Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Andrzej Fidyk - z obiektywem wśród ludzi 2016-10-30

Oko w oko z mistrzem!

Czwartek, 27 października - 8 godzin. Piątek, 28 października - 7 godzin. Tyle trwały pierwsze z kilku planowanych zajęć z samym profesorem Andrzejem Fidykiem.
Nazwa przedmiotu: Problemy współczesnego świata okiem dokumentalisty.
 Forma: oglądanie filmów (około godzinnych) + możliwość udzielania komentarzy i zadawania pytań.
Zaliczenie: zależne od frekwencji i plusów za aktywność.

Tak prezentuje się całokształt mojego najlepszego, jak do tej pory, przeżycia dziennikarskiego. O panu Andrzeju słyszałem bardzo wiele pochlebnych opinii, z grubsza wiedziałem czym się zajmuje. Jednak trzeba było pójść na studia do Frycza, żeby odkryć jego geniusz, niesamowity styl ukazywania zwykłego człowieczeństwa w różnych zakątkach świata.
Zakochałem się w "Defiladzie", urzekli mnie "Kiniarze z Kalkuty", zafascynował "Sen Staszka w Teheranie", oczarował "Taniec Trzcin", a prawdziwego orgazmu moja dusza  doznała przy "Yodok Stories". Trochę niższy odbiór przyniósł jednak "Białoruski Walc", "Karnawał" nie wciągnął mnie aż tak mocno, ale "Dojenie Wielbłąda" wypadło już ciekawiej.

Osiem filmów, osiem spojrzeń na różne zjawiska, osiem niezwykłych podróży po nieznanych zakątkach Ziemi w poszukiwaniu równie interesujących ludzi, ukrywających piękne historie z życia pod płaszczykiem codzienności. Każdy seans to nowe doświadczenie, potężna dawka odmiennych emocji.

Aż przykro się robi, że 9 miesięcy temu TVP rozwiązała współpracę z reżyserem po prawie 40 latach dziennikarskiej służby! Wyróżniony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, odebranym z rąk "Komora", wcześniej mianowany profesorem nauk filmowych z inicjatywy śp. Lecha Kaczyńskiego oraz wielokrotnie nagradzany za osiągnięcia filmowe...
Kurwa, pozbywać się Fidyka to jak strzelać sobie w stopę! Już pomijam to, że najciekawsze jego dokumenty były często emitowane w godzinach nocnych, by za dnia raczyć widzów "świetnymi" tasiemcami, ale bez pana Andrzeja Telewizja Narodowa zaczęła upadać jeszcze mocniej. Brawo PiS, brawo Kurski, świetnie posunięcie z waszej strony...

Wracając do studiów, następne zajęcia odbędą się dopiero w grudniu.Dobrze byłoby obejrzeć jego pozostałe produkcje, by już na wstępie mieć przygotowane pytania tudzież komentarze. Mam już cztery plusy na osiem do tej pory możliwych.  Już nie mogę się doczekać kolejnego spotkania z Arcymistrzem obiektywu!
Jeśli jeszcze nie widzieliście dokumentów profesora, radzę wam nadrobić zaległości,a na dobry początek polecam wam dwa pierwsze filmy z wymienionej przeze mnie kolejności: "Defiladę" oraz "Kiniarzy z Kalkuty".
Wyjeżdżając za granicę, chcecie wypocząć. Te filmy pokażą wam jednak to wszystko, czego nie mogliście zobaczyć własnymi oczami!


Dr Strange (2016) - inny wymiar Marvela 2016-10-29

Uff, wreszcie w domu!

Prawie trzy godziny sutego seansu w krakowskim Cinema City minęły niespodziewanie szybko. To był jednak dobry pomysł, by pójść z Nickiem i jego dwoma ukraińskimi znajomymi do kina na "Doctora Strange'a" w 3D! Dla was jest to tylko normalny seans, wypad z kolegą, ale dla mnie to coś więcej.
 Byłem na filmie. W Krakowie. W piątek przed studyjną przerwą na Wszystkich Świętych. I do tego czułem się mega zajebiście. Powiedzcie, czy potrzeba więcej znaków na potwierdzenie słuszności obranej przeze mnie drogi? Elvenoor smakuje życia, moi drodzy, choć mama napisała do mnie aż 5 sms'ów. Ech, przecież mówiłem jej, że idę do kina ze znajomym, co tu jest niezrozumiałe? A gdy już dostała powiadomienie, że film się kończy, to na odchodne "rzuciła" mi: Weź taxi. Tak, byłem z trzema kolegami, szliśmy  przez rozświetlone ulice, bo to nie było daleko. Ale jasne, trzeba przepuszczać kasę na taksówkę, bo nie mam innych wydatków, prawda?

No, pozrzędziłem sobie i teraz w spokoju mogę recenzować. "Dr Strange" był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. Uniwersum Marvela odkrywam jedynie przez filmy, stopniowo układając sobie wielką siatkę fabularną. Jednak o tym bohaterze nic mi nie było wiadomo, toteż sięgnąłem przed seansem w otchłań internetu. Steve Strange był wybitnie uzdolnionym chirurgiem, do czasu wypadku samochodowego.  Nie mogąc przywrócić sobie  czucia nerwowego w dłoniach, dostaje nagle propozycję zupełnie nowej formy "leczenia". Pod okiem Przedwiecznej nabywa cenną wiedzę, odkrywa meandry nowego świata, zmienia postrzeganie doczesności i staje do walki z siłami Mroku.
Od innych herosów i heroinek Marvela wyróżnia go umiejętność posługiwania się magią, a w szczególności zakrzywianie przestrzeni i czasu. Przez to wydaje się być znacznie potężniejszy, niż wszyscy Avengersi razem wzięci.

Pierwsze, co powaliło mnie na kolana, to zachwycające efekty specjalne stosowania owych "sztuczek" czy to przez Tildę Swintom (Przedwieczną), czy samego Benedicta Cumberbatcha (rola główna). Wrażenie robi wizualizacja innych wymiarów jak i pojedynków, zbawienna dla tradycyjnych batalii np. w Nowym Jorku. Seans w trójwymiarze  tylko podkreśla zabiegi komputerowych speców.
Nacieszyliśmy już oko, czas się więc trochę pośmiać. Nie wiem jak wy, ale ja osobiście nie mogłem znaleźć w filmach Marvela ani naparstka prawdziwego humoru. Nawet Deadpool nie powala na łopatki swoim ciętym językiem! A tu...Dr Strange podwyższył poprzeczkę: główny bohater jest dowcipny i charyzmatyczny. Kiedy trzeba, stroi poważne miny, ale w wolnej chwili potrafi zażartować, zwłaszcza przy Wongu, strażniku tajemnej biblioteki. Wspomniany grubas został z resztą celowo wdrożony do filmu, co nadaje epickiej historii masę uśmiechu.
Scenariusz nie jest zbyt wyszukany, jednak nie przeszkadza to w dobrym seansie. Zaryzykuję stwierdzenie, iż nawet osoby nie będące fanami Marvela tudzież DC mile spędzą czas i nie będą żałować wydanych pieniędzy.

Jeszcze parę słów w stronę Cinema City w Galerii Kazimierz - Drodzy Państwo, zyskaliście właśnie nowego widza! Zatroszczcie się tylko o dobre filmy (niekoniecznie o superbohaterach), a zjawię się, by znów oddać się głębi fotela, magii dużego, dobrze ulokowanego ekranu oraz perfekcji dźwięku na sali. Doczepiłbym się jedynie cennika: 6 zł za colę czy sok jeszcze zrozumiem. Ale za 0,5 litra zwykłej wody?! No bez jaj...Przynajmniej reklamy trwały tylko 15 minut!

Podsumowując: dziewczyno, spraw przyjemność swojemu chłopakowi już dziś! Zabierz go obowiązkowo do kina na "Dr Strange'a", a po seansie, wedle swojej woli, możesz mu... "dogodzić". Ulubiony posiłek, masaż, whatever. Niczego nie sugeruję ;]
Chłopaku! Jeśli nie masz dziewczyny albo posiadasz, choć ona nie chce z tobą iść do kina, pokaż jej siłę prawdziwej męskiej przyjaźni, wychodząc na film z paczką dobrych kumpli! Tę produkcję MUSISZ obejrzeć!








Sucharopodajnik#20 - Po trzykroć Szalom! 2016-10-25

1. Urzędnik skarbowy odwiedził rabina w celach kontroli finansowej.

- Rabinie, wy tutaj dużo jecie. A skąd macie chleb?
- A widzi pan, bo po każdej bułce zostają okruszki. My te okruszki zbieramy i odsyłamy do piekarni, a oni nam przysyłają świeże dostawy!
- Hmm...Ale widze macie tu dużo świec. Skąd?
- A widzi pan, bo jak się świeca już wypali, to odsyłamy do fabryki niedopalone resztki i nam w zamian przysyłają nowe!
- Aż tak jesteście recyklingowi? A co robicie z napletkami po obrzezaniu?
- Panie, my to wszystko zbieramy do worka i wysyłamy do urzędu, a raz w roku nam przysyłają takiego kutasa, jak pan! :D

2. Na ławce siedzi Żyd i pijaczek. Obok przechodzi całkiem niezła laska. Menel zagaduje Żydka:
- Ej, dawaj ją wyruchamy!
- Ale z czego? :D

3. Mały Dawid pyta swojego ojca:
- Tato, czym się różni teoria od praktyki?
- Zaraz ci wytłumaczę, synku.
Zawołał dwie córki i żonę i spytał je, czy oddałyby się  za milion dolarów. Wszystkie się zgodziły.
- Widzisz, synku - mówi - w teorii jestem milionerem, a w praktyce mam trzy kurwy w domu! :D


"Spójrz na mnie!" 2016-10-24

Popatrz mi w oczy, gdy ze mną rozmawiasz,
Ślepy nie jestem, z innym kimś gadasz,
Głowa spuszczona, oczy w smartfonie,
Trzeci osobnik umysł twój chłonie!
Odłóż telefon, okaż szacunek!
Czy ty mnie, babo, słyszysz w ogóle?!
Ja ci się zwierzam, duszę otwieram,
A ty mnie zlewasz, tak to odbieram!

Mruczysz pod nosem, niby że słuchasz,
Swoją postawą tylko mnie wkurzasz!
Powiedz po prostu "Dzięki, idź sobie,
Teraz się oddam innej rozmowie,
Fajnie się gada, ale już dosyć,
Pójdź już do domu - mogę cię prosić?"
Czy mam już wolne, czym jest zmęczony?
Takie sugestie to jest brak szkoły!

Choćbyś wciąż w myślach na mnie psioczyła,
Żebyś to jeszcze na mnie patrzyła,
Znaki dawała, że cię obchodzę...
Dłużej nie zniosę, bywaj, odchodzę!
Nie chcesz mnie ranić? Coś ci nie wyszło,
Bardzo dziękuję, teraz wiem wszystko:
Czasu już z tobą więcej nie spędzę,
Na dziś wystarczy, żegnam ozięble!


Commandos: Behind Enemy Lines - Ciszą i Nożem 2016-10-23

Bezszelestna dywersja

Każdy z nas z pewnością znakomicie zdaje sobie sprawę z rozbudowanej mechaniki każdej wojny. Historia przecież wiele razy pokazywała nam ogrom przewagi tajemnicy, odwagi i sprytu nad liczebnością pozornie niezwyciężonych sił wroga. Podczas gdy na polach bitewnych armie decydowały o losach świata, najwięcej pracy mieli cisi bohaterowie: komandosi. Dlatego dziś na warsztat weżmiemy pierwszą część serii  taktycznych gier autorstwa Pyro Studios. Mowa tu, a jakże, o legendarnych Commandosach!

Wszystko zaczęło się w obfitym w srogie tytuły roku 1998, gdy na świat wydana została pierwsza część. Owa produkcja przypominała strategię czasu rzeczywistego, choć różniła się od typowej reprezentantki gatunku pod paroma względami. Po pierwsze, pod naszą komendę trafiało sześciu unikalnych rekrutów: Zielony Beret, Saper, Kierowca, Nurek, Snajper i Szpieg. Po drugie, całkowicie zrezygnowano z rozwoju gospodarczego na rzecz taktycznego planowania. Po trzecie, w każdej misji towarzyszył nam inny "zestaw" jednostek. Raz kierowaliśmy całym zespołem, a w następnym zadaniu wystąpił jedynie Szpieg i Zielony Beret.
Po czwarte, i najważniejsze: wspomniana przeze mnie unikalność. Beret mógł posługiwać się nożem, zakopać się pod ziemią i nastawić piszczący wabik. Szpieg idealnie odwracał uwagę w stroju oficera niemieckiego i likwidował wrogów trucizną. Kierowca obsługiwał pojazdy i działka, Saper podkładał ładunki wybuchowe i rzucał granatami, Nurek potrafił nurkować, sterować pontonem itd. Naszych bohaterów łączył jedynie pistolet Colt Browninga, niezastąpiony w podbramkowych sytuacjach.

Najczęściej misje dotyczyły tytułowej bezszelestnej infiltracji, przeniknięciu do obozu wroga, zniszczeniu jakiegoś obiektu wojskowego i pospiesznej ucieczce. Zadania nie były jednak proste, albowiem przeciwnicy chodzili po określonej ścieżce, nierzadko w grupach. Do tego każdy żołdak miał konkretne pole widzenia, podzielone na dwa obszary. O ile w tym pierwszym postacie leżące nie były dostrzegane, o tyle nieuważny ruch w stronę drugiego kończył się zawsze tak samo: wyciem syren, wrzaskiem Niemców i żenującą koniecznością wczytania zapisu gry.

To właśnie ten typ produkcji, gdzie chcesz przejść misję "na czysto", w 100% po cichu, bez wszczęcia alarmu do momentu eksplozji. Bardzo często działania komandosów będą musiały zostać idealnie zsynchronizowane w czasie kilku sekund (podejść Szpiegiem, zagadać, Beretem zneutralizować nożem  i szybko wynieść ciało, nim całą akcję ujrzy wracający kolega denata).
Oczywiście przez lata gracze opracowali także taktykę szybkiej konfrontacji: zaalarmować gromadkę, ukryć się za rogiem i wystrzelać każdego nacierającego oponenta. Niestety nie wszędzie to zadziała, a i satysfakcja jest mniejsza.
W sumie zadań mamy aż 26, ich trudność wzrasta w miarę zbliżania się do końca. Osobiście nigdy nie udało mi się przejść całości, a dodatku Beyond the Call of Duty (ponoć jeszcze trudniejszego) nawet nie tknąłem. Nawet swoboda w zapisywaniu rozgrywki na nic się zdała wobec przewagi hitlerowskiej zarazy.

Najlepsze zostawiłem na sam koniec: genialna klimatyczna muzyka, różnorodne tereny działań (od Skandynawii po Afrykę) i precyzyjna dbałość o wszystkie szczegóły oprawy wizualnej. Przyjemnie jest patrzeć na te zacne czołgi, budynki, pociągi, działa i samoloty! Z pewnością taki styl przypadłby do gustu mojemu śp. dziadkowi. On wprost uwielbiał tematykę II Wojny a dzięki telewizji i książkom znał wiele interesujących informacji z tego burzliwego okresu.
Jeśli jeszcze nie grałeś/aś w Commandosów, kręcą cię czasy największego światowego konfliktu i zawsze stawiasz na planowanie  taktyczne, spróbuj zmierzyć się  z wyzwaniem części pierwszej. Jeśli zaś przeraża cię wspomniana przeze mnie trudność, zapraszam do "dwójki" z podtytułem Men of Courage. Tam rozbudowie uległ każdy z wymienionych wyżej elementów. Doszedł ekwipunek, przybyły dwie nowe postacie, urozmaicono każdą misję o dodatkowe zadania, umożliwiono wchodzenie do budynków i ogłuszanie wrogów oraz wprowadzono znajdźki w postaci strzępków fotografii, po której ułożeniu odblokować można dodatkowe poziomy.







 



Ćwiczenie nr 2 - Kreatywność newsa 2016-10-20

Na dworcu kolejowym w Krakowie dokonano niezwykłego odkrycia.
 Trzydziestoletnia mieszkanka Przemyśla zgłosiła dwa dni temu zniknięcie bagażu. Jak twierdzi właścicielka, jej rzeczy zostały skradzione, gdy próbowała złapać zerwanego ze smyczy psa.
Dziś rano ekipa sprzątająca znalazła w damskiej ubikacji czerwoną walizkę, podobną do zgłoszonej zguby. Po otwarciu teczki wśród odzieży znaleziono dwie paczki z marihuaną o łącznej wadze 200 gram.
Na miejsce wezwano policję, która sprowadziła kobietę na komendę. Podczas przesłuchania ustalono, że zatrzymana to Anna Ś. Od dłuższego czasu stała na czele siatki dilerów narkotykowych, a do Krakowa przyjechała na pogrzeb niedawno zmarłej matki. Przemyślanka upiera się, że biały proszek został jej podrzucony i odmówiła składania dalszych zeznań. Jutro przeciwko niej rusza postępowanie.


>>>----------------------------------------------->


Jakoś nie jestem zadowolony. Czuję, że mogło to pójść lepiej, mógłbym dodać coś o tej kobiecie, tylko że nie wiem co. Przychodzi wam coś do głowy? Co was ciągnie w tym newsie? Czego chcielibyście się dowiedzieć o Annie Ś, gdybyście przeczytali ten tekst na jakiejś stronie czy w prasie?


Uwaga! Powyższe zdarzenie jest fikcyjne i nie miało miejsca w rzeczywistości!


Nic śmiesznego (1995) - Komediant-Życie 2016-10-19

Chichot Losu, albo "znów ten pieprzony świat"

Od paru dni w wolnych chwilach nadrabiam zaległości filmowe. Dziś naszła mnie chęć na "Nic śmiesznego", produkcję z Cezarym Pazurą w roli głównej, wydanej w roku moich narodzin. Z początku myślałem, że to taki paradoks, że "Nic śmiesznego" to w zasadzie komedia i uśmieję się na całego. W końcu na filmwebie ma kategorię "Dramat, Komedia".
Obejrzałem i...ech. Znów wzięło mnie na refleksje.

Adam "Drugi" Miauczyński umarł. Leży w kostnicy, a my cofamy się w czasie, by obejrzeć jego przeszłość, w której było masę powodów do śmiechu. Niestety, tylko dla Losu, który przecież ciśnie z nas bekę zawsze, gdy znów coś nie wychodzi. Dla nas to kolejna porażka, dla Przeznaczenia ubaw po pachy.

Jak bolesne jest to nasze życie! Rodzimy się (chciani lub nie), dorastamy (często w złym otoczeniu), szukamy miłości (która i tak nigdy nas do końca nie zaspokaja, przez co szukamy kogoś innego). Chcemy bardziej "być" niż "mieć", chcemy wiele zdziałaś, wspiąć się na wyżyny.
A i tak za każdym razem coś nie wychodzi. Los kopie w tyłek, my się przewracamy, staczamy ze zbocza, a wokół da się słyszeć śmiech: "Frajer!", "Ciota!", "Lamus!", "Przegryw!"...

Zawsze ktoś musi nas ubiec, zawsze czegoś musimy zapomnieć, zawsze po drodze musi zdarzyć się coś nieplanowanego - dobry żart, Fortuno, powinnaś brać za to pieniądze!
Dostajemy po nerach raz, drugi, trzeci, a i tak walczymy, i tak próbujemy.
Dlaczego? Po co? Czyż Los nie powiedział jasno? "Nie nadajesz się, kilka razy się potknąłeś, więc daj już spokój! Niczego cię tamte wpadki nie nauczyły?"
Raz, drugi, trzeci....A dalej się chcemy podnosić.
Czwarty, piąty, szósty...I ciągle uczymy się na błędach.
Siódmy, ósmy, dziewiąty...Tylko nielicznym udaje się przetrwać.

Chcemy zawsze myśleć pozytywnie, bo w końcu za setnym razem musi się udać. A tymczasem przypadek Adama, choć fikcyjny, przedstawia same uroki "dobrotliwego" Losu. Nie wszyscy mają szczęście, nie każdy się przebije. Nigdy tak naprawdę nie wiesz czy twoja walka ma sens.
Potem w Dniu Sądnym spojrzysz na to swoje życie, puszczone od początku do końca - przesłuchasz wszystkie rozmowy, obejrzysz każdą sytuację, spojrzysz w umysły wszystkich, których spotkałeś, by poznać rezultaty swoich działań.

To jest ten paradoks życia - jeśli coś jest dobre, to musi krótko trwać. Nawet nie zdążysz się nacieszyć z wejście na szczyt drabiny, a znów spadniesz do parteru.
- Nic śmiesznego - odpowiesz, gdy Stwórca spyta cię co ujrzałeś w zwierciadle czasu.
- Czasem mogłem się uśmiechnąć, przez krótką chwilę cieszyłem się jak dziecko...Ale teraz to już nie ważne, bo żarty się skończyły - na dobre.


Andrzej Sapkowski - Sezon Burz 2016-10-17

Czyli o zmarnowanym potencjale i powtarzaniu schematów.

Wszyscy stali czytelnicy mojego bloga z pewnością wiedzą jak bardzo jaram się uniwersum Wiedźmina. Jakiś czas temu nadeszła pora sięgnąć wreszcie po prezent od Karoliny i zanurzyć się w klimatycznym słowiańskim świecie, pełnym kuroliszków, ghuli, brux i tym podobnego plugawego ścierwa. Liczyłem na ciekawy wątek główny, doprawiony o pamiętne cytaty oraz cięte riposty (słowne i orężne). Słyszałem jednak, że "nowy" Wiedźmin to już nie ten sam Wiedźmin. I, cholera, muszę się z tym zgodzić.

Główna fabuła dotyczy kradzieży wiedźmińskich mieczy i postawienia Geralta z Rivii przed wymiarem sprawiedliwości. Po krótkim pobycie w lochu zostaje on zwolniony i trafia w ręce rudowłosej piękności, Lytty Neyd. Czarodziejka z kolei wysyła go do kompleksu Rissberg, gdzie wybadać ma zdrajcę, zajmującego się goecją, czyli przywoływaniem demonów.
Historia brnie do przodu i w końcu trafiamy na wątek aguary i błądzenia po mokradłach -   moim zdaniem najlepszy fragment całej przygody.
Muszę również  sprostować jedną rzecz: w pierwszej kolejności zająłem się komiksem "Dzieci Lisicy", co było moim błędem, albowiem jego scenarzysta, Paul Tobin, bezczelnie skopiował ten fragment z "Sezonu Burz" od Sapkowkiego. Od siebie dodał parę postaci, tu i owo coś pozmieniał, ale bądź co bądź to nadal ten sam motyw! SHAME ON YOU, mr Tobin, shame on you!

Wracając do ósmego tomu "Wiedźmina", lektura przebiega dość płytko, nie ciągnie czytelnika do poznawania dalszych zdarzeń. Archaizmów i starodawnej mowy jest tu jak na lekarstwo,a niektóre postacie  zdają się wciśnięte na siłę. Wszystkie schematy wiedźminowskie znajdą tu swoje odwierciedlenie: jak Geralt spotyka czarodziejkę, to muszą wylądować w łóżku. Jak pojawia się Jakier, to musi być ballada, podrywanie dziewcząt i kłopoty, z których grajka trzeba wyciągać. Jak dwór królewski, to musi być intryga. Wymieniać można bez końca.
Dodatkowo na niekorzyść wpływa zupełny brak pomysłu na sprawę skradzionych mieczy. Początkowo Geralt jest zbulwersowany i pragnie odzyskać je za wszelką cenę, ale po jakimś czasie daje sobie spokój i zajmuje się ochroną króla Kerrack w dniu jego zaślubin (paradoksalnie akurat tutaj dzieje się najwięcej, w sam raz na jeden z ostatnich rozdziałów). Pomysł z poszukiwaniem ostrzy nie był zły, z początku myślałem, że rozwinie się w coś większego, jednak i to zostało kompletnie zmarnowane!
Parę razy podczas czytania przewinie się również Yennefer. Jak  w całej sadze jest ona dość istotną postacią, tak tutaj jej rola - choć znacząca - została boleśnie obniżona. Jednym słowem: można ją było zastąpić kimś innym, bo jej nieobecność nikogo by nie zmartwiła.
Podsumowując, jestem naprawdę rozczarowany. "Sezon Burz" mocno mnie zawiódł i nawet jego sporadyczne lepsze fragmenty nie są w stanie upiększyć obrazu całości. Lektura płytka, nijaka, wymagająca sporego liftingu. Wierzę, że udałoby się ją poprawić, gdyby trochę dłużej przemyśleć istotę wielu meandrów fabularnych. Zakończenie odwołuje się za to do zwieńczenia pięcioksięgu i znów każe nam rozważać ostateczny los Wiedźmina.
Coś się kończy, coś się zaczyna. Oby tylko następna część - jeśli takowa będzie - przywróciła wiernym fanom Wieśka spokój na duszy.


News - ćwiczenie dziennikarskie 2016-10-16

Andrzej Sapkowski POBITY?!

Do niecodziennego zdarzenia doszło wczoraj po południu w krakowskim Empiku przy ulicy Pawiej. Znany polski pisarz fantasy, Andrzej Sapkowski, przybył do stolicy Małopolski w celu promocji swojej nowej powieści z uniwersum Wiedźmina.
Podczas omawiania głównej fabuły książki autor skrytykował scenariusz  gry "Wiedźmin 3", co zdenerwowało część słuchaczy. Jeden z nich, dwudziestotrzyletni mężczyzna, rzucił się na pisarza i zaczął go szarpać. Napastnik został szybko obezwładniony, a po kwadransie przekazano go policji.
Jak wynika ze wstępnych ustaleń, należał on do grupy fejsbukowej, która planowała tę akcję od ponad dwóch tygodni. Sprawą zajęła się już prokuratura.
Sam twórca nie ucierpiał w czasie zajścia. Po odciągnięciu agresora w spokoju kontynuował prezentację książki.
"Nie żywię urazy, mili państwo, tak to jest, gdy ktoś przesadzi z fisstechem" - skomentował.




Uwaga! Powyższy tekst jest formą treningu dziennikarskiego. Wydarzenia w nim opisane zostały wymyślone i nie miały miejsca w rzeczywistości.


"Odtrącona Róża" 2016-10-15

Wiersz oparty na faktach

Wyszedłem do sklepu po cukru dostawę
Gdym nagle zobaczył niemiłą dość sprawę:
Przed klatką mężczyzna, w odświętnym garniaku,
W prawicy ma różę, królową wśród kwiatów
Na kogoś, znać, czekał, przebierał nogami,
Słyszałem stuk serca dość mocny z oddali
Nie moja to sprawa, ja w miłość nie wierzę,
Lecz życzę mu szczęścia, od serca i szczerze

Zakupy zrobiłem, wróciłem do domu,
Przed deszczem odzienie zebrałem z balkonu,
Ubrałem się znowu, psa wziąłem na spacer,
Lecz zniknął przystojny z poranka gdzieś facet;
Na trawnik pies wbiega, na liście się odlał,
Pod liśćmi rzecz dziwna, wprost niewiarygodna:
Cudowna jak Wenus, szkarłatna jak Mars,
W kokardkę przybrana królowa - TEN kwiat!

Więc tak to się kończy: chciał miłość swą wyznać?
Przebłagać, przeprosić, do błędów się przyznać?
Chciał wszystko naprawić, a wyszło jak zawsze
Jak smutno na różę oszczaną mi patrzeć!
Potwierdza się wszystko, mam rację - jak zwykle,
Lecz mimo złej prawdy to nadal jest przykre
Wszak tylu w nią wierzy i tylu jej ufa,
Choć zawsze ich sprytnie ta wiara oszuka

Współczuję wam, ludzie, zazdroszcząc podejścia:
Cokolwiek się stanie, wam spieszno do szczęścia!
Jakkolwiek potoczą się Losu koleje,
Wy dalej  idziecie,  choć w twarz wam się śmieje!
Ja żyć tak nie umiem w Otchłani Ryzyka,
Gdzie trudno z przyszłości cokolwiek wyczytać,
Zazdroszczę wam, ludzie, współczując tym samym,
Boleśnie jest poczuć się w sercu przegranym


Miły akcent o poranku 2016-10-13

Wstaję, choć niechętnie. Szaro, ponuro, zimny wiatr, ciągły deszcz...Ogółem: nic się nie chce robić.
Wyglądam przez okno, patrzę na przejeżdżającą śmieciarkę:

"Czyścimy miasto już 150 lat!"

Ech, mogłem iść na studia do Rzeszowa. Tam przynajmniej mają czysto, a tu? Już półtorej wieku próbują wypucować stary, zaśmierdziały Kraków i bez rezultatu... ;)


Cybermagia#10 - Gry jako usługi 2016-10-11

W dzisiejszych czasach płacimy za wszystko.

I nie mówię tu o produktach codziennych tudzież ekskluzywnych. Bardziej chodzi mi o stawki okresowe: abonament rtv, internet, prenumerata ulubionego czasopisma, dostęp do sieciowej bazy filmów i seriali (np. Netflix) czy możliwość nieograniczonego buszowania po najlepszych pornosach w HD (np. Brazzers). Za jakiś czas nasze portfele systematycznie uszczuplać może jeszcze jeden wydatek: gry wideo.

Każdy szanujący się gracz (i część nieszanujących się zapewne również) z pewnością słyszał o platformach, takich jak Steam, Origin czy UPlay. Oferują one szeroką sprzedaż cyfrowych produktów rozrywkowych, wspominałem o nich w innej notce (link pod wpisem), gdy  porównywałem zakup programów w formie materialnej i niematerialnej. Jak pamiętacie,  gry przeszły prawdziwą rewolucję od dystkietek, po krążki CD/DVD, aż do dzisiejszych kodów, przypisanych do konta w odpowiedniej usłudze.

I tu dochodzimy do najważniejszego punktu - gry jako usługi, których świadczenia (mimo wydanych pieniędzy) można nam odmówić ot tak, bez podania przyczyny. Regulaminów prawie nikt nie czyta, co jest naszym błędem.  Wszyscy od razu się zgadzają na warunki, a gdy przychodzi sądny dzień, nie jesteśmy w stanie nic zrobić, zwłaszcza biorąc pod uwagę niejasność prawa żródłowego czy bezsensowne ganianie po sądach.

Firma EA poszła jednak o krok dalej. Od jakiegoś czasu istnieje bowiem Origin Access, czyli specjalny pakiet subskrybcyjny. Za miesięczną opłatą 15 zł zyskujemy dostęp do stopniowo rozszerzanej biblioteki gier dystrybuowanych przez Electronic Arts. W mojej ocenie może wkrótce nadejść ogólnoświatowa standaryzacja i wielcy wydawcy ukierunkują się na coś w rodzaju streamingu.
15 zł x 12 miesięcy = 180 zł/rok. ---> dla wielu graczy jest to naprawdę opłacalna inwestycja. Typowy duży tytuł często nie spada w cenach poniżej 50 zł, a te największe kosztują często dwa razy tyle. Każdy ma własne preferencje, lecz wszyscy liczymy się w wydatkach. Mając "chrapkę" na kilka gier w ciągu roku nieraz wstrzymujemy się przez niekrótki czas, wypatrując różnorakich promocji. Tymczasem EA Access daje nam zielone światło - 15 zł i grasz w co chcesz!

Wprowadzenie sukskrybcji z pewnością opłaciłoby się również innym wydawcom, choć dla wielu jest to jeszcze droga niepewna. Gdy już jednak wszyscy wprowadzą system "płacisz raz, grasz do woli" (a stanie się to prędzej czy później), branża cyfrowej rozrywki oficjalnie stanie się kolejną z wielu usług. Bo niszowość, duszę i pasję straciła już dawno... Przepraszam, to tylko nostalgia.


Powrót, czyli o uczelni i Mykycie 2016-10-07

Miejsce: kwatera główna spółki "FAMILION"
ZADANIE: Rozpoznanie, status: WYKONANO
Nowe zlecenia: BRAK


4 dni minęły jak z bicza strzelił. W ten niezwykle słoneczny dzień mogłem nareszcie wrócić do swojego rodzinnego miasta, by choć przez kilka dni odetchnąć tutejszym spokojem. Do Krakowa wracam dopiero w poniedziałek, z racji zajęć dla obcokrajowców w tym dniu. Koszystam z wolności póki mogę, ale już od wtorku zabieram się do pracy.

Przez weekend z niecierpliwością będę czekać na e-mail od prowadzącej zajęcia ze społeczeństwa informacyjnego. Mieliśmy się podzielić po 6 osób i wylosować jeden z tematów, podanych podczas czwartkowego wykładu. Niestety w mojej grupie jestem tylko ja i Mykyta, bardzo sympatyczny Ukrainiec. Mieliśmy dziś szukać osób, których na wczorajszych zajęciach nie było, lecz niestety mój kolega ze Wschodu również się nie pojawił. Napisałem dziś w tej sprawie do babki, poinformowałem o sytuacji i czekam na jej odpowiedź. Na wiadomości czekać będzie do niedzielnego wieczoru. Wtedy okaże się jak bardzo mam przesrane. No, chyba że nie.

Wspomniałem wam o Mykycie, więc rozwinę temat. Przyjechał, tak jak większość jego rodaków, na studia i później do pracy (na Akademii Frycza to Polacy są mniejszością narodową, choć wykłady prowadzone są w ojczystej mowie naszych dziadów). Pierwszy kontakt załapaliśmy już we wtorek, czyli całkiem szybko. Co i rusz dopytywał się o polską pisownię obcych słów, w czym też mogłem mu pomóc. Po zajęciach trochę pogadaliśmy, dał mi namiar na Facebooka, lecz do dziś próbujemy się odnaleźć. Zadziorny system nie wyświetla właściwych nazwisk.

Anyway, next day pospeekowaliśmy a lot in english, because he also speeks ten language. Był to mój pierwszy poważny test na praktyczność znajomości angielszczyzny i wypadł, przyznaję, całkiem znośnie. Rozmawialiśmy o kinie, zarówno obejmującym uniwersum Marvela, jak i jakości oglądanych produkcji w internecie (plusy i minusy wersji kinowych). Przedmiotem naszej konwersacji były też gry wideo, ich ceny oraz zjawisko piractwa. Nick pytał np. o to, czy policja może cię zgarnąć za posiadanie pirackiej gry lub ściągniętego filmu, jak w Polsce postrzegane jest piractwo itd. Sami widzicie, wreszcie ktoś chciał gadać ze mną na takie tematy!

W trakcie kolejnych dni gadaliśmy już raczej po polsku, nie mniej dowiedziałem się od niego wiele ciekawostek z języka rosyjskiego, jak choćby "череп (cierep) - czaszka" i wiele innych, których nie pamiętam. Tak czy siak mój plan nauki rosyjskiego jednak miał podstawy. A to oznacza, że Elvenoor zaczyna niebawem naukę, radnoje tawarisze!
Oprócz tego opowiedział mi trochę o Hearthstonie, popularnej karciance od Blizzarda, czy darmowych sposobach na grę w World of Warcraft. Obaj ukochaliśmy sobie ten świat, ze szczególnym uwzględnieniem na trzecią część strategii i muzykę Nocnych Elfów.
Tak oto on doczepił się do mnie, a ja staram się w miarę możliwości trzymać z nim. Taka współpraca na dobry początek wystarczy.

A jak ogółem oceniam uczelnię? Pierwsze wrażenie wywarła na mnie dość  pozytywne: przyjazna kadra prowadzących, profesjonalne przygotowanie i podejście do ułatwienia studentom pracy, bogata oferta praktyk oraz zajęć... nie jest źle. Na razie.
Jeśli jakimś cudem dotrwam do trzeciego roku, czeka mnie starcie z kamerą. Każdy podczas zajęć ze sztuki wywiadu będzie takową konwersację przeprowadzał, więc kamera może mnie nie pokochać. Nienawidzę patrzeć na siebie, nienawidzę siebie słuchać! Gdy oglądałem nagrania wysyłane Sami-Wiecie-Komu, aż wstyd mnie ogarniał, a jeszcze większego "buraka" dostawałem,  gdy odsłuchiwałem rozdziały "Zwiadowców" dla Pernelle. Nie pytajcie ani o jedno, ani o drugie, i tak nie odpowiem. Taka moja kupka wstydu. Wiecie, nie tyle chodzi o mnie, bo występować lubię, co o siebie samego. Podczas prezentacji w szkole średniej patrzyłem na publikę, a publika na mnie: nie widziałem siebie samego. Udawałem, grałem, starałem się być zajebisty. Ale gdybym miał na to patrzeć... NIE! Oby nagrać, oby zrobić swoje i zapomnieć.
I tu pojawia się kwestia YouTube'a. Podczas montażu filmików na moim przyszłym kanale będę zmuszony siebie słuchać. Może dzięki temu coś we mnie pęknie i ta bariera się przełamie? Nie mam oporu czytać na głos, bo to moje ćwiczenie samodoskonalące, więc z kanałem mogę pójść jeszcze dalej.  

Na koniec mała planówka: za tydzień znowu mogę wrócić, ale przez dwa kolejne tygodnie to już będzie mniej opłacalne, więc urządzę sobie wtedy małą wycieczkę po Muzeum Narodowym w Sukiennicach i na ul. Piłsudskiego. Jest tam parę rzeczy, które by mnie zainteresowały, a prawie nigdy nie byłem w takich miejscach.
No, to teraz  wypada się pożegnać (spokojnie, drogie panie, wrócę jutro po południu, więc jak któraś mi coś jeszcze chce powiedzieć o aborcji albo wręcz przeciwnie, zaprosić na wspólne grzanie się przy herbacie, to będziecie miały taką okazję).
A tymczasem... Dobra robota, R-14. Oby tak dalej. Dajemy ci wolne do wtorku. Wtedy otrzymasz pierwsze z ważniejszych zadań. Korzystaj z weekendu, Agencie "Elvenoor"!








Nadzwyczajny sojusz 2016-10-06

Przez wrogość do przyjaźni

Zadziwiające jak bardzo można zmienić zdanie na określony temat (i nie mowa tu o aborcji, o niej napisane zostało już dość). Biały maltańczyk zagościł na dobre w moim rodzinnym domu jakieś 3 lata temu. Wówczas byłem przeciwny kupieniu psa, ponieważ uważałem te zwierzęta za wrogów. Mój strach wziął się jeszcze z podstawówki, gdy nieopatrznie stanąłem koło miski małego, choć leciwego już psa. Kiedyś trzymaliśmy samochód u jednego dobrego znajomego dziadków. Miał on czarnego pupila niewielkich rozmiarów. Któregoś dnia, podczas odbierania auta, pies rzucił się na mojego buta. Został odgoniony po paru chwilach, ale od tego momentu zmieniłem zdanie na temat najlepszych przyjaciół człowieka.
Nomen omen ów wypadek przytrafił mi się kilka chwil po zwróceniu uwagi na tabliczkę przy bramie: "Uwaga, zły pies". Taaa, jasne - pomyślałem sobie, a parę minut później serce próbowało wyrwać się z piersi z mocą młota pneumatycznego.

Trzy lata później na nowym mieskzaniu rodzinka, mając gdzieś mój sprzeciw, postanowiła kupić psa. Teoretycznie właścicielem miał być brat, ale obowiązki karmienia i wyprowadzania go na spacery w dużej mierze spoczęły na rodzicach.
Minął jakiś czas, obecność czworonoga weszła w rutynę dnia codziennego, a ja miałem wreszcie wymówkę na spóźnienia w szkole. Przecież "musiałem wyprowadzić psa", Ich musste Gassi gehen (czy jakoś tak).
Mój początkowy, niewielki lęk dał się wreszcie oswoić, a nawet wzleciał jeszcze wyżej. Przed wyjazdem do Krakowa przez pół roku wyprowadzałem Bąbla w południe i wieczorem, wybierając się na spacery z własnej woli. Przedtem było tylko kilka takich dni, gdy zostawałem sam na mieszkaniu i przejmowałem obowiązki opiekuna psa.

I wiecie co? Mój ostatni, największy lęk, zniknął ot tak! Jasne, przez lata dorastania przejmowałem od dziadka dobre rady w stylu "Nie patrz psu w oczy" tudzież "Nigdy nie uciekaj przed psem". Moja fobia ulegała złagodzeniu, po prostu omijałem sierściuchy szerokim łukiem. Dziś jednak mogę śmiało przejść obok nich bez żadnej krępacji.

A "Pupuś"? Jakoś tak wyszło, że z reprezentanta znienawidzonej rasy stał się wiernym kompanem, który nie omieszka drapać do mych drzwi, gdy jem parówki. No co, psu będę żałował kilku kawałków?
Wniosek: Psy są świetne, może za wyjątkiem tych dużych. No i jamników, rzecz jasna! Jamnik zawsze chce ci urżnąć rękę, choćby nie wiem co.


"Męska Rzecz" 2016-10-05

"Mężczyźni mają lepiej, nie znają bólu rodzenia, mają zawsze tak fajnie"....Serio?!


Z dedykacją od "seksistowskiego szowinisty"...


A kto wam, kobietom, kuchenkę naprawi?
A kto dzisiaj za was dzieciaki zabawi?
A kto wam zakupy na piętro wyniesie?
A kto wam dzieciaki do szkoły odwiezie?
A kto wam załata cieknący kran w kuchni?
A kto wam osłodzi codziennych dni smutki?
A kto wam zarobi pieniądze godziwe,
By chociaż ciut łatwiej znieśc było to życie?
A kto wam trawniki wygoli do zera?
A kto się z myszami bez przerwy użera?
A kto wam pomoże, kto robi za dwóch?
Czy któryś "babochłop" choć lepiej by mógł?
A kto was przytuli, przez próg kto uniesie?
Kto dbać będzie zawsze, czy w zimie, czy w lecie,
By wszelką manierę kobietom okazać,
Choćbyście się miały bez przerwy obrażać?
Kobiety żyć same potrafić NIE MOGĄ,
"Seksmisji" przykładu nie idźcie złą drogą...


"FemiPropaganda" 2016-10-04

Chociaż pornosy oglądam namiętnie,
Na płeć przeciwną patrzę obojętnie,
Ufać, nie ufam, ale szanuję,
Jednak do jednych wielki wstręt czuję:
Życie - rzecz piękna, już od poczęcia
Jeśli to zerwiesz, jesteś bez serca,
Z błotem cię zmieszam, szambem obleję,
Poczuć masz, żmijo, dziecka cierpienie!

"Niemy krzyk" wstrętny, ludzi ogłupia?
Godnie urodzić - oto jest sztuka!
Lekcje biologii głoszą ten cud:
Żywa istota, żaden tam płód!
Jeśliś za mordem człeka małego,
Twoja to sprawa, nic mi do tego,
Tylko się nie dziw później, że smutek,
Żal, ból, depresja, - ABORCJI TO SKUTEK!

Szczypcem czy lekiem - wszystko to jedno,
Jedno oznacza: krzywdy twej sedno!


PPM - Patologia Polskich Marszy 2016-10-04

Czarny Marsz, marsz KOD-u, "Marsz, marsz, Dąbrowski"...

Zacznijmy z grubej rury: jestem stanowczo przeciwny aborcji. Plemnik + komórka jajowa = gotowy "schemat" nowego życia. Nie wolno tego tak po prostu naruszać, ot z własnej zachcianki, bo jakaś zdzira i jej chłoptaś się nie zabezpieczyli odpowiednio!
Gwałt? No proszę was! Wiecie ile jest szczęśliwych samotnych matek? Sam znam jeden taki przypadek i wiecie co? Owa kobieta ma pretensje tylko do faceta, który de facto zgwałcił ją i wystawił do wiatru - tak, panowie. Jeśli "zaliczycie" i dacie nogę z miejsca zdarzenia, to zaliczacie się śmiało w poczet gwałcicieli.
Zagrożenie życia lub zdrowia dziecka tudzież matki? A co jest lepsze? Urodzić, przecierpieć stratę po jakimś czasie, godnie pochować i pamiętać, czy ZARŻNĄĆ od środka?

Nie jestem katolikiem. Wiecie jakie mam podejście do Boga. Ale jestem pilnym słuchaczem i  pamiętam "Niemy krzyk" z lekcji religii w gimnazjum. Pamiętam też sporo z lekcji biologii.
Jako facet POWINIENEM się wypowiedzieć, choćby z racji powstrzymania głupszej części kobiet, która chce zafundować sobie depresję i nieprzespane noce.
Chirurgicznie, farmakologicznie - nie ma znaczenia jakiej aborcji się oddajesz. Jesteś morderczynią.
A właśnie, ladies Makbet, jak tam po marszu? Sporo was się naszło, co? Sporo much przyciągniętych przez kuszony lep na owady! I co? Dało wam to coś? Poskandowałyście, pokrzyczałyście i qniec, do domu. "Spełniłyście obywatelski obowiązek". Tak jak KODziarze. Ach,te wasze cudowne hasła, w stylu "Rząd jak płód, można go wyciąć" (czy jakoś tak): jakże przekonująco one brzmią!
A rząd tylko patrzy i się śmieje, bo doskonale zdaje sobie sprawę z jego przewagi. Przez 4 lata ma prawo robić co chce, więc możecie sobie krzyczeć ile wam się podoba.



Dziennikarstwo - czy to jest TO (?) 2016-10-03

Witaj, R-14...Dobra, darujmy sobie (na razie) wstęp jak z Hitmana.

Poranek upłynął mi na stresie. Zapomniałem o jednej pierdółce: potwierdzenie przelewu czesnych! Bez tego nie byłoby indeksu ani legitymacji, nie mówiąc o możliwości uczestnictwa w zajęciach. Co więc robić? Ano chwycić za telefon i prosić ojca, by przesłał mi to na maila! Potem szybka zgrywka na pendriva i lecimy to wydrukować, żeby jeszcze dziś dostarczyć świstek do Dziekanatu.

Jest sms od taty: "Wysłane". Zaglądam na pocztę, otwieram plik i...
- Potwierdzenie wynajmu pokoju, 700 zł - w tym momencie trafił mnie jasny szlag.
Piszę do taty ponownie, lecz on nie odpisuje! Cholera, za kwadrans muszę wyjść! A może nie iść? Po co mam iść, jak nawet nie będę na liście studentów (mimo przelania kasy na uczelnię i podpisania umowy)?
Tak, cały ja... Nie dość, że jeszcze nie mam swojego konta, to na dokładkę znowu odstrzeliłem jakąś manianę... Ale bez tego nie byłbym sobą! Ech, może to i dobrze, że nie będę miał żony? Acz z drugiej strony ktoś mógłby mi przypominać i stać nad głową, żeby niczego nie zapomnieć...

WRACAMY DO TEMATU!

"Dobra, myślę więc, pójdę i zobaczymy co dalej".  Paradoksalnie ta decyzja uratowała mi studia, a z serca spadł kamień o wadze cycków Lisy Ann!
Nie dość, że zapoznałem się z bogatą ofertą uczelni (Akademia Filmów Polskich, miesięcznik "MIXER", telewizja i radio na Fryczu!), to jeszcze odnalazłem w prof. nadzw. dr hab. Katarzynie Pokornej-Ignatowicz ciekawe podobieństwo do mojej byłej wychowawczyni z Ekonomika, p. Ognisty (mimika, styl wypowiedzi, rzeżba twarzy)! Po spotkaniu przemiła pani z dziekanatu poinformowała mnie, iż wszystkie przelewy, zrobione do dnia 29.09, są już dawno zaksięgowane, więc potwierdzenie mogę donieść przy dokumentowaniu kolejnej raty czesnych!
Na moim kierunku mam ok. 30 osób, a więc znacznie mniej od polibudzkiego FiR-u. Od razu widać na jak masową skalę państwo produkuje dyplomy! Zdać trudniej, więcej ludzi, bardziej zapchany grafik...
A propos harmonogramu zajęć, mój jest dość... dziwny. Co tydzień to inne przedmioty. Raz mam tylko jedno-dwa zajęcia, a raz wcale.Trwają one dwie godziny, czasem trzy, dochodzi nawet do ośmiogodzinnych wykładów (ale za to z kim, z samym ANDRZEJEM FIDYKIEM!). Czasem mam dzień wolny, bo tak, a czasem nie muszę iść, bo obcokrajowcy mają język akademicki.

Właśnie: obcokrajowcy. Z list podziału na grupy wychwyciłem wiele nazwisk o rosyjskim (ukraińskim?) brzmieniu, choć twarze kolegów i koleżanek z roku narodowości nie zdradzają.
Czy to źle? Wręcz przeciwnie! Nareszcie mogę przechodzić koło ludzi i mieć wywalone na to, co słyszę: co mnie interesuje o czym ktoś gada? Póki tego nie rozumiem, póty mam to gdzieś! Jakbym słyszał coś o sobie, jakby jakaś para publicznie wyznawała sobie miłość (w sposób werbalny), ja mogę to olać!
Ach, Kraków... Jak tu nie kochać tego natualnego obozu zagłady, gdzie SMOG Wawelski potajemnie niszczy ludzkie organizmy? Czuję, że to może być wreszcie to.

Pierdolta się, Rzeszowiacy! Pierdolta się FiR, Logistyka i inne Zarządzania!
ZSE był dobrą szkołą, tam sprawy ekonomiczne były serwowane lekko, łatwo i przyjemnie, w małych ilościach. Ale "Ekonomik" ukończyłem w czerwcu 2015 roku i od tamtej pory już nie chcę więcej słyszeć o elastyczności cenowej czy schematach budowy komórek organizacyjnych w spółce akcyjnej! W dupę sobie wsadźcie kreację pieniądza, a Keynes'owi i Smithowi dajcie już wieczny spokój!
NIGDY...WIĘCEJ...EKONOMII!


ZADANIE:  INFILTRACJA, status:  WYKONANO
OTRZYMANO  ZADANIE: Rozpoznanie
Czas  na  wykonanie  zlecenia:  4 dni
Powodzenia!








R-14 "Elvenoor" - Infiltracja 2016-10-02

Witaj ponownie, R-14!

Droga do Krakowa przebiegła pomyślnie, a pokój błyszczy porządkiem, jak mniemam? Pierwszy krok został przez ciebie wykonany, jednak stanowi on dopiero podstawę twojego nowego życia. Wszyscy mówią, że studia to najlepszy czas w życiu człowieka, ale nijak się nie nastawiaj. Jeśli dotrwasz do stycznia i zdasz odpowiednie egzaminy, twój sukces znacznie się przybliży. Opinię wystawisz sam w późniejszym okresie.

Jutro czeka cię ważny dzień. Masz się stawić w budynku A, pokój 049. Tam dostaniesz wszelkie wytyczne na temat następnych miesięcy. Zachowaj spokój, będą tam nowi ludzie, których poznasz z czasem. Choć nie będzie do tego jutro żadnych sposobności, pod żadnym pozorem nie wchodź z nimi w jakiekolwiek interakcje! Poczekaj na odpowiednią chwilę, gdy będziesz czegoś potrzebować, a być może to inni "uderzą" z tym do ciebie.

Mamy dobrą wiadomość, R-14. "FAMILION" wspomógł nas znacznymi środkami, którymi nie omieszkamy się z tobą podzielić. Sugerujemy jednak, byś zaczął rozglądać się za kontem bankowym, bo tak dłużej być nie może. Obserwacja obserwacją, ale bank wybrać musisz! A propos pieniędzy, miejmy nadzieję, że wszelkie przelewy i opłaty już doszły i jesteś już pełnoprawnym studentem Krakowskiej Akademii.

To tyle na dzisiaj, Agencie "Elvenoor". Jutro otrzymasz kolejną misję, tym razem na krótki okres. Dzisiejszy wieczór zorganizuj sobie wedle uznania.


ZADANIE: Droga do Miasta Królów, status: WYKONANO
OTRZYMANO ZADANIE: INFILTRACJA
Przygotowania zakończone. Zalecany odpoczynek przed następnym celem.








Związki wg facetów - rozmowa, cz.2 2016-10-02

Snas
Jak to nie istnieje :x baba dała Ci kosza parę razy i płaczesz, jakoś patrząc na moich dziadków widzę, że jednak istnieje ;) współczuję ludziom którzy twierdzą, że nie istnieje.


krystian krupiński
+Snas W ubiegłym wieku rozwód był bardzo źle widziany dlatego wielu obecnych ludzi w podeszłym wieku wciąż są w związku z osobą poślubioną w czasach kamienia łupanego. Nie zmienia to faktu, że wiele z tych związków było aranżowanych przez rodziny. Więc tym bardziej rozwód z braku "miłości" nie wchodził w grę. A jak był ślub był kościelny(a był na 90%) to wzięcie rozwodu było skrajnie trudne.


Wiktor Kondrak
+krystian krupiński Moja babcia z dziadkiem tak mają, że ona go nienawidzi a on jej, ale nadal są razem bo tak wypada xd

krystian krupiński
+Wiktor Kondrak U mnie podobnie było w obu przypadkach. Od strony ojca dziadek był życiową łamagą i samemu nic nie potrafił zrobić, a babcia była bardzo chora, a nie stać ją było na profesjonalną opiekę. Więc żyli razem bo nie mieli wyboru. Za to od strony matki... ja nie wiem jak oni tyle lat ze sobą wytrzymali.


Lubomir Petrów Pahuta
+krystian krupiński Nie, rozwód zawsze był możliwy, z kościelnym rozwodem był kłopot i ciężko było przedstawiać dowody żeby go uzyskać. No i problem z ewentualnym drugim ślubem. Ten drugi bez rozwodu kościelnego może być jedynie cywilny. I ewentualnie można jeszcze "na kocią łapę". Może to niestosowne porównanie ale szukanie tej drugiej połówki, jedynej pasującej to jak odwiedzenie sklepu z odzieżą Masz jakąś wizję tego co chcesz, potem zderzenie z rzeczywistością półek sklepowych. No ale z pustymi rękami wyjść nie chcesz. Zaczynasz szukać. Fason jest, no dobra a teraz zaczyna się przymierzanie. A tu rękawy za krótkie, a nie ma odpowiedniej wielkości, cholera brzuch trzeba wciągnąć żeby się dopiąć. Wreszcie idziesz na kompromis i chodzisz w tym aż do zdarcia albo zobaczenia czegoś nowego. Piszę w ten sposób bo według mnie działa to w obie strony i dziewczyny może nawet bardziej przebierają w facetach. Ostatecznie mają już przygotowanie zakupowe we krwi ;)))

krystian krupiński
+Lubomir Petrów-Pahuta Potem znajdujesz dokładnie to czego szukałeś. Ale po paru latach strój zaczyna się zużywać. Zaczyna się przecierać, robią się w nim dziury, robi się niewygodny i trzeba go wyrzucić. Koniec. Świetne porównanie bo pasuje do zdania "nie ma czegoś takiego jak miłość".

Lubomir Petrów Pahuta
+krystian krupiński A i tu byś się jednak zdziwił. Nawiązując do konfekcyjnego porównania, przetarte, z dziurami ale na tyle kochane że trudno na szmaty do garażu wyrzucić. Nosi się mimo wszystko, może nie na pokaz, nie na ulicę ale po domu i w tym najlepiej się czuje, ba, nawet czasem jakaś duma z tego że to się jednak ma. No fakt, czasem przyjdzie taki moment że już nijak łatać i trzeba się rozstać a że z gołym tyłkiem i bez kapoty na grzbiecie w naszym klimacie nijak no to coś innego trzeba ubrać. Ale zawsze zostaje pamięć i takie ciepłe wspomnienie po ulubionym "nieżyjącym" wdzianku. Miłość istnieje, tyle że nie zawsze tych dwoje pasujących trafia na siebie. No i jest jeszcze coś takiego jak pierwsze wrażenie. Staliśmy we trójkę z moimi rodzicami przed witryną księgarni. Mama wypatrzyła tam Anię z Zielonego Wzgórza. I zaczęła mnie namawiać że kupi mi. Opowiadała o kim to jest i że to sama to kiedyś czytała. Łamałem się że taką "dziewczyńską" książkę chce mi sprezentować no ale dałem się namówić. Nie wiem czemu ale dałem. Miałem wtedy z jedenaście lat. Przeczytałem ją wtedy, przeczytałem jako dziewiętnastolatek i przeczytałem mając już z czterdzieści lat. Nie ma już obwoluty, lekko jest "wyczytana" ale mam ją i nikomu nie oddam aż do śmierci. Pierwsze nijakie wrażenie przerodziło się w głębokie uczucie. Z ludźmi też tak bywa. Nie ma recepty, algorytmu ani reguły. Można jedynie próbować.

krystian krupiński

+Lubomir Petrów-Pahuta Próba - cierpienie, kolejna próba - cierpienie, następna próba - znowu cierpienie. Jeśli faktycznie zdarza się, że te wybrane dla siebie osoby na siebie trafiają to jest to jak wygrana w totku. Ja próbowałem raz, próbowałem 2 razy i już zaczynałem tracić wiarę w ludzi. Ale podniosłem się. Spróbowałem 3 raz. I zniszczyło mi to wszystko na co pracowałem, a także całą przyszłość.

Lubomir Petrów Pahuta
+krystian krupiński Mój chrzestny ojciec był lekarzem wojskowym i mawiał "boli? znaczy żyjesz". Mam 56 lat, jestem sam, też po wielu próbach znalezienia drugiej połówki. Po drodze i ja kogoś zraniłem. Tak to bywa. I mnie zraniono. I teraz jestem ostrożny, może zbyt ostrożny. Ostatecznie, nawiązując do totolotka, nie zagrasz nie wygrasz.

krystian krupiński
+Lubomir Petrów-Pahuta Ale grając ciągle przegrasz życie. Nie ma sensu podejmować prób jeśli szans na wygraną nie ma prawie żadnych. To idealnie pasuje do definicji szaleństwa. Powtarzanie czegoś w nadziei na inny rezultat.

Lubomir Petrów Pahuta
+krystian krupiński No to z innej beczki. Widziałeś film Tin Cup z Kevinem Costnerem. Gra tam przegranego w życiu golfiarza. I jest scena gdzie mimo tego że już nie wygra partii z Donem Johnsonem ponawia próby wybicia piłki na pagórek za sadzawką. Nie udaje mu się to kilkadziesiąt razy (chyba, dawno oglądałem). I nie pamiętam kto, zniecierpliwiony i zdegustowany podchodzi do Costnera i pyta czemu to robi, czemu się nie poddaje, przecież i tak już przegrał. Costner a właściwie tytułowy Tin Cup odpowiada, że po latach nikt już nie będzie pamiętać kto wygrał te zawody ale wszyscy będą pamiętać to jedno wyjątkowe uderzenie kiedy wreszcie piłka mimo tak niefartownego położenia trafi do dołka. I wreszcie mu się udaje trafić. I jeśli dobrze pamiętam widzowie tego meczu już bardziej pamiętają i doceniają jego upór i udany strzał niż to że w ogólnym rozliczeniu i tak jest na końcu listy graczy.


Związki wg facetów - rozmowa, cz.1 2016-10-02

Prezentuję wam fragmenty rozmowy, toczącej się wczoraj pod pewnym filmem na platformie YouTube. Konwersacja dotyczyć będzie - a jakże! - miłości i sensu związków. Ponieważ wpis będzie ciut dłuższy, podzielę go na odpowiednio czytelne partie. Zapraszam!

Elvenoor
 Brak dziewczyny to nie choroba, lecz idealny stan rzeczy, najlepsza z alternatyw ;)


Szczawik324
Taki sposób myślenia jest, lekko mówiąc niezdrowy, ale każdy ma prawo do swoich przekonań ;p
Uściślając, nie polecam xd


Jack Night
Kolejne dziecko co myśli że dziewczyna - seks. Dziw*ę każdy może mieć. Kobietę zaś tylko prawdziwy mężczyzna. Taka daje miłość. I to w związkach jest najważniejsze.


Elvenoor
Miłość nie istnieje ;) Ech, ludzie ludzie... Nie mam sił wam tłumaczyć, że miłość nie istnieje, bo przerabiałem to już parę razy. Zawsze kończyło się tak samo, płacz, zgrzytanie zębów i koniec końców strata czasu.
Jak ktoś chce, to niech "kocha", dla mnie to już przeżytek.
IT'S MY LIFE, BRO ;)


jamqdlaty

Oczywiście, że miłość istnieje, niestety Twoja opinia nie może tego zmienić. To wszystko chemia, hormony, feromony i wspomnienia, przyzwyczajenia, ale razem właśnie na miłość się składają. Na istnienie miłości są akurat solidne dowody naukowe w przeciwieństwie do np istnienia Boga. ;)


Biter
Ci co są jeszcze singlami, lepiej nimi bądźcie, bo kobieta to studnia bez dna, a problemów 10x więcej xD Jedna z trzech rzeczy jakich najbardziej obecnie żałuje, kobieta dobra jest tylko przelotnie nie na stałe :D Kurde, a tak się żyło kiedyś beztrosko, miało się własne pieniądze, 0 problemów, robiłem co i gdzie chciałem, aż tu nagle zachciało się mi kobiety i wszystko runęło. Teraz tylko tak, kochanie idź do sklepu, kochanie posprzątaj to i tamto, kochanie czemu tyle grasz, kochanie idź już spać, kochanie co tak mało zarobiłeś, kochanie kup mi to i tamto, kochanie nie idź do kolegów, bo znowu będziesz ścięty, czemu tak się przymilasz do moich koleżanek, czemu na czyjeś urodzin tyle wydajesz na prezent, czemu tak późno wracasz, czemu tyle za paliwo zapłaciłeś, czemu, czemu, dlaczego. idź tu idz tam, a idziecie kurwa w pizdu z kobietami, to jest zguba ludzkości XD


Gigant PandaBear
Dlaczego z nia nadal jestes?


Biter
+Gigant PandaBear Bo szuka mieszkania w pobliżu pracy. Poza tym to 3 kobieta i za każdym razem jest podobnie. Na początku fajnie, miło i w ogóle, a potem coś im odbija. Ostatnia kobieta i mam gdzieś już jakikolwiek związek, to jest po prostu piekło. Całe szczęście, że nie wpakowałem się w dzieci :) Już jej mówiłem, że nic z tego nie będzie. nawet już hobby jej przeszkadzało...

krystian krupiński
Miłość w kilku krokach(zakładając brak dzieci)
1. Zauroczenie(wynikające z hormonów)
2. Pożądanie(wynikające z hormonów i instynktu)
3. Fascynacja(instynktownie czujemy, że utrzymanie partnera przy sobie jest dobre)
4. Przyzwyczajenie(emocje opadają, stosunki tracą na erotyźmie, zaczynie się wytykanie wad, których wcześniej nie widzieliśmy/ignorowaliśmy, tzw zmęczenie materiału)
5. Rutyna("jesteśmy już tyle czasu ze sobą, że dziwnie byłoby inaczej", "co ludzie by pomyśleli", kłótnie albo są regularne, albo po prostu zdarzają się częściej niż kiedyś, zaczynamy sobie zawadzać, ale nie chcemy rozstania bo boimy się, że nikogo innego nie znajdziemy, uciekamy przed samotnością)
6. Wielki finisz. W tym momencie następuje stagnacja, czyli pogodzenie się z losem. Albo rozejście.
Innymi słowy miłość to mocne zauroczenie, które i tak się wypali. Oczywiście zdarzają się pojedyncze przypadki miłości, aż do grobowej deski, ale to również wynika z tej rozpiski tylko, że w strachu przed samotnością ewolucja związku kończy się na pkt 4. Ale poza tymi pojedynczymi przypadkami miłość to lekarstwo na samotność dla osób słabych psychicznie. Tzn potrzebujących bliskości innych by się nie stoczyć.


Janusz Pawlacz Pirat III
jesteś spierdoliną, więc uogólniasz i zakładasz, że miłość nie istnieje XD Sam pewnie masz -naście lat i myślisz, że wszystko już przeżyłeś, bo miałeś dwie dziewczyny i obie zostawiły Cię po czterech miesiącach. Miłość i stan zakochania są udowodnione biologicznie (wzmożona, samoczynna synteza fenyloetyloaminy, oksytocyny oraz dopaminy) oraz psychologicznie (Wojciszke - Psychologia miłości, Sterberg - Trójczynnikowa teoria miłości + cała masa książek i publikacji, o których pewnie nigdy nie usłyszysz, nie mówiąc nawet o czytaniu ich).
Wnioskujesz wyłącznie na podstawie swoich przeżyć i obserwacji, więc metodologii też pewnie nigdy nie liznąłeś. Jesteś głupiutkim, nastoletnim ignorantem.


krystian krupiński

+Janusz Pawlacz Pirat III Nie sądzisz, że tym komentarzem strzeliłeś sobie samobója? Udowodniłeś tylko, że miłość to nie jest mistycznie niewytłumaczalne coś za co większość ludzi ją uważa tylko, że jest to zwykły mierzalny stan o podłożu psychologiczno chemicznym podobnym do choroby. Którą w dodatku można leczyć. Wyleczenie się co prawda trochę trwa, ale w przypadku facetów można stosować półśrodki zwane potocznie "waleniem konia".
Innymi słowy. Skoro NAUKOWCY udowodnili skąd się bierze miłość to znaczy, że miłości jako takiej nie ma. To tylko krótki opis na chemiczną nieprawidłowość podpartą błędem w mózgu


Lubomir Petrów Pahuta
W znacznym stopniu podzielam opinię. Ale jednak taka natura człowieka że chciałby jakiegoś ideału. Jedni to realizują najbardziej wypasionym kompem, inni kosmiczną bryką, no a inni dozgonnie mają "cierpienia młodego Wertera".


krystian krupiński

Elvenoor, popieram choć ja się opieram o obiektywne obserwacje związków w moim otoczeniu. W przekroju 15-50 lat. Na tą chwilę mogę sobie przypomnieć 11 związków, z których każdy był inny, a kończył się tak samo. 12 przykład to aktualny związek mojego ojca, w którym obie strony ze sobą nie wytrzymują, ale po każdej kłótni do siebie wracają bo boją się być sami.


Studia, rok I - mission status: ACTIVE 2016-10-01

Witaj, R-14! Mamy dla ciebie nowe zadanie.

Jutro rano czeka cię przeprowadzka do Krakowa. Masz już klucze, zawieźliśmy większość twoich rzeczy, teraz tylko sam sobie musisz dostarczyć resztę bibelotów, posprzątać pokój i przejść się po kampusie. W poniedziałek, o 10:30 masz spotkanie I roku z jakąś doktor habilitowaną.

Na rzeszowskiej Polibudzie był cały Wydział. Teraz będzie tylko kierunek. Na Polibudzie była przysięga, zapoznanie ze sportem, językami, samorządem, wybór starościny itd. Tutaj może być podobnie, choć z mniejszą pompą. Do studiów na Polibudzie podszedłeś od złej strony. Na Akademii Frycza Modrzewskiego nie można już popełniać wcześniejszych błędów. Primo: jest to prywatna uczelnia. Secundo: jakieś studia musisz mieć. Tertio: to będzie dziennikarstwo, czyli wreszcie coś pod ciebie. Quatro: mam nadzieję, że nie spotkasz swojej starej znajomej - Ekonomii. Nie nadajesz się do tych sfer, nie czujesz tego (podziwiam za to twojego znajomego imiennika, który sam czyta o maklerstwie i giełdach, bo jest w stanie dostrzec wśród liczb i wykresów realną forsę).

A propos pieniędzy, w kasetce uchowaliśmy dla ciebie już 8 dych. Niewiele, ale oszczędzać trzeba, bo i plany mamy niemałe. Chcemy abyś nagrywał na YouTube, a zaczniesz od pojedynczych odcinków poglądowych z mniej znanych innym gier. Na takim kontencie wybić się jest dzisiaj trudno, jednak póki co to będzie hobbystyczne zajęcie. Prócz tego jakieś audiologi, recenzje filmów i książek, może vlogi z kamerką, no i później - jeśli widowni przybędzie - również streamy. Branżowo kierujemy cię na dziennikarstwo growe, a biorąc pod uwagę studia w Krakowie i konieczność praktyk, być może zawitasz również do redakcji TVGRY. Wszystkie szczegóły są przez nas jeszcze ustalane, więc bądź cierpliwy.

Nie sądzimy, aby było to twoje stałe zajęcie, jednak na początek wystarczy. Gonciarz też od tego zaczynał, a dziś, jak wiemy, nagrywa vlogi z Japonii. Na dobry start wystarczy branża, do której wkręciłeś się na dobre parę lat temu. Akurat po "pewnych wydarzeniach" (więc w konsekwencji miały one swoje plusy).

Twój ostateczny cel? Dowieść, że jesteś lepszy od tych, których dane ci było poznać, by splunąć im prosto w twarz, mówiąc: "Widzicie? SAM osiągnąłem tyle, czego wy wszyscy razem wzięci nigdy byście nie potrafili!"
Zajechało narcyzmem? Może, ale kto ci zabroni być egocentrycznym dupkiem? Taki już jesteś, Agencie R-14 "Elvenoor".
Zbadaliśmy twoją krew. Towarzyszy ci naturalny stres przedstudyjny, ale ubiegłoroczny dramat z aklimatyzacją się nie powtórzy. Kiedyś trzeba zacząć drogę "na swoje", a usamodzielnianie z dopływem haj$u od spółki akcyjnej "FAMILION" to standardowa procedura. Wdrożymy cię ponadto  w "tajniki" prania, ogarniania potraw z książki kucharskiej itd. Wprowadzimy cię na salony, więc Sapkowski będzie miał konkurencję do stołka "Największego Buca 201X". Jesteś naszym asem, którego w tej chwili wyciągamy z rękawa. Nie zawiedź nas!

ROZPOCZĘTO: Akt I - Witamy w Piekle!
OTRZYMANO NOWĄ MISJĘ: Droga do Miasta Królów.
Czas się przygotować. Powodzenia, Agencie R-14!








e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]