A gdy wreszcie znajdę się w środku, skokom radości i wirującemu ogonkowi nie ma końca.

Robiło się już późno. Spacerowicze wracali do domu. Pora bym i ja wrócił ze wspomnień do rzeczywistości.
A z resztą, powspominam jeszcze trochę. Pies ten "real" drapał!


Przyjaźń - tytaniczna robota 2017-03-06

Ciężko mieć przyjaciela

Zajęcia z lektoratu prasy. Doktor omawia warunki zaliczenia. Trzeba zrobić półgodzinną prezentację o wybranym tygodniku, dzienniku itp. Do projektu należy przygotować dane redakcyjne oraz 5 artykułów. Każdy artykuł musi zostać omówiony oraz poddany opinii zaliczającego. Praca przeznaczona jest dla maksymalnie dwóch osób.
Jako że jednym z terminów zajęć był 10 kwietnia, idealnym trafem był dla mnie "Nasz Dziennik". Nie wahając się długo, podniosłem rękę do góry i podałem nazwę gazety oraz dwa nazwiska: swoje i Nicka. Termin na 27 marca, bo kwiecień przed świętami był już zajęty.

Wróciłem jednak do domu i jeszcze raz to sobie przemyślałem. Pora, aby Nick wziął się do roboty i wreszcie zrobił coś na 100% samodzielnie. Zadeklarowałem mu swoją pomoc doradczą, ale tym razem nie będę wykonywał roboty za niego.
Przyjechał na studia do Polski, żeby (jak sam mówi) "Nie zostać dziennikarzem, ale myśleć jak dziennikarz, poszerzyć patrzenie na świat". Mój przyjaciel ze wschodu zapomniał tylko, że nie osiągnie tego samym chodzeniem na zajęcia (byle nie rano, bo biedaczek wcześnie nie wstanie). Nauka. Czytanie. Oglądanie. Kształtowanie własnych przemyśleń oraz ćwiczenia z przelewania tego na papier. A już w szczególności: praca nad językiem polskim, bo bez tego ani rusz!

Dlatego właśnie chciałbym (metaforycznie, rzecz jasna) kopnąć Nicka w tyłek i zmusić do cięższego wysiłku. Nie robię tego z przyjemnością, ale czuję że tak trzeba. Im wcześniej mój kompan się ogarnie, tym łatwiej przyjdzie mu studiować, bo jak na razie sesję poprawkową zdał tylko dzięki mnie. Poświęciłem mu tyle czasu, ile sam zechciał zabrać z mojej nieprzebranej puli "nicnierobienia". Podesłałem wszystkie najważniejsze notatki, trzymając za niego kciuki. Możecie więc sobie wyobrazić jak nisko mi ręce opadły, gdy czytałem, że opuścił  ustną socjologię oraz najnowszą historię Polski.
Trudno. Czy zapłaci za druga poprawkę, czy załatwi to w dziekanacie, whatever -  it's not my bussiness. Przypominałem mu, biegałem jak matka za niesfornym dzieckiem, a on dalej swoje. A najgorsze, że widzę jak bardzo stara się starać, choć w jego przypadku jest to wyzwanie na miarę Herkulesa.
W rzeczy samej, prawdziwą sztuką jest być przyjacielem, chociaż jeszcze gorzej takiego przyjaciela mieć. Czasem czujesz się jak Syzyf w Tartarze, któremu do dziś nie udało się odkryć tajemnej sztuki wciągania głazu na szczyt, zamiast go popychać. Wychodzisz z siebie, poświęcasz nieprzebrane zasoby swojego wolnego czasu, ale i tak zwykle kończy się na rzucaniu grochem o ścianę. Powtarzasz sobie wtedy "Nigdy więcej", "Dosyć", a i tak następnego dnia znowu przejmujesz się bardziej, niż byś chciał.  

Dla Nicka byłby to kamień milowy, jeśli zrezygnowałby z myślenia o niebieskich migdałach i zszedłby z chmur na ziemię. Puszczał mi ostatnio jedną melodię dubstepową, wtłaczając do niej wizję własnego filmiku o katastrofie wojny. Opowiadał to tak szczegółowo, że nabrałem wątpliwości co do kierunku, w jakim mój przyjaciel zdąża. Jego "teledysk" miałby niemałą szansę na kolosalny sukces. Odezwaliby się do niego ludzie z wyższych sfer, którzy zaoferowaliby kupę kasy. Niestety sam autor traktuje to jako sztuka dla sztuki. Próbowałem mu wyjaśnić, że nie zdołałby przed nimi uciec i musi się liczyć z nie tak wcale mglistym sukcesem, ale on i tak dalej brnął w swoje. "Nie interesuje mnie to, ja chcę tylko pokazać, że wojna jest zła". Na świecie żyją obok siebie ambicje i ideały, lecz te drugie wcale nierzadko przymierają z głodu. Przecież nawet filozof musi mieć co włożyć do garnka, nie?

Z drugiej strony, przynajmniej z dobrym kumplem nie masz czasu na nudę i ciągle jest coś do roboty. Nawet jeśli go nie zmienisz, to przynajmniej gdzieś tam sobie zawsze będzie. I to jest chyba w tym wszystkim najważniejsze.

Na koniec trzy drobne ogłoszenia parafialne.
1. Pokasowałem parę wpisów, mam do usunięcia pewnie jeszcze trochę.
2. Zgłosiłem się do tworzenia uczelnianej gazety "Mixer" (podobno jest duży popyt na "pióra", więc może się sprawdzę?
3. W środę mam wolne, więc na moim kanale już bardzo niedługo nowy, pierwszy pełnoprawny materiał. Poza tym, upubliczniłem "WSTĘP", także zapraszam do subskrybowania, oglądania itd.


"Do Mordoru" 2017-03-05

Do Mordoru, choć daleko,
Do Mordoru, przez urwiska
Z prądem spłynąć wartką rzeką,
Gdzie Rauros wodą tryska
Do Mordoru przez kopalnię,
Na paluszkach, cicho sza!
Jeśli nie chcesz skończyć marnie,
Z Piekieł nie budź złego psa!

Do Mordoru wgłąb doliny,
Odpoczniemy nad ruczajem,
Tam na trochę zagościmy,
Póki ciemność nie nastanie
Do Mordoru, już tak blisko,
Przejdź przez bagno pewnym krokiem,
Tu żołnierzy cmentarzysko,
Tu się starli niegdyś z wrogiem

Do Mordoru, choć jest ciężko,
Coraz mocniej Pierścień dusi,
Iść ci trzeba nad przełęczą,
Gdy do Bramy nie masz kluczy
Do Mordoru, jeszcze trochę,
Niech nie zwodzi cię zmęczenie
Pod niebiosa już się wznosi
Góra zwana Przeznaczeniem!

Do Mordoru, na czworakach,
Lawa w kotle kipi wściekle
Sam dotarłeś na skraj świata,
Wypełniłeś, co przyrzekłeś!
Pierścień góra swój połknęła,
Oko Ognia Wiatr rozrywa,
Groźba Mroku przeminęła,
Chociaż tobie sił ubywa,

Ląd z radości wkrąg wiruje,
Równowagę szlag już trafił,
Podróż nową duch twój snuje,
Gdzie nie wiodą żadne mapy;
Zdejmij zbroję, zostaw oręż,
Miecz nie będzie ci potrzebny
Wsiądź na konia, jedź z pokojem
Na wyprawę w świat odległy!


Ćwiczenie nr 8 - Opowieść o sukcesie 2017-03-03

Deszcz bębnił w szkło półotwartego lufciku.

Siedziałem przy swoim biurku, wtórując na klawiaturze do rytmu pogody. Na monitorze przewijał się już setny tego dnia dokument. Zbliżał się koniec roku, a wraz z nim obowiązek sporządzenia bilansu. Machinalnie przemieszczałem wzrok od ekranu do ksiąg rachunkowych jak robocik na korbkę. Po godzinie takiego nakręcania poderwałem się z krzesła i podszedłem do okna.
Po co mi to było? Od dziewiątej do szesnastej chodzę jak ta zegarynka z urwaniem głowy. Sporządź sprawozdanie, podbij kilka "papierków", zadzwoń do kontrahenta i spytaj o dostawę materiałów, a przy okazji zawołaj do szefa tę nową z PR-u. Staremu znowu "coś się zacięło", pewnie zamek w spodniach.
Zaprogramowany przez stanowisko, dzień w dzień powtarzam tę samą sekwencję. I co za to mam? Cztery "patyki" na rękę co miesiąc spływają mi na konto. W garażu stoją dwa drogie auta: śnieżnobiały służbowy mercedes i czerwony jaguar na szybkie wypady za granicę, przeważnie do Włoch i Portugalii. W dokumentach 3/4-te CV zajmują pochlebne referencje od prezesów znanych firm, którym w ten czy inny sposób zaimponowałem.
Dom? Mała willa raczej, z łatwością zmieściłaby pod dachem dwie  wielodzietne rodziny. Przy dobrej pogodzie dorośli mogliby całymi dniami siedzieć w jacuzzi, podczas gdy ich pociechy bawiłyby się tuż obok w ogrodowym basenie.
O tym wszystkim marzy dziś wielu. Ale co gdybym wcale nie poszedł na ekonomię? Po liceum nie miałem przymusu uczyć się tych wszystkich bezsensownych praw finansowych i giełdowych meandrów.

Byłem świeżo upieczonym abiturientem. Świat stał przede mną otworem. Mogłem oddać się sztuce na ASP, do perfekcji wyćwiczyć kreślarski warsztat. Rysowanie przychodziło mi tak lekko jak kłamstwo politykowi. Jeśli nie malarstwo, to może muzyka? W pocie czoła kułem do egzaminów w szkole muzycznej, aby móc się zjednoczyć z klarnetem jak mąż z żoną podczas nowy poślubnej.
Rzuciłem okiem na gorący jeszcze kubek. Pociągnąłem z niego łyk kawy.
Pamiętam, że równie mocną piłem zaraz przed maturą z polskiego. Przyjaciele trzymali za mnie kciuki, bo wiedzieli jak ciężko harowałem przy prezentacji. Kawał czasu siedziałem nad książkami, starając się jak najobszerniej opracować temat walki o niepodległość w utworach z różnych epok. Zwłaszcza Karolina wierzyła w mój sukces.
Ech, ile to czasu minęło, odkąd po raz pierwszy zaprosiłem ją na randkę? Poszliśmy wtedy do cyrku i, choć słoń ją oblał wodą, przez cały występ słyszałem jej uroczy, prawdziwy śmiech.
Ciekawe co teraz robi? Albo, co ważniejsze, czy znalazła sobie kogoś? Nie była szczęśliwa, gdy jej opowiedziałem o planach na studia. Próbowałem ją przekonać, chciałem żeby mnie wsparła, ale już wtedy chyba przeczuwała co się święci. Zerwaliśmy kontakt i tym samym nasz trzyletni związek.
Szybkie spojrzenie za okno. Od kilku dni wiosna ukryła swoją piękniejszą stronę, zostawiając nam wiatr, błoto i pluchę. Z powrotem usiadłem przy biurku obłożonym kilkutonową biurokracją w tym szarym, dusznym gabinecie.
A wszystko to za cenę dużych cyfr w walucie, platikowych aut i mieszkania na tyle dużego, by nigdy nie zabrakło mi własnego towarzystwa...


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]