Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

To nie jest kraj dla starych ludzi (2007) 2016-11-27

Film, którego nie rozumiem

Dziś będzie inaczej niż zwykle. Próbowałem znaleźć odpowiednie wyrażenia opisujące mieszankę uczuć, pozostawioną po "No country for old men", ale nic nie przychodzi mi do głowy. Zacznę może od początku, czyli od fabuły.

Llewyn Moss przez przypadek znajduje kilka ciężarówek, stos trupów i walizkę z pieniędzmi, którą sobie przywłaszcza. Neseser staje się przyczyną pościgu, jaki obserwujemy przez cały film. Nieobliczalny morderca, grany przez Javiera Bardem, ściga głównego bohatera, zostawiając po sobie tylko martwe ciała i wybite pneumatykiem zamki. Jego sylwetka została świetnie przedstawiona, nadając scenom zabójstw beznamiętny wyraz, jakby dla niego było to ledwie pstryknięciem. Żadnych emocji, żadnej przyjemności z pozbawiania żyć postronnych osób. Jego styl ubioru, fryzura i zachowanie oddziałują również na emocje widza.
Ścigany natomiast jest twardym kolesiem, który nie chce dać za wygraną i liczy na zwycięstwo w nierównym pojedynku.
Żałośnie mało uwagi poświęcono natomiast roli policjanta Eda, granego przez Tommy Lee Jonesa. Pod koniec seansu coś tam niby jest napomknięte, ale nie pomaga nawet zakończenie, o którym za chwilę przeczytacie więcej (uwaga na spoilery!). Nie wiem czy to ze mną jest coś nie tak, czy po prostu tak miało być, jednak nie mogę zrozumieć próby twórczej scenarzystów.

Widzicie, film kończy się sceną, w której emerytowany już Ed opowiada żonie swoje dwa ostatnie sny, związane z ojcem. Wcześniej obserwujemy jak Anton, "główny zły", wraca z mieszkania wdowy po głównym bohaterze. Llewyn dostał obietnicę, że jego ukochana będzie żyć, jeśli ten odda mu pieniądze i pozwoli się zabić. Niestety, bohaterski kowboj nie daje za wygraną i ginie w masakrze hotelowej.
Anthon odbywa więc rozmowę z żoną Mossa (prawdopodobnie zakończoną kolejnym morderstwem, jednak nie widzimy żadnych przesłanek na to wskazujących), po czym wsiada do samochodu i po chwili zostaje ranny w wypadku samochodowym. Wysiada, prosi jednego chłopaka o koszulę, obwiązuje złamaną rękę i idzie przed siebie. I na tym urywa się jego historia, a my zostajemy przeniesieni do ostatniego fragmentu, gdzie Ed rozmawia z żoną.

Nie wiem sam, co o tym myśleć. W mojej opinii jest to film niedokończony. Bracia Coen próbowali stworzyć coś dającego do myślenia i zrobili to. Chcieli wykreować interesujące postacie i po części im się to udało. Ale zakończenie tej ważnej produkcji pozostawia w odbiorcy duży niesmak. Również sam wątek starego szeryfa miał być, w oczach twórców, elementem spajającym całą tę piękną układankę, jednak zdecydowanie nie działa to tak, jak pierwotnie zamierzali.

Od podsumowania tym razem się powstrzymam, końcową ocenę pozostawiam wam. Myślę, że każdy powinien wyrobić sobie opinię indywidualnie oglądając "To nie jest kraj dla starych ludzi". Osobiście mam w głowię mętlik i za Chiny Ludowe nie mogę pojąć tego filmu. No cóż, może ktoś z was mi pomoże?


Udawany uśmiech aka zdjęcie z Demem 2016-11-26

To takie oczywiste!

Wybrałem się dziś do krakowskiego Fankomiksu na spotkanie z Jakubem "Demem" Dębskim, komikiem, rysownikiem i popularnym twórcą na platformie YouTube. Jest on znany z niecodziennego poczucia humoru, którym emanuje na wiele sposobów.
Akurat dziś urządził kameralną przedsprzedaż swojego nowego zeszyciku "Pa pa, ptaszki". Prócz tej świeżynki do kupienia na miejscu było również kilka starszych wydań, wszystko w cenie 5 zł za zeszycik.
Spotkanie upływało w bardzo przyjemnej atmosferze. Dem odpowiadał na pytania zgromadzonych fanów, podpisując komiksy i opowiadając zabawne anegdoty. Także ja skorzystałem z okazji i oprócz "Ptaszków" kupiłem jeszcze "Chałwę", "Jednego psa", "Ostatni serwer" i "Perypetie kosmosu".

I wszystko było pięknie, do czasu ustawienia się w kolejce po podpis i ewentualne zdjęcie. Na pierwszej fotce wyszedłem...niezbyt przekonująco. Zmieniłem więc taktykę i poprosiłem jednego kolesia, aby mi pomógł. Tym razem przyjąłem zamyśloną pozę. Efekt nie był może zbyt imponujący, bo z profilu wychodzę dość biednie, ale już to jakoś wyglądało!
Udawałem, rozumiecie? Przyjąłem tę pozę, by nie okazywać swojej natury. Karolina powiedziała mi raz, żeby nie wysilać się na uśmiech, jeśli nie ma się na niego ochoty. Niestety moja "normalna" mina jest dość płytka, a spojrzenie od razu zdradza, że mam problem. A przecież jestem czysty, wszystko jest ze mną w porządku...
Wracając do tematu, chciałbym was dziś spytać,  czy robiąc sobie zdjęcie używacie głupich min? Wiem, banalne i, wydawałoby się, bezcelowe pytanie. Jasnym jest, że chcecie się wygłupiać przed kamerą, pokazać światu "Jestem cool, jestem szczęśliwy". Ale dam sobie głowę uciąć, że nie wszyscy czują się na tyle spełnieni, by pozwolić sobie na taką zabawę.

Fotografujecie się, bo chcecie utrwalić pewną chwilę, wykorzystać niepowtarzalny moment. Jednak pomyślcie nad waszym wnętrzem przed cyknięciem fotki. Czy zawsze byliście wtedy sobą? Czy zawsze wtedy czuliście się szczęśliwi?
Bardzo rzadko godzę się na uwiecznienie. Gdy już to robię, mam mieć pewność, że wyszedłem co najmniej dobrze i nie widać po mnie smutku. A kiedy się upewnię, nigdy do niej już nie wracam. Nie mam zamiaru patrzeć na swój szpetny ryj!
Mogę być "szczęśliwy" tylko  do kamery, nie do aparatu! Mogę występować przed publiką, reprezentując grupę bądź uczelnię. Ale nigdy nie chcę widzieć efektu swojej pracy! Nie chcę widzieć cyrków, jakie tam odwalam...

- To co z ciebie za dziennikarz ma być, jak wstydzisz się takich rzeczy, i podobno nawet twój głos ci się nie podoba?!

Luzik. Mogę się załapać do redaktorstwa, z resztą pisanie tekstów to mój nadrzędny cel.
No, to jak? Wy też udajecie zawsze "szczęście" czy tylko ze mną jest coś nie tak?


P.S: Karolino, jeśli to czytasz...Już wiem dokąd mnie zaprowadziłaś wtedy w Krakowie, na naszym jedynym spotkaniu. Gdy zszedłem po schodkach, ujrzałem ten sam wystrój i tego samego sprzedawcę, wszystkie wspomnienia z tamtego dnia odżyły. Tego spaceru nigdy nie zapomnę, możesz być pewna. Dziękuję Ci za to.


Apostazja - ateizm, Kościół a wiara. 2016-11-25

Apostazja (z j. greckiego - odstąpienie, niezgoda) - akt formalnego, udokumentowanego wystąpienia z Kościoła. Dla duchowieństwa nie ma czegoś takiego, jak deizm, agnostycyzm czy ateizm. Są to bowiem idee sprzeczne z zasadami katolickimi, a więc traktowane są jak herezja. Dopiero dokonanie apostazji (przynajmniej w teorii) manifestuje twój sprzeciw wobec praktyk klerykału i wyklucza cię z możliwości uczęszczania na msze, prawa do katolickiego pogrzebu na poświęconej ziemi czy świadkowaniu przy chrztach, bierzmowaniach itd.

Dlaczego ludzie to robią? Powodów jest masa: pedofilia wśród księży, nadmierne bogactwo, pycha, wywyższanie się ponad inne religie, pogarda wobec innowierców, in vitro, antykoncepcji i heretyków, a nawet osobista uraza, spowodowana przez jednego z "Bożych sług".
Czy oznacza to, że apostata musi być nastawiony wrogo wobec Boga, tudzież twierdzić, że Go nie ma? Wręcz przeciwnie: dokonując apostazji nadal można wierzyć w Pana, Stworzyciela, czy jak go tam jeszcze by nie nazwać.
Jeśli jesteś ateistą, to nie wierzysz w istnienie Boga, masz w głębokim poważaniu instytucję Kościoła i opierasz życie jedynie na prawie polskim, moralności i wyznawanych przez ciebie wartościach. Jest jednak pewien problem, mianowicie wg wszelkich reguł KKK postawa ateistyczna, jak wspomniałem, nie istnieje. Jeśli zostałeś ochrzczony, to z automatu zostałeś katolikiem - bo tak stanowią zapisy w kartotekach!
Jest to bardzo wygodne dla statystyk: na nabożeństwa może uczęszczać, dajmy na to, 50 - 75% społeczności danej parafii. Jednak patrząc na kościelne dokumenty, można stwierdzić, że w tei i tej parafii jest aż 95-98% wierzących! Sprytne, nie?
Tylko jak to tak naprawdę jest? Powyżej napisałem, iż apostazja jest wyjściem z Kościoła tylko w teorii. Wynika to z dekretu papieża Beneddykta XVI z kwietnia/maja 2010 roku, pt. "LIST APOSTOLSKI MOTU PROPRI, OMNIUM IN MENTEM” NA TEMAT ZMIAN W KODEKSIE PRAWA KANONICZNEGO". Całość znajdziecie tutaj (od strony 15):
 http://www.diecezja.opole.pl/pdf/wudo_2010/4-5_2010.pdf#page=15  

Dekret ten  delegalizuje (teoretycznie...) małżeństwa między osobą ochrzczoną (katolikiem) i osobą, która katolikiem nie jest (nieochrzczoną).
Oczywiście kościół tłumaczy się tutaj "problemami" pomiędzy parami mieszanymi - wiernymi i heretykami - ale powód usunięcia  słów dotyczących odłączenia od społeczności kościoła z prawa kanonicznego jest również próbą zaklejenia ust apostatom.
"Kodeks Prawa Kanonicznego postanawia jednakże, że wiernych, którzy odstąpili od Kościoła «formalnym aktem», nie obowiązują przepisy kościelne dotyczące kanonicznej formy małżeństwa (por. kan. 1117), dyspensy od przeszkody różnej religii (por. kan. 1086) oraz uzyskania zezwolenia wymaganego w przypadku małżeństw mieszanych (por. kan. 1124). Racją i celem tego wyjątku od normy ogólnej kanonu 11 było uniknięcie tego, aby małżeństwa zawarte przez tych wiernych były nieważne ze względu na brak formy kanonicznej lub na przeszkody różnej religii."
No dobra. Mamy powód, jesteśmy zdecydowani wypisać się z Kościoła (chociaż nadal w teorii obowiązywać będzie reguła "ochrzczony raz - katolik na zawsze"). Co robimy dalej?

Do wyboru są dwie drogi:
a) świecka - napisać pismo zgodne z przepisami prawa świeckiego.
b) kościelna - napisać pismo, zgodnie z zaleceniami polskiego episkopatu.
Wzór i wszelkie informacje na temat wyglądu dokumentu znajdziecie tu: http://wystap.pl/wystap-z-kosciola/

Gdy już taki akt sporządzicie, możecie osobiście udać się do sekretariatu parafialnego (najlepiej do samego proboszcza) lub przesłać go listem poleconym, załączając ksero dowodu osobistego oraz prośbę o potwierdzenie odbioru. Po mniej więcej dwóch tygodniach należy jeszcze raz odwiedzić plebanię, aby potwierdzić fakt wypisu z instytucji kościelnej. Sprawę macie o tyle prostą, że w tym roku anulowano zapis o zaprezentowaniu dwóch świadków. Sami decydujecie o apostazji i sami to załatwiacie.
Proboszcz może was namawiać do zmiany zdania, co zrozumiałe, ale czasem posunie się do gróźb, straszenia, wyklinania i odmowy przyjęcia papierów. Wówczas warto mieć przygotowany dyktafon, aby wszystko ładnie nagrać i, w razie problemów, pokazać w najbliższej kancelarii diecezjalnej. Duchowny ma obowiązek rozliczyć się z wami, jako urzędnik kościelny.

Na koniec zerknijmy na konsekwencje apostazji. Po pierwsze, jesteście z automatu ekskomunikowani, czyli wykluczeni z wszelkich praktyk kościelnych. Ślub, chrzest, bierzmowanie? Zapomnijcie o świadkowaniu. Wyzioniecie ducha? Nie można was będzie pochować na poświęconej ziemi ani, co za tym idzie, odprawić chrześcijańskiego pogrzebu.
Jeśli jednak zdecydujecie się wrócić, Kościół przywita was z otwartymi ramionami. O ile się orientuję, nie będzie trzeba powtarzać chrztu ani innych obrzędów, ale mogę się mylić. Ekskomunika nie wywiera wpływu na waszą wiarę. Możecie wyrzec się Kościoła, ale nie musicie odtrącać Boga, jeśli w jakikolwiek sposób w niego wierzycie.
Osobiście jednak nie widzę sensu w jednoczesnej apostazji i podtrzymaniu wiary. Same modlitwy prywatne i postępowanie według przykazań to wg mnie trochę za mało. Jest to element religii, trwale złączony z nabożeństwami, tradycją i obrzędami. Te sakramenty nie wzięły się znikąd, a doktryny katolickie wyraźnie definiują ich znaczenie. Chrzest wymazuje z wierzącego grzech pierworodny, I komunia święta wprowadza otwiera drogę do umocnienia Boga w sercu, bierzmowanie naznacza piętnem Ducha Świętego, a małżeństwo oznacza nierozerwalną przysięgę dla dwojga ludzi (jednak nawet wierzący biorą dziś rozwody, więc całą tę moją śpiewkę można o kant dupy potłuc).
Zachowanie części kapłanów może być niegodne. Pewne stosunki i restrykcje prawne mogą być poddawane niekończącej się debacie. Ale jeśli prawdziwie wierzysz, to w oddawaniu Bogu czci księża ci nie przeszkodzą.


Obiektywizm - naukowy punkt widzenia 2016-11-23

Obiektywizm? Ale czymże on w ogóle jest?
Czytając "Teorie komunikowania masowego" profesora Mc Quail'a, możemy wywnioskować, że:

1) jest to postawa oderwania i neutralności wobec poruszanego tematu
2) zakłada brak tendencyjności: niezajmowanie stanowiska w kwestiach spornych, brak stronniczości czy sympatii
3) wymaga bardzo rygorystycznego przywiązania do rzetelności i innych kryteriów prawdziwości
4) zakłada brak ukrytych motywów i brak służalczości wobec osób trzecich.

Mamy tu jednak do czynienia z ciekawą zależnością. Widzicie, niezależność jest warunkiem koniecznym dystansu i wierności prawdzie. W trudnych warunkach (kryzys, wojna, ucisk polityczny) wolność informacji możemy otrzymać jedynie za gwarancję obiektywności. Z drugiej strony, wolność mieści w sobie również prawo do bycia stronniczym czy uprzedzonym.

Widzowie, słuchacze i czytelnicy z reguły oczekują obiektywności. Informacja obiektywnie przekazana otwiera furtkę dowolnej interpretacji, a co za tym idzie, poszerzony krąg odbiorców. Obiektywność wymaga tu uczciwej i wolnej od dyskryminacji postawy wobec źródeł i przedmiotów informacji. Niezwykle istotne jest równe traktowanie wszystkich spojrzeń na ten sam temat.
Informacja powinna dostarczać wszystkich  wiadomości adekwatnych i dodatkowych na temat wydarzeń w społeczeństwie i na świecie. Winna być dokładna, uczciwa, wystarczająco pełna i wierna rzeczywistości oraz rzetelna, czyli sprawdzalna i oddzielająca fakty od opinii. Zrównoważona, bezstronna, zawierająca alternatywne perspektywy i interpretacje w niesensacyjny i niestronniczy sposób. Te wymagania stawiają przed nami pewne bariery.

Bo cóż w istocie jest ową "adekwatną informacją"? W jaki sposób trzymać się reguł obiektywności, gdy (naukowo patrząc) nie różnicuje wypowiedzi fałszywych od prawdziwych? To samo dzieje się z teorią zróżnicowania mediów, kładącą nacisk na złożoność i niespójność rzeczywistości. Nic nie jest czarno-białe, nie ma rzeczy prostych. Znalezienie cudownego złotego środka przy maksymalnym postawieniu na reguły obiektywizmu zdaje się być przez to jeszcze trudniejsze.
Przedstawione wyżej kryteria odnoszą się w znacznej mierze do całokształtu informacji, jaka jest nam dostarczana, nie zaś do konkretnego kanału medialnego czy sektora i nie wszyscy odbiorcy oczekują w pełni opiniotwórczej informacji.
Ciągle gdzieś tam siedzi w nas ta zaściankowość wyznawanych zasad, hierarchii wartości itp. Poza tym, bardzo często różnego rodzaju instytucje usiłują wpływać (i wpływają) na treści, przekazywane od rana do wieczora. Treści nałożone na jeden konkretny komunikat.

Wszystko i tak sprowadza się do możliwości finansowych. Jeśli masz pieniądze na prowadzenie i prężny rozwój swoich mediów, możesz postawić na obiektywizm. Albo propagowanie wyznawanych przez ciebie poglądów, jak wolisz.  A co jeśli kasy nie ma?
Wtedy z pomocą przychodzi Wujek Sam albo, w naszym przypadku, Ciocia Hilda. Dzięki ich wsparciu, wg statystyk, polski rynek zalany jest aż w 75% niemieckim kapitałem. Wśród nich prym wiodą Ringier Axel Springer oraz Bauer.
Internet pozostaje zatem ostatnim bastionem wolności, różnorodności i obiektywności informacji. Mimo licznych stron propagandowych, na przekór wszystkiemu wychodzi znacznie więcej niezależnych redakcji. Pytanie brzmi: jak długo ta swoboda jeszcze potrwa?


Timur Vermes - On wrócił 2016-11-22

Oto początek Nowej Rzeszy!

Jest 30 sierpnia 2011 roku. Adolf Hitler, niegdysiejszy przywódca narodu niemieckiego, budzi się nagle w Berlinie. W jego ostatnich wspomnieniach Rosjanie szturmowali stolicę, oczekującą z nadzieją na jakiekolwiek posiłki. Tymczasem miasto zdaje się tętnić życiem, jakby minione wydarzenia nigdy nie miały miejsca. Na szyldzie pralni widnieje turecka nazwa, po chodnikach przemieszczają się obywatele różnych kultur, a jakiś Starbuck otworzył sieć kawiarń! Führera czekała brutalna konfrontacja z rzeczywistością, powolna nauka wynalazków nowoczesności i długa droga do odzyskania władzy. Dzięki pomocy kioskarza, główny bohater (a zarazem narrator powieści) trafia w ręce MyTV, w której staje się najjaśniejszą gwiazdą.

Występy Hitlera opisane zostały na wzór jego dawnych wystąpień. Jak niegdyś, tak i dzisiaj ludzie zaczęli doceniać Wodza za głoszenie prawdy. Nie bał się łamać standardów, otwarcie mówił o zalewie obcokrajowców, wykorzystywaniu nowoprzybyłych jako taniej siły roboczej, nieładzie społecznym i braku zrozumienia dla multikulturalnej polityki pani kanclerz
Najważniejszymi postaciami  są tutaj pracownicy stacji telewizyjnej. Wszyscy myślą, że to żart, że cały czas odgrywa swoją rolę komika. Przez śmiech i szczerość Führer trafia do mas, a z czasem zaczyna budować nowy program odbudowy państwa.
Dzisiaj dla nas telewizja i internet to powszechność, ale dopiero główny bohater przypomina nam o ich potężnych możliwościach. Sceny zapoznawania się Hitlera z obsługą hotelowego telewizora czy nauka posługiwania się komputerem w zabawny sposób oddają pierwszy kontakt starego człowieka z nowinkami XXI. wieku. Szczególnie ważna jest pierwsza wymieniona, gdzie autor wytknął powielanie równie nudnych i bezsensownych programów kulinarnych czy sądowych show, pokroju naszej "Anny Marii Wesołowskiej".

W czasie lektury napięcie podniosły mi dwie sceny.
W pierwszej sekretarka Adolfa, waleczna i zdeterminowana panna Krömeier, chciała złożyć wymówienie. Opowiedziała wówczas Führerowi, że jej babcia wściekła się na wieść o pracy jej wnuczki dla Hitlera. Rodzina babci została bowiem zagazowana z powodu pochodzenia żydowskiego. Wtedy to z usta Przywódcy padły mądre słowa: "Przecież wybrano mnie demokratycznie! Kogo zatem naprawdę powinna winić pani babcia? Mnie za to, co uczyniłem, czy ludzi, którzy doskonale wiedzieli na kogo głosują?". Po wszystkim Hitler pojechał do babci sekretarki, by z nią pomówić. Nie dość, że wstawił się za wnuczką, to jeszcze przekonał starowinkę, że on chce wszystko naprawić, że to wszystko dzieje się po to, ażeby nie powtórzyć błędów przeszłości.
Drugi fragment dotyczy spotkania zarządu stacji. Führer dowiaduje się, że dostał nagrodę Grimmego, czyli wyróżnienie dla osób, które "poprzez literacką, naukową bądź artystyczną działalność w znaczącym stopniu zasłużyły się dla urzeczywistnienia myśli pokojowej”. Po oficjalnym toaście następuje przemowa, zakończona okrzykami zwycięstwa:
"- Sieg...!
- Heil!
- Sieg...!
- Heil!
- Sieg...!
- Heil!"


Zakończenie powieści nie sugeruje czy główny bohater osiągnął swój cel. Domyślam się jednak, że celowo zostawiono tutaj dla nas furtkę myślową.
Jeśli taka sytuacja miałaby miejsce i faktycznie po władzę sięgnąłby prawdziwy przywódca, który ponad wszystko stawia dobro własnego narodu, Polska wzrosłaby w siłę. Miejmy jednak nadzieję, że w tym śmiałym zamyśle nie wyprzedzą nas sądziedzi.


Mała zmiana planów, bo tak ;) Wczoraj koło północy 'wjechała' recenzja filmu, także zapraszam do nadrobienia. Dziś omówiłem powieść, jutro będzie o obiektywiźmie, a w czwartek pogadamy o apostazji. Co do piątku, jeszcze się zobaczy.


Fantastyczne Zwierzęta i Jak Je Znaleźć (2016) 2016-11-21

Magia powraca!

Przygody Harry'ego Pottera dobiegły końca, Voldemort wącha kwiatki od spodu, świat uratowany, więc można było spokojnie zając się Ginny. Bachory odesłane do Hogwartu, nastał lepszy czas i koniec.
Jednak J.K. Rowling nie próżnuje i nadal stara się zaspokoić wiernych fanów uniwersum. Jakiś czas temu powstała sztuka teatralna "Harry Potter i Przeklęte Dziecko". Teraz do kin weszła opowieść o autorze podręcznika Szkoły Magii i Czarodziejstwa, a więc historia z okresu na długo przed Chłopcem, Który Przeżył.

Przyznam się bez bicia: książek pani Rowling nie czytałem, filmy oglądałem tylko do "Księcia Pół Krwi", a na dzisiejszy seans wybrałem się bez znajomości trailera. Jedyną rzeczą, po jaką sięgnąłem, była strona filmwebu i górująca tam ocena tytułu: 7.8/10.
Pierwsze, co rzuca się w oczy, to klimat, znacznie odmienny od Hogwarckich scenerii: zero fikuśnych kapeluszy, ani jednej czarodziejskiej szaty, brak jakichkolwiek zamkowych pieleszy. Zamiast tego przyjdzie nam zetknąć się z bardziej nowożytnim otoczeniem, co poczytuję na plus. Świeżość wpływa na ekrany niczym główny bohater do Nowego Jorku pierwszej scenie filmu.
Newt Skamander zajmuje się wyłapywaniem, badaniem i ochroną magicznych stworzeń. Przychodzi mu to niełatwo, albowiem granica między światem mugoli a czarodziei grozi załamaniu. Mag o imieniu Grindenwald dokonuje krwawych napadów na zwykłych ludzi, sprzeciwiając się podziemnej konspiracji i przybliżając wojnę światów. Sytuacja jest więc bardzo napięta, a przybycie na Nowy Kontynent magika pokroju Skamandera  nie wróży pomyślnie.
Jeśli ktokolwiek spodziewał się typowej "Potterrowatości", tu nie ma czego szukać. Film zrywa z konwencją stuprocentowej powagi i dorosłości przekazu, serwując widzom potężną dawkę humoru.


To bardziej produkcja przygodowa i, uwierzcie mi, nie ma w tym ani krztyny wstydu! Sceny komediowe są zrealizowane po mistrzowsku, tam faktycznie jest się z czego śmiać! Jest to czysty, naturalny śmiech, wynikający z sytuacji, a nie sytuacje wciśnięte na potrzeby śmiechu. Nie mogłem się powstrzymać od chichotu, gdy Newt trzymał "dziobaka" za nogi i wytrzepywał z niego wszelkie monety, sztabki złota i inne błyskotki! A pościg za samicą "nosorożca"? Czyszta poezja!
Pierwszą połowę seansu doskonale można opisać w trzech słowach: rozrywka, przygoda i urok.


No właśnie, "Fantastyczne zwierzęta" w tytule nie wzięły się znikąd. Scenarzyści przebili wszystko, powołując do życia bardzo wiele różnorodnych stworzeń, które wprost błyszczą w efektach wizualnych! Dziobakowaty złodziej wszystkiego, co się błyszczy, zmiennokształtne żmijoptaki, patyczakowate żyjątka...Jest tego multum, a każde z ukazanych istnień ma swoją własną, niepowtarzalną naturę!
Naturalnie, biorąc pod uwagę przytoczone przeze mnie ramy fabularne, na samym humorze filmu oprzeć nie można. Drugie pół seansu jest poświecone bardziej łączeniu wątków, rozwijających akcję aż do finału, lecz i tu przyjdzie nam się pośmiać.
Do minusów zaliczam tylko fakt, iż niektóre wątki zostały niedopowiedziane. Liczę, że zostanie to naprawione, a z tego, co wiem, mają wyjść aż cztery sequele. Cóż, jakby nie było na premierę następnych części będę czekał z niecierpliwością.
Jeśli jeszcze nie byliście, zalecam wybrać się w najbliższym czasie, najlepiej ze znajomymi bądź rodzinką, a dodatkowe efekty 3D jeszcze spotęgują wrażenia z seansu.
Polecam serdecznie, nie zawiedziecie się!


Kto zyska na "koronacji" Chrystusa? 2016-11-21

"Chrystus wodzem, Chrystus królem, Chrystus, Chrystus władcą nam"...

Jak zapewne wiecie, w miniony weekend Polska została oddana pod opiekę samego Jezusa. Nie pierwszyzna to dla naszego narodu, bowiem Matka Boska Częstochowska jest Królową Polski, a jeszcze wcześniej za opiekuna kraju nadwiślańskiego obrano św. Wojciecha.

Na szczęście ostatnie ceremoniały miały charakter symboliczny. No bo powiedzcie mi: czy cokolwiek się zmieniło? Póki co, Chrystus nie zszedł z nieba i nie domagał się tronu. Życie toczy się tak, jakby sobotniej ceremonii w ogóle nie było. Jedynie wierni wyznawcy mogą czuć się lepiej na duchu wiedząc, że ich Pan ma teraz większą władzę (jakby wcześniej nie rządził światem, acz co do zakresu Jego stanowiska mam pewne wątpliwości).

Z jednej strony ateiści mogą protestować (choć nie powinno ich to w ogóle obchodzić, bo przecież nie wierzą w istnienie Boga). Mogą się burzyć, że Bóg nie będzie nad nimi stał, że nie wierzą w te brednie, a Kościół zgarnia więcej dla siebie! O ile te dwa pierwsze argumenty są mało warte, tak w ostatnim jest zawarty cały sens tej całej szopki.

Chrystus już jest przecież Królem Wszechświata. Jego święto obchodzone jest w ostatnią niedzielę roku liturgicznego, czyli na tydzień przed adwentem. Skoro Jezus panuje nad Wszechświatem, to cóż Mu po małym jego skrawku, jakim niewątpliwie jest Polska? Nie, moi mili. Akt oddania naszego narodu pod opiekę Zbawiciela miał umocnić rolę Kościoła Katolickiego, pokazać prostym owieczkom, że ich Pasterze mają silnego szefa. Jest im to bardzo na rękę, szczególnie w obliczu obecnego wieku. Z biskupich rękawów wysypuje się coraz więcej brudu związanego z pedofilią, przesadnym dostatkiem, żądzą wpływania na politykę i nabrzmiałym egocentryzmem.
Już od średniowiecza duchowieństwo utrzymuje swoją uprzywilejowaną pozycję. Niegdyś byli przewodnikami, nakazywali ludziom, pouczali ich, jednocześnie dzierżąc wielkie posiadłości i pławiąc się w luksusach. Z czasem społeczeństwo nauczyło się myśleć. W 1515 r. Marcin Luter, zainspirowany husytami, rozpoczął reformację, która natchnęła wielu myślicieli do założenia własnego odłamu, jak choćby kalwinizm i kościół anglikański.
Jakiś czas minął, przyszły zabory, a kościelna ambona stała się idealnym medium informacyjnym między uciśnionymi Polakami a "duchem narodowości". Przyszła I wojna światowa, po niej wyzwolenie, 20 lat spokoju i znowu Bóg musiał wspierać naszych w walce na dwa fronty. Następstwem porażki Hitlera stała się dominacja komunizmu i kolejny raz ludzie się zjednoczyli, tym razem pod dowództwem papieża Polaka. Naród klęczał w wypełnionych po brzegi świątyniach i śpiewając "Ojczyznę wolną racz nam zwrócić Panie!", wyjednali sobie demokratyczną RP.
Teraz Kościół czuje się odrzucony, pożąda uwagi niczym plastikowy celebryta, więc korzysta z faktu obecnie sprawujących władz. PiS od zawsze był partią konserwatywną, prokościelną, to i nietrudno było doczepić się do Prezesa.
Albowiem jego jest premier i jego prezydent, których sam to namaścił, by nakazy kościelne spełniali sumiennie...


Ogłoszenie parafialne: dziś wieczorem recenzja filmu "Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć", jutro kontynuacja tematu z soboty (obiektywizm), a w środę powrócimy do wątku Kościoła, poruszając kwestię apostazji. Z kolei w czwartek..."On" powróci!  Miłego dnia! :)


Jak dobrze znasz angielski? - WTJA 2016 2016-11-20

Wielki Test Języka Angielskiego 2016 zaliczony!

Kraków, przystanek Zabłocie. Kilka minut przed 10-tą wsiadłem w tramwaj, zdążający do Dworca Głównego, by stamtąd udać się autobusem pod budynek AGH. Niestety, zapomniałem w którą stronę mam się potem udać, więc zagadałem do miłej starszej pani, która użyczyła mi nawet swojego planu miasta. Niełatwo, co prawda, było mi w pośpiechu połapać się w dokładnym kierunku, jednak za przewodnika posłużyło mi babcine "w tamtą stronę trzeba iść". Budynek Audytorium Maximum, mieszczący się przy ulicy Krupniczej 33, okazał się dość pokaźnym budynkiem, trudnym do przeoczenia. Przed głównym wejściem czekała dość spora kolejka, która rozszerzała się jeszcze w środku budynku.
Wewnątrz Audytorium należało podejść do jednego z trzech stanowisk, wydzielonych wg nazwisk alfabetu: A-J, K-P, R-Z. Szkoda tylko, że te nieprzebrane tłumy nie mogły się ustawić w jednolicie prostych liniach, aby nie robić zamieszania przy do konkretnych punktach rejestracji obecności. Na szczęście dla spóźnialskich, jeśli ktoś nie zapisał się do sobotniego popołudnia, mógł to zrobić na miejscu, bezpośrednio przed testem.
Przy sprawdzaniu zgodności z zapisami można było otrzymać darmowy podarek. Zawierał on anglojęzyczną broszurkę turystyczną Malty, nieco większy informator International House of London (również w języku obcym), ulotkę reklamową krakowskiej szkoły lingwistycznej "Mały Rynek"(lokalnych organizatorów przedsięwzięcia), dwie krówki oraz smycz National Geographic. Dużo bardziej imponująco prezentowały się nagrody w losowaniu. Każdy uczestnik miał szansę wygrać  jakąś książkę (m.in. "Południki Szczęścia", autorstwa podróżniczego małżeństwa Lisowskich), vouchery do sklebu jubilerskiego i miejsc vipowskich do kilku klubów czy nawet darmowy kurs językowy.
Aula, na której odbywał się Test, wywarła na mnie piorunujące wrażenie swoją przestronnością, znakomitym oświetleniem i bardzo dobrą akustyką. Nie dziwi więc, że właśnie to miejsce wybrano do realizacji tak wielkiego eventu.
Ceremonia otwarcia rozpoczęła się o 11:15, czyli kwadrans po zakładanym czasie. Po wstępnej prezentacji sponsorów, nagród i ogólnych zasad, rozpoczęła się zasadnicza część spotkania: egzamin. Podzielony został na trzy kategorie wiekowe: dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Najmłodsi dostali 35 minut na rozwiązanie swoich arkuszy,  dwie pozostałe grupy miały ich aż 75.
Początkowo myslałem, że tyle mi wystarczy. Zadania polegały na wstawieniu odpowiedniego słowa w wyznaczone miejsce. Przybierały one formę osobnych przykładów, całych maili z lukami do uzupełnienia oraz tekstów czytanych, do których przyporządkowano od dwóch do pięciu pytań. Czasem odpowiedź przychodziła na myśl jeszcze bez patrzenia na możliwe warianty. Częściej jednak, wśród podanych wyrazów, napotkałem zupełnie nieznane mi słowa czy wyrażenia. Moja pamięć wystawiona była nieraz na poważną próbę (np. Sprzedać coś po cenie -> ... prize -  to było at, on, in czy for?).
Początkowo zbyt długo myślałem nad właściwą odpowiedzią, dlatego ostatnie ćwiczenie rozwiązałem na minutę przed końcem. Nie wiem, czy w ogóle ukończyłbym sprawdzian, gdybym nie wprowadził taktyki pobieżnego czytania tekstów w poszukiwaniu konkretnych informacji. Jeśli trzeba było znaleźć datę, szukałem numerków i sprawdzałem czego dotyczą. Jeśli zapytano mnie o stanowisko danej osoby, szybko rzucałem okiem na konkretne nazwisko i doczytywałem wszystko wokół. Moja strategia, na dłuższą metę, się sprawdziła, aczkolwiek odradzam wam korzystania z niej w przyszłości. Poszło szybko, ale czy skutecznie?
Nie wiem nawet, czy osiągnąłem poziom B2, gdyż zwolniłoby mnie to z konieczności zdawania egzaminu z języka w drugim semestrze.
Wyniki zostaną ogłoszone na stronie internetowej za dwa tygodnie, tj. 4 grudnia. Po certyfikat, poświadczający poziom znajomości języka, będzie trzeba się zgłosić osobiście w siedzibie "Małego Rynku" do końca miesiąca. Nieodebranie dokumentu poskutkuje jego zniszczeniem, a więc tym samym dzień testu pójdzie na marne.
Podsumowując, była to bardzo owocna niedziela. Mieszkańcy Krakowa w różnym wieku razem z polskimi i ukraińskimi studentami zjednoczyli się w jednym miejscu, produktywnie spędzając swój wolny czas. Mam nadzieję, że to nie ostatnia taka impreza, bo korzyści z niej płynące są zbyt cenne, aby tak po prostu je zaprzepaścić! Będę monitorował na bieżąco tego typu wydarzenia i, jeśli tylko nadarzy się okazja, osobiście wesprę takie inicjatywy.


Dobre dziennikarstwo, czyli o asertoryczności 2016-11-19

Trochę z dziennikarskiego poletka

Asertoryczność - tym pojęciem określamy zawarte w spójną całość elementy rzetelnej informacji. Tekst asertoryczny jest przede wszystkim jasny, konkretny, zawiera daty, nazwiska, liczby  i inną statystykę. Nie jest nasączony emocjami, a wydarzenia w tekście zostają przedstawione w możliwie najbardziej obiektywny sposób: nie oceniamy, nie komentujemy, nie wyrażamy własnej opinii. Unikamy tutaj również selekcyjności informacji pod względem atrakcyjności dla czytelnika.
"Wczoraj wieczorem na terenie Dworca Głównego zamaskowany bandyta zaatakował starszą kobietę i zabrał jej torebkę" - czy jest to tekst asertoryczny? Nie. Dlaczego? Bo zastosowaliśmy tu ocenę: nazwaliśmy mężczyznę "bandytą". Może wydawać się to głupie, bo kim może być ten facet, jak nie złodziejem? No cóż, to już łatka, którą przypnie jegomościowi każdy czytelnik. Prawdziwy dziennikarz nie ma prawa uciekać się do takich zabiegów.
Dziennikarz mówi o faktach, podaje wszelkie niezbędne informacje. Skupia się na treści i i przyporządkowuje jej odpowiednią formę. Pamięta o uprawianym przez siebie gatunku dziennikarskim, zna jego części składowe i przestrzega ich jak Żyd Koranu.

Tak przedstawiają się podstawy dobrego dziennikarstwa. Tego winien się trzymać każdy, kto chce kroczyć po ścieżce powołania, kreowanego przez głos narodu. Jak wiele jest dziedzin ludzkiego życia, tak wiele jest też sposobów i form odpłatnej służby publiczności.
Idealny redaktor potrafi doskonale używać w swoich tekstach siedmiu zasad dobrego artykułu, jakimi są jasność, zwięzłość, prostota, dynamiczność, konkretność, konstrukcyjność i stosowność. Świetnie rozpala wyobraźnię, podgrzewa emocje w czytelniku i prowadzi odbiorcę swoim unikalnym stylem.
Byle jaki pisarzyna natomiast, któremu w głowie jeno pieniądz, wejdzie w świat infotainmentu, łączącego mało znaczącą informację ze skandalem stulecia.
-  "Kożuchowska nie zagra w "Listach do M."! "Była przekonana, że dostanie każdą rolę"
- "Małgorzata Rozenek-Majdan o swoim wieku: 'W jakimś programie producentka źle podpisała belkę. Zwykła LITERÓWKA!' "
- "Ellen DeGeneres rozwodzi się z żoną! Zacznie się wojna o 345 MILIONÓW DOLARÓW?"
Takimi tytułami jesteśmy zasypywani zbyt często i gesto. Niestety ten rak dziennikarski rozwija się szczególnie w rozterkach dobrych dziennikarzy.Czytelnicy chcą podążać za sensacją, lecz nie wszędzie można ją wdrożyć. I tu zaczyna się często kombinowanie, nierzadko kosztem plamy na journalistycznym honorze.

A co z prawdą? Czy nadal mamy wolność słowa? Weźmy przykład TVP. Jedni powiedzą, że tak, bo wreszcie mówią prawdę, nie ma "instrumentów" Platformy. Drudzy zwrócą im uwagę na podmiankę, jakiej dokonał PiS - ich prezes, ich głosy, ich sympatycy i tuby propagandowe. Jeszcze inni powiedzą, że dzięki temu media są zniewolone, nie zwracając uwagi na inne telewizje, które otwarcie i bez konsekwencji o tym mówią.
Prości, lecz rozumni odbiorcy pragną prawdy. Chcą dostać rzetelnych informacji, popartych autentycznym i sprawdzalnym źródłem. Często jednak podświadomie pragniemy, aby została nam ona przekazana w świetle zgodnym z naszymi przekonaniami. Tak samo jest z całą prasą - zagorzały katolik nie sięgnie po "Trybunę Ludu", TVN i "Gazetę Wyborczą"!
Jednym z korzyści jakości informacji (prawdy w mediach) wg Denisa Mc Quaila jest ochrona przed propagandą i irracjonalnymi poglądami. Niestety w obecnych czasach to tylko założenie idealnego stanu rzeczy. Władza często ma wpływ na media publiczne, a stacje prywatne nadają tak, jak każe im "góra".

Rozpisałem się. Chciałem napisać więcej, ale myślę, że taka objętość tekstu jest idealna. Nie wyczerpałem tematu do końca, toteż jutro po południu otrzymacie jego kontynuację.
Aha, no i jeszcze takie małe miki: jutro wezmę udział w badaniu znajomości języka angielskiego w Audytorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Być może zamiast dokończenia omawianego dzisiaj tematu sporządzę i wstawię sprawozdanie z tej imprezy. W takim przypadku dla części drugiej zarezerwujcie sobie czas na poniedziałkowy wieczór. Pomówimy m.in o obiektywności, jej istocie, granicach, a także równie szeroko pojętej odpowiedzialności. A póki co, lecę nadrabiać odcinki Arleny Witt z kanału "Po Cudzemu". Jak powtarzać angielski, to z klasą! ;)


Ćwiczenie nr 5 - Dynamika tekstu 2016-11-18

Czwartek, słoneczne południe. Wymarzony czas dla turystów, by odpocząć przez chwilę na krakowskim rynku i wysłuchać legendarnego hejnału. Jak zwykle tłumy gapiów zebrały się wokół świątyni Mariackiej, próbując dojrzeć błysk złotej trąbki, nieświadomi nadchodzących wydarzeń.
Hejnalista ledwie zaczął grać, gdy nagle rozległ się strzał. Trąbka wypadła przez okno, rozbiła się o bruk, a trębacz zniknął w głębi pomieszczenia. Turyści w jednej chwili zaczęli uciekać, kilku nawet zadzwoniło na policję.
W okiennicy pojawił się megafon. Okazało się, że kilku uzbrojonych mężczyzn przejęło kontrolę nad wieżą, a ranny muzyk został zakładnikiem. Napastnicy zagrozili jego śmiercią, jeśli nie otrzymają dwóch milionów złotych, zapakowanych w podstawionym samochodzie.
Pierwsze oddziały policji przyjechały po pięciu minutach od wezwania. Głównodowodzący akcją komisarz, również przez megafon, ogłosił możliwość spełnienia żądań porywaczy w przeciągu dwóch godzin pod warunkiem gwarancji życia dla trębacza.
Postronni przechodnie zostali ewakuowani z okolic rynku, a wszelkie drogi do niego prowadzące obstawiły oddziały antyterrorystyczne.
Po upływie godziny bandyci podprowadzili do okna hejnalistę. Zapewnił, że nic mu nie jest oraz poprosił o jak najszybsze spełnienie żądań bandytów. Wkrótce pod Kościół Mariacki, przy asyście dwóch radiowozów, podjechała dostawcza Skoda. Kierowca wysiadł i pokazał w stronę wieży trzy walizki z pieniędzmi.
Po kwadransie trzej uzbrojeni w rewolwery napastnicy zeszli na dó. Jeden z nich trzymał zakładnika. Gdy znajdowali się tuż przy samochodzie, trębacz nagle opadł bezwładnie na ziemię w ramionach porywacza. Ociężały porywacz próbował go podnieść, co błyskawiczne wykorzystał oddział specjalny.  Dopadli oni pozostałych dwóch mężczyzn, przyparli do chodnika i skuli im ręce. Załoga medyczna próbowała jeszcze reanimować nieprzytomnego hejnalistę, jednak nic już nie mogło mu pomóc.


Uwaga! Przedstawione wydarzenia są jedynie ćwiczeniem dziennikarskim i nie miały miejsca w rzeczywistości!


"Smutek" 2016-11-17

Dawno nie było... To mi nigdy nie da spokoju. Będę to czuł już zawsze, do końca...do śmierci.


Wieczór jesienny, patrzę przez okno,
Drzewa bez liści trzeci dzień mokną,
Nagim konarom zimno doskwiera,
A mi do serca znów się coś wdziera,
Ręce zmarznięte, chude, przy kości,
Nikt dziś mi takich już nie zazdrości
Dłonie pocieram, lecz i to na nic,
Kiedyż mnie, Losie, przestaniesz ranić?

Czegóż mi trzeba? Ciepła, miłości?
Dawnom się wypruł z wszelkich emocji!
Kogo mi trzeba? Boga, dziewczyny?
Diabeł mnie stworzył, Pan mój jedyny!
Gdzie chcę się udać? W Niebo, do Piekła?
Ile to jeszcze wiosen mam przetrwać?
Kiedy stąd zniknę? Kto mnie zabije?
Nie wiem dlaczego jeszcze wciąż żyję

Książek mam stosy, kasy niemało,
Lecz mi przy duszy nic nie zostało
Tyle posiadam, choć jestem biedny,
Ale nie pójdę nigdy na żebry!
Błagać o łaskę? Korzyć się znowu?
Kiedyś tak było, dajże już spokój,
Serc mi nie trzeba, świat ma w pogardzie
Równo mą dusze, jak i sny czarcie!

Ludzie, marzenia - błaha to rzecz!
Więcej i więcej musze wciąż mieć!
Bardziej POSIADAĆ, znaczyć niedużo
Już mi demony piękny kres wróżą,
Chwile ostatnie, pełne cierpienia,
By się wydostać z tego więzienia,
Rozbić Barierę, zstąpić do Piekła:
Nie ma już we mnie wiele z człowieka

Słone strumienie palą żrenice,
Dzień po dniu mija, z nimi wraz życie,
Małym postępem bliżej do trumny,
Los  ten był jednak dla mnie za trudny,
Smutek nadejdzie, gorycz, żałoba,
Lecz się to światu przecież podoba:
Zdrajca niech zdycha, popiół zostawi,
Malec w przyszłości wszystko naprawi


Najlepszy plan na życie 2016-11-15

Wiele razy pisałem o miłości.

Pisałem, że w nią nie wierzę, że to tylko oddziaływanie instynktu seksualnego i hormonów. Nigdy jednak nie zauważyłem jednej rzeczy: ja też przynależę do gatunku homo sapiens i również na mnie "chemia" oddziałuje (w końcu wydarzenia z czerwca 2012 i dalej z dupy się nie wzięły). Wiele razy wytykano mi, że nie znam życia, że jeszcze spotkam wybrankę swojego serca, że tylko tak mówię, a nie wiem jak będzie. A ja rzeknę wam: gówno prawda.

Fakt. Gdybym poznał Kejt "w realu", a obok niej nie stałby wówczas S., może coś by z tego wyszło. Jednak nie czarujmy się, mili państwo, gdybanie na temat alternatywnej historii nigdy nie niesie ze sobą pozytywów. Przynajmniej te wszystkie internetowe znajomości ujawniły wielkie pokłady zazdrości i - sam przyznaję - odrobiny egoizmu.
Moja ukochana musiałaby akceptować mnie takim, jakim jestem. Powinna rozumieć moje potrzeby, nie myśleć o sobie jako centrum mojego życia. Nie zawsze miałbym czas bądź ochotę na małe spotkanie, czasem preferowałbym wygrzewanie w ciepłym domku z laptopem i dobrą grą pod ręką. Dama Moich Snów nie mogłaby się rozdrabniać. Spotykanie się z koleżankami jeszcze bym zrozumiał, ale z innymi facetami - wykluczone! Lekarz, ksiądz, urzędnik, szef...to oczywiste wyjątki. Moja potencjalna dziewczyna musiałaby działać tak, bym naprawdę jej zaufał. Nie powinna wystawiać na próbę mojego serca. Przy mnie niewiele potrzeba, by wywołać sprzeczkę z powodu zwykłej zazdrości, więc i sama dziewczyna musiałaby być zaiste niezwykła. No i przede wszystkim: musiałaby mieć w sobie to "coś", co sprawiłoby, że naprawdę zacząłbym walczyć z nałogiem, tylko dla niej skończyć z pornografią raz, a dobrze.
Z grubsza chyba to wszystko.

Na (nie)szczęście po świecie nie chodzi ani jedna niewiasta, która posiadałaby te wszystkie kryteria. Mnie niełatwo byłoby dogodzić, jak sami widzicie. A zatem zmuszony jestem do końca życia pozostać związko-sceptycznym kawalerem.
Ja CHCĘ kochać, CHCĘ być kochanym, CHCĘ wiedzieć, że na kimś NAPRAWDĘ mi zależy i dla kogoś jestem NAJWAŻNIEJSZY. Ale, do Diabła, nie można dać się zwariować i patrzeć na temat optymistycznie!
Taka sytuacja ma swoje niewątpliwe plusy: zero jęczenio-ględzenia nad uchem, gdy tego sobie nie będę życzył. Zero dodatkowych wydatków na kolacje, pierścionki, świece, prezenty itd. Absolutne 100% wolnego czasu do rozdysponowania wyłącznie dla mnie. Zero spiny o seks, że coś może mi nie wyjść, że mogłyby wystąpić problemy.
No ale przede wszystkim: brak obowiązków innych niż zawodowe! Żadnego chodzenia po urzędach, zero inwestycji, działki, nie działki, edukacja potencjalnych dzieci, zajmowanie się pociechami...NICHTS, NULL, ZERO, KEINE PFLICHTEN!

Przytulanie?! Całowanie?! Bliskość?! Nie bądźcie śmieszni...


Słowo na niedzielę 2016-11-13

Mam różne poglądy.

Jestem raczej samotnikiem, myślicielem. Wojuję z Bogiem o wolność swojej duszy. Fascynuje mnie polityka autorytarna, koncepcja władczości. Jestem poetą, poszukuję ciągle nowych form tworzenia, aspirując do osiągnięcia sukcesu.

Jednak czasem na mojej drodze zdarzają się potknięcia, począwszy od okresu od czerwca 2012 do pierwszego kwartału 2013. Z rozpieszczonego, zbyt romantycznego i - jak myślałem - zbyt ufnego gnojka przemieniłem się w bezkompromisowca o  zimnym, trzeźwo myślącym sercu.

Mam wrażenie, iż niekiedy takie nastawienie do świata wydaje się przesadzone. Patrzę na drugiego człowieka, szukając w nim słabych punktów i możliwości agresji w moim kierunku i nie pozwalam potencjalnym napastnikom na przekroczenie bariery komfortu. Czuję, że muszę się zawsze bronić, bo nie chcę znów wyjść na frajera. I czasem to mnie gubi.
Z Kim było różnie, ale koniec końców zakopaliśmy topór "wojenny" (choć to głównie ja stawiałem barykadę). Michalina... Nie ma co tu o niej mówić. Pogubiona smarkula, która już po rozstaniu znalazła sobie chłopaka i zrobiła dziecko (będąc jeszcze siedemnastolatką). Karolina, cóż... Poróżnił nas głównie mój charakter. Zerwaliśmy kontakt na parę miesięcy, końcem 2015 roku wznowiliśmy, ale na wiosnę znów się rozstaliśmy, tym razem na dobre. Myślałem, że jestem dla niej znajomością szczególną, chociaż moja przesadna zazdrość dała o sobie znać. Paradoksalnie to ją wzmocniło. Czuła się moim więźniem, dlatego odeszła. Potem daliśmy sobie kolejną szansę, już na wyższym poziomie, jednak i tutaj okazało się, że niewiele się zmieniłem. Czy żałuję? Tak, nie mogę zaprzeczyć. Czy chcę kolejnego powrotu? Nie, niech sobie tam żyje w spokoju. Znów skończyłoby się tak samo.

Pisałem niegdyś, że już nie przeproszę, że nie będę się korzył przed tymi, których skrzywdziłem. Słowa, oczywiście, dotrzymam. 
Nie przeproszę. Nie mam do tego jaj, jakby powiedziała część z was. Napiszę tylko coś innego:
Jest mi bardzo przykro. Skrzywdziłem was, miało się udać, mieliśmy zawrzeć wyjątkową więź - nie wyszło. Żałuję swoich błędów, ale nie proszę u wybaczenie. Pewne rozdziały mojego życia są już zamknięte, rozlanego mleka nie można na powrót zebrać do butelki. Stół posprzątany, podłoga umyta. Za chwilę podadzą nowy obiad - dla Ciebie i dla mnie. 


I na tym poprzestańmy.


"Stan Wojenny" 2016-11-12

1.Dłużej słuchać Cię nie chciałem, wymówiłem posłuszeństwo,
  Działać zgodnie z Twoim słowem dla mnie było to przekleństwo,
  Wciąż mieszałeś w moim życiu, znieść nie mogłem Twej pomocy,
  Tak mnie sprytnie omotałeś, lecz przejrzałem już na oczy,
  Drogę wnet mi Cień zastąpił, pomógł otrzeć z kolan błoto,
  Przyobiecał blask i chwałę, więc podniosłem miecz z ochotą,
  Dzisiaj stoję przed obrazem Miłosierdzia Twego Zdroju,
  I przysięgam Ci otwarcie, że nie zaznasz już spokoju!
  Twym koszmarem od dziś będę, ósmą plagą, cierniem w nodze
 Za niewoli lat tych naście wnet odpłacę Tobie srodze!
 Nie powrócę, choćbyś prosił, nie pomodlę się już więcej,
 Choć Ci winien jestem dzięki, za to żeś mi zniszczył serce!


Ref: Teraz pokaż, coś jest wart! Czekam zwarty i gotowy,
Dawaj wszystko, co tam masz, ciekaw jestem co mi zrobisz,
Czekam ciągle na Twój ruch, na tak wielką karę z Nieba,
By na wieki pojął Duch, że Twej łaski mi nie trzeba!


2. Innym jestem dziś człowiekiem, z Piekłem czasem za pan brat,
Wojnę jednak dalej toczę, bo za bardzo wierzy świat,
Modły wznoszą do Pasterza ogłupiałych owiec masy,
Chcą wyprosić mannę z Nieba, bo im ciężkie przyszły czasy,
Bożym słowom już nie wierzę, On sam nigdy słuchać nie chce,
Równie dobrze mogę co dzień chcieć rozmawiać tak z powietrzem,
W Przeznaczenia miesza trybach, coś przestawia raz po raz,
Lecz dziś skromną dam ofiarę mszy w intencji pustych ław!
Ludzkość wreszcie się przebudzi, nie za chwilę i nie dziś,
Ostatecznie, razem ze mną, w jednym rzędzie będą szli,
Zrzucą kajdan medalionów, znikną krzyże z białych ścian,
I zobaczą jak ich zwodził ich "Wszechmocny Dobry Pan"!

Ref: Teraz pokaż, coś jest wart! Czekam zwarty i gotowy,
Dawaj wszystko, co tam masz, ciekaw jestem co mi zrobisz,
Czekam ciągle na Twój ruch, na tak wielką karę z Nieba,
By na wieki pojął Duch, że Twej łaski mi nie trzeba!



Ale Bóg nie wie, że Anioł powróci, by go pokonać...


Ćwiczenie nr 4 - Krótkie opowiadanie 2016-11-11

Nie należę do osób tchórzliwych.

Nawet w obliczu zagrożenia potrafię stawić czoła wszelkim niebezpieczeństwom, choć serce dopomina się o ucieczkę.
Jest tylko jeden przypadek, gdy zgadzam się z jego głosem: świadomość wysokości.

Było to 6 lat temu, na przełomie lipca i sierpnia. Przebywałem wówczas w Belgii u mieszkającej tam ciotki i jej rodziny. Pewnego dnia wszyscy wybraliśmy się na zwiedzanie cytadeli w Dinant. Znajdowała się ona na szczycie wzgórza, niedaleko małej przystani, toteż dostać się tam można wyłącznie górską kolejką.
Już w trakcie wjazdu na zamek czułem gęsią skórkę, widząc opadające pod nami budowle. "Spokojnie, to nie dzieje się naprawdę, zaraz wszystko wróci do normy" - pomyślałem.
Po niespełna minucie moje chwilowe marzenie się spełniło. Postawiwszy stopę na twardym placu, udaliśmy się na zwiedzanie sal zamkowych pod opieką przewodniczki. Niestety nie dane mi było nauczyć się języka flamanckiego, więc pocieszałem się pięknymi zbrojami, kunsztownymi obrazami i całą oprawą namacalnej historii.
Ledwie jednak zdążyłem nacieszyć się bezpiecznym wnętrzem, gdy nasza grupa wyszła na mały placyk na samym szczycie cytadeli. Nogi uginały się pode mn, źrenice rozszerzyły się do granic możliwości, a ręce opadły bezwładnie. Pomału stawiając kroki zbliżałem się do barierki. Za nic w świecie nei chciałem jej sięgnąć, a tu nagle słyszę głos ciotki:
- Chodź, młody, zrobimy ci tam zdjęcie!
Wtem pod nami odezwała się syrena. Z walącym sercem, rwany ciekawością, podbiegłem na skraj placu, by spojrzeć co się stało.
Belgijska policja podjechała pod jeden ze sklepów turystycznych. Dwóch funkcjonariuszy wbiegło do środka, by po chwili wyprowadzić skutego w kajdanki mężczyznę.
Nagle usłyszałem za sobą głośne "Uśmiech!"
Odwróciłem się, a migawka aparatu zasygnalizowała zrobienie zdjęcia. No tak, dałem się podejść. Bądź przeklęty, nikczemny Losie!


Jedno zdjęcie, a mówi wszystko! 2016-11-10

Oto odpowiedź na sens ludzkiego życia! Tysiące filozofów przez lata próbowało znaleźć siłę stwórczą ludzkiego bytu, a tymczasem młode, świeże umysły odkryły ją w kilka chwil! Poezja, arcydzieło, majstersztyk!



Nudne Sacred 2, czyli jak robić otwarte światy 2016-11-09

Im więcej, tym lepiej?

Środowy wieczór, na dworze mróz, w pokoju nieznacznie cieplej. Popijam herbatę, słucham Atora i pogrywam sobie w Sacred 2, RPG-a akcji z otwartym światem. Próbuję podejść do tej gry już któryś raz, lecz i tym razem program co jakiś czas przycinał, a parę razy kompletnie wyrzucał mnie do pulpitu. Jednak to nie z tego powodu prawdopodobnie już nigdy nie wrócę do dziecka Ascaronu. Ta gra jest po prostu za duża. Setki podobnych questów, zbyt potężny obszar do zbadania, ciągle odradzające się potwory, monotonność i niespieszne tempo sprawiają, że rozgrywka po kilkunastu godzinach znudzi nawet najwytrwalszego gracza.

I to zwróciło moją uwagę na temat pełnej swobody w rękach użytkowników. Szczególnie ważne jest to w grach role-playing, gdzie otaczający nas świat wprost zachęca do eksploracji, zboczenia z głównej drogi w poszukiwaniu złota i cennych przedmiotów. Nigdy nie wiadomo co czai się w głębiach niezbadanych jaskiń, w mrocznych zakamarkach dżungli czy wśród nadmorskich skał. Lepszy miecz, nowy pancerz, tajemne runy? A może w nasze ręce wpadnie tajemnicza księga, która otworzy nam drogę do nowego zadania?

Przez eksplorację poznajemy przedstawiony świat, jego historię, kulturę i społeczność. W grach od studia Piranha Bytes (serie Gothic i Risen) główny bohater porusza się po niemałym, lecz rozsądnie ograniczonym terenie, przez co jesteśmy w stanie szybko się zaklimatyzować. Besthesda oferuje nam bogate uniwersum The Elder Scrolls z całą biblioteką książek (kilkadziesiąt stron każda), klimatycznymi lokacjami i ofertą nieskończonej wędrówki bez konieczności realizowania głównej fabuły. Z kolei słynne dzieło Blizzarda, Diablo II, wybroniło się podzieleniem rozgrywki na pięć aktów, każdy rozgrywajacy się na innej "planszy".

W czym więc tkwi problem Sacreda 2? Przeszedłem wszak część pierwszą, wypełniając chyba każdy quest poboczny i, choć zajęło mi to ponad sto godzin, udało mi się nawet rozpocząć dodatek! Grafika w "jedynce" dziś może wydać się już mało atrakcyjna, zadania były równie powtarzalne, świat był niewiele mniejszy, a możliwość rozwoju postaci sporo uboższa.
Klucz, moi drodzy, tkwi w odpowiednim dostosowaniu tempa. Chodzi tu o poruszanie postaci, ułatwienia w przemieszaczaniu się między lokacjami oraz, przede wszystkim, dynamikę starć. Jeśli dodamy do tego gęste ulokowanie pytajników (oznaczających nowe zadania) i wysoką powtarzalność kanonu "Przynieś-Zabij-Chroń", otrzymamy program dużo mniej interesujący od typowej gry liniowej.
Czy można czerpać przyjemność z powolnej rozgrywki, wykonywania tych samych zleceń, zabijania chmary słabych klonów i zbierania tony sprzętu? Jak najbardziej, nie piszę, że jest to złe. Chodzi mi bardziej o takie zaprojektowanie gry, aby jej docelowy odbiorca czerpał z niej przyjemność jak najdłużej. Odbiorca nie może mieć wątpliwości, gdy zadamy mu pytanie "Czy kilkanaście godzin powtarzalnych schematów rekompensuje cenę zakupionej gry?".
Niestety obecnie wiele znanych serii odcina kupony z poprzednich odsłon, w wyniku czego  nowe tytuły okazują się wówczas kolejną porcją tego samego. Ale to, dlaczego się na to godzimy, jest już zupełnie inną historią.


Reporter Elvenoor W TERENIE! 2016-11-08

Dzień dobry Państwu, z tej strony Elvenoor, wasz ulubiony korespondent!

Ech, złota polska jesień! Cudowny czas, gdy słońce znika z horyzontu już po szesnastej, a przymrozki przejmują władzę od wieczora do poranka! W ten jakże mroźny i ciemny wieczór grupa młodych studentów zostaje wysłana z jednym celem: znaleźć potencjalny temat. Rozglądać się po uczelni, wyjść na przystanek, zawitać do Galerii - wszystko, byle tylko zebrać dobry materiał.
Jedna z sześcioosobowych ekip, cztery młode dziewczyny i jeden chłopak, wyruszają więc na Dworzec Główny w poszukiwaniu inspiracji. Nie wiedzą nawet, że już na ruchomych schodach dopadnie ich łaskawa wena:
- A może tak pociągi i podróżowanie? - napomknęła Magda. Studenci spojrzeli po sobie z uśmiechem. To było TO!
Pięć minut później ich plan był jasny: trzy dziewczyny miały przejść się po peronach i porobić zdjęcia, a  bystry chłopak i urocza Ukrainka zagadają do kilku przyjezdnych. Podróżni mieliby odpowiedzieć na kilka pytań: jak często muszą podróżować, jak oceniają stan polskiej kolei oraz czy miewają problemy z opóźnieniami pociągu. Zaskakująca większość uznała postęp i poprawę warunków przejazdu, mimo częstego korzystania z usług PKP  nie spotkali się z żadnymi spóźnieniami, choć doskwierały im nieraz długie kolejki. Wyobrażacie sobie Państwo? Jedna kolejka do zaledwie dwóch-trzech kas? Toż to skandal!

Wracając jednak do naszych dziennikarzy, sprawa poszła im dość szybko. Po powrocie na uczelnię, opisaniu tematu w krótkim raporcie i złożeniu wszystkiego w jedną całość, zaprezentowali oni wyniki swojej pracy. W porównaniu z innymi było to trochę mało, gdyż pozostali mieli nagrania (a tematy zaczerpnęli z otrzymanych wcześniej gazet), ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Teraz czekał ich tylko w pełni zasłużony odpoczynek!

Ach, drodzy Państwo! Gdyby nie te dziewczyny, młody reporter zdany byłby na siebie samego. Co by wtedy zrobił? Zostałby na uczelni, poszukał, pochodził i może jakiś dobry duszek podpowiedziałby mu, co należy zrobić. Chociaż z drugiej strony, owe duszki nie lubią zimna, to i nawet na nich nie można byłoby liczyć!

Jak sami Państwo widzą, studenci na AK rzucani są na głęboką wodę od samego początku. Na zaliczenie z dziennikarskich źródeł informacji należy sporządzić pięciominutowy film o jakiejś rodzinie bądź zawodzie. Każdy temat opatrzony został konkretnymi punktami, jakie w reportażu należy zawrzeć. Gatunki dziennikarskie z kolei wymagają systematycznego wysyłania do prowadzącej wykonanych zadań domowych, a na koniec trzeba będzie napisać wywiad. Rozmówcą ma być ktoś, kto nas w sobie czymś zachwyca, czymś pasjonuje, kogo szanujemy, kogo darzymy sympatią.
Ciężko? Owszem, ale na ratunek przychodzą zawsze pomocni, życzliwi i uprzejmi wykładowcy, gotowi służyć radą i wsparciem naukowym.

Tako rzecze młody reporter z Krakowskiej Akademii im. Frycza Modrzewskiego. Choć jest to uczelnia prywatna, pieniądze wydane na studia nie zostaną zmarnowane. Studia tutaj dadzą Państwu wiedzę i umiejętności, a co z tym Państwo zrobicie, to już sprawa indywiduwalna każdego studenta.

Tymczasem żegnam się z Państwem na dziś i do przeczytania jutro! Recenzja filmu? GryPamiętne#2? Zobaczymy! ;)


Ćwiczenie nr 3 - News o IEM-ie 2016-11-06

Śmierć zebrała krwawe żniwo w katowickim spodku podczas Mistrzostw Świata w e-sporcie. 20 osób zginęło w wyniku eksplozji ładunku wybuchowego w głównej hali, gdzie tysiące młodych ludzi oglądało finały rozgrywek League of Legends, popularnej gry sieciowej.
Dziś przed południem, tuż przed końcem pierwszej rundy, nieznany sprawca wbiegł na scenę i wysadził się w powietrze, zabijając m.in. zawodników jednej z drużyn. Wybuch wzniecił pożar w części auli. Godzinę po zdarzeniu, gdy wszyscy odwiedzający zostali wyprowadzeni, teren całkowicie zamknięto dla policji. Obecnie trwają tam prace saperskie.
Do odpowiedzialności pociągnięty już został prezes Hali Sportowo - Widowiskowej. Postawiono mu zarzuty zaniedbań w kwestii bezpieczeństwa.
Zamachowiec nie został jeszcze odnaleziony. Jak wynika z nagrań monitoringu, poszukiwany zamachowiec jest był dwudziestoparoletnim mężczyzną o ciemnej karnacji. Jego portret pamięciowy przekazano do wszystkich jednostek patrolowych w całym kraju.
Co roku w Katowicach odbywają się finały Mistrzostw Świata Intel Extreme Masters. Podczas tego wydarzenia gracze z całego świata mogą oglądać na żywo ulubioną drużynę, spotkać się ze znanymi jutuberami, a także przetestować nowe gry oraz nowoczesny sprzęt do cyfrowej rozrywki.

Uwaga! Powyższe wydarzenie nie miało miejsce w rzeczywistości (i, miejmy nadzieję, nigdy do niego nie dojdzie). Tekst jest kolejnym ćwiczeniem dziennikarskim.


Poprawiono dnia 08.11.2016. Podziękowania dla Pani Haliny Gąsiorek-Gacek.


List do Jedynej 2016-11-03

3 listopada 2016, Krk

Droga dziewczyno ze snu,

Pisze do Ciebie po raz pierwszy. Nie znam Cię, ani ty mnie nie znasz. Mimo wszystko spotkaliśmy się już przecież, w Galerii Krakowskiej, wczoraj, gdy byłem tuż przy wejściu. Zagadałaś do mnie, choć nie pamiętam o czym rozmawialiśmy. Miałaś piękne oczy, gładka cerę, cudowny uśmiech. Podałaś mi wtedy rękę, bo wiedziałaś, co się właśnie stało i jak dalej sprawy się potoczą.
Minęło ledwie parę chwil, a już jechaliśmy razem na rowerze do jakiejś wiejskiej chatki. Był wiosenny, może letni dzień. Słońce nas ogrzewało, zielone  góry olśniewały, a błękitne niebo mieniło się całym stadem malutkich baranków. Miałaś na sobie białą suknię z jakimiś kwietnymi akcentami, a ja siedziałem tuż za twoimi plecami. Jechaliśmy razem.
Gdzie? Do księdza. Po ślub? Nie, chyba nasze stroje nie były do tego przystosowane. Co dalej się wydarzyło? Nie wiem. Zniknęłaś wraz z mrokiem nocy. Odeszłaś na dobre.
Wieczorem próbowałem Cię odnaleźć w Krakowie, w tym samym miejscu, bo czułem że to coś musi znaczyć. Ale nie było Cię tam.

Jestem marzycielem, żyję bardziej w swoim świecie, ale dostrzegam granicę między zwykłym snem a jawą. Czym zatem byłaś? Koszmarem! Omotałaś mnie i nie wypuściłaś aż do rana. A po wszystkim odeszłaś. Wiem dla kogo pracujesz, kto Ci za to zapłacił. Ten sam, który chce mojego powrotu, a z którym wojnę nieustannie toczę. Nie wiem gdzie jesteś teraz, ale powiedz Mu: odwal się, nic o mnie nie wiesz!
Wyrzekłem się miłości, wyrzekłem się oszukiwania samego siebie, że kiedyś spotkam damę moich snów...
SNÓW! Właśnie! Ja NIGDY takiej nie spotkam, bo ciągle marzę o tej Jedynej - a ona istnieje TYLKO w ludzkiej podświadomości, złożonym z wielu hormonów!

Nie istniejesz, choć bardzo tego chcę. Nie spotkam Cię, bo w tym świecie nie ma na to możliwości. Nie, nie odbiorę sobie życia tylko po to, by gonić za jakąś marą.
Żałuję tego snu, koszmaru, który odcisnął na mnie srogie piętno. Jestem blisko Ciebie, a tak bardzo daleko. To się nie uda, adios!

Z wyrazami szacunku i pogardy
Twój na wieki M.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]