Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Sesja, czyli coś za łatwo idzie 2017-01-31

Centralny wziął w łeb. Znowu.

Póki chłopacy nie wrócą, mogę z czystym sumieniem odłożyć naukę najnowszej historii Polski na później. Dwa dni temu wieczorem padły korki, na czym ucierpiała moja żarówka. Jutro już pojadę po nową, obiecuję. Muszę mieć większe światło, a póki brakuje odpowiedniego oświetlenia zmuszony jestem siedzieć przy biurku, tuż koło okna. Niemal codziennie muszę grzać, bo zimno jest u nas jak na Antarktydzie.
Każdy w pokoju sobie grzeje, oprócz Karola, ten woli nie przepłacać za ogrzewanie, więc jak wraca to  cały czas siedzi pod kołdrą. Cała reszta mieszkania to jeden wielki mróz: zimno w kuchni (bo grzejnik zakręcony na amen), zimno na korytarzu, a w toalecie to już w ogóle zamrażarka.

Pierdzielę, poczekam aż ktoś wróci. Póki co zwijam się pod kołdrę za przykładem Karola.
Właśnie trwa moja pierwsza sesja egzaminacyjna. Póki co, zostałem na studiach, więc już jakiś progres. W miniony czwartek dostałem wpisy za Savoir vivre i Społeczeństwo informacyjne, zaliczone kolejno z czwórką i piątką. Gatunki dziennikarskie zdane w terminie zerowym w piątek z dwoma ocenami bardzo dobrymi. Socjologia napisana wczoraj, dziś odhaczone tekst i test z j. polskiego w praktyce dziennikarskiej. Jutro trzeba ruszyć tyłek po wpis z Technologii Przetwarzania Informacji, czwartek mam wolny, a w piąty dzień tygodnia przyjdzie mi udać się w ślad za Chrystusem na krzyż - Najnowsza Historia Polski, egzamin ustny. Jeśli zaliczę to na 3, będę w niebie (choć Nick twierdzi, że tak "pojętny ze mnie uczeń", iż będę miał aż 5. No, pewnie, i co jeszcze, podwójne frytki z napojem za friko? Taki ze mnie pilny uczeń, jak z Kijowskiego bohater narodowy!).
Nie wiem, czy to przez prywatny charakter studiów, ale na razie coś zbyt łatwo poszło. Żadnego kolokwium, żadnej zarwanej na wkuwanie nocki, żadnego większego stresu.
Socjologia? Kilka notatek od pani doktor, przeczytane w jeden wieczór, a potem test 21 pytań (banalnych w swej postaci).
Savoir vivre + Społeczeństwo informacyjne? Wystarczyło zrobić jedną prezentację, wyłożyć dany temat, zrobić kurs z testem końcowym na platformie e-learningowej i qniec.
Gatunki dziennikarskie? Trzy pytania: określić gatunek danego tekstu (jednego z najbardziej oczywistych), omówić rodzaj informacyjny + rozpisać się o korespondencji. Jak dla mnie, kwestia nauki jednego wieczoru + popołudnia dnia następnego.
TPI? Jedna prezentacja w prezi.com, wykonana wedle wytycznych.
Język w dziennikarstwie z kolei to tylko tekst (element ćwiczony na zajęciach) i test mieszany (wielokrotny wybór + pytania otwarte). Tutaj przydało się już pouczyć, czego ku mojemu późniejszemu zdziwieniu nie zrobiłem. Nie mniej, pytania były dość proste, wystarczyło chodzić na konwersatoria.
Co mi jeszcze zostało? Weekend wyłączy mnie totalnie, bo muszę zmontować film (nagrany jeszcze przed świętami), popracować nad dokumentacją i przygotować materiał na Źródła informacji dziennikarskiej. Gdy się z tym uporam, przyjdzie czas na Naukę o komunikowaniu. Tu sprawa jest równie prosta, co poprzednie przedmioty: materiały mamy podane na mailu z dołączoną listą zagadnień do egzaminu testowego. Jeśli chodzi o zajęcia, wystarczyło zrobić tylko jedną prezentację i już dostawało się "dużego plusa", jak to ujął pan doktor.

Zapewne na uczelni państwowej miałbym, kolokwialnie mówiąc, przejebane: 5 egzaminów jednego dnia, ograniczony czas odpowiedzi na każde z wyświetlanych na ekranie pytań ("serdeczne" pozdro PRz), zaliczenia ustne i ogólnie większy chaos w głowie.
Czy jest mi źle z tak niskim nakładem wymagań? Oczywiście że nie! Uczę się tego, co mnie interesuje, dzięki temu więcej jestem w stanie zapamiętać z zajęć stricte dziennikarskich, niż choćby z socjologii. Mam świadomość, że w dalszych latach może (i zapewne będzie gorzej), bo i przedmioty obszerniejsze i praca licencjacka, i że moje łzy przez śmiech są właściwie bezpodstawne.
Jakie są wasze opinie na ten temat? Gdzie wy studiowaliście? Ciekawi mnie to, ponieważ chciałbym porównać siebie na tle innych osób, posłuchać różnych wspomnień. Jestem w swoich spostrzeżeniach sam, czy jednak ktoś z was miał podobnie? Wiem, że na moje wyświetlenia ilość komentarzy to żal, ból i rozpacz, ale ten jeden raz proszę was o szerszy odzew. Niezmiernie zależy mi na poznaniu waszych doświadczeń ze studiów.
A na koniec, akcent mniej przyjemny. Z pewnością wśród czytelników tego wpisu znajdą się tacy, którzy mi kibicują oraz tacy, którzy biorą mnie za rozpieszczone dziecko bogatych rodziców, bo prywatne studia, byt i dostatek, a pracą się przejmować nie muszę. Do tych drugich chcę skierować parę słów:
Moja mama jest nauczycielką, robi na 3 szkoły jednocześnie. Jej praca nie ogranicza się tylko do szkoły, bowiem lwią część obowiązków musi przerobić w domu. Nieraz widziałem jak ślęczy przed stosem kartkówek, sprawdzianów i wszelkiej innej papierkologii nauczycielskiej oraz jak siedząc przez komputerem układa sprawdziany.
Tata z kolei pracuje w dobrej firmie jako technik informatyk. Zna się na elektronice jak mało kto, umie zaprogramować pracę wielu sprzętów. Jak ktoś z jego otoczenia szuka pomocy przy tego typu sprawach, od razu wiadomo do kogo się zwrócić.
Moją rodzinę stać na opłacenie moich studiów, bo mamy oszczędności. Tak, nie wydajemy kasy na pierdoły, nie bierzemy masy kredytów, ale też nie zaciskamy pasa. Żyjemy jak normalna, uczciwie pracująca rodzina. Zajęcie dla mnie znajdzie się za 2,5 roku. Po studiach stacjonarnych mam zamiar (o ile dożyję, nie zapominajmy) udać się na zaoczne i przy okazji zacząć zarabiać pierwsze pieniądze. Nie jestem, jak widzicie, smutnym lewakiem, który tylko ciągnąłby forsę od każdego, więc wszelkie spekulacje wsadźcie sobie głęboko tam, skąd od kilku lat sterczą wam kije ^^

O, ogrzewanie wróciło! No, panie Roszkowski, pokaż pan coś pan naskrobał w tym podręczniku!


MÓJ PIERWSZY WYWIAD 2017-01-28

Obczyzna w PRL-u

Jakiś czas temu zacząłem się interesować okresem PRL-u. Moją szczególną uwagę przykuł temat podróży i wyjazdów za granicę w ówczesnym okresie, toteż postanowiłem odwiedzić swojego dziadka Jana, aby opowiedział mi nieco o tamtych czasach.


Dziadku, zacznijmy od podstawowych kwestii. Gdzie wtedy pracowałeś?
- W PRL-u pracowałem w „Falenicy”, czyli to było Przedsiębiorstwo Automatyki przemysłowej „Warszawa Falenica”. Oddział był w Tarnowie.

 I czym się tam zajmowałeś?
- Konkretnie to była firma, która zajmowała się montażem i rozruchem aparatury kontrolno-pomiarowej na zakładach.

 Z tego co wiem, byłeś wysyłany do pracy również za granicę. Dokąd skierowano cię najpierw?
- Najpierw pracowałem w Niemczech, w byłym NRD, to były lata ’74 – ’76, to był okres 2,5 roczny.

 Pracowaliście tam z obcokrajowcami?
- Tzn, myśmy pracowali sami. Trzeba to sobie powiedzieć od razu, że były tam biura konstrukcyjne, które projektowały automaty na danych zakładach i myśmy to wykonywali.

Jak wyglądało wasze zakwaterowanie i posiłki?
- Mieszkaliśmy w blokach, to były bloki czteropiętrowe. Mieszkania były dwupokojowe, z kuchnią i łazienką. Mieszkało czterech w jednym mieszkaniu, czyli po dwóch w pokoju.

NRD było częścią Niemiec, podporządkowaną Związkowi Radzieckiemu. Czy panował tam wtedy tak wielki niedobór jak w Polsce?
- Było wręcz odwrotnie. Jeśli chodzi o zaopatrzenie w artykuły spożywcze czy przemysłowe, to było tego bardzo wiele, bez porównania do zaopatrzenia w Polsce. Wszystko było: jedzenie, odzież, wszelkie artykuły, jakie potrzebne były do życia.

W związku z tym, taka sytuacja mogła zachęcać naszych rodaków do wyjazdu za granicę. Czy łatwo było wyjechać?

- To znaczy, jeśli chodzi o NRD, w tym okresie można było podróżować i prywatnie, na dowód osobisty i pewnym wpisem, potwierdzeniem. Jeśli chodzi o pracowników, to były przetargi czy zlecenia, więc Polacy tam pracowali. Trzeba sobie powiedzieć, że w najlepszym razie kilkanaście tysięcy Polaków w pracowało w różnych miejscowościach, w różnych zawodach.


 Rozumiem. Wróćmy jednak do głównego tematu. Do jakiego kraju oddelegowano cię po pracach w Niemczech?
- Była jeszcze Rosja, wtedy jeszcze Związek Radziecki, do miejscowości Iwano-Frankiwsk, dzisiaj Stanisławów. To były dawne ziemie polskie, teraz w zasadzie ukraińskie. Tam pracowaliśmy na kompresorowni gazu.

 Z opowieści mamy słyszałem, że zimy były tam bardzo srogie. Jak radziliście sobie z tamtejszym mrozem?
- Jak rozpoczynaliśmy pracę przy budowie kompresorowni, nie było tam żadnych pomieszczeń, tylko jedna stołówką, a tak to tylko estakady i szczere pola . Mrozy w tym czasie było w granicach -30 stopni i to była normalna rzecz, taka to zima się udała. Pracowaliśmy tam przez 10 godzin dziennie po  20-30 minut. Potem przy ognisku rozgrzało się troszeczkę i znów do pracy. Tak wyglądała tylko pierwsza zima, następna była łagodniejsza.

Interesuje mnie sytuacja ówczesnych obywateli rosyjskich. Jak im się powodziło po wschodniej stronie „żelaznej kurtyny”?
- Rosjanie się bali miedzy sobą. Tam było wielu agentów po cywilnemu i w takich normalnych rozmowach trzeba było mieć naprawdę zaufanie, żeby poruszać niebezpieczne tematy. Milicji na ulicach nie brakowało, obywatele byli inwigilowani i śledzeni na każdym kroku. Można się było poruszać tylko po terenie swojej „obłaści”, a chcąc wyjechać dalej trzeba było mieć zezwolenie władz.

Ostatnim krajem, jaki odwiedziłeś, był Iran. Opowiedz coś na ten temat.

- To był przełom roku 1990-1991. Aby się zakwalifikować, przechodziło się wtedy w Polsce specjalne badania, bo wyjeżdżało się w inną strefę klimatyczną. W tym czasie była budowa, którą prowadzili Włosi. Polacy pojechali tam jako podwykonawcy,  ale pracowały tam różne ekipy, jak Włosi, Niemcy, Portugalczycy, Syryjczycy no i Irańczycy.

Jak wiemy, w Iranie panują dość wysokie temperatury. Taka praca na pełnym słońcu musiała być niezwykle ciężka. Jak znosiliście pracę na upale?
- Rano wstawało się o godzinie 5:00, w tym czasie temperatura dochodziła do 30 stopni, dopiero o 11:00 organizm przyzwyczajał się do tego. Temperatura dzienna była w granicach 40-45 stopni, na słońcu ponad 50. Od przełomu marca/kwietnia do listopada na niebie nie było deszczu, dopiero w grudniu pojawiły się zachmurzenia i opady. Do tego czasu wystarczyła nam woda od Włochów.

Wspomniałeś wcześniej o współpracy z Irańczykami i Syryjczykami. Czy nie spotykaliście się z ich strony z odrzuceniem ze względu na inną religię?

- Na odgrodzonym „kampie” mieszkaliśmy tylko z Włochami. Mieliśmy tam wspólną stołówkę i polskiego księdza, więc tam problemu nie było. Jeśli chodzi o sytuację na zewnątrz, przestrzegano nas, żeby się nie afiszować i nie chodzić w koszulach z krótkim rękawem, bo można się było narazić, gdyby się spotkało jakiegoś fanatyka. Z resztą w pojedynkę się nigdy po mieście nie chodziło. Jak grupa Polaków wyjeżdżała do Isfahanu, to się z nimi zabierało i razem się trzymaliśmy.


Jak wam się układała współpraca z muzułmańską narodowością?

- Tam było tak, że za każdego obcokrajowca Włosi musieli zatrudnić pięciu Irańczyków. Bezrobocie mieli wtedy ogromne po wojnie z Irakiem. Każdy obcokrajowiec w zasadzie miał przydzielonego jednego pracownika irańskiego jako pomocnik. To byli ludzie bez żadnego doświadczenia, można powiedzieć, nie mieli żadnych zawodów. Byli tylko do pomocy żeby coś przynieść czy wykopać rów i podchodzili do pracy dosyć niechętnie.

Każda delegacja, z wymienionych w naszej rozmowie, trwała przynajmniej rok. Jak wyglądał wtedy wasz kontakt z rodzinami w Polsce?
- Tzn, jeśli chodzi o Niemcy raz na 3 miesiące przez 4 dni przysługiwała tzw. rozłąka. Na święta, czy to polskie, czy to niemieckie, można było wyjechać nawet dzień wcześniej, najwyżej się potem to odrabiało. Jeśli chodzi o Rosję, tam przysługiwała ta sama rozłąka, do granicy dojeżdżało się autobusem i potem dalej pociągiem. A jeżeli chodzi o Iran, to tam nie było żadnej możliwości powrotu.

Na koniec ostatnie pytanie. Czy przywoziliście do Polski po takich wyjazdach jakieś pamiątki?

- Tzn, trudno jest tu mówić o jakichś pamiątkach. Z Niemiec np. się woziło odzież dla dzieci, buty damskie, różne roboty kuchenne, ogółem artykuły pierwszej potrzeby. Z Rosji dla odmiany przewozili złoto, bo każdemu pracownikowi, który pracował na terenie Rosji wolno było przewieźć sześć sztuk złota przy przekraczaniu granicy. Z takich innych rzeczy to, np. kiedyś przywiozłem telewizor „z zaplecza”, kupiony za 10 rubli więcej, bo sprzedawczyni wtedy należało dać odpowiednią łapówkę. Z Iranu z kolei nie można było w zasadzie nic przywieźć, zarobki spływały wtedy prosto na konto, a tam pensja na niewiele starczała.

Dziękuję za rozmowę.


Powyższy wywiad był częścią zaliczenia z Gatunków dziennikarskich


"Lisica" 2017-01-26

Gdzie chowasz się moja czerwona piękności?
Nie skrywaj oblicza przed ogniem miłości!
Chcę patrzeć na ciebie, na płomień twych włosów,
Bo oprzeć się twojej urodzie nie sposób!
Choć śmieją się z rudych, że duszy nie mają,
Lecz zdanie swe zmienią, gdy ciebie poznają!

We włosach twych kryje się urok wspaniały,
Na szkarłat ich mogę się gapić dzień cały,
W kolorze tym zawsze ukrywa się dzikość,
Lecz blasku pozbawion dzień stacza się w nicość!
Uśmiechnij się do mnie, pod słońca ramiona,
Niech każdy z zazdrości na widok twój skona!

Możecie jadem splunąć, brunetki i blondynki,
Przy włosach rudej barwy dość tanie z was dziewczynki,
Mówicie, że klątwa, że podła natura,
A ja wam odpowiem: oszczerstwo i bzdura!
Nie macie co stawać w miłosne turnieje,
Iskierka, choć drobna, was wszystkie przyćmieje!


I nikt mi nie wmówi, że rude nie jest piękne *_* Jeśli uważasz tak samo, nie przeszkadza ci, że czasem mi odbija i totalnym przypadkiem jesteś rudowłosa, napisz czym prędzej!


Samotność Wilka - potęga aspołeczności 2017-01-25

W stadzie, ale poza stadem

Żyjemy w społeczeństwie społecznym i informacyjnym. Niemal każdy z nas dysponuje środkami komunikacji z drugim człowiekiem, czy to poprzez telefon, e-mail czy Facebooka, na którym konta mnożą się co chwila. Przemieszczając się po mieście na swej drodze napotykamy setki ludzi, mniej lub bardziej kojarzonych z widzenia i/lub zasłyszanych opowieści.  
Właściwie nie ma takiej opcji, aby żyć z dala od innych. Gdy zachorujesz, żalisz się doktorowi, gdy zaburczy ci w brzuchu, zamawiasz jedzenie u kelnera, a jak chcesz kupić tanie jeansy, wdajesz się w rozmowę z handlarzem na rynku. Jak widać, ludzie otaczają nas i nie ma szans na całkowite wyeliminowanie komunikacji interpersonalnej.

Możliwe jest jednak ograniczenie relacji międzyludzkich do  poziomu wystarczającego minimum i jednoczesne egzystowanie jako samotny wilk. Z jednej strony nawiązujesz rozmowę z interesującą cię osobą, a z drugiej, gdy pasek "socjalizacji na dziś" wypełni się niczym w Simsach, uciekniesz z powrotem do bezpiecznej samotni , w której zregenerujesz siły na kolejny dzień. Nazajutrz to samo. I znowu, i dalej, tak w koło Macieju, bez konieczności rezygnowania z przyjemnej pustki twojej chomiczej kuli.
Jeśli masz obawy przed wejściem na tę drogę, nie krępuj się. Taka jest twoja natura, po prostu musisz być sam. Im łatwiej to zrozumiesz, tym szybciej będziesz cieszyć się z takiego stanu rzeczy. Wszystko wynika z twojej natury, czasem dość mocno powykręcanej od ciągłego naginania tak kruchej i zbyt ufnej duszy.
Ktoś powiedział kiedyś, że potęga przychodzi w samotności. Wielkie projekty nieraz tworzone były przez tych, którzy nie chcieli zaprzątać sobie głowy przyjaciółmi, miłością, rodziną czy innymi bzdetami. Samotność daje siłę, uczy odporności na krzywdy, jakie mogłyby cię spotkać. Słyszysz tą ciszę? Wsłuchaj się raz jeszcze, wydobądź z niej głos własnego serca. On tobą pokieruje.

Tylko widzisz, jest jeden mały haczyk. Gdy w wigilijny wieczór we wszystkich domach na suto zastawionych stołach rozbłyśną świece, aura świąt dopadnie każdego bez wyjątku. Wówczas w lewym boku poczujesz nieopisany ból obranej samotności. Nie daj się mu złamać, nie pozwól sobie ulec! Choć nie będzie to proste, musisz wytrwać, by móc dalej pielęgnować wewnętrzną moc.
Czujesz narastającą bezradność, wiem o tym. Dlatego najpierw, jak już mówiłem, potrzebujesz oswoić się z tym uczuciem. Stalin był sam. Hitler, choć miał swoję Ewę Braun, również w pewien sposób otaczał się nieprzekraczalną barierą. Energię z relacji towarzyskich czerpią jedynie przeciętniacy, zapamiętaj to. Ty jednak musisz wykroczyć ponad ich wątłe umysły.
Zdradzę ci sekret: oni też są samotni, nawet bardziej niż my. Jak to możliwe, spytasz? Przecież się spotykają na imprezach, w klubach, udzielają się w różnych stowarzyszeniach...
Tylko widzisz, oni wszyscy mają maski, za pomocą których starają się walczyć z uczuciem braku wartościowych ludzi wokół siebie. Na zewnątrz z pozoru są "normalni", zagadują do innych, symulują uśmiech, że niby wszystko gra, a gdy przychodzi chwila prawdy, pozostają sami jak palec. Nikt się nimi nie interesuje, nikt nie składa szczerych życzeń poza wallem na Facebooku. Nikt nie liczy się z ich problemami, gdy nagle kończy się dobra zabawa.

Czy teraz pojmujesz jak silniejszy jesteś od tych smutnych, parszywych istot? Cała różnica opiera się na prostej myśli: ty masz świadomość społecznej izolacji, oni natomiast chcą od niej desperacko uciec. Wykorzystaj tę wiedzę, opanuj własną samotność i mądrze z niej korzystaj. Kiedyś wszystko się zmieni. Niedługo takich samotnych wilków, nie mających niczego do stracenia, będzie więcej. Wataha rośnie w siłę!


Szarżą w Roszkowskiego! 2017-01-24

Gdy sesja już się zbliża i puka do twych drzwi,
Niech zagrzmią wraz kopyta i oręż w słońcu lśni


Oto leżała przede mną na biurku, nie dając mi chwili na wytchnienie. Nawet w wolnym czasie moje myśli zdominowała jej koszmarna, tłusta, obskurna sylwetka. Choć była jedna, zdawało mi się, że tuż za nią rozpościera się armia ponad czterystu zaciężnych wojowników, a na ich czele stał niezrównany, nieposkromiony wódz. Zwał się on Wojciech Roszkowski, Odwieczny Wróg Adeptów Nauk Wyższego Wajemniczenia. Ten, kto go przysłał, zaiste wiedział co czynił, wyzywając mnie do wojny na słowa. Tylko zwycięstwo nad jego korpusem Najnowszej Historii Polski da mi siłę do poskromienia mrocznej nawały profesora Historiusa.

Strach mącił mi zmysły, w głowie hulał wiatr niepokoju, a umysł wyświetlał na oczach przerażającą wizję krwawej zieleni, jeszcze przed momentem przypominającej mój indeks. Szkarłatny ślad świeżej posoki przyozdabiała sylwetka łabędzia. W tle mojego bezradnego płaczu roznosił się echem donośny, szaleńczy rechot: "Zapraszam na poprawkę, plebejski nędzniku! Przyjemnie cię będzie oblać raz jeszcze!"
Siedząc w wagonie pociągu powrotnego, ze wszystkich sił próbowałem ułożyć właściwą strategię. Z której strony uderzyć? Jaką artylerię zastosować? Gdzie wydać bitwę elitarnej potędze znamienitego dowódcy? Dwie rzeczy były pewne: do batalii musiałem stanąć sam, a wszelkie próby dyplomacji skończyłyby się jeszcze przed wysłaniem emisariusza.
Nagle w prawym uchu, niczym bocian na wiosnę, nadleciał ze słuchawki takt znajomej, pokrzepiającej melodii (którą to umieszczam wam pod wpisem), napełniając me serce nową nadzieją i ogromnym zapałem.


Spojrzałem za siebie: poranny brzask zalśnił nad horyzontem, spowijając moją lekką jazdę niebiańską poświatą. Do ostatecznej konfrontacji pozostało 9 dni, choć po drodze czekają mnie dwa pierwsze starcia pod Socjologium i Gatunkami Dziennikarskimi. Na nie przyjdzie jeszcze odpowiednia chwila. Dobyłem miecza, wsiadłem na koń. Uśmiechnąłem się pod nosem. Panie Roszkowski, dawaj pan wiedzę! Królu Historii - klep pan pacierze!
To się musi udać. Niepewnym machnięciem ręki dałem armii znak do wymarszu. Wyruszyć na wojnę z Zagładą na 10 dni przed terminem - rychło w czas, mocium panie. Miejmy nadzieję, że jednak nie będzie aż tak źle.





Noc życia (2010) - spacer maturzysty 2017-01-23

Wieczór, którego nigdy nie zapomnisz

Studniówka – maturzystom kojarzy się z największą imprezą w ich młodych życiach. Nikogo nie zwiodą     gustowne  garnitury ani dostojny szyk poloneza, gdy niebawem zacznie się wystrzałowy wieczór. Do białego rana  parkietowym szaleństwom nie będzie końca , a alkohol będzie płynął wartkim strumieniem w młode gardła na pohybel dorosłości. Naturalnie, jak to z młodymi bywa, wielu z przyszłych absolwentów pragnie wykorzystać ten czas do poskładania swoich skołatanych serc. Jednym z takich śmiałków był niejaki Karol, bohater „Nocy życia” z 2010 roku. Młodzian chce na powrót starać się o względy swojej byłej dziewczyny, co skutecznie wybija mu z głowy jej nowy wybranek. Ze złamanym sercem i krwawiącym nosem postanawia więc uciec z jaskini próżności i powłóczyć się nieco po mieście.
Nogi skierują go do ciemnych, brudnych zaścianków Warszawy, które nabierają życia dopiero po zmroku. Sceny w barze, na melinie i domu publicznym ociekają duszną, nieprzyjazną atmosferą. Dzięki bardzo dobrej grze aktorskiej Macieja Nawrockiego widz jest w stanie autentycznie zżyć się z głównym bohaterem, poczuć na własnym sercu jego ból i jednoczesną obojętność wobec spotykających go zdarzeń. Po nocnym mieście porusza się z podniesioną głową, ale i bez nadmiernego chojractwa. Napotykane postacie traktuje na równi z samym sobą, nie ocenia, nie potępia, nie prawi morałów.
Podczas seansu złapałem się na tym, że paradoksalnie najgorsze było dopiero na początku, gdy kamera nagle zmieniła obraz z kulturalnej imprezy w typową klubową popijawę, przy której wszystkie pozostałe lokacje wydały się bardziej przyjazne.
Za scenariuszem (i jednoczesną reżyserią) stoi Antoni Królikowski. „Noc życia” była jego nader udanym debiutem. Fabułę można podzielić na krótkie, odrębne historie złożone w jedną półgodzinną opowieść o enigmatycznej drodze młodego chłopaka, który zamiast płakać nad rozbitym związkiem woli ruszyć w „wielki świat”.
Postacie poboczne, odgrywane przez znanych polskich artystów (Bartłomiej Topa, Wojciech Mecwaldowski, czy Maciej Nowak), budują przyjemnie mroczny, nieraz wzruszający klimat, a zakończenie to swoista wisienka na dziwnym, lecz interesującym torcie.

To nie jest kolejne love story. Nie ma tu łez, wyrzeczeń czy pretensji. Nie spodziewajcie się pocieszenia, porad ala Coelho, ani lekcji życia. Wystarczy, że włączycie film i dacie się ponieść stopom Karola. On już was bezpiecznie poprowadzi.
To jak? Gotowi zdjąć buty?


Wesoły akcent z piątku 2017-01-22

Czas na uśmiech
Piątek, ostatnie ćwiczenia z gatunków dziennikarskich. Pani doktor znów odbiera niepokojące sygnały ze swojego smartfona, którego nie potrafiła za bardzo używać. Jak dotąd miała bowiem jeden, prosty telefon do dzwonienia i wysyłania wiadomości tekstowych. Służył jej przez kilkanaście lat, jednak w końcu i na niego przyszedł czas. W salonie dostała więc nowy, lecz dla niej zbyt zaawansowany.
Podczas wykladów i ćwiczeń przynajmniej raz dziennie słyszeliśmy kobiecy głos, dobywający się z maleńskiego urządzenia, oznajmiający o odebranej wiadomości od numeru [i tu padał ciąg dziewięciu znaków].
W końcu, z kapitulacyjnym grymasem na twarzy, pani doktor poprosiła jedną koleżankę o pomoc, aby pozbyć się natrętnej opcji. Powiedziała wówczas:

- No ja nie wiem, raz mi gada, raz nie gada!


Błyskawicznie, ku rozbawieniu całej grupy, doczekała się odpowiedzi jednego z kolegów:

- No to w końcu kobieta.

Cała sala wybuchła gromkim śmiechem. Dobry humor studentów udzielił się jednak również wykładowczyni, która z uśmiechem, ale i powagą, skwitowała ten niewinny żart słowami:

- Chce pan zdać ten egzamin? No, to bez takich szowinistycznych żartów, proszę!


Jasiek - bo tak miał na imię ów kolega - zaczerwienił się nagle, broniąc swojego zaliczenia z wymownym niepokojem na twarzy. Hah, gdybyście widzieli wtedy jego bezcenną minę, łączącą w sobie lekki strach i szczerą radość! Po skinieniach głowy i spojrzeniach pani doktor dało się zauważyć jej minimalną wiarę w szczerość obrony jej ucznia. Na całe szczęście nasza prowadząca jest miłą, sympatyczną osobą, która nie waha się okazywać emocji i z zapałem dzieli się swoimi pasjami, doświadczeniami czy wesołymi anegdotkami, toteż podeszła do sprawy z równoważnym dystansem.


Wilczy Szaniec II - Shitty Interactive 2017-01-18

Szczera (nie)recenzja

W swoim młodym życiu zetknąłem się z wieloma mniej lub bardziej grywalnymi produkcjami z różnych gatunków. Strategie turowe, RTS-y,  RPG-i, gry akcji, ścigałki, platformówki, a nawet strzelanki. Te ostatnie swego czasu odrzucałem już na starcie, jednak kultowe Outlaws zaczęło mnie z ich mechaniką oswajać. I tak zacząłem powoli nadrabiać zaległości, poznając pierwszego Far Cry'a czy drugowojenną trójcę Call of Duty (1, 2 & World at War). Wszystkie te tytuły łączyła jedna rzecz: były co najmniej dobre.
Dla kontrastu postanowiłem więc spróbować choć jednego, niedopracowanego, na kilometr cuchnącego łajnem programu. Z pomocą przyszło mi City Interactive i jego Wolfschanze II, niesławna kontynuacja FPS'a równie nieprzyjemnego w odbiorze, co bieganie dla stałego klienta KFC.

Uzbroiwszy się w niepochlebne recenzje, w pełnej świadomości nadchodzącej katorgi, odważnie wsunąłem do napędu płytę. I to nie byle jaką, bo zawierającą aż  5 "gier snajperskich wszechczasów". Na dysku zawarto takie perełki, jak  Mortyr 3, Rajd na Berlin, Snajper. Sztuka zwyciężania, Wolfschanze 2 oraz (ponoć całkiem niezłego) Sniper Ghost Warrior.
Po szybkiej instalacji i dwukrotnym wciśnięciu ikony programu, moim oczom ukazał się ekran tytułowy. Po lewej stronie logo gry i opcje wyboru, natomiast po prawej enigmatyczny żołdak z dziwnie wyszczerzonym grymasem na twarzy zdawał się uciekać przed widniejącym za nim wybuchem, dzierżąc pistolet w jednej i karabin w drugiej ręce. Zaczyna się, pomyślałem.

Wybrałem opcję nowej gry i tu dorwało mnie zaskoczenie (niejedyne, jak się później okazało). Otóż mogłem zagrać jedynie na niskim oraz średnim poziomie trudności. Co to ma być? Jeśli wśród wariantów jest "średni", to siłą rzeczy musi być również "wysoki"! No nic, pomyślałem, może to działa jak w Max Paynie i "wysoki" dostanę po skończeniu gry na tym nieszczęsnym "średniaku"? Tylko że w MP poziomy trudności odblokowywały się pojedynczo i wedle kolejności: łatwy - średni - trudny.
Dobra, może to tylko niewinne przeoczenie twórców. Biorę najwyższy z dostępnych i ruszam na misję!
Zanim jednak wykonam pierwsze zadanie, trzeba przeczytać tzw. briefing (albo, jak kto woli, odprawę). O ile zrozumiałbym jeszcze ścianę tekstu i w miarę logiczny opis głównego celu, o tyle tutaj daję głowę, że nikt nawet nie zadał sobie trudu sprawdzenia wyglądu całości. Nie dość, że tekst nie mieści się w grafice dziennika i wychodzi poza jego obszar, to jeszcze co i rusz brakuje w nim logiki. Wystarczy wymienić tu takie smaczki, jak "pieruńska prędkość" czy "dać klapsa w dziąsło" (sic!).

A jak prezentuje się rozgrywka? Zacznijmy od tego, że nic nie widać. Wokół jest ciemno jak w babcinej piwnicy a przeciwników bardzo trudno dotrzec, nawet wiedząc skąd jest się ostrzeliwanym. Pod klawiszem "x" mamy, co prawda latarkę, lecz nie dość, że oświetla wyłącznie mały obszar (realizm), to jeszcze w ogóle nie dostajemy informacji, że ją posiadamy (głupota). Ba! Nawet w opcjach sterowania nie ma pozycji "latarka"! Znikome pole działania przeszkadza w wymianie ognia oraz znajdywaniu obiektów misji.s Raz miałem  podłożyć ładunek wybuchowy pod ciężarówką i za Chiny Ludowe nie mogłem znaleźć słabo wyróżnionego miejsca dynamitu!
Wszechobecny mrok najbardziej daje się jednak we znaki przy prowadzeniu walk. Dokładnemu strzelaniu w głowę Szwabów (o których za chwilę) nie pomaga nagłe rozmazanie obrazu w chwili, gdy chcemy dokładniej przycelować. Kamera w jednej chwili traci ostrość, a tobie przychodzi się jeno łudzić, że zabijesz wroga.
Samo AI nie pozostaje w tyle. W "normalnych" grach tego typu oponenci padają od celnej serii w tułów, tudzież po idealnym strzale ze snajperki. Wolfschanze natomiast przedstawia nazistów jako nazdwyczaj wytrzymałych skurczybyków, których kilkanaście pocisków przyjętych na tors jedynie przewraca. Aby ich wyeliminować, trzeba namierzać  głowy, co przywodzi na myśl markę Resident Evil czy The Walking Dead, w której headshoty są podstawą przetrwania zombie-apokalipsy. W przeciwieństwie do umarlaków, Hitlerowcy są za to inteligentni i często rzucają nam kłody pod nogi (a właściwie granaty). Jednak  czasem a to cierpliwie w bezruchu czekają na śmierć, a to znienacka szarżują, by nas rozstrzelać face-to-face , co już takie mądre nie jest,
Autorzy mieli chyba świadomość, że wrogów nie będzie łatwo zabić, dlatego na krótkich odcinkach trasy umieścili checkpointy. Grę da się również zapisać manualnie w każdej sytuacji, z czego korzysta się tu najczęściej.

Wygląd poszczególnych postaci "fabuły" (ewidentnie pisanej na kolanie) pozostawia wiele do życzenia, a voice acting to czysty pokaz wciskania na siłę niemiecko-rosyjskiego akcentu do angielszczyzny. Podczas gry nasz bohater odwiedzi brzydkie, ponure i smutne lokacje. Nawet niemiecka posiadłość (choć najjaśniejsza ze wszystkich) została potraktowa w równie nieudolny sposób. Logika minimapy nie istnieje, mały punkcik wskazuje niby cel, ale nie jego dokładnie położenie. Często przychodziło mi się kręcić w tę i na zad, nie wiedząc czy mam iść wyżej, niżej, w lewo czy w prawo.

Przegniłą wisienką na tym zakalcu jest zakończenie tej żenady, którą ktoś przez pomyłkę nazwał grą. Nasz bohater wchodzi do gabinetu złego niemieckiego profesora, bierze go jako jeńca i ze swoim radzieckim kolegą (do tej pory nieobecnym) jadą windą, a po lewej przewija się krótka lista podpisów wszystkich partaczy, stojących za "sukcesem" Wolfschanze II. Po napisach grupka wychodzi z windy i zmierza do końca jakiegoś korytarza - koniec. No cóż, jakie Call of Duty, taki finał...
Napisałbym coś jeszcze w ramach podsumowania, ale myślę że moja obszerna (nie)recenzja w zupełności świadczy o szkaradzie, jaką stworzyło City Interactive. A co najgorsze, to dopiero wierzchołek góry lodowej z niechlubnej przeszłości polskiego studyjka...


Powidoki (2017) - artystyczny Smutek 2017-01-16

Nie jestem krytykiem filmowym.

Gdy w moim artystycznym sercu rozbudził się głód poznawania coraz to nowych dzieł kina, zacząłem przeklinać Boga za poskąpienie mi daru głębszego spojrzenia na wybitne obrazy. Co tydzień oglądam "Kinowy Ekspres", staram się nauczyć właściwego postrzegania filmów, ale mimo wszystko nie mam w sobie tej iskry, jaką posiada Jakub "Dem" Dębski. Staram się poukładać myśli, rzucić okiem z każdej strony i zawsze definitywnym szlifom tekstu towarzyszy miałki niedosyt: "I to tyle? Tylko na to cię stać?"
Po stokroć przepraszam więc za niniejszą recenzję z elementami przemyśleń, albowiem "Powidoki" z całą pewnością zasługują na lepszą relację z tego, co zdziałały w moim sercu.

Władysław Strzemiński - do tej pory to nazwisko było dla mnie tak obce jak kurz w portfelu dla polityka. Sprawdziłem więc, jak ostatni ignorant, co na jego temat powie mi Ciocia Wiki: polski malarz, teoretyk sztuki, publicysta, wykładowca łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych. Walczył podczas I wojny światowej, gdzie stracił nogę, rękę i wzrok w jednym oku. W latach 1948–1949 tworzył cykl obrazów solarystycznych, czyli opartych na plamach, jakie widzimy po spojrzeniu w słońce. Z rzeźbiarką Katarzyną Kobro miał córkę Nikę.
Jak dobrze wiecie, nie jestem malarzem. Nie potrafię rysować, kiepsko idzie mi szkicowanie czegoś innego niż graniastosłupy, a z plastyki w szkole ledwo wyciągałem 4. Dużo bardziej ciągnęło mnie do czytania i pisania, co stopniowo zbliżało mnie do realizowania się jako poeta. Choć jestem raczej szarawym gryzipiórkiem, niż aspirującym do czegoś większego natchnionym wieszczem IV RP, mój poetycki duch beczał jak niewinne dzieciątko przy "Powidokach". Cierpiałem, gdy Strzemiński cierpiał, upadałem, gdy i on tracił równowagę. Lwią część seansu na plecach czułem ostre jak brzytwa chłosty pręgierza za każdą nacjonalistyczną belką,  rzuconą pod kule bohatera. Nie będzie chyba przesadą, jeśli przyrównam jego życie w PRL-u do Drogi Krzyżowej. W ramach kary za niezłomne trzymanie się reguł prawdziwej wolnej sztuki, zwolniono go z pracy, wyrzucono ze związku artystów, "oczyszczono" przestrzeń społeczną z oznak artystycznej działalności, a wystawę obrazów jego studentów zrównano z podłogowym brudem. I we wszystkich tych momentach miałem łzy w oczach, nie mówiąc o znakomicie zrealizowanej scenie jego śmierci.
Duszę artysty, przez wybitne osiągnięcia wyniesioną ponad inne, niemal do reszty strzaskano. Ale ON wciąż szedł naprzód i nie dał się przekupić nawet, gdy w żołądku głód malował już własny obraz rozpaczy.

"Powidoki" to piękny, choć  smutny i, szczególnie dla artystów, bardzo osobisty film. Nie wiem, czy muszę napisać coś więcej, by zaprosić was na wycieczkę do pobliskich kin na seans. Jest zima, wokół śnieg, piach, błoto i lód, ale niech was to nie powstrzyma przed zobaczeniem pożegnalnego dzieła jednego z najwybitniejszych polskich reżyserów. Dziękuję, Panie Andrzeju, i niech Pan spoczywa w pokoju!


Tolerancja (nie) bez granic 2017-01-13

Zacznijmy od tego, że jestem tolerancyjny jak mogę...

Od początku istnienia aż po dziś dzień świat nieustannie parł naprzód. Mieliśmy szansę poznać tajemnice praw fizyki, zgłębiliśmy tablicę Mendelejewa, nieustannie pracujemy nad lekarstwem przeciwnowotworowym, a gdzieś tam, w kosmosie, krążą nasze machiny. Z każdym kroczkiem w przyszłość nabieraliśmy ochoty na coraz większe dokonania. Jednak wśród mniej i bardziej chwalebnych dokonań, wciąż nie potrafimy rozwiązać pozornie małych konfliktów. Jednym z nich jest chociażby homoseksualizm.
Są ludzie, którzy uważają to za zboczenie. Jeszcze inni powołują się na uwarunkowania genowe i przypisują zjawisku miano choroby. A niektórzy nienawidzą dla zasady, bo czemu nie?

Paradoksalnie, potępianiu związków partnerskich niemal zawsze towarzyszą hasła "Nie dla gejów" czy (nomen omen) "Pieprzyć pedałów!", a zapomina się już o lesbijkach. I to mnie właśnie zastanawia najbardziej. Jak dwie kobiety się całują, to są gorące, a jak czynią to chłopaki, to już ohyda? Podoba mi się ta logika! Ponadto, czy zwróciliście uwagę, że narodowiec gada ciągle o miłości między dwoma samcami? Najczęściej oburzenie wynika wówczas  z (podobno) nader częstych przypadków par gejowskich, które bezwstydnie obmacują się na ulicy. Co prawda ja sam częściej spotykałem takie zachowanie u par mieszanych, ale cóż ja mogę o tym wiedzieć, prawda? Przecież nigdy nie miałem dziewczyny, więc nie mam prawa głosu i takie tam...
Doprawdy, nie jestem w stanie pojąć o co chodzi tym wszystkim przeciwnikom "kochania inaczej". Na ogólnie przyjętej tolerancji każdy przecież skorzysta! Podczas gdy dwaj koledzy będą uczyć się biologii, prawdziwym twardzielom zostaną +2 "gniazdka", jeśli wiecie o czym mówię.   
No chyba, że ktoś przypomni sobie o kobietach, wówczas "hejty" dosięgną także je. Drogie lesbijki, wy pożądacie siebie nawzajem, bo nie znalazłyście jeszcze odpowiedniej "gałęzi", na której miło byłoby wam usiąść! Potrzebujecie jedynie dobrego "grzmocenia", a w mig zrozumiecie swoje głupie "przywiązanie" do partnerek!

Tak, jestem absolutnie tolerancyjny. Szanuję odmienność innych i w pełni akceptuję ich definicję szczęścia. Jeśli znajdują je w kimś z własnej płci, nie ma sprawy! ALE...

-Elvenoor, ty hipokryto! Mówisz, że jesteś z tym, "ok" i masz jakieś "ale"?! Ale są dwie, pomylony korniszonie! Chłopak-dziewczyna jedna rodzina!!!

Pozwólcie, że skończę. Tak więc, jest jedno "ALE". Szanuję, kibicuję, propsuję wszystkich szczęściarzy, którym przypadła niewola kupidyjska, bez względu na orientację. Jednak wolałbym, aby nie obnoszono się z tym publicznie. I mówiąc "publicznie" mam na myśli nie tylko ulicę i "świat zewnętrzny", lecz również przestrzeń internetu. Takie kanały jak Jakub Król nie powinny w ogóle istnieć.
Wspomniany przeze mnie jegomość nagrał jakiś czas temu szokujący film: Makijaż do szkoły DLA CHŁOPAKA. Spotkał się wówczas z mocną krytyką, którą z resztą podzielam. Przy całej tolerancji, nie jestem w stanie znieść widoku poniżenia tego biedaka. Bądźmy rozsądni, płeć brzydka powinna znać granice odpowiedniego zadbania o własny wizerunek. Makijaż na twarzy chłopaka z pewnością odbiłby się na facecie bolesnym rykoszetem. Nie tylko delikwent miałby "przerąbane" w szkole, ale przede wszystkim w każdym urzędzie. Nikt nie potraktowałby go poważnie również podczas rozmowy kwalifikacyjnej, bo make up u mężczyzny urąga ludzkiej przyzwoitości i godności.
Od momentu publikacji kontrowersyjnego filmu Jakub poszedł jeszcze dalej. Przed Sylwestrem do internetu wrzucił kolejną produkcję, tym razem z charakteryzacją na Nowy Rok. W mojej ocenie, jeszcze bardziej paskudny od poprzedniego.i do swoich filmów zaprosił chłopaka. Lekkie pocałunki szybko wznieciły potężną falę ognia, nie pozostawiając na nich niespopielonej nitki. Mimo ostrej dezaprobaty Jakub dalej "robi jutuby", więc w przyszłości spodziewać się możemy powolnej eskalacji w sposobach prezentacji jego odmienności.

Na koniec wróćmy jeszcze do "przedkrólowego" wątku. Oberwało się tam gejom, a przecież  rakieta powinna rąbnąć także w tych, którzy manifestują "normalność" miłości mieszanej. Drogie panie, drodzy panowie... Wyjmijcie języki z gęb waszych ukochanych, gdy siedzicie na ławce. A jak chcecie się poobmacywać, to weźcie pokój w hotelu albo jedźcie w las. Mój wzrok ledwo, bo ledwo, ale pozwoli wam trzymać się za ręce (ku boleści serca mego), ale wasze poczynania to wstyd i zgorszenie dla środowiska publicznego. Co ma zrobić przechodzień, który chce tylko spokojnie przejść z punktu "A" do punktu "B", a nie ma jak odwrócić wzroku?
Jeśli już tak bardzo macie wywalone na obecność innych, to mam dla was świetną propozycję: kamerki porno! Wiecie ile hajsu da się na tym zarobić? Wystarczy tylko "jechać z koksem" na wizji i voilla! Będzie spływać złotych krocie, by na strimie widzieć krocze! Tylko proszę, nie mówcie mi, że "obmacywanko" to nie to samo. Nawet nie wiecie w jak wielu głowach będziecie tego wieczoru pornosem nr 1.  


"Posolić herbatę" 2017-01-12

Już kubki smakowe na samą myśl bolą,
Gdy słodząc herbatę doprawisz ją solą
Miast cukru łyżeczki, a może i trzech,
Posolisz swój napój, łyk weźmiesz i...ech!
Miseczki podobne, zawartość bliźniacza,
A ilość przesadna twą zgubę oznacza!

Tak zepsuć angielski napitek wspaniały,
To zdrada i potwarz, plugastwo i czary!
Nie ujmę w języku jak straszny to grzech,
Bluźnierstwo i hańba, przekleństwo i pech!
Do ścieków popłynie mikstura krzepiąca,
Słonawa ambrozja, przyjemnie gorąca

Aż słów mi zabrakło z poczucia żenady
I więcej napisać już nie dałbym rady
Boleję wciąż nad tym, boleje i świat:
Na ludzką omylność lekarstwa dziś brak!


Ćwiczenie dziennikarskie nr 6 2017-01-11

Zdrobnienia i zgrubienia
 
Zimowe słońce zajrzało przez okienko i delikatnie musnęło mój policzek. Długo próbowałem zwlec się z łóżka, lecz nie pomogło nawet całopowierzchniowe okrycie grubym kołdrzyskiem. W końcu poddałem się narastającej temperaturze materiału i zsunąłem nogi na podłogę. Lewa poszła pierwsza - no oczywiście! Nie wierzyłem jednak w takie bzdetki, ubrałem się i poszedłem do kuchni.
 Postawiłem garnuszek z mlekiem na gazie i włączyłem radio. Akurat leciała moja ulubiona piosenka, toteż w dobrym nastroju zajrzałem do internetu. Znowu polityka i znowu wojna domowa w komentarzach. Ech, kiedy oni się wreszcie przestaną dzielić na PiS i KOD, skoro do wyboru mają wiele innych opcji? Zacząłem więc pospiesznie tłumaczyć im niskość i miałkość ich ptasich móżdżków. Emocje wrzały we mnie mocno, lecz szybko dołączyło do nich mleko. Nim dopadłem włącznika na kuchence, moje studenckie śniadanko zmieniło się w białą kałużę na płytkach. Cóż miałem zrobić? Wzruszając ramionami, złapałem za mopa. Po sprzątnięciu bałaganu spojrzałem na zegarek. Była 9:30 - zostało mi mało czasu. Mój skromny, choć dorosły żołądeczek dopominał się o jedzenie, jednak zamilkł na obietnicę sycącej paczuchy frytek na mieście.

Nogi zawiodły mnie na przystanek. Szczęście dnia powszedniego opuściło mnie ponownie, dopuszczając do mych uszu dźwięk tramwajowego dzwoneczka. I teraz czekaj, panie, na tym mrozie przez dwadzieścia minut! Dodatkowo w radiu mówili o grubych chmurzyskach smogu. No trudno, maseczki przeciwgazowej nie wziąłem, ale może jeszcze trochę pożyję. Nic to, tramwaj zajechał, czas wsiadać. Koniec wpadek na dziś? A skąd!
Już na kolejnym przystanku wśród nowych pasażerów znalazło się otyłe babsko z siatami w obu łapach.
I choć widać było gołym okiem, że w każdej ma tylko jedno pudełko po butach, jędza zaczęła domagać się miejsca siedzącego. Co ciekawe, na każdym krzesełku siedziała już jakaś babcia lub dziadek! Przedstawienie czas zacząć, pomyślałem, brakuje tylko popcornu.
Babiszcze darło się wniebogłosy, kłując mój słuch swoim piskliwym głosikiem, tak bardzo nie pasującym do jej sporej tuszy. W końcu, ku zdumieniu wszystkich, zaczęła szarpać jednego staruszka, więc zainterweniowałem. Postukałem ją lekko po ramieniu, próbując zwrócić na siebie uwagę, lecz w jednej chwili potężne lewe łapsko machnęło w tył. Pudełko rozerwało siatkę, uderzyło mnie w twarz i rozsypało na podłodze dziwny biały proszek. Ja zaś, zupełnie oszołomiony, upadłem na plecy. Oczy spowiła mi delikatna, jasna mgiełka.
Gdy się ocknąłem, usłyszałem dziwnie znajomą, kojącą melodyjkę. Dobiegała z leżącego obok telefonu. Budzik, oczywiście. Rzuciłem okiem na kalendarz: 13 stycznia. Piątek.
A więc to był tylko zły sen? Czyli właściwie nie ma się czego bać... CHYBA.


Sucharopodajnik#21 - Szybka czwórka 2017-01-10

1. Ojciec do syna:
- Synu, chcesz mieć fajną dupę na wieczór?
- No przecież!
- To se umyj...

2. Górale znaleźli czołg. Próbują wyciągnąć traktorem, ciągną, ciągną i nic. Próbują drugim traktorem, ciągną, ciągną i nic. Wzięli trzeci traktor, ciągną, ciągną i nic. W końcu podeszli do czołgu, otworzyli klapę....a tam Niemiec wciska hamulec :D

3. Synek pyta mamy:
- Mamo, a czemu kuzynce ciocia dała na imię Róża?
- Bo moja siostra bardzo lubiła kwiaty!
- A ty mamo, co lubiłaś?
- Oj, Wacuś, idź się lepiej pobawić :D

4. Żona do męża:
- Kochanie, jak nazwiemy naszego synka, gdy się urodzi?
- Tomasz.
- Tomasz? Czemu tak?
- Nie chciałaś w tyłek, to masz... :D


GryPamiętne#3 - Robin Hood: Legenda Sherwood 2017-01-09

"Chodź, pomacam cię moim cepikiem!"

Są takie gry, które zapadają w pamięć na długie lata. Niejednokrotnie wynika to ze wspomnień z dzieciństwa, kiedy to gry były lepsze, czasu nigdy nie brakowało, a słodycze i zabawki przyciągały nas do siebie jak magnes metal.
Nieświadomie czasy te zostały zapisane nie tylko w naszej pamięci, ale przede wszystkim na pudełkach z ówcześnie ogrywanych tytułów. Niedawno sam się o tym przekonałem, gdy odnalazłem płytkę z "Legendą Sherwood".

Ach, mój kochany "Robin Hood"! Aż dziw bierze, że minęło 15 lat od jego powstania, a mimo to wciąż do niego wracam co jakiś czas. Piękna muzyka, świetnie wyglądające miasta, zabawne odzywki bohaterów...No i ten fantastyczny klimat działania pod przykrywką!
Cyfrowe dziecko Spellbound Entertainment  nie tyle pokazało mi gatunek strategii taktycznych, co stworzyło pojemną skarbnicę na wspomnienia. Ale po kolei!
W grze sterowaliśmy Wesołą Kompanią, a naszym głównym celem było odzyskanie zdradziecko przejętych ziem w Locksley oraz powstrzymanie księcia Jana przed zdobyciem tronu. Pod dowództwo oddano nam zarówno znane i lubiane postacie główne, zwane przeze mnie "bohaterami" (tytułowy Robin, Lady Marion, Braciszek Tuck, Will Scarlet, Mały John) jak i zwykłych "żołdaków". Ci ostatni dzielili się na trzy typy: medyków z widłami, olbrzymów z maczugą oraz szermierzy-łuczników.
Każda postać charakteryzowała się innymi, choć często powtarzalnymi umiejętnościami.
Naszą bazę wypadową stanowiło Sherwood. W lesie mogliśmy ćwiczyć zdolności bojowe naszych podkomendnych, wyrabiać potrzebne im akcesoria i przygotowywać się do kolejnych misji. Każde zadanie ograniczało nas do maksymalnie pięciu postaci i nieraz wymagało wyboru sojusznika z odpowiednią zdolnością.

Do wykonywania zadań można było podejść w dowolny sposób. Chcieliśmy wybić całą załogę Szkarłatnym Willem? Nie ma sprawy! Pasowało nam ciche eliminowanie wrogów i bezszelesta infiltracja? Da się zrobić! Gra nie ograniczała nas w żaden sposób, choć mniejszy wskaźnik uśmierconych żołnierzy wpływał na przyrost większej liczby nowych rekrutów. Gdy jeden z naszych "bohaterów" padł, mogliśmy go błyskawicznie ocucić kosztem jednej z zebranych dotychczas koniczynek. Jeśli zginął "szarak", na jego miejsce błyskawicznie wchodził nowy z Sherwood.
Walka, mimo że wymagała jedynie klikania myszką i rysowania cięć, nierzadko stanowiła wyzwanie, zwłaszcza w przypadku kolesi z dwuręcznym mieczem oraz konnych jeźdźców z buławą. Do dziś przeklinam tę jednostkę za niepowstrzymaną szarżę, która w jednej chwili przewracała moich Kompanów.
Prócz głównej osi fabularnej, najwięcej przyjemności dawały misje poboczne, a więc napady na konwoje i poborców podatkowych. Im dalej w las, tym trudniejsza obstawa i cięższa droga do cichego wykonania akcji, jednak cała zabawa polegała właśnie na kombinowaniu. Kogo wysłać tym razem? Kim zająć się w pierwszej kolejności, aby jak odnieść jak najmniejsze straty w HP? Opcji było od groma!

Rozgrywka toczyła się w trybie izometrycznym, co zaowocowało przyjemnym w odbiorze  projektem otoczenia. Do każdej lokacji wracaliśmy przynajmniej raz (często również nocą). Były one na tyle proste, że nawet początkujący bardzo szybko zapamięta plan ścieżek we wszystkich miastach, lecz nawet mimo upływu lat cieszą oko szczegółową aranżacją. Muzyka idealnie komponuje się z tłem i bieżącymi wydarzeniami. Gdy spokojny ton zmieni się na przyspieszony, niepokąjący rytm, od razu wiemy, że ktoś nas zauważył (albo właśnie się obudził niedawno ogłuszony przeciwnik).
Jednk największą zaletą gry była - i nadal jest - bezbłędna polonizacja. Nigdy nie zapomnę tych charakterystycznych tekstów, pokroju "Pomacam cię moim cepikiem!" Scarleta czy "No, chodź malutki!", Małego Johna. Inne cytaty? Proszę bardzo:

Braciszek Tuck: "Of! Af! Taka gimnastyka może człowieka wykończyć!"
Łucznik-szermierz: "Zdecydowanie napiłbym się herbatki, co ty na to?"
Mały John: "Myślisz, że mnie skrzywdzisz skrzacie?"
Wrogi łucznik (śpiewa żonglując łabłkami): "Zielone jabłuszko rośnie sobie"
Żołnierze (po rzuceniu im sakiewki): "Czyżby coś mi się przywidziało?!" "Tak, to złoto!" , "Moje złoto!" , "Nie rusz mego złota!"

Warto wspomnieć również o jeszcze jednej małej rzeczy. Na terenie zamków często znajdowało się charakterystyczne małżeństwo konfidentów (często sklonowane), którym należało się zająć w pierwszej kolejności. Jeśli przypadkiem niezwiązana różowa damulka, tudzież granatowo odziany typ, zobaczył nas lub efekt naszych działań w postaci związanych/martwych wrogów...Cóż, mieliśmy przerąbane!
"Zmykam do domu","Straż! Tamtędy, jak mówię tamtędy" - to się jeszcze dało przełknąć. Ale kobiece oznaki histerii znosiło się o wiele gorzej:  "Zemdlał! POMOCY, POMÓŻCIE MI, PROSZĘ!", "Aaaaa, żołnierze! AAAAAAAA!" - i tak w koło Macieju.

Legenda Sherwood - stary komputer z Windowsem 98, dom dziadków zza obwodnicy, słoneczne, kolorowe lato, nieskrępowana wolność wakacji spędzanych z bratem i kuzynem. Zapiekane bułeczki z żółtym serem na śniadanie, przedpołudniowe spacery, ciepło wczorajszego słońca. A w przerwie po obiedzie partyjka w Robina, Age of Empires 2, trzecie "Hirołsy"... Te wszystkie wspomnienia wróciły za jednym spojrzeniem na okładkę pudełka z "Legendą Sherwood".
Nasuwa się tylko jedno pytanie: komu za to podziękować?







Co się stało w Ełku? 2017-01-02

I kto właściwie jest winien?

Jak zapewne wszyscy wiemy, w Ełku doszło ostatnio do zamieszek. Zostały one spowodowane morderstwem 21-latka. Wg najnowszych doniesień, chłopak wrzucił do baru petardę przez drzwi lub otwarte okno, a wcześniej chciał uciec z dwoma butelkami napoju. W wyniku awantury  został potraktowany nożem. Nie miał szans na przeżycie i zmarł w wyniku otrzymanych ran.

Najbardziej zaskakujące jest jednak to, co stało się nazajutrz. Kilkuset mieszkańców miasta, oprócz składania kwiatów i zniczy, zaczęło demolować lokal. Policja próbowała opanować sytuację, ale rozjuszonego tłumu to nie zatrzymało i oberwało się również drugiej placówce z tureckim żarciem.  Zamieszki rozgorzały na dobre, do akcji włączyła się nawet Żandarmeria Wojskowa. Sytuacja, na całe szczęście, już się uspokoiła, jednak we mnie nadal krew buzuje. Postanowiłem przelać swoje przemyślenia na elektroniczny papier i zadam wam pytanie:
Dlaczego do tego doszło?

Zacząłem myśleć, zastanawiać się nad niedawną ełcką rebelią i chyba już wiem. Zobaczcie: gdyby morderstwa dokonali Polacy, i to jeszcze w jakimś klubie czy innym pubie, nikt by się nie przejął na tyle, by zaraz ruszyć z pochodniami. Winnych ukarać, zamordowanego opłakać, znicze zostawić. Cały myk polega na tym, że czynu zabronionego dopuścili się obcokrajowcy - muzułmanie. To przechyliło czarę goryczy i rozsierdzony tłum zaszarżował na Bogu ducha winnego właściciela.
Co się dzieje? Do tej pory kebaby stały bezpiecznie obok innych barów i  nikt nie wybrzydzał. Szczerze współczuję wszystkim właścielom knajp z tureckim jadłem, zwłaszcza imigrantom, którzy przyjechali tu do normalnej, uczciwej pracy.
Sami powiedzcie, co ma zrobić pan Haci, który wraz z polską żoną prowadzi "Prince Kebab"? Jeszcze tydzień temu życie toczyło się normalnym tempem, a teraz przez sylwestrowy incydent, opinia społeczna równa go z ziemią, czyniąc z niego kolejnego terrorystę.

Ludziom jednak nie przemówisz. Wystarczy, że jeden z tłumu rzuci kamień, a reszta poczuje się swobodniej, by podążyć za złym przykładem. Zamieszki w Ełku to dzieło impulsu, gorąca krew i żądza zemsty na niewłaściwym człowieku. Zarzut zabójstwa usłyszeli już Tunezyjczyk i Algierczyk. Ten drugi nie przyznał się jeszcze do winy, choć cała sprawa nie jest jeszcze do końca zbadana. Zamordowany Daniel R. na miejscu zbrodni był razem z kolegą. Jak się okazuje, obaj byli już karani za groźby i rozbój. Czyżby i tym razem chłopaki chciały narazić się prawu?

W mojej ocenie ofiara sama jest sobie winna. Tak, zajście trzeba wyjaśnić, a  mordercę ukarać. Jednak wszystko przybrałoby zupełnie inny obrót, gdyby nie głupia szczenięca myśl o bezczelnym zachowaniu. Kradzież i petarda z pewnością sprowokowały znajdujących się tam obcokrajowców, co popchnęło ich do jednak zbyt  radykalnego, niczym nieusprawiedliowionego czynu.
Tak jak bezczelność nie daje przyzwolenia na mord, tak sam incydent nie przyzwala kilkuset (obcym dla ofiary) ludziom na nieograniczoną demolkę i zakłócanie porządku, prowokowanych strachem przez islamskim terrorem.
Nie boję się muzułmanów. Nie boję się niespodziewanych zamachów. Moje serce drży z przerażenia za każdym razem, gdy chodzę między innymi, zdałoby się mądrymi i dojrzałymi ludźmi. Spoglądając na zdjęcia z noworocznych zajść w Ełku, poczcucie bezpieczeństwa opuszcza mnie bezpowrotnie. Paradoks, czyż nie? Boimy się "ciapatych", choć prawdziwe niebezpieczeństwo możemy zgotować sami sobie. Witamy w Polsce...


Call of Duty: World at War - filmowa rozwałka 2017-01-01

Wojna skryptem malowana

Jedni poszli na Sylwestra do znajomych, drudzy bawili się we własnych domach, a jeszcze inni woleli zagrać w grę. Ja natomiast dołączyłem do trzeciej grupy, ze względu na niedokończone porachunki z produkcją studia Treyarch - Call of Duty: World at War.

Na wstępie od razu zaznaczę: do tej pory zetknąłem się jedynie z pierwszą i drugą odsłoną tej znamienitej serii pierwszoosobowych strzelanin. "Jedynka" wraz z dodatkiem zaoferowała mi niezwykłe doznania z walki na frontach drugiej wojny światowej. Każda misja ciekawie pomyślanych  kampanii brytyjskiej, amerykańskiej i rosyjskiej przyciągała już od samego początku ich trwania. W dodatku miłośnicy kina. Mnie osobiście zaskoczył wtęp do bitwy o Stalingrad, gdzie wychodząc z łódki na brzeg otrzymałem jedynie amunicję. Towarzysze broni ginęli  wokół mnie od  tysiąca świszczących w powietrzu kul, dając ledwie cień szansy na skrycie się za wrakiem samochodu. Innym razem w zimowych, nieprzyjemnych warunkach trzeba było zdobyć niemieckie okopy i desperacko bronić się przed szwabską nawałą czołgów, by z uśmiechem na ustach i radością w sercu przyjąć sojuszniczy nalot prosto na ich blaszane łby. Wszystkiemu przygrywała dynamiczna, świetnie dopasowana muzyka, lecz o wiele bardziej na zmysły oddziaływały same dźwięki, choćby charakterystyczne "ping" przy karabinie M1 Garand.
Dwójkę, z przyczyn zmiany użytkowanego komputera, przerwałem gdzieś w połowie. Bawiłem się równie dobrze, co przy części pierwszej, jednak moje wszelkie próby późniejszego włączenia gry na systemie Windows 10 spełzły na niczym. Cóż zrobić, miałem tylko jedno wyjście: spróbować ostatniej, jak dotąd, gry o tematyce drugiej wojny światowej spod szyldu Activision.

World at War to wyśmienity feeling strzelania, doskonale zrealizowane skrypty, świetne wstawki filmowe przed misją, dynamika i płynność akcji oraz, stojąca wciąż na wysokim poziomie, ścieżka audio. Same kampanie nie odbiegają od tego, co znamy z poprzednich gier z serii. Po ukończeniu całego "singla" dostajemy bonusowy etap ze strzelaniem do Nazi Zombie, który to tryb zawitał na stałe do każdej kolejnej produkcji, sygnowanej marką Call of Duty.
Świat na Wojnie całkowicie spotęgował moje odczucia z dwóch poprzednich "pecetowych" odsłon.
Jeszcze długo będę pamiętać morderczy szturm na Reichstag w misji "Serce Rzeszy" czy walkę o przetrwanie podczas lądowania na otwartym morzu w  "Black Cat" (strzelanie z działka samolotu w rytm wartkiej muzyki - poezja!)
Żałuję jedynie braku jakiejkolwiek konsoli, albowiem na platformy Playstation oraz XBOX ukazały się dodatkowo CoD 2: Big Red One oraz CoD 3. Z kolei produkcje opiewające na konflikty futyrystyczne bądź współczesne jakoś mało mnie interesują (choć podobno Modern Warfare i Black Ops są całkiem niezłe).

Dziś wielu fanów załamuje ręce, gdy widzą kierunek w jakim seria prowadzona jest przez jej dystrybutora, dojarkę Activision. Od paru lat co roku wychodzi nowa, coraz wymyślniejsza część. W minionym roku mieliśmy rejs w kosmos z Infinite Warfare (choć konkurencyjny Battlefield postawił na pierwszą wojnę światową, co okazało się strzałem w dziesiątkę). Wcześniej gracze otrzymali Black Ops 3, Advanced Warfare czy Ghosts, a drugiej wojny ani widu, ani słychu już od 9 lat! Nadzieja do końca nie wygasła, bo wedle nieoficjalnych zapowiedzi, następny "CoD" powróci do XX wieku, a konkretniej do Wietnamu. Na dokładniejsze informacje będziemy musieli jednak trochę poczekać.







Bilans Elvenoora - 2016/2017 2017-01-01

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO W NOWYM ROKU !!!

Z głośników płynie muzyka, zimna cola pieni się w szklance po mojej prawicy, a na zewnątrz słychać strzały (na szczęście nie smoleńskie).
Tradycyjnie nadszedł dla wszystkich czas podsumowań minionych 366 dni. Jak je wykorzystaliśmy? Czy jesteśmy zadowoleni z naszej obecnej sytuacji? Co byśmy zmienili? W czym zabłysnęliśmy, a gdzie daliśmy ciała?  

Rok 2016 zastał mnie w nieprzyjemnym nastroju. Od zajęć na Politechnice (serdeczne "nie pozdrawiam" dla profesorów) dostawałem szału. Każdego dnia dusiłem się w stęchliźnie rzeszowskiego powietrza, więc postanowiłem uciec stamtąd czym prędzej. Od połowy stycznia praktycznie do maja zajmowałem się nauką do matury uzupełniającej oraz porządkami domowymi. Te nieoczekiwane "wakacje" dobrze mi zrobiły, pozwoliły poukładać myśli i doprowadzić nerwy do porządku. Niepostrzeżenie nadszedł maj, czyli matury. Napisałem wszystkie egzaminy, za wyjątkiem historii. Nie wiem skąd przyszło mi do głowy, że ten z historii rozszerzonej będzie o 14:00, ale już o 9:00 dostałem telefon. Mieli na mnie czekać jeszcze 5 minut, a jeśli nie, to do 12:00 miałem czas na doniesienie zwolnienia lekarskiego, żeby móc pisać maturę w czerwcu. O 9:00 byłem już na nogach, ale dojście do szkoły nie wchodziło w grę, lekarz natomiast również odpadał - nie miałem kasy na prywatną wizytę. A poza tym, gdzie ja załatwię na szybko doktora i to jeszcze tego samego dnia przed południem?
No nic, historia poszła się walić. 70% z anglika rozszerzonego mnie zadowoliło, ale zaskoczyły mnie polski i WOS. Z "polaka" ledwie 35% (!), choć spodziewałem się więcej, a WOS (mimo przeczucia rychłej porażki) zdałem na procent 55 (!!).
Po maturze dodatkowej nadszedł błogi czas kolejnych wakacji (jakby tamte się skończyły). W międzyczasie trzeba było wybrać kandydatów, a wreszcie laureata "Studiów Mojego Życia", czego owocem jest, widniejąca w moich dokumentach, legitymacja studencka Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza-Modrzewskiego w Krakowie.
Te studia nareszcie coś mi dają. Względnie normalni, przyjaźni uczniom wykładowcy, przyjemna atmosfera, przedmioty do ogarnięcia, no i mam ukraińskiego kumpla. Jedynie do sesji trzeba wytrwać, a będzie niełatwo: po Nowym Roku muszę zabrać się za kręcenie krótkiego filmu "Projekt-Praca" na zaliczenie z dziennikarskich źródeł informacji, a do zdania społeczeństwa informacyjnego należy zaliczyć test e-learningowy. Wielokrotnego wyboru. 15 pytań/15 minut. Z jedynie trzema próbami podejścia do egzaminu. Mi zostały jeszcze dwie, choć pani doktor może ulgowo przyznać nam jeszcze jedno podejście.

Ideologia totalitarna została we mnie podtrzymana, a pragnienie osiągnięcia władzy nad ludzkim życiem jeszcze się wzmogło. Do ucieczki z tego świata już mnie tak bardzo nie ciągnie, ale nadal wykorzystałbym każdą okazję na bezbolesne przekroczenie granicy wymiarów między Życiem a Potępieniem. Póki takowa nie nadejdzie, póty muszę jakoś żyć.
Relacje interpersonalne? Cóż...Ledwo przed końcem 2015 roku ponowiłem znajomość z Karoliną, by w pierwszym kwartale 2016 rozstać się z nią na dobre. Nadal uważam, że spośród wszystkich znajomości ona była wyjątkowa. Co się stało, to się nie odstanie. Wiem natomiast jedno: nasza relacja została popsuta przeze mnie i moją niepohamowaną zazdrość. Ona nie uczyniła niczego, co mogłoby doprowadzić do rozpadu tego "związku dusz". W dodatku oboje nie mogliśmy się doczekać wakacji. Szczególnie teraz, gdy mam stancję w Krakowie, doszłoby ono do skutku. Żałuję niepomiernie, ale nie odważę się znowu Cię przeprosić, Pernelle. Skończyłoby się to, jak przeczuwam, dokładnie tak samo, jak zawsze. Tak jak było z Kejt, choć tu relacja polegała na czymś zupełnie innym.
Na tej właśnie podstawię mam prawo podtrzymywać swoje zdanie na temat "miłości".
A propos wspomnianej Kejt, nieoczekiwanie dla mnie (po niemal rocznej przerwie) wznowiliśmy kontakt. Cóż, w końcu to moja zaginiona siostra bliźniaczka, więc nie dziwota, że się jej łatwo nie pozbędę ;)

Plany na ten rok? Tylko trzy: zaliczyć pierwsze dwa semestry na KA, założyć kanał na YT, by zacząć nagrywać  oraz wydać swój pierwszy tomik poezji. Mam już nawet dobrą nazwę: "Między Ziemią a Piekłem". W pierwszej części umieszczę jakieś lżejsze, humorystyczne wierszyki, a drugą poświęcę w całości na swoje  osobiste, bardziej filozoficzne dzieła ostatnich lat (oczywiście tylko te odpowiednie).

Na sam koniec podrzucam wam statystyki mojego bloga z obecnego/poprzedniego roku. Nie ukrywam, że jestem dumny z naszej pracy, za co serdecznie dziękuję każdemu z was, niezależnie czy lubicie bardziej moje przemyślenia, wiersze czy recenzje. Do każdego wpisu podchodzę niezwykle poważnie i dbam o to, by dostarczać wam jak najlepsze treści.
No, to zobaczmy czego dokonaliśmy (liczniki wskazują łączną liczbę od początku blogowania):
Notki: 560 / 361 -> przybyło 200 wpisów!
Komentarze: 506 / 255 -> 251 komentarzy na plus!
Księga Gosci: 7 / 5 -> 2 nowe pamiątki - zapraszam do częstszych zapisów!
Odwiedzin: 91 474 /  41 398-> 50 076 wyświetleń / 366 dni = 136,81  =  średnio ok. 137  czytelników na dzień! Nice! Oby tak dalej, a w tym roku z pewnością wspólnie dobijemy do 100 tysięcy!







e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]