Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

YouTube - No to zaczynamy! 2017-02-28

MAMY TO!

Wyszło, moim zdaniem, tak 2/10. Nad pierwszym pełnym materiałem nadal pracuję, a to jest jedynie mały poglądowy filmik. Póki co na niepublicznym, dla odbioru WYŁĄCZNIE moich czytelników.
"WSTĘP" zostanie udostępniony in public jak ogarnę bloga. Na razie to tyle.

Aha, zapomniałem wspomnieć: na kanale pojawią się nie tylko jednorazowe strzały w postaci recenzji, omówień itd, ale również audiologi. Kamerki, póki co, wam oszczędzę ;)
No i jak myślicie? https://www.youtube.com/watch?v=of1LrVr9r_k


Zbrodnia zbrodnią będzie 2017-02-27

Zaczęło się od newsa

W miniony weekend w Zgierzu doszło do tragedii. 30-letnia kobieta urodziła dziecko, po czym włożyła je do wiadra i zakopała niedaleko domu. Po odnalezieniu ciała noworodka, zwyrodniała  matka została zatrzymana wraz ze 41-letnim mężczyzną, u którego mieszkała.
Ta przerażająca wiadomość stała się punktem zapalnym do mocnej, gwałtownej dyskusji między mną a Nickiem.

- Nie możemy oceniać tej kobiety. Nie wiemy jaki miała motyw. Może była biedna?

- Nick, proszę cię! Ona zamordowała swoje dziecko! Dobrze wiedziała o swojej ciąży, takiego stanu rzeczy nie da się ukryć. Gdyby była odpowiedzialna, zadbałaby albo o dobre warunki narodzin, albo o aborcję!

- A może ona nie miała pieniędzy na aborcję? Z Ukrainy pamiętam jedną kobietę, która swoje dziecko włożyła do zamrażarki. Miała już czwórkę dzieci, a na każde z nich otrzymywała bardzo małą kwotę. I co? Jest gorsza od tamtej?

- Taka sama, Nick! Jak wiedziała, że jest biedna, to trzeba się było nie puszczać!

- Ja nie oceniam ludzi, jeśli wszystkiego nie wiem.

- Tu nie ma czego oceniać, wszystko jest jasne! Jakbym np. kogoś zabił, to też byś szukał motywu?

- A jakby ktoś wszedł ci do mieszkania i chciał cię zaatakować?

- Nick, nie myl samoobrony z ewidentnym morderstwem! To dziecko mogłoby żyć, niejedna rodzina stara się o własną pociechę, więc z pewnością znalazłby się dla niego dom! Morderstwo jest morderstwem!

Emocje buzowały we mnie jak szalone. W końcu postanowiłem zamknąć temat i zachować przemyślenia na niniejszy wpis.
Otwarłem okno dla wywietrzenia złych myśli. Wiosenne powietrze przyniosło z sobą uroczy ptasi trel. Zdawałoby się, że zima na dobre odeszła i wróci dopiero za rok. Dziś pierwszy raz od września ściągnąłem kurtkę, tak było ciepło. No dobra, a teraz pełen focus.
Na łamach tego bloga rozpisywałem się już nieraz o morderstwie, czy to w ramach recenzjo-refleksji, czy też zwierzając się z własnych zbrodni, popełnionych  podczas snu (mojego, rzecz jasna). Ale nigdy nie zastanawiałem się nad motywem, myślą definiującą przyszłego (lub dokonanego) killera. Wówczas opierałem się na rozumieniu współczesnego świata: zabijać tylko, gdy sam jesteś atakowany. Dzisiejsza burzliwa dyskusja z Nickiem rzuciła na temat nowe światło.
Bo czy bieda może być  żelaznym argumentem dla zabicia własnego dziecka? Co to za matka, która w obliczu skrajnej nędzy posuwa się do tak karygodnego czynu? Zaiste, niepojęta jest istota ludzka. Starając się przeżyć, zaadaptować do nowych warunków społecznych, nie chcemy rezygnować z zaspokajania popędu seksualnego. O ileż prościej jest każdego dnia topić smutki w alkoholu i cielesnych podnietach, nie przejmując się ewentualnymi konsekwencjami. Dziecko to pikuś, przecież można "to" wyrzucić za okno i dalej się grzać po kątach! Z drugiej strony, może to jest jakaś myśl? "Będą jęczeć, pluć i mną pomiatać, ale przynajmniej za darmo dostanę wikt i opielunek"? Może dlatego dzieją się tak niepojęte dla mnie dramaty?
A zatem, bieda. Jakie inne argumenty mogłyby - w naszym przekonaniu - zadziałać łągodząco? Konieczność dziejowa? Eliminacja błędnych ogniw? Tylko jak ustalić kto działa na szkodę? Może powinniśmy sięgnąć po patenty ze starożytności?
Kiedyś  Grecy wymyślili system prewencyjnego wyłapywania społecznych szkodników. Nazwiska zapisywano na ceramicznych tabliczkach, a zwycięzca odsyłany był poza miasto-państwo na 10 lat, zostawiając głosującym swój dobytek. Polecam go wdrożyć również dziś, nazywa się to "ostracyzmem".
Dobra, teraz całkiem na poważnie: świadome morderstwo jest i zawsze będzie morderstwem. Zabójcy nie można oceniać, bo sam już sobie wykopał dół kloaczny. Odbierając życie (zwłaszcza dzieciom), wyrzucasz w błoto ich plany, marzenia, nadzieje i radości. Stajesz się drugim Kainem, stawiającym siebie i własne zapędy ponad innych.
Choć od Boga odszedłem parę lat temu, nie mogę mu odmówić mądrości jego Syna, którego słowa pozwolę sobie sparafrazować: "Kto z nienawiścią patrzy na bliźniego swego, w swoim sercu już dopuścił się bratobójstwa. A kto by się stał powodem śmierci jednego z maluczkich, temu byłoby lepiej uwiązać kamień młyński u szyi i wrzucić go w morze".


Ćwiczenie nr 7 - Kradzież w Muzeum! 2017-02-26

Mam znajomego, który pracuje w krakowskim Muzeum Narodowym. Ostatnio podzielił się ze mną ciekawą historią.
Przez ostatni tydzień pracował przy unikatowej wystawie patriotycznej, związanej z odzyskaniem niepodległości. Wśród przywiezionych na tę okoliczność eksponatów jeden przykuwał szczególną uwagę: była to szabla samego Marszałka Piłsudskiego, ofiarowana mu w darze dziękczynnym przez szczęśliwych Warszawiaków za obronę stolicy przed bolszewikami.
Pewnego dnia mój przyjaciel akurat szedł na zaplecze, gdy podsłuchał ciekawą rozmowę. Dwóch muzealnych magazynierów po cichu knuło śmiały plan. Mieli zamiar ukryć się w skrzyniach tuż przed zamknięciem budynku, aby zaraz po zmierzchu dokonać zuchwałej kradzieży.
Nad naszym bohaterem zebrały się czarne chmury: mógł donieść na pracowników, chociaż nie miał żadnych dowodów na ich niecne knowania. Z drugiej strony to on odpowiadał za bezpieczeństwo eksponatów i nawet najmniejsze uchybienie oznaczałoby jego zawodową oraz moralną klęskę. Po chwili intensywnego główkowania w jego oczach zaświeciły się dwie żaróweczki: wpadł na cwany koncept powstrzymania rabusiów.
Na paluszkach oddalił się do swoich obowiązków, aż do ostatniej godziny pracy, po czym ukrył się w sarkofagu odnalezionego ostatnio Faraona Tumidajkęsa Pierwszego. W towarzystwie zmarłego przed wiekami władcy odczekał do zamknięcia masywnych drzwi muzeum.
Z racji jesiennej pory, noc zapadła dość szybko. Gdy słońce zapadło w sen, praworządny kustosz wyszedł z kryjówki, kierując się w stronę wystawy. Stała tam woskowa figura Pisudskiego, ubrana w mundur z ówczesnej epoki. Z głebokim żalem i niewymownym wstydem pracownik zdarł ubranie z Naczelnika, nie pozostawiając mu nawet szlacheckiego wąsa, samemu wskrzeszając postać legendarnego męża stanu.Co ciekawe, strój pasował na niego idealnie.
W pełnym umundurowaniu, z doczepionym taśmą wąsem i  szablą w ręce udał się na zaplecze, gdzie złodzieje przygotowywali się właśnie do realizacji swoich planów.
Kiedy jednak ujrzeli postać  wielkiego Józefa, miny im zrzedły, jakby stanęła przed nimi sama śmierć. Ich galaretowate nogi trzęsły się jak osiki, oczy wyszły na wierzch, a ręce opadły z niedowierzania. Jeszcze szybciej ich serca zaczęły bić, gdy zmartwychwstały wódz odezwał się do nich, sypiąc znanymi cytatami jak z rękawa oraz energicznie wymachując szablą na prawo i lewo.
Ze strachu i bezsilności, rabusie rzucili się na tylne drzwi, usiłując otworzyć je jak najprędzej. Wreszcie zamek ustąpił, a obwiesie wystrzelili jak z procy. Następnego dnia nie pojawili się w pracy. Ponoć zerwali kontakt ze wszystkimi w Krakowie i wyjechali na drugi koniec Polski.  Kilku ich znajomych próbowało wypytać ich o powód tak nagłej decyzji, jednak w odpowiedzi usłyszeli tylko pogłoski, jakoby muzeum było nawiedzone.
No cóż, jakby to powiedział Marszałek: pies ich drapał!


Szwecja w superlatywach - analiza danych 2017-02-24

Imigrancki potop w Szwecji?

Natrafiłem dziś na dość ciekawy tekst z oficjalnej strony szwedzkiego rządu. Z drobną pomocą Tłumacza Wujka Google mogłem zagłębić się w treść, która nakierowała mnie również na poboczne źródła. Cały artykuł poświęcony został obalaniu mitów, jakoby Skandynawowie mieli problem z narastającą agresją od strony muzułmańskich imigranto-uchodźców. Postanowiłem więc nie tyle przetłumaczyć wszystkie "mity" oraz "usprawiedliwienia" bieżącej sytuacji w ojczyźnie Wazów, co przytoczyć ciekawsze statystyki, powołać się na źródła i w miarę dogłębnie przeanalizować temat.

Zarzut nr 1 i 2: W Szwecji nie tak dawno temu zdarzył się pierwszy atak terrorystyczny. Do tego drastycznie wzrósł poziom przemocy z bronią w ręku.
Odpowiedź 1: Ostatni atak terrorystyczny zdarzył się w 2010 roku. Zginął w nim jedynie zamachowiec. Wg oficjalnych informacji, 11 grudnia 2010 roku w Sztokholmie doszło do ekzplozji dwóch bomb. Sprawcą był niejaki Taimour Abdulwahab al-Abdaly, który - jak wykazało śledztwo, działał w siatce terrorystycznej.
Odpowiedź 2: W ciągu ostatnich 20 lat poziom przemocy spadł. Jednocześnie badania każdorazowo pokazywały, że wg obywateli Szwecji oraz innych krajów zachodnich doszło do sytuacji wręcz odwrotnej. Takie spostrzeżenie mieszkańcy często przypisywali imigrantom, nie mniej jednak zdaniem rządu nie ma dowodów na powiązanie imigracji ze wzrostem przestępczości. Pomijając fakt, że liczba imigrantów w Szwecji zwiększyła się od 1990 roku, wystawienie na przemoc i zbrodnie obniżyło się. Dane z sondaży wykazują, że trend zabójst na motywach rabunkowych obniżył się w ciągu ostatnich 25 lat. Nie mniej jednak, w roku 2015 takich spraw było łącznie aż 112, co daje najwyższy jak do tej pory wynik. Badania Narodowej Rady Szwedzkiej do Przeciwdziałania przemocy ujawniły kolejną statystykę: wskaźnik zgłoszonych lub domniemanych strzelanin w stosunku do 2004 roku wzrósł 3 latat temu aż o 20%! Ofiary postrzałów w roku 2011: 17. Zabici od kul w 2015: 33.

Zarzut nr 3: Wzrosła liczba gwałtów w Szwecji.

Odpowiedź: To prawda, lecz należy zwrócić uwagę na poszerzenie definicji "gwałtu", ponieważ ewoluowała ona na przestrzeni lat. Z tego powodu trudno jest wskazać dokładnych przypadków gwałtu. Mylące okazuje się również porównanie z innymi krajami. W Szwecji bowiem, jeśli kobieta zgłosiła, że mąż gwałcił ją każdej nocy przez rok, rozpatrywanych będzie 365 osobnych przypadków, podczas gdy np. w Polsce gwał zamyka się w jednej sprawie. Kultura, w której o tych zbrodniach mówi się otwarcie, a ofiary nie są obwiniane, musi się liczyć ze znacznym wzrostem liczby zgłoszeń. Szwecja poczyniła wielki trud, by zaangażować kobiety do zgłaszania każdego przypadku. Statystyka: w 2014 roku zgłoszono policji 6700 gwałtów (69 spraw na 100.000 mieszkańców). Rok później tendencja ta spadła do 5920 sytuacji, lecz jednocześnie niebezpieczeństwo ataków seksualnych podniosło się o 70%. Jest wiele czynników, które plasowałyby Szwecję na podium krajów z najwyższym ryzykiem gwałtu.

Zarzut 4: Za wszystkim stoją uchodźcy, ale rząd wszystko kryje!
Odpowiedź: Szwedzki Sondaż Zbrodni (autorstwa wspomnianej wcześniej  Rady Narodowej Szwecji) określa poziom ofiar przemocy za rok 2015 na jakieś 13% społeczeństwa. To wzrost na przestrzeni lat, ale i niemal taki sam poziom, co w roku 2005. Jak głoszą wyniki badań, najwięcej wspólnego z kryminałem mają sami Szwedzi, urodzeni przez rodowitych Skandynawów, którzy winą za wszystko obarczają Bogu ducha winnych przyjezdnych z zagranicy. Są oni dużo częściej podejrzewani o przestępstwa, a wg Uniwersytetu Sztokholmskiego przyczyną takiej sytuacji są różnice społeczno-ekonomiczne, definiowane przez środowiska, w jakim prawdziwi kryminaliści się wychowywali.
Z kolei szwedzki rząd nie ma niczego do ukrycia. Prawo jest tam jasne i konkretne, każda osoba prywatna oraz przedstawiciele prasy mają pełny wgląd do oficjalnych dokumentów oraz poczynań władz krajowych i samorządowych. Wolność słowa w Szwecji należy do jednej z najczystszych form wyrażania opinii, bez stosowania nacisku politycznego (jednak z rozsądnym wyznaczaniem granic i odrzuceniem tego, co jest definiowane jako "mowa nienawiści"). Ostatnio środowiska ekstremistyczne zaczynają dawać się im we znaki.

Zarzut 5: W Szwecji są strefy "no-go" (ograniczonego dostępu), zdominowane przez kryminał, gangi i bezprawie, a służby bezpieczeństwa nawet nie odważą się tam wkroczyć!
Odpowiedź: W lutym 2016 policja wskazała 53 takie miejsca, niebezpieczne, budzące niepokój, jednak nie ma się czego bać. Te miejsca mylnie określono "strefami no-go" . Chociaż istotnie było kilka przypadków, gdzie policja miała problem w pełnieniu swoich obowiązków, to przyczyny takiego stanu rzeczy nie dotyczyły strachu. To bardzo złożona, wielowątkowa i zbyt skomplikowana do tłumaczenia kwestia.
Co ciekawe, jeden z oficerów szweckiej policji ma teraz problemy za nazwanie rzeczy po imieniu i oskarżenie przybyszów ze Wschodu o pogorszenie stanu utrzymywania porządku.

Zarzut 6: Wysoki poziom imigracji muzułmańskiej oznacza, że Szwecja stoi na skraju załamania finansowego!

Odpowiedź: Nic bardziej mylnego. Mimo wysokich kosztów utrzymania imigrantów, Szwecja od paru lat ma obecnie nadwyżkę budżetową, która wg prognoz będzie wzrastać do 2020 roku. Z podobnego założenia wychodzi Światowe Forum Ekonomiczne, które oceniło Szwecję jako jedno z najlepiej prosperujących gospodarczo krajów. Niestety politykę przyjmowania nowych obywateli spoza kraju należy kontynuować, aby zapełnić lukę demograficzną. Jeśli natomiast chodzi o legislację praw przyjmowania azylantów pod ochronę, to znacznie temat zmodyfikowano. W 2015 roku uciekinierów do Szwecji było prawie 163 000, jedak to z pewnością ulegnie zmianie na przestrzeni czasu.

Zarzut 7 (ostatni): Muzułmanie wkrótce będą stanowić większość w społeczeństwie.
Odpowiedź: Nie jest to zgodne z prawdą.  Największym zainteresowaniem cieszą się  wyznawcy Kościoła Szwedzkiego ( 6,2 mln wiernych). Natomiast islam stanowi jedynie 1,5 % ogółu obywateli (140.000 /ok. 9,6 mln wszystkich mieszkańców w kraju). Ponadto nie można stwierdzić jak wielka część Muzułmanów jest rzeczywiście praktykująca.
Co najgorsze, Raport instytucji Equality Ombudsman (organizacji rządowej, zajmującej się nadzorowaniem przepisów odnośnie dyskryminacji płciowej, tożsamość transgender, pochodzenia etnicznego, religii lub innych przekonań, niepełnosprawności, wieku lub orientacji seksualnej) wykazał, że poniżanie mniejszości muzułmańskiej odbywa się na każdym szczeblu społecznym: dręczenie w szkole, przemoc i wulgarność słowna, ataki mediów, niekorzystne warunki zatrudnienia itd.

Jak więc widzimy, Szwecja doskonale sobie radzi z problemem uchodźców i wszystko wskazuje na to, że i my nie mamy czego się obawiać z ich strony. Nic tylko iść przykładem Niemiec, Francji czy omawianej dziś Szwecji i przyjmować całe rzesze biednych kobiet, skrzywdzonych dzieci oraz wyposzczonych mężczyzn. A wszystko w imię bogactwa multikulturowego!

Źródła (tylko anglojęzyczne):

1) Główny artykuł: http://www.government.se/articles/2017/02/facts-about-migration-and-crime-in-sweden/
2) Tekst Forum Ekonomicznego: https://www.weforum.org/agenda/2017/01/why-sweden-beats-most-other-countries-at-just-about-everything/
3) O zamachu z 11 grudnia 2010: https://en.wikipedia.org/wiki/2010_Stockholm_bombings
4) Szwedzka definicja gwałtu: https://en.wikipedia.org/wiki/Rape_in_Sweden
5) O wolności słowa i nie tylko: https://freedomhouse.org/report/freedom-press/2016/sweden
6) Sprawa oficera policji: http://www.breitbart.com/london/2017/02/23/sweden-top-cop-europes-open-borders-brought-crime/


Phoblematyka naghywania głosu 2017-02-23

Spółgłoska-kość w moim gardle

Wczoraj, z racji wolnego dnia tuż po godzinie dziesiątej (ach, ten nowy rozkład zajęć!), poświęciłem czas produkcji mojego pierwszego filmiku na YT. Po długim i mozolnym ujarzmianiu programów do nagrywania, wreszcie wziąłem się do roboty i... Zonk!
Już w czasie rejestrowania mojego głosu na potrzeby filmiku zaliczeniowego z Dziennikarskich źródeł informacji zauważyłem pewną nieprawidłowość: mój głos nie brzmi tak, jak powinien! Pierwszy raz usłyszałem siebie w innym świetle, co niepomiernie mnie rozczarowało.
Nick pomagał mi przy pracy nad wcześniejszym filmem. Nagranie w jego przypadku nie wykazało żadnych nieprawidłowości i wyszło tak, jakbym słyszał go w normalnej rozmowie.

Zacząłem interesować się tematem, za wszelką cenę chciałem dowiedzieć się pochodzenia tego defektu. Nie musiałem jednak szukać zbyt długo, bo oto natrafiłem na poniższy krótki  artykuł:
http://www.crazynauka.pl/dlaczego-moj-glos-brzmi-inaczej/
Wynika z niego, iż głos powstający w krtani i jamie ustnej rozchodzi się przez nasze własne tkanki oraz kości szybciej niż w powietrzu, przez co dociera do ucha wewnętrznego i jest rejestrowany przez mózg. Druga fala, wchodząca w skład głosu słyszanego tylko przez nas samych, to głos wychodzący z ust lub nosa, który trafia prosto do ucha. Inne osoby wyłapują jedynie fale dźwiękowe, a te (jak wiemy z fizyki) lubią się odbijać od przeszkód, ulegać załamaniom i tego typu procesom.
Z tego też powodu na nas wszystkich czeka spora niespodzianka, gdy zdecydujemy się nagrać audio. Ci, którzy nie lubią swojego głosu, mogą mile się zaskoczyć po usłyszeniu wersji "drugiej strony", że tak to ujmę. Natomiast grupa badawcza number two, która przywykła do piękna końcowego produktu własnych strun glosowych, nieprzyjemnie się rozczaruje po ich odsłuchaniu w wersji "czystej", pozbawionej biologicznych modyfikatorów.
Stąd też mój prawdziwy mi się nie podoba. Niestety nie mam na niego wpływu, a posługiwać się nim trzeba, więc muszę chyba zacisnąć zęby i nomen omen puścić to mimo uszu. Jest tylko mały problem, a właściwie: "pjoblem", "phoblem", "ploblem"...

Tak, mówię tu o moim nieszczęsnym, piehdolonym, "R"! W dzieciństwie po lekcjach nauczania początkowego raz w tygodniu miałem zajęcia z panią logopedą. Chodziłem na nie z Danielem, moim najlepszym kumplem (choć parę razy miałem wątpliwości co do tego - mniejsza z tym!) Tak czy siak, nie dało to zupełnie nic. Leczenie u ortodontki przyniosło lepszy efekt w postaci rozszerzonego zgryzu, ale nadal mam problem z najgorszą spółgłoską w polskim alfabecie.
Pół biedy, gdyby moje nieszczęsne "R" brzmiało tak, jak u Hanny Gronkiewicz-Waltz czy Donalda Tuska. Ich spółgłoski są drżące, charakterystycze, nadają głosom unikalności brzmnienia. W moim przypadku jest z goła inaczej.
Nagle po tylu latach stało się to dla mnie niezwykle kłopotliwe, właśnie ze względu na prawdziwy ton mojego głosu. Tego nie da się opisać, to musicie po prostu usłyszeć.
Cała moja nadzieja w Pracy głosem oraz Podstawach warsztatu radiowego. Szczególnie obawiam się zetknięcia z drugimi zajęciami, albowiem jednym z zaliczeń będzie nagranie w studiu RMF FM! Ech, jak widać sam Bóg umieścił we mnie minę, która miała wybuchnąc w stosownym czasie. Eksplozja nastąpiła i teraz  trzeba sobie poradzić z czyszczeniem jej skutków. Dzięki Bugi, kuhwa, sehdeczne dzięki!
Jeśli wszystko dobrze pójdzie, nagram jeden poglądowy filmik, który opublikuję pod koniec tego tygodnia. Jak to wyjdzie, ocenicie sami.  
No, to bioję się do pjacy! Miłego dnia!


Jak zostać młodym mordercą? 2017-02-21

Oto historia, o której dotąd nie miałem pojęcia.

Pracowałem jako pielęgniarz, opiekun dla osób starszych). Nie jestem w stanie przypomnieć sobie gdzie dokładnie odbywałem praktykę lekarską, jedyne co pamiętam, to biały pokój, wielkości mojej krakowskiej stancji. W pomieszczeniu znajdowało się parę standardowych rzeczy, jak szafa czy stolik. Pod ścianą stały dwa  łóżka, a na jednym leżał siwy, niedomagający już jegomość. Nie był to żaden apartament, ale przynajmniej mogłem tu mieszkać, przy okazji wykonując swoją pracę. Do czasu.
Pewnego dnia, gdy podawałem dziadziusiowi lekarstwa, do mieszkania wszedł jego syn. Ni z tego, ni z owego powiedział, że mnie zwalnia i sam zaopiekuje się ojcem. Co bardziej przerażające, jego słowa zwiastowały dla mnie nie tyle poszukiwanie nowej pracy, co lokalu zastępczego. Mój portfel, że o koncie bankowym nie wspomnę, świecił pustkami, toteż zacząłem błagać byłego już pracodawcę, by pozwolił mi popracować tu jeszcze jakiś czas. Tamten jednak surowo odmawiał i coraz mocniej żądał opuszczenia tego domu. Tętno przyspieszyło, umysł szybciej kotłował emocje.
W rozpaczy rzuciłem się na rozmówcę i dźgnąłem go prosto w serce. Dla pewności powtórzyłem cios kilkukrotnie. Skąd się wzięła ta broń? Dlaczego ten dupek nagle ubzdurał sobie, że mnie zwalnia? Gdzie popełniłem błąd? Jak żyć z krwią na rękach? Wiedziałem tylko jedno: teraz może być tylko gorzej.

W ciągu następnych paru dni policja zapukała do (nie do końca) moich drzwi. Wylądowałem "na dołku", złożyłem adekwatne zeznania. Nie wykręcałem się z tego, waliłem prosto z mostu, przyznając się do zbrodni. Czy żałowałem? Tak, czułem  żal wobec popełnionego czynu, ale usprawiedliwiała mnie konieczność wyższa. Trzeba to było zrobić, inne rozwiązanie nie istniało. Wiedziałem co mnie czeka, choć za bardzo się tym nie przejąłem.
Dalsze śledztwo ujawniło parę ciekawych szczegółów. Otóż w dniu zabójstwa syn starszego jegomościa przyszedł ze swoją 17-letnią córką. To ona zakradła się od tyłu i wepchęła mi do ręki nóż, gdy doskoczyłem do ofiary. Dziewczyna także została zatrzymana, postawiono jej zarzut współudziału w morderstwie. Dlaczego chciała zabić ojca? Do dziś się nad tym głowię.

Otwarłem oczy. Znajdowałem się w swoim własnym, małopolskim łóżku. Do Krakowa wróciłem wczoraj, odrobinę rozleniwiony. Trudno nie skorzystać, gdy pojawia się możliwość spędzenie dłuższego urlopu w rodzinnych pieleszach. Nie służy mi to, cholera. Potem trzeba na nowo się aklimatyzować i przyzwyczajać do studenckiej egzystencji.
Zastanawia mnie tylko ten sen. Już drugi raz w ciągu całego życia umysł podpowiadał mi "jedyną słuszną" metodę wyjścia z (prawie) każdego problemu. Kiedyś miałem senną wizję o zbrodni jako karze za podśmiewanie się ze mnie, zaczepki, które w rzeczywistości miały miejsce jedynie kilka razy. W tamtym śnie do zabrania komuś życia wystarczyły moje pięści. Teraz pod uwagę wziąłem nóż.
I nie jest to bezzasadne. Parę dni temu pod blokiem, podczas popołudniowego spaceru z psem, zaczepił mnie jeden gość. Z samych oczu patrzyło mu źle, a ubiór nie sugerował uprzejmego, ułożonego obywatela. Ów mężczyzna spytał czy mieszkam w tym budynku. W odpowiedzi zadałem pytanie również jemu: a jaki on ma w tym interes?
Powiedział, że szuka pewnego chłopaka, ale zna tylko imię. Odparłem mu wówczas: "Wie pan, samo imię to trochę za mało" i poszedłem dalej. Nie wiem, czy to już wewnętrzna schiza, ale kiedy wracałem ktoś powiedział "To on". Nie szukałem wzrokiem źródła tych słów. A może mi się zdawało i coś źle usłyszałem? Moze tak naprawkę ktoś powiedział: "No, no"? Tak czy siak, do domu wróciłem cały i zdrów, w jednym kawałku, za to z walącym jak w Dzwon Zygmunta sercem.
Idąc na spacer kolejnego dnia, profilaktycznie wziąłem ze sobą nóż. Na szczęście nie miałem powodu, by go użyć. Tamtego gościa już nie było, nikt podejrzany nie kręcił się po osiedlu. Nie mniej, gdyby przyszło mi zabić w obronie własnej, nie wahałbym się ani chwili.

Czy polskie prawo uznałoby wtedy wyższość mojej racji? Zapewnie nie i trafiłbym do pierdla za obronę własnego życia, kosztem żywota mojego napastnika. W końcu bym go zabił, a nie zranił czy spacyfikował, a tak poza tym, to mogłem uciekać, bla bla bla... Takie rzeczy tylko w Polsce, psia mać. Pamiętacie przypadek chłopaka z Raciąża? Zabił pijanego ojca, który znęcał się nad matką. W dniu zabójstwa denat zamierzał pozbawić życia swoją żonę, ale odważny syn mu nie pozwolił. Jak się skończyła sprawa? Oskarżonemu grozi od 8 lat więzienia do dożywocia. "Łaskawy" wymiar sprawiedliwości pozwolił mu oczekiwać na proces w domu. Znając szybkość i skuteczność działania polskich sądów, na prawomocny wyrok będzie musiał jeszcze trochę poczekać.

I tak by to właśnie wyglądało: mój dziwny sen, ostatnia "przygoda ze strachem" i polska definicja zabójstwa. Nie umiem interpretować snów, nie wierzę też w proroctwa z nich wynikające. Bo przecież czy warto zagłębiać się w niekotrolowany przez nas wytwór umysłu, o którym i tak po paru dniach zapomnimy?


Notka Sprawiedliwe morderstwo: http://www.elvenoor.e-blogi.pl/komentarze,221427.html


Życzenia na Dzień Singla 2017 2017-02-15

Wszystkiego najlepszego!

Wszystkim wyzwolonym, niezależnym singlom i singielkom życzę jak nawiększej frajdy z życia, jak najobfitszego czasu wolnego, spędzonego wedle uznania oraz dumy z przynależności do prominentnej klasy samotnych wilków (tudzież wilczyc)!
Nieważne czy dalej czekacie na swoją drugą połówkę lub  wolicie zostać starymi kawalerami i pannami - jesteście obecnie bez żadnych zobowiązań, nie wydajecie kasy na żadnego pasożyta, darmozjada i łamacza serc. Macie gdzieś opinię innych, jesteście w stanie poradzić sobie sami, tym samym oszczędzając sobie cierpień i łez. Kto wie? Może kiedyś Los obdarzy was większym szczęściem?


Miłość Larsa (2007) - Jak kochają manekiny? 2017-02-15

Serce z plastiku

Nienawidzę wątków miłosnych. Jeszcze większą pogardą darzę filmy z tego gatunku. Rok temu jednak postanowiłem w każde walentynki obejrzeć jeden film o takowej tematyce. Miałem właściwie tylko jedno założenie: nie iść po linii najmniejszego oporu i zainteresować się oryginalnym podejściem do kwestii uczuć.
W zeszłym roku opisałem wam swoje przeżycia z "Her", filmu opiewającego na niezwykły związek między człowiekiem a programem komputerowym. Dziś pora zmienić klimat na bardziej współczesny. Co powiecie na miłość do manekina?

Takiej bowiem doświadczył Lars, główny bohater filmowej opowieści. Jest on z natury cichym, spokojnym facetem, samotnie mieszkającym w garażu przy domu swoich zmarłych rodziców. Główny budynek zajmuje jego brat wraz z ciężarną małżonką. Mimo ich usilnych próśb i delikatnych sugestii, Lars woli pozostać odludkiem i ograniczać spędzanie wolnego czasu do własnego towarzystwa. Z czasem jego postawa owocuje zaburzeniami psychicznymi, pojawia się ból przy zwykłym dotyku drugiej osoby, a sytuacja wymyka się spod kontroli w momencie, gdy trafia do niego paczka z dość niecodziennym zamówieniem: seks-lalką.
Wbrew wszelkim oczekiwaniom najbliższych i sąsiadów zagubionego w mentalności jegomościa, sam zainteresowany już od początku traktuje swój nowy zakup zupełnie na poważnie, co znajduje odzwierciedlenie w rozmowach i wspólnych wypadach nad jezioro.
Aby mu pomóc, rodzina angażuje do współpracy całe miasteczko, od pastora i znajomych, po służby medyczne. Wszyscy muszą zachowywać pozory normalności i tym samym zrzyć się z Bianką, ich nową sąsiadką.

To, co ujmuje podczas seansu, to dość płynny przeskok emocji związanych z wyborem Larsa. Od początkowego zmieszania i niepewności, przechodzimy do pełnego opanowania i uduchowienia nowej wybranki głównego bohatera. Choć do czynienia mamy z manekinem, cała społeczność nadaje mu istotną rolę. Bianka jeździ do chorych dzieci, pracuje na wystawie sklepowej i chodzi do kościoła. Wszyscy podchodzą do niej bardzo życzliwie, nikt nie śmieje się za plecami ani nie ocenia.
Przez z pozoru głupią terapię, Lars w pewien sposób dojrzewa do prawdziwego związku, uczy się zaufania oraz poszanowania prywatnego życia drugiej połówki (przecież nawet manekin ma swój grafik, nie wiedzieliście o tym?)

Fabuła intryguje do samego końca, choć film toczy się leniwym tempem.  Z resztą na uwagę zasługuje nie tyle sam koncept na ciekawy film, co jego realizacja. Obsada prezentuje naprawdę doby poziom, w szczególności Ryan Gosling, który wypadł naprawdę przekonująco. W tej chwili nie jestem w stanie wyobrazić sobie lepszego aktora, niż  właśnie on!  
Scenariusz, co prawda, nie ujmuje jakoś szczególnie za serce, brakuje końcowych "dołów" i łez, nie mniej jest to historia, którą szczerze mogę każdemu polecić.


Message Quest - przygoda z pomysłem! 2017-02-13

Bo geniusz tkwi w prostocie!

Było leniwe przedpołudnie. Przeglądałem właśnie Steama, wyszukując ciekawych gier za kilka euro, gdy mój wzrok przykuła ciekawa drobnostka: Message Quest. Już po samych screenach wydała mi się to produkcja na tyle interesująca, by dodać ją do swojej cyfrowej  biblioteki. Decyzję o zakupie jeszcze bardziej wzmocniły niezwykle pozytywne opinie użytkowników, którzy wręcz rozpływali się w pochlebstwach.
Kilka minut później, po błyskawicznej transakcji i ściągnęciu gry na dysk, ohoczo kliknąłem w przycisk "Zagraj", czego owocem jest niniejsza recenzja.

"Message Quest" to przygodówka point 'n click z 2015 roku, za którą odpowiada niezależne studio Royal Troupe. Fabuła jest dość prosta: Fest, leniwy adept Zakonu Heroldów musi dostarczyć wiadomość do bohatera, zdolnego ocalić świat Avarange przed zagładą. Kim jest ów bohater? Czy młodzikowi uda się wykonać zadanie i (dosłownie) pokonać swoją słabość do nie robienia absolutnie niczego? Na te i więcej pytań poznacie odpowiedź samodzielnie zapoznając się z tytułem!
A oprzeć się pokusie zagrania nie będzie łatwo, choćby z uwagi na śliczną, witrażową grafikę, zachowaną nawet w efekcie tłuczonych okienek dialogowych. Każdy obraz pieści oko, pozwalając zanurzyć się w ten barwny świat.

Kolejne punkty przygody Festa zdobywają za świetny pomysł na projekt rozgrywki. Program bawi się z graczem, celnie łamie czwartą ścianę, nadając nam pierwszeństwo w wydarzeniach. Nie tylko obserwujemy bajkowe przedstawienie, lecz sami pociągamy za sznurki, co pokazuje nam pierwsza scena. Jak najlepiej zagonić leniwego tłuścioszka do roboty? Oczywiście, że ciągnąc go, za pomocą myszki, ku jego niezadowolonym mamrotaniom! Mało tego: jeszcze na tej samej planszy dostrzec można pierwsze z wielu nawiązań do innych tworów popkultury! Tak, poszukiwacze easter eggów będą mieli co robić!
Bardzo ciekawie rozwiązano tu także system walki. Tak - w grze występują trzy pojedynki, rozgrywane w turach, jednak bez obaw: nie ma tu ekwipunku, punktów doświadczenia, zasobów many i innych erpegowych pierdół! Potyczki są dość proste, używane zdolności komiczne, a kontekst zawsze idealnie dopasowany do sytuacji.
Jak na przygodówkę przystało, są tu różne zagadki, choć i one znacznie odbiegają od gatunkowych standardów. Najczęściej przyjdzie nam składać witrażowe puzzle i tworzyć ścieżki na zasadzie łączenia pasujących końcówek, jednak pozostałych jednorazowych tematów nie będę wymieniał. Grzechem byłoby psuć wam w ten sposób całą zabawę!
Wisienką na torcie pozostaje narrator. Nie tylko aktualizuje on kolejne cele do wykonania, lecz przede wszystkim komentuje poczynania bohaterów i wdaje się w nimi w nieraz dowcipne dysputy.

Jakieś wady? Właściwie tylko dwie: jest to krótka, niemal dwugodzinna przygoda, po której ukończeniu gracz zacznie wypatrywać wszelkich wieści o kontynuacji. Wiecie, to tak jak z pierwszym "Wiedźminem": główne zagrożenie minęło, happy end, ale ostatnie wydarzenia sugerują dalszą część przygód głównego bohatera.
Jednak nawet przy pełnej świadomości ostatniego akapitu, (który właściwie można wyrzucić), mogę wam z czystym sercem polecić Message Quest. Będziecie się świetnie bawić, poznając fantastyczny, bajkowy świat, a banan nie zniknie z waszych ust aż do końca gry.

P.S: Byłbym zapomniał, a nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał: nie wiem, kto komponował muzykę i dźwięk do gry, ale po brzmieniu delikatnych, mile pieszczących ucho melodii, można wyczuć batutę geniusza!


Elvenoor na przepustce - plany i zmiany 2017-02-10

Ach, nareszcie wolne!

Miałem wracać dzisiaj, ale już wczoraj dałem nogę z Krakowa. Początkowo cieszyłem sie z powrotu, do którego zachęcały mnie ciągłe zaniki napięcia elektrycznego w mieszkaniu. Cudem  zdążyłem na pociąg i już półtorej godziny później z lekkim hakiem stanąłem na dębickim peronie. Poczułem się wtedy dość dziwnie, serce wzmogło tętno, a płuca ciężej radziły sobie z powietrzem.
Co jest, u licha? Smog podobno jest w Krakowie, a tymczasem coś nie pozwalało mi kroczyć dalej. Biologia? Raczej obawa, delikatny lęk. Tylko czego tu się bać? A może to przeczucie?

Weź się w garść, Elvenoor! To ty masz trząść światem, a nie on tobą! To inni mają się bać ciebie, a nie na odwrót! Co jest z tobą? Odwagi, sierżancie!

Po kwadransie, jak zwykle przy powrotach, wstąpiłem do dziadków. Wiecie, ciepły obiad, coś na deser i mój ulubiony sok, słodki niczym miód.
Wieczorem siedziałem już w swoim pokoju, który przez kilka lat był moim bezpiecznym azylem. Wróciłem, mili państwo.
Szkoda tylko, że nie mogłem przywieźć indeksu, bo niedobre panie z dziekanatu odebrały mi go przemocą. Co to, kurde, za polityka? "Trzeba zrobić wpisy z BHP i Problemów świata wg dokumentalisty, bla bla bla"... No trudno. Tak czy siak, zaprawdę powiadam wam, zasłużyłem sobie na odpoczynek.
Socjologia, Społeczeństwo informacyjne, Nauka o komunikowaniu (wykład), J. polski w dziennikarstwie (ćwiczenia), TPI,  Gatunki dziennikarskie (wykłady+ćwiczenia), Najnowsza historia Polski -> 5.0
Dziennikarskie źródła informacji, Nauka o komunikowaniu (wykład) -> 4.5
Savoir vivre w życiu publicznym, Problemy świata wg dokumentalisty -> 4.0
J. polski w dziennikarstwie (konwersatorium) -> 3.0

Część zaliczeń przyszła łatwo, na kilka trzeba się było mniej lub bardziej napracować. Ale fakt faktem - zdałem pierwszy semestr. Teraz będę mógł poświęcić nieco czasu na mój pierwszy filmik jutubowy. Premiera najprawdopodobniej za ok. dwa tygodnie, ale i tak o wszystkim zostaniecie wcześniej poinformowani. Kanał na YouTube pragnę poświęcić prezentacjom ciekawych gier, wspomnieniom z produkcji, które umilały mi dzieciństwo, recenzje książek, przemyślenia na temat filmów i nie tylko. Wszystko w formie audiologów, bez ukazywania mojej urody (jeszcze jakaś by się przez internet zakochała i co by było?)
Wobec wolnego czasu zamierzam też trochę przysiąść nad blogiem i pousuwać wszelkie "smuty" (choć paradoksalnie to one "robiły mi bloga", czemu sam się dziwię). Jednakże, wobec wewnętrznej depresji paranoidalno-schizofrenicznej, zwanej przeze mnie "Smutkiem" (to wyłącznie moja diagnoza, do psychiatry mi niespieszno), wszelkie "niewłaściwe" teksty będą umieszczane na szarym-kruku w formie nieodpowiednich dla elvenoora wierszy.

Na obecną chwilę tak to właśnie wygląda. Podsumowując: sesja is finished, YouTube channel in progress, blog under renovation. Stay tuned! :)







Konwój (2017) - Sprawiedliwość poza prawem 2017-02-10

"Bo śmieci się utylizuje"

"Konwój" - polski thriller z Tomaszem Ziętkiem, Januszem Gajosem i Robertem Więckiewiczem w rolach głównych. Film opowiada historię czterech policjantów, eskortujących do szpitala psychiatrycznego Kuleszę, przestępcę, który zamordował dwóch stróży prawa. Jednak Zawadzie, dowódcy  akcji, przekazane zostają zupełnie inne wytyczne: drań ma dostać kulę w łeb. Aby mogło się to udać, Nowacki (dyrektor więzienia) użyje swoich uprawnień do przykrycia całej sprawy. Nieoczekiwanie luką w planach staje się praworządny Feliks, "świeża krew" w policji, a prywatnie zięć dyrektora.
Każdy bohater ma swoje motywacje, oczywiste tylko z pozoru. Ich sylwetki nie zostały zbytnio rozbudowane, odbiorca ma nikłe szanse, by z nimi się utożsamić. W mojej opinii jest to bardzo celny zabieg, bo dzięki temu na pierwszy plan można wysunąć  problematykę samosądów. Jest ona nie tylko sednem seansu, lecz przede wszystkim solidnym fundamentem fabuły, której drugie dno poznajemy w drugiej połowie filmu.

W umyśle widza, tak jak w głowach obserwowanych postaci trwa zaciekła walka sprawiedliwości, rozumianej przez bohaterów na różne sposoby. Ciężka atmosfera tej duchowej i fizycznej batalii  jest  dodatkowo potęgowana przez bardzo dobre ujęcia kamery.
Przyczepiłbym się jedynie do słabo słyszalnej ścieżki audio oraz trailera, który (jak to obecne trailery) zdradza właściwie całą historię.
Jeśli więc planujecie się wybrać na "Konwój" (a szczerze wam polecam), to lepiej nie psujcie sobie doświadczenia nieco nadmuchanym trailerem. Tym, których ta nieszczęsna oficjalna zajawka zachęciła, również zapraszam do kin. Film sam w sobie jest mocny, historia trzyma w napięciu, a gra aktorska prezentuje się bez zarzutu. Nie jest i nie miał to być "Pitbull", ale nadal warto zobaczyć.


McImperium (2017) - recenzjo-refleksja 2017-02-05

Ray Kroc - rekin biznesu czy pazerny lis?

15 maja 1940 roku, San Bernardino, Kalifornia. Bracia McDonald, Richard i Maurice, po wielu próbach osiągnięcia sukcesu, zakładają bar szybkiej obsługi oparty na ich autorskim systemie Speedie. To rewolucyjne rozwiązanie, połączone z precyzyjnie sformułowanym standardem oraz rodzinną atmosferą, wprowadza nowy koncept do branży gastronomicznej. Po osiągnięciu sukcesu lokalnego próbują tzw. franczyz, czyli zezwolenia na użytkowanie ich własnej marki wg ściśle okreslonych reguł. Pomysł  ten okazał się nietrafiony.
Dwa lata później na ich drodze staje Ray Kroc, ambitny, choć niespełniony zawodowo sprzedawca multishakerów, który z miejsca oferuje im pomoc w promocji marki. Jak się później okazuje, nasi bracia, lekko mówiąc, nie wyszli na tym korzystnie.

"Mc Imperium" to najnowsza produkcja z Michaelem Keatonem w roli głównej. Tytułowy "Founder" (z ang. założyciel) ukazywany jest nam z początku jako zwykły koleś ganiający w snach marzenie o niewyobrażalnym sukcesie. Z każdym jego krokiem czuć upór naszego bohatera, wytrwałość i dążenie do celu. Niestety, jak dobrze wiemy, apetyt rośnie w miarę jedzenia, więc i szajba na punkcie rozwoju kolonialnego zaczyna mu odbijać. Początkowo faktycznie Ray starał się trzymać umowy, dbał o przestrzeganie wszystkich przepisów sprawdzonej formuły braci McDonald, jednak jak zwykle w takich przypadkach, musiała zjawić się pokusa pójścia na łatwiznę. Tym razem przybrała ona postać żony jednego z franczyzobiorców, pięknej blondynki o spojrzeniu sukkuba, kuszącej go zamianą drogich w utrzymaniu lodów na zupełnie nowatorskie szejki instant.
Cięcie kosztów przy rosnącym pożądaniu amerykańskiego snu kompletnie wypaczają Ray'a, co odbija się na jego ukochanej, lecz nie rozumiejącej zapalczywości męża. Wyjazdy, uśmiechy, motywacyjne gadki a la Grzesiak, drastyczny progres, a wreszcie wyparcie rodziny założycielskiej z biznesu za cenę miliona dolarów na głowę oraz mglistych obiecanek 1% z zysku rocznie.
Sytuacja wymyka się spod kontroli, prawowici właściciele zostają pozbawieni życiowego dorobku, w który zainwestowali swoim czasem, wytrwałością oraz całym sercem. Włożyli w knajpkę wszystko co mieli tylko po to, żeby móc spoglądać na rozbiórkę napisu nad jedynym do niedawna dzierżonym przez nich barem. Oficjalnie stracili prawa do nazwy "Mc Donald's".

Myślicie, że doczekali się kiedykolwiek należnych im pieniędzy? Macie nadzieję, że jednak związek Ray'a i Ethel nie skończył się rozwodem? Łudzicie się jeszcze, że powiem wam coś optymistycznego? Tak, właściwie jest jedna rzecz: Mc Donald's znów do szejków dodaje prawdziwe lody...
A wiecie co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Po seansie poszedłem do znajdującego się naprzeciwko baru, sygnowanego logiem żołtego łuku w kształcie litery "M". Zamówiłem sobie frytki, McNuggetsy i małą colę. A potem spojrzałem na to złote "M" i nagle to pyszne jedzenie straciło cały smak.
Nie będę moralizował. Nie mówię, że macie teraz omijać "Maca" szerokim, nomen omen, łukiem dlatego, że jest to owoc złodziejskiej, cwanej praktyki. Przecież życie to nie bajka, a ten jeden przypadek, co szczególnie przykre, stanowi jedynie wierzchołek góry lodowej. Czubek komercyjnego szczytu, zbudowanego na oszustwach.

Jeśli zaś chodzi o sam film, naprawdę polecam obejrzeć go w sali kinowej, choćby ze względu na samą historię najpopularniejszej sieci fast foodów na świecie. Choć dialogi nie powalają, gra aktorska jest w miarę porządna, zwłaszcza u  Michaela Kaetona, który to  znakomicie odnalazł się w roli ekscentrycznego i zapalczywego biznesmena. Obraz Johna Hancocka nie należy do "tych wybitnych i pamiętnych", jednak z pewnością nie pożałujecie ani czasu, ani pieniędzy.
#StillBetterThanLaLaLand


Słodki smak studiów, czyli nauka historii 2017-02-03

Tak się zdaje HISTORIĘ!

Godzina 7:10. Leniwie, acz z konieczności zwlekam się z wyra. Przecierając oczy, podchodzę do okna, odsuwam rolety. Za oknami rozpoczynał się szarobury, nudny dzień. Nałożywszy przygotowane wczorajszego wieczoru ubranie, poszedłem do łazienki, uczesać fryzurę przed wyjściem. Nie było czasu na jedzenie - nie przy moim kłopotliwym żołądku. Nieraz wycinał mi kiepskie numery gastryczne, więc jakiś czas temu dałem sobie spokój z jedzeniem o zbyt wczesnej porze.
Godzina 7:35. Czy to moje nogi łamią się ze strachu, czy to Ziemia oznajmia ludzkości kres istnienia? Nie, to tylko lód! Cholera, ślizgawica totalna! Choć w mojej głowie I Brygada Józefa Piłsudskiego śpiewa swą pieśń do marszu, nie ulegam jej tak łatwo. Dziękuję za dobre intencje motywacji biednego studenta, ale jakoś dam radę.
Godzina 7:45. Na miejscu czekają już dwie osoby. Zaczynamy pogawędkę, typową przedegzaminową dysputę. Podobno na Zarządzaniu zdało tylko 5 z 40 osób. Moim zdaniem, dlatego że większość przyszła bez odpowiedniego przygotowania. Nas z kolei zaczęło szybko przybywać. Dowiedziałem się w międzyczasie jeszcze jednej rzeczy: nie tylko ja uczyłem się wczoraj z Wikipedii.
Widzicie, z Roszkowskim rozstałem się po wymęczonym 16 rozdziale. Nie byłem w stanie przebrnąć przez te kompletnie nieistotne procenty z wyników wyborczych oraz nadmierne stosowanie skrótów. Po kilku zdaniach nie mogłem się połapać co jest co!
Och, Losie, gdybym tylko od początku (tj. 10 dni temu) zaczął wkuwać ze stronic Cioci Wiki, przygotowałbym się lepiej! Czy "romans" z Roszkowskim był czasem straconym? Na początku nie, ale później...Powiem tak: nie sięgajcie po niego, jeśli nie jesteście studentami historii!

Godzina 8:05. Pan profesor dotarł na miejsce. Mieliśmy się dobrać w trójki. Pierwsze trzy osoby, ze starostą na czele, przesiedziały chyba z dwie godziny, nim wreszcie pojawili się w drzwiach niczym gen.  Żeligowski w zdobytym Wilnie. Ocena: dostateczna - dla każdego! Pytania odnosiły się do Rady Narodowej, prezydentów Polski w okresie międzywojennym, PKWN, TRJN, Tymczasowego Naczelnika Państwa i powstania warszawskiego.
Kolejne dwie grupy miały niemal to samo, może z jedną czy dwoma niezaliczonymi notami.
W końcu nadeszła moja kolej. Wraz ze mną weszli dwaj koledzy i jedna, ostatnia już, koleżanka.
Zdawszy profesorowi indeksy, otrzymaliśmy serię pytań. Pierwsze padło do mnie.

- Proszę pana, z czym się panu kojarzy takie określenie "polski październik 1956"?


I to tyle?! No, to była chyba ta odwilż postalinowska, nie? Wypuszczenie prymasa Wyszyńskiego, reformy gospodarcze, zmniejszenie nacisku cenzury, ale potem to się posypało i znowu było "dobrze". Mniej więcej tak też odpowiedziałem na pytanie.
Kolejna kwestia, teraz do kolegi obok: co to była sierpniowa? Cholera, przecież ja to wiem! Mnie! Mnie spytaj! Ja wiem!
Tak...Ja wiem, ale kolega coś niespecjalnie. Kolega nr 2 tak samo. Do tego ostatniego skierowano kolejne zagadnienie: Tymczasowy Naczelnik Państwa.
No nie, co tak łatwo?! Piłsudski! Powiedz, że Piłsudski był TNP przed wyborem pierwszego  prezydenta! Powiedz!
Kolega coś tam wydukał, ale profesor jakby tego nie słyszał. Słychać było wyraźnie wahanie w głosie kolegi_2. Po przepytaniu o to pozostałych, wykładowca przekazał mi pytanie, na które z resztą odpowiedziałem.
Pytanie do koleżanki: czym była Rada Państwa? Dziewczyna popatrzyła na profesora i zaczęła coś mówić o grudniu '80, ale "chyba" nie o to chodziło. Tak jak poprzednio, piłeczka odbita została po wszystkich, w tym do mnie.
No i ostatni temat: Rada Narodowa. Scenariusz podobny do ostatnich akapitów.

- No dobrze, drodzy państwo. Pani i pan - w tym miejscu profesor spojrzał na koleżankę i kolegę_2 - Ja państwa dzisiaj nie widziałem, dobrze? Przyjdą państwo 3 marca, na razie nie ma o czym mówić.
- Koledze - tu rzucił okiem na pana_1 - dam 3+, a pan - zerknął na mnie - otrzyma "bardzo dobrze".

WHAT THE FUCK?! "5" ?! Nie, nie, nie, to mi się śni. Rozdziawiłem usta, oczy się rozszerzyły, a głos zamarł w gardle. Profesor dopowiedział jedynie, że patrzy pod kątem wypowiedzi na tle innych. Czyli dostałem "5", bo tamci niewiele umieli? A gdybym dołączył do lepszej grupy? Jakie pytania bym dostał?
Wiecie, nie chcę narzekać, bo i nie ma po co. Ale zawsze w takich wypadkach lubię "tak się tylko zastanawiać" co by było, gdybym czegoś nie dostał albo gdybym coś zrobił inaczej. Taki już jestem i tyle ;)
"Piątka" z Najnowszej historii Polski...no ja pierdziele, tego jeszcze nie grali! No, to widać, że Nick miał rację. Dziś czeka mnie podwójny seans: do kin wchodzi "McImperium", a wieczorkiem do poduszki odpalę wreszcie  "Avengers: Age of Ultron". Obiecałem Nickowi, że jeśli zaliczę egzamin na 5, to od razu biorę się za film.

Tak jeszcze na koniec, co wam powiem, to wam powiem, ale wam powiem: nic nie odda tej atmosfery przyciemnionego pokoju, siedzenia przy biurku z włączoną małą lampką, czytania jasno i konkretnie opisanych materiałów, wyłapywania i notowania najważniejszych zagadnień. A potem, twoja długa, rzetelna praca zostaje nagrodzona w tak nieprzewidywalny i satysfakcjonujący sposób i już na 100% jesteś pewien, że było warto.
 Ach, w Ekonomiku tego nie było. Siedzisz z notatkami i albo uczysz się, albo robisz ściągę (tym samym automatycznie przyswajając pewne informacje). Żałuję zwłaszcza testów u naszej kochanej pani O. Proste, banalne wręcz testy, wymagające jedynie słuchania na lekcji i w miarę logicznego myślenia, by przyszły student (albo kopacz rowów) dostał minimum "dopa".
Smutne.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]