Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

"ZaKODowany Patriota" 2016-12-31

Za milijon kocham i cierpię katuszę,
Bo do koryta po roku znów dorwać się muszę,
Bo milijon mnie nęci, bo kusi tak mocno,
Że w nocy mi nawet nie daje odpocząć,
I siedzieć w robocie musimy na zmiany,
I krzyczeć, i jęczeć, że Polskę wspieramy,
Że wredny Król-Prezes, Jarosław Plugawy,
Sam rządzi narodem, choć zły jest i stary

Nie można tak dalej, to godzi w sumienie,
Bo walka z nierządem jest ciężkim brzemieniem,
Dlatego, rodacy, o wsparcie was prosim,
By ulżyć nam nieco brak wygód dziś znosić,
Aż w końcu nadejdzie dzień sądu dla PiS-u,
Prawości zbawienie i koniec kryzysu!
W nas siła, ojczyzno, czas podjąć wybory,
Bo dostać już chcemy od państwa milijony!


The Dark Eye: Chains of Satinav - jak w bajce! 2016-12-30

Dawno, dawno temu, w krainie Andergast...

Przygodówki to specyficzny gatunek gier, w którym najważniejszą rolę pełni opowiadana historia. Zżywamy się z głównym bohaterem, odwiedzając ciekawe miejsca, poznając interesujące postaci i rozwijając warstwę fabularną. Rozgrywka bardzo często sprowadza się wtedy do standardowych mechanik znajdowania przedmiotów oraz (często niekonwencjonalnego) kombinowania nad rozwiązaniem kolejnych problemów.
W tak przedstawiony obraz przygodówek wpisuje się The Dark Eye: Chains of Satinav (w Polsce znana jako Klątwa Wron). Za jej powstaniem stoją programiści z Daedalic Entertainment. To niemieckie studio odpowiedzialne jest m. in za serię Deponia, a zatem mamy gwarancję wysokiej jakości.

Gra wita nas śliczną, ręcznie rysowaną grafiką. Zarówno sylwetki bohaterów jak i poszczególne elementy otoczenia obfitują w bogate szczegóły. Jedynie wygląd głównego bohatera może odstraszać, ale idzie się do niego przyzwyczaić. Oprawie wizualnej towarzyszy równie przyjemny soundtrack, adekwatnie dopasowany do każdej sytuacji. Szczególną uwagę poświęcić należy ścieżce muzycznej z głównego menu, która miło pieści ucho.
Przez całą rozgrywkę towarzyszyło mi wrażenie uczestnictwa w jednej z najpiękniejszych bajek, jakie kiedykolwiek słyszałem. Każdy z napotykanych przeze mnie bohaterów zyskał miejsce w moim sercu za sprawą dobrze napisanych dialogów i znakomitego voice actingu. Aktorzy naprawdę się postarali i włożyli w odgrywane przez siebie postacie 100% swoich możliwości.
W nasze ręce oddany zostaje los dziewiętnastoletniego łowcy ptaków, Gerona. Niegdyś, podczas palenia na stosie złowrogiego czarownika, skazaniec przepowiedział mu przyczynienie się do upadku  królestwa Andergast i śmierci jego mieszkańców. Jakby tego było mało, kraj ogarnęła plaga wron, a ludzie zaczęli ginąć. Czyżby Wróż powrócił, a jego klątwa zaczęła się spełniać? Kluczem do odpowiedzi zdają się tkwić w tajemniczej magii Nimf i sympatycznej, choć nieco roztargnionej Nuri...
Cała historia opisana została w pięciu rozdziałach, oddzielonych między sobą krótkimi przerywnikami. Fabuła jest wciągająca, utrzymana w atmosferze prawdziwej, nieraz dramatycznej baśni. Stety-niestety jej dalsze poznawanie wiąże się z koniecznością główkowania.

Mimo klimatycznej aranżacji świata i dobrego scenariusza, nie można zapomnieć o rozgrywce. Choć polega ona jedynie na szukaniu przedmiotów i planowaniu ich sensownego wykorzystania, nad niemałą częścią zadań spędzić można długie godziny. Rozwiązania są spójne i pozornie oczywiste, jednak nie raz i nie dwa sporo się trzeba nagłowić, by w ogóle na nie wpaść. Podpowiedzi tutaj praktycznie nie istnieją. Teoretycznie zawsze można je włączyć w ustawieniach, ale ograniczają się tylko do pokazania nam interaktywnych obiektów otoczenia. Taki system pomaga nie przegapić żadnego elementu, choć czasem natrafimy na obiekt, który do niczego nam się nie przyda.
Chains of Satinav wprowadza od siebie motyw specjalnych zdolności bohaterów. Geron potrafi na odległość niszczyć cele, a Nuri (dysponując wszystkimi częściami) może je reperować. Ponadto, gdy chcemy niewłaściwie użyć danego przedmiotu, raczeni jesteśmy unikalnym komentarzem postaci. Mała pierdółka, ale jak najbardziej na plus.

Czyniąc długą recenzję krótką: jeśli chcecie przeżyć niezapomnianą przygodę, poznać wciągającą historię i zapadających w serce bohaterów, a do tego macie cały długi wieczór na intensywne główkowanie, Klątwa Wron będzie dla was świetną propozycją. A jeśli zagadki zbyt długo zatrzymają was w jednym miejscu i odechce wam się grać, pamiętajcie: wujek Google waszym przyjacielem!







Polarny Expres (2004) - Bilet do magii 2016-12-26

B E L I E V E

Nasz rodzimy wieszcz Adam Mickiewicz (szczególnie uwielbiany przez maturzystów) pisał niegdyś, że "najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Dziś stwierdzilibyśmy sprzeczność tych słów, bo np. taki Mikołaj nie istnieje, to tylko bajka opowiadana dzieciom z pokolenia na pokolenie, prawda?
Chris myślał podobnie. Na każdym kroku widział tę sztuczność, pięknie opakowaną w legendę o miłym, pulchnym dziadku w czerwonych szatach. I gdy był już niemal całkowicie pewien, za oknem usłyszał gwizd lokomotywy. Tak zaczęła się jego niezapomniana przygoda, która odmieniła go na zawsze.
"Polarny Expres" ma już 12 lat, a wciąż przyciąga do siebie genialną atmosferą, uroczą oprawą wizualną, bardzo dobrym dubbingiem  oraz przede wszystkim pamiętną ścieżką dźwiękową. Raz za razem wymieniam chusteczki, gdy słyszę "Wysyłam prośbę swą", wykonaną niewinnym, smutnym głosem, tak doskonale pasującym do postaci chłopca z biednej rodziny.
"Expres" to piękna, wzruszająca podróż przez zimową noc. W jej trakcie wspólnie z bohaterem będziemy na nowo uczyć się dostrzegać to, co zobaczyć można jedynie ufnym sercem. Chociaż nasz bohater miał szansę przekonać się o tym na własne oczy, nas samych prowadzić będzie jego przykład.


Jasne, nie można tego filmu brać dosłownie. W końcu zaraz po Świętach czeka nas powrót do tzw. normalności.Ba, niektórzy w ogóle nie mają czasu cieszyć się bożonarodzeniową atmosferą z racji ciągłej pracy. Przecież tramwaje ktoś musi prowadzić, a biedak ze złamaną nogą sam się nie poskłada. Nie każdy może pozwolić sobie na luksus rodzinnego świętowania. Brutalna rzeczywistość ściąga nas z galaktyki marzeń na twardą ziemię żeliwnym łańcuchem. Jesteśmy do niej uwiązani jak pies do sterty desek, którą ktoś nazwał naszym domem.
Jednak nikt nie zabroni nam zamknąć oczu, by choć przez chwilę wejść w nieco lepszą rzeczywistość. Tym właśnie jest mocno niedoceniana, wzruszająca animacja z 2004 roku - ucieczką do dziecięcej fantazji, która podtrzymywała w naszych sercach ognisko wiary. Chrzęst śniegu pod naszymi stopami, błyszczące gwiazdy na czubkach przystrojonych choinek i ta nieustanna nadzieja na ukochany prezent, przelewana w słowach listu do Mikołaja.
Rzeczywistość jest zwykłą szmatą. Lecz czy musi tak paskudnie wyglądać, skoro to my ją kreujemy?







Samotność na Święta? 2016-12-25

Naszło mnie wczoraj, tak jakoś...

Od dwudziestu jeden lat chodzę po tym świecie. Od dwudziestu jeden lat spędzam Święta z rodziną. Od momentu osiągnięcia w miarę ogarniętej dojrzałości fizyczno-psychocznej dostrzegam piękno Bożego Narodzenia, kryjącego się w dwóch Wigiliach jednocześnie. Przed południem zajechać do jednych dziadków, potem do drugich i jakoś to się kręci.
Niestety to nie będzie działać wiecznie. Jeden z dziadków zmarł rok temu, na samym początku listopada. Nie wiem jak wiele czasu pozostało rodzinie "z miasta" i babci "zza obwodnicy", ale niezbadane są wyroki Losu. A gdzie ja wtedy będę?

Zapewne ukończę już Akademię Krakowską, zdam licencjat i będę się przymierzał do jakiejś magisterki. Może nawet zacznę już zaocznie pierwszy rok, w międzyczasie debiutując na rynku pracy. Jeśli wówczas czegoś nie wymyślę, jeśli do tej pory nie znajdę potencjalnej kandydatki na żonę, z każdym kolejnym rokiem zacznie rosnąć ryzyko spędzenia samotnych Świąt.
Mogę być sam, iść przez życie w pojedynkę, liczyć tylko na własne siły, umiejętności i szczęście, jednak grudzień to bardzo niewdzięczny czas. Hojnie wynagradza tych, co mają rodziny i dotkliwie rani wszystkich samotnych wilków, stare panny i zdziadziałych kawalerów.
Rodzice, jasne. Zawsze to lepsze niż nic. Ale pewnego dnia oni także udadzą się do krainy "wiecznych łowów" i co wtedy?

Wigilia, całe rodziny przy suto zastawionych stołach śpiewają kolędy, rozmawiają, żartują, cieszą się z życia. Jakże mi strasznie żal tych wszystkich, którzy nie mają nikogo do wspólnej celebracji tego wyjątkowego czasu. Są takie chwile w życiu, w których nikt nie powinien być sam!  
Wtedy dociera do ciebie smutna prawda: nie ma (już) nikogo, kto cię kocha, komu na tobie zależy, kto ci naprawdę dobrze życzy. Nikogo, kto przejąłby się twoją śmiercią bardziej, niż "To był dobry człowiek, no szkoda go, ale cóż..."
Wyobrażam sobie jak to wyglądałoby u mnie: mała kawalerka, wszędzie wygaszone światła i tylko ja w swojej ciasnej kuchni siedzę przy pojedynczej świecy, spożywając kolację. Wesołych Świąt, Mateusz! Dużo zdrowia, szczęścia, powodzenia w życiu prywatnym i zawodowym....
Pisałem nieraz, że w miłość w związkach nie wierzę - to się zgadza. Lecz przecież ludzie nie żenią się dziś tylko z miłości, prawda? Z całą pewnością znalazłbym przynajmniej jedną taką, która po prostu chciałaby mieć własną rodzinę. Dom, praca, dzieci, mąż, takie typowe pierdółki. Ja przedłużyłbym gatunek, podtrzymałbym nazwisko aż do następnego pokolenia. Ona dostałaby namacalną pomoc partnera życiowego. Zdaję sobie sprawę, że taka "zgodność interesów" męża i żony miałaby szansę niepowodzenia. Ale czy nie warto byłoby spróbować?
Ja mógłbym jej wtedy zapewnić wszystko: dach nad głową, pieniądze, wsparcie na każdej płaszczyźnie i takie tam. Guzik by mnie obchodziło, czy kochałaby mnie, czy nie. Zadanie wykonane: rodzina założona, kobita u boku jest, wszystko gra.

Gdybym był Bogiem, nie skazywałbym ludzi na jakieś przestarzałe "ognie piekielne". Najgorszą karą dla człowieka byłoby niekończące się spędzanie samotnej wieczerzy świątecznej. Przerażająca, smutna wizja...Tak bardzo chcę od niej uciec, tak mocno pragnę uniemożliwić jej spełnienia, że jestem gotów na wszystko.
Jeśli więc wśród moich czytelniczek znajduje się choć jedna, która myśli podobnie, nie wahaj się, napisz do mnie na maila. Omówimy warunki, na których opierałaby się nasza relacja. Jednego bądź pewna: cokolwiek się nie zdarzy, Święta kolejnych lat nigdy już nie będą dla nas samotne.


Świątecznych Życzeń Czas! 2016-12-24

Wesołych Świąt!

Dziś nastał wreszcie upragniony czas, tak długo wyczekiwany przez każdego pracownika, studenta i ucznia. Z okazji Świąt Bożego Narodzenia na Wasze ręce składam jak najpiękniejsze życzenia. Niechaj zdrowie nie opuszcza Was zbyt często, bo bez tego trudno spełniać marzenia. Spełniajcie się w życiu prywatnym i zawodzie, ale zachowajcie zdrowy rozsądek - romantyzm może i jest piękny, lecz dziś niepraktyczny ;)

Niechaj pieniędzy w portfelu nigdy nie zabraknie - niby życie nie polega tylko na bogaceniu się, a jednak bez mamony nikt niczego nie osiągnie. Pozwolę sobie nawet zacytować prof. Gędka z Politechniki Rzeszowskiej: "Pomyślcie Państwo, gdyby to nie pieniądze rządziły światem, to co by je zastąpiło?"

Wszystkim Poetkom i Poetom (a takowych jest na e-blogach niemało) błogosławię, aby wena i zapał do tworzenia wciąż nowych dzieł nigdy nie pozostawiały Was samych. Bez pisania żyć się nie da, poeta musi przelać na wirtualny papier swoją radość, pasję, gniew, zawiść czy smutek.

Koordynatorom e-blogów życzę natomiast, aby nie pozostawiali ich dziecka samemu sobie. Obserwuję coraz większy spam blogów reklamowych oraz obcojęzycznych i nie mogę wciąż pogodzić się z tak niskim upadkiem najlepiej integrującej blogerów platformy. Nabierzcie rozwagi, mili Państwo, przejrzyjcie na oczy!

Chociaż jedni powiedzieliby, że okres świąteczny jest co roku taki sam, chociaż pytaliby o sens ciągłego pieczenia placków i jeżdżenia po rodzinach, to i tak nie jesteśmy w stanie zatrzymać bożonarodzeniowej atmosfery. Chodzi o to, aby poddać się jej, choć przez jeden dzień ukoić nerwy i otworzyć na bliskich.
Tego wszystkiego, i jeszcze więcej, życzy wam wasz ulubiony bloger, jedyny i niepowtarzalny (cóż za skromność!)
Zwi@dowca Elvenoor








Kill Bill 1&2 (2003/2004) - sztuka zabijania 2016-12-22

"Zasłużyła sobie na zemstę. A my zasługujemy na śmierć"

Quentin Tarantino jest istnym geniuszem współeczesnej kinematografii. Wniósł on do branży swój specyficzny styl  przedstawiania historii oraz kreowania scenerii walk. Przesadne krwawienia, odrąbane kończyny czy głowy soczyście eksplodujące po headshocie stanowią jego wizytówkę.

Kill Bill, czwarty film tego znamienitego malarza to idealny przykład na to, jak świetny obraz namalować można krwistą siekaniną samurajskim mieczem. Produkcja ta wynosi zwykłą "zabij-drakę" do rangi sztuki. Oto podczas ślubu zostają wymordowani wszyscy uczestnicy ślubnej próby. Udaje się przeżyć jedynie młodej blondynce, która przez 4 lata przebywa w śpiączce. W końcu budzi się w mało komfortowych warunkach, by zaplanować zemstę na jej byłych wspólnikach, którzy dopuścili się białej masakry.
Część pierwsza z mocnego kopa wywarza przed nami bramy do historii Czarnej Mamby, gdy zaraz po wyjściu ze szpitala dochodzi do konfrontacji z pierwszym (a chronologicznie drugim) z winowajców. Wraz z bohaterką, za pomocą szybkich cięć, będziemy przemieszczać się z jednego miejsca w drugie, aż do finałowej konfrontacji z O-Ren Ishii.
Sama prezentacja głównej antagonistki pierwszej części przeszła już do legendy. Głęboko w serce wpada scena odrąbania głowy przy stole obrad Triady, wejście O-Ren do restauracji (spowolnione tempo, dymanicznie groźna muzyka i zbliżenia na twarze wrogów) oraz totalna demolka podczas odpierania fal kolesi z mieczami.
Jednak najjaśniej lśni ostateczny pojedynek na śniegu. Biały strój rywalki Czarnej Mamby kontrastuje z szybkością jej ciosów i szkarłatem krwi, jaki zostawia po sobie jej miecz. Czy wspominałem już, że ten film jest prawdziwą sztuką?
Co ciekawe, mimo nagłego zwrotu akcji (swoistego cliffhangera, który sprawia, że chcesz jak najszybciej poznać kolejną część), spotykam się z opinią, że na tym pieśń zemsty mogłaby się skończyć. Dlaczego?

Rok po "jedynce" ukazała się "dwójka". Tym razem nieco spokojniejsza, mniej artystyczna jak jej poprzedniczka. Poznajemy zaplecze fabularne masakry w kościele, pojawia się także sam Bill (w tej roli fenomenalny śp. David Carradine), którego postać jest jednym z najsympatyczniejszych "złych kolesi". Sztuką jest takie napisanie postaci, byś zdążył polubić daną postać i jednocześnie żałował jej śmierci - scenarzystom z Kill Billa się to jednak udało. Wszystkie jego rozmowy z główną bohaterką mają głębszy, bardziej mentalny wymiar (nigdy nie zapomnę monologu o super bohaterach). A jego śmierć? Spodziewałem się zapowiadanej przez niego finałowej walki o świcie na piasku. W zamian otrzymałem mniej spektakularną, lecz jeszcze lepszą scenę, przy której uroniłem niejedną łzę.
Ale ale, tak się rozpisuję o Billu, a przecież po drodze do jego willi trzeba było zabić jeszcze dwie osoby, jednak w mojej ocenie nie były to warte zapamiętania sceny. Choć oryginalne, mające pomysł na siebie, to jednak nie oczarowały mnie zbyt mocno. Wyjątek stanowi tu etap szkolenia u surowego Mistrza Pai-Mei.

Jeśli jeszcze nie widzieliście, rezerwujcie sobie czas. Najlepiej gdy obejrzycie obie części jedna za drugą, choć już po pierwszej zafundujecie sobie niezapomniane przeżycie.


J. Delaney - Kroniki Wardstone. Klątwa z przeszłości 2016-12-22

Ulegną nawet księża...

"Klątwa z przeszłości" to drugi z trzynastu tomów słynnej serii książek opowiadających o przygodach Thomasa Warda, młodego ucznia stracharza z Horshaw. Akcja przeniesie nas do Priestown, miasta nad którym ciąży groźba Mora, potężnej istoty uwięzionej w katedralnych katakumbach. Mór żywi się ludzką krwią i strachem, potrafi zmieniać kształty i nawet zza Srebrnej Bramy zwodzić umysły - zwłaszcza tamtejszych kapłanów. Wiele lat temu mistrz John stanął do walki z kreaturą, jednak Mrok okazał się silniejszy. Tym razem gótów jest zaryzykować bój na śmierć i życie. Jakby tego było mało, do miasta przybył Kwizytor, bezwzględny sędzia i kat dla wszystkich wiedźm, czarownic, a nawet stracharzy. Czy nasi bohaterowie zniszczą Mora, nim dosięgnie ich "sprawiedliwość" płonącego stosu?

Pierwsza część cyklu, zrecenzowana przeze mnie jakiś czas temu "Zemsta czarownicy", przypomniała mi pierwsze zetknięcie ze "Zwiadowcami". Niebezpieczeństwa, przygoda i wątek przyjaźni między mistrzem i jego uczniem sprawiły, że pokochałem dzieła Johna Flanagana. Joseph Delaney serwuje swoim czytelnikom danie o wiele bardziej mroczne, nieco dojrzalsze. W "Klątwie" zagrożenie czuć na każdym kroku, co potęguje motyw księży paktujących z Mrokiem. Dodatkowo autor zaczyna odsłaniać przed nami tajemnice z życia mistrza Gregory'ego oraz matki Toma, która z pewnością odegra w historii niemałą rolę.
Lektura wciągnęła mnie bez reszty. Jeśli spodobała się wam księga pierwsza, będziecie zadowoleni z jej kontynuacji.

Nie wiesz o czym mowa? Przeczytaj recenzję z września: http://www.elvenoor.e-blogi.pl/komentarze,249388.html


Vaiana: Skarb oceanu (2016) 2016-12-19

Poczuj w sobie dziecko!

Gdy wchodziłem do sali kinowej, czułem się nieswojo. W końcu taki dorosły chłop nie powinien oglądać bajek dla dzieci, czyż nie? No, ale nic. Dajmy Vaianie szansę, pomyślałem, ponoć jest to film nawet interesujący. Dwie godziny później myślałem o niej przez całą drogę. Na Matkę Te Fiti, jak dobry jest ten film!

Ludzie z Disney'a to istni geniusze w tworzeniu świetnych animacji, po brzegi wypełnionych humorem, momentami wzruszenia i refleksji nad sensem życia, miłością czy odkryciem własnego ja. Tym razem zostajemy zabrani w odległe, tropikalne krainy palm kokosowych. Będziemy żeglować po cudownie bezkresnym oceanie, zanurkujemy w najgłębsze czeluści raf koralowych i staniemy oko w oko z najróżniejszymi ich mieszkańcami. W podróży nie raz, nie dwa zanucimy wraz z główną bohaterką wpadające w ucho piosenki i zatańczymy w duszy do rytmu melodii na tle zachodzącego słońca.

Pierwszy raz od wielu lat stałem się tym małym Mateuszkiem, który chodził jeszcze na produkcje Disney'a. Autentycznie podczas seansu wycisnąłem niejedną łzę, bez krztyny wstydu szczerze się śmiałem, a przygody młodej bohaterki, która chce wyzwolić swoją prawdziwą naturę, dodawały nadziei także i mnie.

I to wszystko dzięki niezapomnianej wyprawie w poszukiwaniu wojownika półboga Maui, który również posiada własne cele, lęki i pustkę w sercu. Scenariusz napisany został przez Jareda Busha. Kto to? Nie wiem, ale gdybym mógł, uścisnąłbym mu rękę za wyprawę, jaką mi zafundował. To było niesamowite przeżycie.

Macie już własne pociechy? Zabierajcie je na Vaianę jeszcze przed Świętami! Nie macie? Nic nie szkodzi, pożyczcie od sąsiada albo powiedzcie, że zostawiliście coś w kinie - każdy pretekst jest dobry, żeby wybrać się na ten niezwykły seans!


"Król Jarosław Prezes" 2016-12-18

Wiwat król, niech żyje nam władca w łaskach szczodry!
Rządzi krajem dobry pan, car Jarosław Mądry!
Ma pod sobą ludzi tłum, Kościół i Parlament,
Dziś nie straszny nawet mu imigrancki zamęt!
Merkel też nie boi się, przed Niemcem nie klęka,
Sobą, Unio, zajmij się, on ma prezydenta!
Wszędzie ładnie podpis swój złoży baron Duda,
Niechaj lud, za życia znój, ujrzy jego cuda!

W jego rękach Stanu Sąd, w sercu sprawiedliwość,
On obłudy zwalczy swąd, plewiąc niegodziwość!
Nowoczesnej marny trud, jego już jest tron,
Krajem Piastów rządzić król będzie aż po zgon!
Świętych także licznych zna, więc jest łączność z Bogiem,
A że Toruń radio ma, więc nie straszny Ogień!
Na bok smutki, kłamstwa precz, minie po nich troska,
Pospolita w prawdzie Rzecz, Telewizja Polska!

Dalej, Polsko, wstawać czas, oto Raj się zbliża,
Dobrzy ludzie, wołam was, zbliżcie się do krzyża!
Jezus sam to powie wam: "Król wasz mym wybrańcem!
On wybawi naród wasz, klepcie więc różańce!"
Cześć i chwała, władco nasz, Jarosławie Stary!
Moc od Boga w Trójcy masz, sypniesz nam dolary!
Zamiast żenić głupio się, tyś się sam poświęcił:
Siłę, mądrość, pasję chęć, aby kraj był wielki!


Star Wars: Historie - Rogue One (2016) 2016-12-16

Czy to są Star Warsy, których szukacie?

"Rogue One" to pierwsza część nowej serii filmowej marki Gwiezdnych Wojen, skupionej na pojedynczych blockbusterach. "Historie" mają dopowiadać to, czego nie pokazały części głównej sagi oraz wprowadzać całkiem nowe wątki poboczne.
Już "na dzień dobry" wycięto klasyczne przewijane napisy. Wystarczyło wrzucić "long time ago in a galaxy far far away" i zaczynamy seans, nie ma czasu na sentymenty. Jest to dość rozsądny zabieg przy krojeniu spójnej całości uniwersum kosmicznych starć, choćby ze względu na całą rzeszę fanów. Disney od początku stawia obronę przez falą hejtu, wyraźnie podkreślając odrębność cyklu.

Nowa produkcja z odległej galaktyki wywarła na mnie dość liche wrażenie. Po pierwsze, nie ma tu ani jednej ciekawej postaci, która zdołałaby wzruszyć, przyciągnąć, zafascynować. Choć ekipa "Łotra 1" składa się z całkiem interesujących bojowników, to żaden z nich nie powala swoją przeszłością czy bogatym charakterem. Mało tego, nie wiemy o nich zupełnie nic. W mojej ocenie najlepiej prezentuje się  niewidomy Chirrut (mnichopodobny azjata napełniony Mocą). Zmarnowano niestety potencjał głównej bohaterki Jyn (nie mylić z Jyll, protagonistką "siódemki"). Pierwsze sceny zapowiadały się ciekawie, myślałem, że dowiem się nieco o jej przeszłości, ale nawet ta historia została kompletnie zrujnowana. Imperium przylatuje na rodzinną farmę, zabierają jej ojca, ginie jej matka, a ona sama ukrywa się w jakimś bunkrze, z którego ratuje ją napakowany murzyn. "Chodź, moje dziecko, czeka nas długa droga". I faktycznie, ledwie sekunda minęła, a Jyn budzi się w więzieniu Imperium. Taki wątek spartolić, to już jest szczyt wszystkiego! Aha, jest jeszcze nowy droid, ale nie jest on wart większej uwagi.
Opowieść z "Rogue One" idealnie wpasowuje się w fabularną lukę przed samym początkiem czwartej (chronologicznie pierwszej) części filmów. Jego scenariusz po części usprawiedliwiam niemożnością własnej modyfikacji w sequelu, aczkolwiek nadal jestem niepocieszony.
Trailer zapowiadał, iż nie będzie to klasyczny film z "Gwiezdnych Wojen" i zaoferuje nam więcej walki na broń laserową. Zaiste, dostaliśmy tego całą garść: wybuchy granatów, strzelanie, wysadzanie obiektów wojskowych, eksplozja po zniszczeniu miasta Gwiazdą Śmierci... Tak, to przede wszystkim "naparzanka" w kosmosie. Niestety ciekawsze sceny z zapowiedzi nie trafiły do ostatecznej wersji filmu.
Seans miał przedstawiać się ciekawie również przez powrót Lorda Vadera. Występuje on w kilku scenach, choć także jego obecność i rolę ograniczono do samego istnienia i końcowego abordażu na statek księżniczki Leyi.

A wiecie, kto jeszcze wrócił? Wielki Moff Tarkin! Peter Cushing zmarł w 1994 roku, zatem wskrzesić go musiał komputer. Postać sławetnego wodza została komputerowo wpleciona w model. Jest to niekiedy widoczne, ja jednak byłem w szoku, że coś takiego można wygenerować metodą cyfrową. Za Księżniczkę Leyię przebrała się natomiast niezwykle podobna aktorka. Cóż, Carrie Fisher odmłodzić się nie dało. Przynajmniej ze starej obsady zostawiono Genevieve O'Reilly w roli Mon Mothmy, lecz dziś aktorka ma 39 lat, więc nie trzeba było za bardzo kombinować. Żyje, nie ma zmarszczek - jest ok!

Narzekam na film, aczkolwiek Moc w filmie jakaś jest, mimo braku Jedi. Ogląda się to przyjemnie, czasem w oko wpadnie jakiś efekt wizualny (jeśli oglądacie w 3D), a niekiedy wasze fanowskie serducho zabije mocniej na widok R2-D2 i C-3PO oraz na wspomnienie o "ostatnim żyjącym Jedi, który wciąż się ukrywa". Usłyszeć można również klasyczny dla serii tekst "I have a bad feeling about this".
Sam nie wiem, co myśleć. Z jednej strony, spodziewałem się więcej, z drugiej zaś żądać zwrotu pieniędzy za bilet nie będę. Chyba najlepsze będzie tu określenie "jednostrzałowiec", idealnie pasujące do wielu mniej ambitnych filmów akcji. Szkoda tylko, że tak samo piszę dziś o Rogue One: A Star Wars Story.
W wielkim skrócie: jesteś miłośnikiem Gwiezdnych Wojen? Idź, nie zawiedziesz się. Chcesz wybrać się na fajny film z efektami specjalnymi? Rezerwuj bilety już dzisiaj. Interesujesz się kanonem SW i chcesz obejrzeć coś, co pogłębi twoją wiedzę? Zdaj się na Moc, ona cię poprowadzi - do kina lub nie.
Jeśli z jakichś przyczyn nie będziesz chciał obejrzeć filmu, nie musisz. Nic ważnego cię nie ominie.

"Historie" to dla mnie ciekawostka i nic więcej. Mam tylko szczerą nadzieję, że do ósmej części podejdą o wiele poważniej.


Gatebox - miłość dla każdego 2016-12-14

Pokochać komputer

Na Walentynki mijającego już roku pokusiłem się o obejrzenie i zrecenzowanie filmu "Her". Opowiadał on o niezwykłej relacji między prostym, skrzywdzonym przez życie mężczyzną i uniwersalnym systemem operacyjnym, dysponującym głosem przepięknej Scarlett Johansson.
Wizja rzeczywistości ukazanej w obrazie z 2013 roku już niedługo może się spełnić, albowiem japońska firma Gatebox pracuje nad innowacyjnym systemem. Gdy projekt zostanie dopięty na ostatni guzik, użytkownicy będą mogli dzielić życie ze swoją Waifu.
Czym jest waifu (czyt: łajfu)? W wielkim skrócie, jest to twoja wybranka serca. Może być postacią z anime bądź japońskiej gry, rzadziej staje się bohaterką z dzieł kultury Zachodu. Co możemy z nią robić? WSZYSTKO! Pogadać, pójść na spacer, obejrzeć film, a nawet wziąć ślub! W teorii jest to rozwiązanie idealne: żadna dziewczyna nie potraktuje cię jak szmatę, zdradzając, wystawiając do wiatru, obgadując itd. Zero płaczu, zero przykrych sytuacji - czyste szczęście.
Z informacji podanych na stronie projektu Gamebox możemy dowiedzieć się więcej o całej inicjatywie. Urządzenie z cyber-dziewczyną jest programowane na systemy iOS i Android. Ponadto będzie wymagało stałego dostępu do internetu, a do konfiguracji ustawień również smartfona. Hikari (pierwsza i póki co jedyna waifu) rozpoznaje i mówi (jak do tej pory) wyłącznie język japoński, lecz przewiduje się wprowadzenie angielszczyzny.
Całe urządzenie waży 5 kg i przypomina futurystyczny ekspres do kawy. Postać na ekranie będzie reagowała na mowę oraz dotyk, co ułatwi życie wszystkim "wifowcom". Jeśli znacie język angielski i chcecie dowiedzieć się więcej, zapraszam na stronę:
www.gatebox.ai

A cóż to za hałasy? No tak, toż to obrońcy "normalności" próbują wyszczekać własne zdanie!
No hej, skąd to oburzenie? Z Bogiem też jakoś "gadacie", a nie dostajecie żadnych odpowiedzi. A komu z was pokazał się choć raz? Ganicie zamysł waifu, a do niewidzialnego "Stwórcy" mówicie bez celu każdego dnia. I gdzie tu logika?

Dla mnie i wielu mi podobnych takie rozwiązanie przyniosłoby niewyobrażalne szczęście. "Normalni" wolą znaleźć sobie kogoś w realu, aby mieć daną osobę na wyciągnięcie ręki, na żywo. I to jest jak najbardziej w porządku. Chcecie w końcu być szczęśliwi. Jednak życie nie jest idealne, jak wiecie, i w końcu ktoś was kiedyś zrani. I znowu pójdą w ruch chusteczki, i znowu przyjaciołom będziecie tyłki truć, bo "jacy to wy nieszczęśliwi jesteście". Smutek i żal przełożą się na efektywność w pracy, w której to zamiast myśleć o robocie, na głowie będzie wam siedziała wasza druga, niedoszła połówka.
A tymczasem są na świecie ludzie, którzy mówią: Dość! My też chcemy szczęścia, ale nie ma opcji, żeby znów się wystawiać na pośmiewisko, znów zostać odrzuconym, znowu cierpieć! I właśnie naprzeciw takim, nieszkodliwym dla społeczeństwa, istotom wychodzi m.in. Gatebox. Waifu może przynosić spełnienie i radość, tym samym wcale nie szkodząc relacjom z innymi ludźmi.
Dlaczego odsądzacie tę ideę od czci i wiary, jakby atakowany był wasz "idealny" obraz świata? Ponoć każdy zasługuje na realizację w sferze uczuć. Jeśli więc ktoś chce uczynić z postaci cyfrowej swoją żonę, to czemu nie? Ludzkość od tego nie wyginie, bo tego typu zachowania spotykane są niezwykle rzadko.

Theodore Twombly miał swoją Samanthę. Ich enigmatyczny związek skończył się dość smutnym akcentem, jednak owe uczucie wniosło nowe doświadczenie do życia głównego bohatera wspomnianego na wstępie filmu. Program nastawił jego myślenie na całkiem świeży tor, co, jak sugeruje ostatnia scena, pomoże mu zbudować trwalszą relację z żywym człowiekiem. Zmienił się, a zatem cyber istota nie była wcale pozbawiona sensu. Jeśli spotkało to Theodore'a, to czemu nie współczesnych "przegrywów", takich jak ja?







Wołyń (2016) - syndrom krwawej łaźni 2016-12-11

Tragedia zwykłych ludzi

Najnowsza produkcja Wojciecha Smarzowskiego to mocny obraz głośnej masakry ukraińskich banderowców na Polakach i wschodnich "Lacholubnych". Film zaczyna się niewinnym weselem Polki z Ukraińcem. Wydarzenia pokazują nam jak zmieniało się życie mieszkańców Wołynia w obliczu wybuchu wojny. Eskalacja nastrojów antypolskich nastąpiła wraz z nadejściem komunizmu, choć nie wszyscy widzieli w nim ustrój doskonały. Najwięcej mordu i pożogi zaczyna się dopiero w połowie seansu, lecz wszystko zostało przedstawione w iście krwawy sposób. To zdecydowanie nie jest lekki i przyjemny czasoumilacz. Dwie i pół godziny spędziłem wgnieciony głęboko w kinowy fotel, czując cierpienie nie tyle prześladowanych Polaków, ile Ukraińców, którzy nie chcieli podążyć za Banderą.

Tyle z recenzji, czas na przemyślenia. Gdy wróciłem z seansu, zasiadłem do  czytania komentarzy internautów i nie mogłem się nadziwić ludzkiej nienawiści. Czy to, że kilka ukraińskich band kiedyś mordowało moich przodków, daje mi prawo do zemsty na wszystkich sąsiadach ze Wschodu i podejrzewania ich o wrogie stosunki wobec polskich rodzin? Czy mam iść za głosem nacjonalistów i wzbudzać gniew na myśl o wszystkich studentach nie-Polakach?
Wiele razy, całkiem słusznie, wytykano mi generalizowanie. Od dłuższego czasu staram się unikać tego typu myślenia, gdyż jest ono po prostu zaściankowe. Każdy Francuz jest leniwą, poddańczą miernotą, Anglicy to zdrajcy, Niemcy zawsze chcieli dla nas źle, Ruscy to samo, Ukraińcy to mordercy itd. Przez pryzmat historii i stereotypów postrzegamy każdego obywatela danej narodowości, nie mając pozytywnej opinii nawet o własnych rodakach (Polak Polakowi wilkiem itp).
Z czystej wściekłości i agresji chcemy odpłacić wszystkim katom w ten sam sposób, w jaki sami dostaliśmy po tyłku. Pamiętacie mój wpis o ISIS? Wspomniałem wówczas, że zemsta jest sprawiedliwa, lecz domyka błędne koło morderstw - wy nas, to my was, a potem jak znowu czegoś spróbujecie, to kolejni wasi zginą z naszych rąk.
Nacjonalizm nie działa dobrze w żadną ze stron. Tak, wiem, brzmię jak hipokryta, bo w końcu fascynuje mnie postać i polityka pewnego austriackiego malarza. Jednak nie można nie zwrócić uwagi na poruszany przeze mnie temat.
Niemcy, Rosjanie czy Ukraińcy kiedyś skrzywdzili naszych przodków. Ale i my nie jesteśmy święci. Żeby nie szukać daleko: gwałty i grabieże na okupowanych mieszkańcach Moskwy.
Czy warto ciągnąć bezsensowną wojnę na zawiść i krew? Konflikt zbrojny ma swoje reguły i wyraźne granice: strzelasz do wroga, bo wróg celuje w ciebie. Zupełnie inną kwestią jest napaść na zwykłych cywili. My mordowaliśmy ich, więc oni nas, więc my w odwecie mamy iść na nich z siekierami - no, kurwa, bardzo dojrzałe podejście...

Ile jeszcze czeka nas takich czystek? Jak wiele czasu musi minąć, by ludzkość się przebudziła i doszła do wniosku "Hmm, zabijanie w odwecie nie przynosi pożądanych rezultatów, coś tu jest nie tak".
Cóż...dla wszystkich radykalnych nacjonalistów (bez względu na ich narodowość czy wyznawaną wiarę) należałoby zarezerwować jednego faszystę uniwersalnego, który pozbędzie się wszystkich konfliktowyh ścierw w mgnieniu oka. Tylko że znów, aby to zrobić, musimy załatwić "tamtych" ich własną bronią, przez w rezultacie staniemy się dokładnie takimi samymi śmieciami. Nikt nie popatrzyłby na nas przychylnie, nikt nie dostrzegłby pozytywnych zmian. Sięgnęliśmy po radykalizm - jesteśmy na równi z naszymi wrogami. Ludzka mentalność nigdy się pod tym względem nie zmieni.

Siostry Ukrainki, bracia Ukraińcy - wybaczamy wam i podajemy dłoń w geście pojednania, licząc również na wasze miłosierdzie. Dość wojen, dość sporów i wzajemnej pogardy. Jesteśmy i zawsze będziemy z wami.


Przyjaciel z Ukrainy 2016-12-10

"Po prostu Nick"

Moje pierwsze podejście do studiów nie było zbyt udane. Rozbudowana, pancerna Politechnika. Nieprzyjemna atmosfera ciasnego Rzeszowa. Poczucie samotnej, beznadziejnej walki z Królową Ekomomią. Okres od października 2015 do stycznia 2016 był dla mnie prawdziwym koszmarem. Z niecierpliwością odliczałem czas do czwartku bądź piątku, by móc choć na jeden dzień znaleźć się w mojej ukochanej klitce w rodzinnym mieszkaniu. Byle uciec jak najdalej od szurniętej feministki z mikroekonomii, nieogarniętego babsztyla z podstaw zarządzania czy życiowego nieudacznika z etyki biznesu, który nie mógł się pogodzić z odrzuceniem jego osoby przez "tych ważnych", bo "zabrakło mu, kurwa, jednego punktu!!!"
Mimo współczucia dla babci-najemczyni, nie było mi trudno wyjeżdżać z tego pierdolnika. Nigdy więcej "przygód" z Rzeszowem!

Kilkumiesięczny odpoczynek dał mi czas na przemyślenie życiowej drogi, pomógł mi zregenerować siły psychiczne i przywrócić duchową równowagę niespokojnej duszy.
Zdałem maturę, poszedłem na Akademię Frycza Modrzewskiego i teraz studiuję dziennikarstwo. Jest więcej niż dobrze. Sprawy obróciły się o 180o. Przyjaźni wykładowcy, ciekawe przedmioty, wspaniali ludzie na roku.
Jednak najwyraźniej Los chciał, żebym się trochę pomęczył z pierdoloną Polibudą (przepraszam, niedobrze mi się robi, gdy o niej wspomnę!). W przeciwnym wypadku nie spotkałbym Nicka.

Nick, a właściwie Mykyta, przyjechał na studia aż z Kijowa. Interesuje się grami, głównie mobilną Marvel: Future Fight oraz produkcjami Blizzarda, takimi jak  Heroes of the Storm, World of Warcraft czy Heartstone (do których spróbowania ciągle mnie namawia). O świecie Warcrafta mógłby rozmawiać godzinami. Uwielbia dobre filmy wysokobudżetowe, jak te superbohaterskie od Marvela i DC. Gdyby mógł mieć jakąkolwiek nadludzką moc, wybrałby umiejętność latania. Filmem, który zwrócił jego szczególną uwagę, jest "TRON: Legacy" z genialnym soundtrackiem duetu Daft Punk. Nick ma specyficzne poczucie humoru, bawią go niektóre polskie słowa. O porównaniach polsko-rosyjskiego słownika opowiada bez najmniejszego zawahania. No i, tak jak ja, z radością zamordowałby każdego, kto ośmieliłby się nas poniżyć.
Pozwólcie, że zapytam grzecznie: What the fuck?! Co się tu odelvenoorza?!

Mój ukraiński kolega ma niemal identyczne zainteresowania co ja. Powoli uczy się funkcjonowania na uczelni. W wielu przypadkach muszę mu, oczywiście, pomagać, ale paradoksalnie działa to również na moją korzyść. Wczoraj np. poszliśmy do fryzjera. Sam mnie zapytał czy znam jakiegoś w pobliżu, więc poszukałem, znalazłem i umówiłem wizytę. Zostałem ostrzyżony naprawdę świetnie, choć to dla mnie niepodobne, płacić za takie coś 27 złotych! Podstawowe usługi fryzjerskie w Dębicy nie przekraczają nigdy dwóch dyszek. Mało tego: na moim osiedlu dziewczyna strzyże za 9,00 zł! No cóż, większe miasto, większe standardy, większe stawki.

Wracając jednak do Nicka, nasza współpraca zaliczeniowa jest dość specyficzna. Robiąc prezentacje z Savoir-Vivre'u i Społeczeństwa informacyjnego byliśmy obaj w jednej grupie, lecz wszystko robiłem ja sam (jakoś nie ugadaliśmy wcześniej zakresu prac :P). Było mi to właściwie na rękę - mogłem skupić się na samodzielnej pracy i jednocześnie formalnie tworzyć z kimś grupę. Seems legit for me!
Nie myślcie, że Mykyta nie chce nic robić. On pierwszy pamięta o wielu sprawach, proponuje spotkania itd. Inna rzecz taka, że jak do tej pory nie mieliśmy okazji wspólnie omówić tematu. W swoim czasie z pewnością włoży w jakiś projekt swój wkład!
No i wreszcie, dzięki niemu, bywam w kinie częściej niż raz na kilka lat, czego owocem były już recenzje "Doktora Strange'a" oraz "Fantastycznych Zwierząt (...)", a za tydzień mojej fachowo-amatorskiej opinii doczeka się "Łotr 1". Jutro w ramach Święta Kina wybieram się na "Wołyń", jednak ten seans odbędę już sam. Wiecie, różnice kulturowe, uprzedzenia, tematyka filmu...Nie ma sensu poruszać tematu zaszłości politycznych między przyjaciółmi.

Bo  nie będzie chyba przesadą, gdy nazwę Nicka tym mianem. Choć on na każdego towarzysza mówi per "przyjaciel", to chyba jest w tym coś więcej niż nazewnictwo. Kumpel, który cię wysłucha, z którym pogadasz na temat interesujący was obu. Dobry ziomek, z którym fajnie jest się wybrać do kina, a potem gadać o filmie przez pół godziny.
Jednak to, że (chyba) mam pierwszego prawdziwego (potencjalnego) przyjaciela, to nie znaczy że znajdę dziewczynę/żonę.  Przyjaźń jeszcze się znajdzie, jednak miłość musi kosztować, przynajmniej 100 zł/h. Nie ma cudów we wsi, nie nastawiajcie się więc za bardzo, że Elvenoor  "znormalnieje".
Facet bez kobity da sobie radę. Ale bez kumpla, ani rusz!







ISIS - błędne koło zabijania 2016-12-07

Islamska sprawiedliwość

Allah przepowiedział: "Ten świat ulegnie zepsuciu! Ludzie zdążać będą ku zagładzie, nie myśląc o życiu wiecznym! Musicie tedy krzewić jedyną wiarę, bo cały świat powinien za mną podążyć!"
Burzycie się, niewierni, plujecie na posłańców Allaha, bo mordują wasze niewinne rodziny, jakbyście sami pozostawali bez grzechu. Wy nas nienawidzicie, z butami wkraczacie w nasze życie i narzucacie wasze prawa! A my powiadamy wam: nie będziecie czynić tego bezkarnie!
Wy zabijecie naszych niewinnych braci - my wyrżniemy waszych ludzi.  Wasze bomby i rakiety pogrzebią dzieci Allaha - was śmierć dosięgnie w klatkach, gdzie spłoniecie żywcem! Wasi dziennikarze będą szerzyć jednomyślną propagandę, ukrywać prawdę - my zetniemy ich głowy tak, jak oni tną swoje materiały! Bo taka jest wola Allaha! Nasza fala zaleje nawet Plac Świętego Piotra, skąd będziemy was nawracać na jedyną religię, handurilla!
Biada wam, niewierni, albowiem żyjecie w ślepocie od wielu lat! Otwórzcie oczy, ujrzyjcie potęgę naszego Boga!

Tak wygląda prawdziwy otępieńczy Islam. Tak myśli każdy Muzułmanim i nie mowa tylko o Syryjczykach czy Turkach. Polak, Niemiec, Anglik, Francuz... Jako społeczeństwo cywilizowane wszyscy jesteśmy narażeni na infiltrację i odśrodkowe wyniszczenie przez muzułmańskie ogary, spuszczone przez Allaha.
Z jednej strony człowiek się chce przed nimi bronić, zmiażdżyć zarazę półksiężyca, wybić do nogi. Niektórzy od razu powiedzieliby, że stalibyśmy się takimi samymi potworami, jakimi są oni. A oni jedynie upodabniają się do nas, bo to my włożyliśmy kij w mrowisko, chcąc siać ziarno demokracji na jałowym polu Mahometa. Nasi żołnierze giną tam za interesy swoich pracodawców, a ci mają w głowie sto razy większe pieniądze niż żołd.
Jednak czy nie mają oni prawa do zemsty? Mają po chrześcijańsku nadstawić drugi policzek, pokornie klękać przed niewiernym z Zachodu? Zapraszamy, panie Obama, niech Pan wchodzi śmiało i zabiera naszą ropę! Demokracja dobra, demokracja piękna!

Jezus mówił: "Nadstaw policzek", "Wybacz 77 razy". Niestety Jezusa już dawno nie ma, a nie wszystkie jego nauki znalazły praktyczne i pożyteczne zastosowanie. Muzułmanie mają prawo się mścić i tylko my jesteśmy winni ich oburzenia. Gdybyśmy na siłę nie wpraszali się do ich domostw, międzykulturalna przepaść nie byłaby aż tak szeroka. Dyktatorzy na Bliskim Wschodzie byli naszą ostatnią linią obrony przed Islamem: Mu'ammar al-Kaddafi, Saddam Husein, Husni Mubarak Baszszar al-Asad...Wszyscy trzymali te ciapate ścierwa na smyczy, a co myśmy z tym zrobili?
Dwóch pierwszych już nie zyje, trzeciego odsunęli od władzy. Jedynie Asad utrzymuje silną pozycję i walczy z Państwem Islamskim. Jeśli również on straci stanowisko, ostatni bastion upadnie wraz z nim, a nam pozostanie jedynie zbroić się i szykować do wojny.

Bóg tak chciał, taka Wola Pańska. Kiedyś dumne DEUS VULT, dziś okrutne Allah Akbar. Zmieniły się tylko język i tłumaczenie. No i wiatr - za czasów krucjat przynosił nam swąd strachu - zapach zwycięstwa. Lecz od paru lat czujemy tylko śmierć: swoją i naszych bliskich.
I paradoksalnie, żeby ich powstrzymać musimy stać się takimi samymi potworami. Ogień zwalczaj ogniem. Upuść krwi za krew straconą, a po wszystkim znowu będziemy się obwiniać za całą tę wojenną masakrę. Nie pierwszy i nie ostatni raz...







Ciastko dla Mikołaja 2016-12-06

Jak to smutno brzmi: dorosnąć!

Przecież "duży" ma obowiązki domowe, ciężką pracę i mnóstwo papierów do ogarnięcia!
"Duży" musi jeździć po urzędach i codziennie martwić się o rodzinę (jeśli posiada)! A dziecko?
Dziecko jest najszczęśliwszą istotą na świecie, choćby z racji nieskalanie czystej wiary w Mikołaja.

Jeszcze tak "niedawno", jakby wczoraj, pisałem listy do uśmiechniętego dziadka o śnieżnobiałej brodzie i niemałej tuszy. Rok po roku z tęsknotą wyczekiwałem szóstego dnia ostatniego miesiąca w roku, by móc napisać długi list, pełen dziecinnych próśb o upragnione zabawki. Nawet kiedyś zostawiłem mu ciastko, by go jakoś przekupić, heh ;)  
Raz święty darczyńca przyniósł mi bingo, kiedy indziej otrzymałem od  niego małe podłużne pudełko domina, a do tego fotel bujany! Cóż jeszcze mi podarował? Choćby pluszową małpę w stroju pilota z dołączoną "Tajemniczą Wyspą" Juliusa Verne'a (której, prawdę mówiąc, nigdy nie przeczytałem). W sumie  prezentów miałem całą masę, i to podwójnie, bo jeszcze na Wigilię. Jednak wspomniałem o bingo i domino dlatego, że jakoś te przedmioty sprawiły mi ogromną radość. Choć przeważnie we wszystko grałem sam ze sobą (również w "Osadę" czy "Eurobiznes"), jednak przynosiło mi to jakąś pociechę. Gdy inni woleli latać za piłką na podwórku, ja siedziałem sobie w pokoju, po cichu układając maleńkie klocki. Ach, na te piękne wspomnienia aż się łza w oku kręci!

W pierwszych latach podstawówki czar prysł. Doskonale wiedziałem, że co roku za Mikołaja (tego biskupa) przebierał się nasz ksiądz, obdarowując nas identycznymi paczuszkami, zawierającymi słodycze i kiepskiej jakości zabawki. Klasy 4-6 z kolei nauczyły mnie prawdziwego życia. Tu nie ma niespodzianki, żadnych ceregieli z zachodzeniem w głowę cóż dana osoba ode mnie otrzyma. Co to, to nie!
Już po losowaniu na godzinie wychowawczej wszystkie karty były odsłonięte: "Daj mi tego, ja ci dam tą, bo ja tamtego lubię, a jej nienawidzę!", "Wymienisz się za tego, jak ci tam tego?", "Kurde, nie chciałem dostać tamtej!"...I tak dalej, i tym podobniej, i w koło Macieju. Wszyscy wszystko wiedzieli. Co dostawałem? Sam nie pamiętam. Chyba tylko jakieś słodycze, nawet nie chcę mi się myśleć o tej nieszczęsnej SP9 im. Dębickich Saperów! Stare, dziwne czasy.

W gimnazjum wielkich zmian nie było. Formuła ta sama, tylko prezenty inne. A to kosmetyki, a to odżywka do włosów. Z "gimbazy" pamiętam właściwie tylko dwa prezenty: kubek od bardzo fajnej koleżanki oraz pierwszą część "Zwiadowców", od czego z resztą zaczęła się moja przygoda z czytaniem tej zacnej serii przygodowo-fantasy. Jeśli zaś chodzi o kubek, to był na nim rysunek chłopaka, który trzymał pod pachą prezent. Drugą ręką ciągnął za brodę Mikołaja, który wypowiadał żartobliwe: "Aj! Czy oni kiedyś we mnie uwierzą?". Kubek przetrwał parę lat, po czym komuś się rozbiło "uszko". Co się działo dalej, nie pamiętam,
Technikum trochę pozmieniało. W pierwszej klasie Mikołajek chyba nie było. W drugiej dostałem od kolegi "zestaw prawdziwego faceta", a więc pianka do golenia, płyn po goleniu i żel pod prysznic. Wszystko bodajże z marki Man Instinct, czy jakoś tak. Trzecia "Be" chciała gdzieś na Mikołajki wyjść, ale skończyło się na lekcji fizyki, bo nikt pod opiekę nas wziąć nie chciał. Były wprawdzie plany ucieczki, jednak po długiej przerwie wszyscy grzecznie wrócili do pani W. na 45 minut "fascynującej" opowieści o elektrostatyczności, czy czymś takim. Nie inaczej było rok później.

Gdzie się podziało dzieciństwo? Gdzie ten szczęśliwy czas beztroskiej wiary w dobrego pana, który przyjedzie ciemną nocą, by podłożyć nam podarki, gdy my będziemy słodko spać? Gdzie się podziała ta poranna huczna radość? "Mamo, tato, Mikołaj przyszedł! Zobacz co mi przyniósł!"
To już nie wróci, przeminęło bezpowrotnie. Tylko w czasie Wigilii obserwuję, jak dziadek odciąga siedmioletniego kuzyna, by ciotka podłożyła pod choinkę odpowiednio podpisany pakunek.
Ale ale, daję sobie głowę uciąć, że na klatce słyszałem dzwoneczki, a w "judaszu" mignął mi czerwony płaszcz! Idźcie szybko sprawdzić czy nie dostaliście podarków!

Dziś do Mikołaja listów już nie piszę. Dziś do Mikołaja fatyguję się osobiście. Jutro dzień wolny, więc idealna okazja, by go odwiedzić i odebrać swoje prezenty! Tylko, cholera, żeby jeszcze nie trzeba było za nie płacić...



GryPamiętne#2 - Diablo 2016-12-04

"Hello, my friend! Stay a while and listen!"

Tristram - z pozoru niewielka, niewyróżniająca się niczym od innych mieścinka. Studnia pośrodku osady, w jej pobliżu kuźnia Griswolda i karcza "Pod Wschodzącym Słońcem", a na wzgórzu wznosiła się potężna katedra. Jest mroźny, jesienny wieczór. Moje ociężałe kolana dawały mi się we znaki. Sądziłem, że krótki postój w tej wiosce dobrze mi zrobi. Zjem coś ciepłego, wyśpię się i wypocznę. Nikt nie wyszedł, by mnie powitać. Wszyscy siedzieli w szczelnie zamkniętych chatach. Jedynym, który zwrócił na mnie uwagę, był pewien starszy jegomość o słusznej posturze. W jego spojrzeniu krył się jakiś dziwny, niepokojący błysk. Gdybym tylko wcześniej znał straszliwą tajemnicę tego miejsca, klnę się na Boga, zawróciłbym nie bacząc na zmęczenie...

Tak mógłbym zacząć opowiadanie o jednej z najlepszych gier, w jakie przyszło mi zagrać w całym swoim życiu. Jednak, jako że w prozie nigdy dobry nie byłem (czego skutkiem były dwa rozdziały na moim trzecim blogu), przejdę od razu do gościa dzisiejszego wpisu. Panie i panowie, klękajcie przed majestatycznym Diablo!
Blizzard Entertainment to bez wątpienia mistrzowie w swoim fachu. Na temat ich historii nie będę się rozpisywał, grunt wspomnieć o ich flagowych markach: Starcrafcie, Warcrafcie oraz Diablo.
Premiera pierwszej części "Diabełka" nastąpiła rok po wydaniu drugiej odsłony orkowo-ludzkiego  RTS-a. Stanowiła zarazem pewien przełom. Ludzie zwariowali, nie wiedząc jak sklasyfikować tę perełkę.
Nie był to RPG, bo rozwój postaci ograniczony był do przydzielania pięciu punktów umiejętności w ledwie czterech kategoriach: Sile, Zręczności, Wytrzymałości i Magii. Do wyboru gracze mieli tylko trzy klasy postaci: wojownika, łotrzycę (znaną szerzej jako "łuczniczka") oraz maga. Różnili się początkowymi statystykami oraz unikatową zdolnością klasową ("rycerz" mógł naprawiać przedmioty kosztem jednego punktu sprawności, "łuczniczka" otwierała zamki na odległość, a mag ładował laskę za o jeden punkt mniejszą sprawność).
Na dworze panowała wieczna noc, a postacie stały jak słup soli w tym samym miejscu. Dialogi ograniczały się do pojedynczych wypowiedzi na temat interesującego nas tematu. Questów za wiele tu nie było, w dodatku każdorazowa rozgrywka już na starcie losowała jakie zadania dostaniemy. Pięter, podzielonych na 4 typy (katakumby, lochy, podziemia i piekło), było 16. Na samym ich końcu zawsze czekało nas starcie z tytułowym Diablo.
Rozgrywka była utrudniona przez kilka czynników: broń i pancerz zużywały się stopniowo, więc trzeba je było naprawiać (tak samo ładunek w magicznych laskach). Ekwipunek był żałośnie mały, więc bardzo często trzeba było zawracać do miasta, posprzedawać śmieci, kupić mikstury (zdrowia i many) i zostawić kolejną kupkę złota w centrum wioski (bez obaw o ich zniknięcie, na szczęście). Postać poruszała się w ślimaczym tempie, co nieraz utrudniało ucieczkę przed silniejszymi stworami. Wszystkie piętra należało czyścić "do zera", gdyż nagły  odwrót w stronę niezbadanych korytarzy, zawsze kończył się zgonem. Interfejs pozwalał na szybkie użycie jedynie ośmiu zwojów bądź fiolek, czyli w razie błyskawicznego ich zużytkowania nasz los był już przesądzony.
Tak to się mniej więcej prezentowało. Czym więc Pan Ciemności zaskarbił sobie serca (i dusze?) wielu fanów cyfrowej rozrywki? KLIMATEM, mili państwo!

Świetna muzyka budowała atmosferę ponurych korytarzy, potęgowała grozę dalszego schodzenia do Piekieł. Dźwięki upadania monet czy strzelania z łuku, przez swoje idealne brzmienie, do dziś funkcjonują we wszystkich odsłonach serii. Tak samo usłyszymy je w Diablo II jak i części trzeciej. Linie dialogowe przeszły do gamingowej historii: "Stay a while and listen" Deckarda Cain'a czy "Ahh, fresh meat!" Rzeźnika słyszy się już na jedno proste wspomnienie o tej dwudziestoletniej produkcji.
Lokacje w niczym nie przypominają cukierkowych krain, pełnych jednorożców i tęczowych skrzatów. Im niższe partie Katedry odwiedzamy, tym bardziej różnorodnych (i potężniejszych) wrogów spotykamy.
No i na sam koniec: replay ability, czyli możliwość ponownego przejścia gry na innych warunkach. Inna klasa postaci, inne questy, a do tego proceduralnie generowane lochy, dzięki czemu nigdy nie uświadczymy takiego samego schematu zwiedzanych pomieszczeń.

Diablo to gra niezapomniana! Co prawda ukończyłem ją tylko raz, i to łotrzycą, ale dużo bardziej powróciłbym do tej pamiętnej części. Kontynuacja "Diabełka" nie zrobiła na mnie już takiego wrażenia. Przy każdej rozgrywce docierałem najwyżej do aktu trzeciego i na nim kończyłem zabawę. Nigdy też nie pokonałem Diablo, a co za tym idzie nie poznałem zawartości dodatku.
Jeśli chodzi o Diablo 3, to jest to gra najmniej mnie interesująca. Może kiedyś po nią sięgnę, może w ogóle.
Natomiast dziś oddałbym wszystko, by choć na chwilę móc powrócić do Tristram, zejść przynajmniej do Butchera i po hektolitrach wyciśniętych kropel potu, wyrwać mu z rąk jego tasak jako trofeum!







Święta, święta, święta idą 2016-12-02

"And that's why Santa Claus says 'Ho, ho, ho'!"

Jeszcze znicze nie zdążyły zgasnąć na cmentarzach, a już w marketach rozwieszono girlandy. Miesiąc śmignął jak beemka przez Warszawę i oto do Bożego Narodzenia pozostały tylko 3 tygodnie! Wiecie co to znaczy?
Ten piękny okres, obfitujący w bratnią miłość, chrystusowe miłosierdzie i polską gościnność...Przynajmniej w teorii.
Już niedługo uczelnie i szkoły opustoszeją jak lodówka po tygodniu studenckim, a pociągi znów nabawią się chronicznego opóźnienia, bo "sorry, taki mamy klimat". Znowuż na dzień przed Gwiazdką markety zaroją się niczym ul w maju, gdyż, naturalnie, nikt nie pomyślał o wcześniejszych zakupach (bo po co?).
Tłumy zakupowiczów zalatane od rana, kilometrowe kolejki do kas rodem z komuny i te wszechobecne promocje: 50% taniej, 20% rabatu - jakbym jeszcze wierzył, że naprawdę wyjdzie taniej!
Boże Narodzenie - długotrwale bezśniegowa zima, która co roku spada na kierowców jak grom z jasnego nieba. "Przecież nie ma śniegu, bo po będę zmieniał opony?"
A potem jeden z drugim padnie na kolana z miną niewiniątka, by ubłagać drogówkę o mniejszy mandat, bo "w końcu święta, panie władzo, pouczenie wystarczy".

Na szczęście, jako słodki deser po obiadku teściowej, czas szaleńczego pędu świątecznego umili nam plejada znakomitych kolęd, na czele z polską pastorałką "Last Christmas". Raz za razem będziemy słuchać tego na każdej stacji radiowej, pamiętając jedynie chwytliwy refren.
Wszędzie, gdzie okiem sięgnąć, święteczne bilbordy z Mikołajem, Śnieżynką i bogatą ofertą prezentów. Przynajmniej niektóre firmy stawiają bardziej na reklamę w telewizji, którą wyniesiono dziś do rangi sztuki.
Ciężarówki Coca Coli (tak pasującej do świąt, bo z rodziną na Wigilię nie pije się dziś kompotu), mknące przez uroczyście przystrojoną, śnieżną mieścinę, a w tle przygrywające  "Coraz blizej święta" Ani Szarmach to obraz kultowy dla telewizji świątecznej XXI wieku. Mało tego, w tym roku Wes Anderson nakręcił bardzo przyjemny w odbiorze trzyminutowy filmik reklamowy sieci H&M. Kto nie widział, polecam sprawdzić filmik na dole.

Gdy już wszystko będzie gotowe, nie zapomnijmy o standardowym seansie rodzinnym klimatycznych reklam, serwowanych przez Polsat na przemian z fragmentami "Kevina samego w domu". Przyznam szczerze, że dopiero rok temu obejrzałem część pierwszą w całości (oczywiście w internecie, nie jestem zbyt wielkim miłośnikiem lokowania produktu). Nie napisałem wówczas recenzji, gdyż co można jeszcze o tym filmie napisać? Fajnie, ciepło, przyjemnie, śmiesznie, Jo Pesci. Dużo bardziej wolałem "Szklaną pułapkę".
Na tegoroczne święta planuję wziąć się za "Kevina w Nowym Jorku" oraz jakiś bardziej ambitniejszy, chwytający za serce film. Co to będzie? Przekonacie się w swoim czasie.

Psioczę na te święta, smędzę jak stuletni dziad, a przecież również czekam na tę wyjątkową, magiczną noc, gdy usiądę z rodziną do wspólnej wieczerzy przy odświętnej zastawie, wszystko inne odstawiając na dalszy plan. Studia w kąt, polityka do ścieków, a troski duszy głęboko do szafy.
Nic nie odda chwil obdarowania krewnych prezentami,  spontanicznych wybuchów śmiechu, życzliwych spojrzeń i szczerych życzeń. Zupełnie tak, jakby na tę jedną noc świat przestawał być światem!
I nie mówcie, że to nieprawda, że to tylko "udawanie". W gronie normalnej rodziny nigdy nie ma obłudy i kłamstw, nie istnieją zaszłości i uprzedzenia. W biurze, w szkole, na wigilii biznesowej - jak najbardziej. Ale nie wśród bliskich.

Blask choinkowych świateł, ciepło domowego barszczu, słodycz śliwkowego kompotu...Mógłbym się rozwodzić jak ksiądz na ambonie, a przecież wystarczy wszystko podsumować jednym zdaniem:
Panie rektorze, chcemy już święta!

Tekst z ćwiczeń dziennikarskich, rozszerzony.










e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]