Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

"Nieczysta rozgrywka" 2016-05-30

Choć jedna jest Ziemia i jedne Niebiosa,
Koszmary Piekielne wciąż śnią się po nocach,
Codziennie się modlą gorliwi wyznawcy,
By zbawił ich Stwórca od szponów oprawcy
Szatanem pogardzę, lecz w Boga nie wierzę,
I prawdę okrutną wygłoszę wam szczerze:
Wśród mocy nadludzkich nie znajdziesz oparcia,
Nie Światło cię wesprze, nie zemsta od czarta!

Dwie moce tak skrajne i różne z pozoru
Tak samo wywalczyc chcą drogę do tronu:
Tym lepsza pozycja, im więcej dusz zgarną,
Im więcej się odda pokornie za darmo
Na planszy rozległej jak pole szachowe
Wciąż biją się pionki o wieczną nagrodę
"Gdfy w Boga uwierzysz, Zbawienie cię czeka,
Dla wszystkich niewiernych ognista jest rzeka!"

Bóg w życiu chce mącić, ze szczęścia wyrywać,
By człowiek mógł Niebo bezkarnie wyzywać
Aż przyjdzie czas skruchy, Duch mądrość przywróci
I sprytnie się człowiek na Wiarę nawróci!
Nastanie wnet piękno, miłości przygoda,
Dopóki się Stwórcy ten zamysł podoba;
Na próżno Go prosić o Światło i radę,
Modlitwa o pokój skutkuje tornadem!

Lucyfer tak samo nas wpuszcza w maliny
Szukając korzyści wśród nieszczęść przyczyny,
Podając odpowiedź najprostszą na tacy,
By uciec, zapomnieć, bo nic już nie znaczysz
Do siebie przyciąga, obarcza brzemieniem,
Aż smaku nabiera wolności więzienie:
Nikogo do szczęścia już więcej nie trzeba,
Choć chwilę trwa tylko i życia w tym nie ma

Kłamliwe nasienie, tak jeden i drugi,
Więc trzymaj się z dala, nim któryś cię zgubi!
Choć nawet ateizm nie wchodzi tu w grę
( Paktujesz? Okropnie! Nie wierzysz? Też źle!)
Tak światem zatrzęśli i w głowach zmieszali,
Ze każdy sukcesem się chełpi bez granic!
Już Piekieł czekają paskudne odmęty,
Tam kąpią się razem Stracony i Święty


Majesty - Symulator Królestwa Fantasy 2016-05-27

W imię honoru i złota!

RTS-y to dziś mało eksploatowany gatunek gier. Chociaż ciągle wychodzą jakieś strategie, żadna z nich nie dorasta do pięt tytułom z dawnych czasów, kiedy to rozgrywka stawiała przed graczem niemałe wyzwanie. W dobie średniej jakości partyjkowców, najczęściej nastawionych na samą akcję, miłośnicy systemu ekonomiczno-zbrojeniowego mogą czuć się ignorowani.
Patrząc w przeszłość, wspominam świetną serię Spellforce, Age of Empires 2, drugiego Warcrafta czy kultową Twierdzę. Nigdy nie umiałem dobrze zarządzać swoimi osadami, niejednokrotnie posiłkowałem się różnymi kodami, z racji niedostatecznego ogarnięcia tematu. Nawet po latach uczciwa rozgrywka nie poprawiła zbyt mocno moich umiejętności. Mimo wszystko ubóstwiałem rozbudowywać bazę, wysyłać robotników do prac nad surowcami i mobilizować całe armie żołnierzy, by zmieść z powierzchni ziemi wszystkich rywali.

Kilka lat temu zetknąłem się jednak z zupełnie inną formą rozgrywki, w dodatku osadzoną w świecie fantasy - Majesty: Symulator Królestwa Fantasy z 2000 roku. Z początku byłem zdziwiony:

- Nie można kontrolować jednostek, jedynym surowcem jest pozyskiwane przez poborcę złoto, a zamiast wrogich zamków są jakieś Siedziby Zła i Leża Potworów! I to ma być strategia?!

Tak, mój drogi ja z przeszłości, i to jeszcze lepsza, niż sądzisz. Jako miłościwie panujący król baśniowej krainy, mamy obowiązek chronić naszych poddanych od wszelkich bestii i plag. Niestety, nasza pałacowa straż oraz miejscowi ochroniarze nie mogą zdziałać zbyt wiele, dlatego zdać się musimy na dzielnych bohaterów klasy przeróżnej: wszędobylskich łowców, chciwych łotrzyków czy mężne paladynki. Każda gildia ma własne specjalizacje, np. łowcy sprawnie eksplorują mapę, a rzezimieszki oferują truciznę i mogą kraść złoto z przeklętych siedzib.
Nasi bohaterowie nie walczą dla czystej rozrywki. Do odkrywania mapy, zaatakowania konkretnego potwora tudzież zniszczenia ich legowiska, najskuteczniejszą zachętą będzie sowita nagroda. Im wyższa, tym więcej ludu się na nią skusi. Gdy spełnią swoje zadanie, łup zostanie podzielony między zwycięzców. Otrzymane pieniądze mogą spożytkować na zakup magicznych przedmiotów z placówek handlowych, dozbrojenie w kuźni, a nawet rozrywki w karczmie.
To, czego nie przepiją, zostanie zachowane w cechowym skarbcu, skąd nasz drogi poborca odprowadzi stosowną kwotę do naszej kiesy. Rozbudowa, najmowanie bohaterów, inwestycje, użytkowanie czarów...Wszystko kosztuje! Sprawa jest tym gorsza, że złoto musi najpierw dotrzeć do zamku, a po drodze czają się różne niebezpieczeństwa: a to jakiś troll pojawi się przy targowisku, a to szczuroludzie wyjdą z niezniszczalnych kanałów - prawdziwa "ścieżka zdrowia"!

Misje opierają się głównie na zdemolowaniu konkretnej siedziby: Wieży Czarnoksiężnika, Twierdzy Zła i innych tego typu placówek.Początkowe misje nie sprawiają kłopotu, jednak coraz większy postęp otwiera przed nami drogę do znacznie cięższych wyzwań. Nieraz trzeba będzie mocno przemyśleć taktykę, gdy na samym początku atakuje nas cała chmara bestii, a świeżo zrekrutowani bohaterowie nie mogą sprostać ich przewadze (wielce pomocną może się wówczas okazać ucieczka w stronę magii przez szybkie "poziomowanie" gildii - pod warunkiem sporej zasobności królewskiego skarbca).
Oprawa audiowizualna jest naprawdę w porządku: grafika nie postarzała się za bardzo przez te 16 lat, a muzyka to zbiór iście bajkowych melodii, nadających doniosłego klimatu naszym władczym planom.

Jeśli lubicie klasyczne gry strategiczne, a nie słyszeliście jeszcze o Majesty: Władca Ardanii, polecam wam nadrobić zaległości, najlepiej w ramach Północnej Ekspansji, dodającej do podstawowej wersji szereg nowych zadań, budowli i stworów. Nie pożałujecie ani jednej chwili spędzonej w tej magicznej krainie!







Sucharopodajnik #16 - Nie całkiem 2016-05-25

Trzy szybciutkie strzały na wieczór :)


1. Lekarz odpytuje pacjenta:

- Pali pan papierosy?
- Nie całkiem...
- Jak to?
- No, ja to bardziej jestem biernym palaczem i tylko patrzę jak inni palą.
- Ok, rozumiem. To może inaczej: uprawia pan seks?
- Nie całkiem...

2. Moskwa, lata 30. XX wieku. Młody komunista Siergiej przeczytał właśnie bajkę o Królewnie Śnieżce.

- Głupcem ten, kto nie spróbuje! - powiedział, po czym wszedł do mauzoleum.

3. Prawda życiowa:

- Pesymista zawsze trzyma  nóż pod poduszką.
- Optymista też...A nóż ktoś przyjdzie z tortem?


"Do Gwizdacza" 2016-05-24

Tak ciepło na dworze, tak miło wieczorem,
Lecz kilka słów gorzkich wykrzyczeć pozwolę,
(Bo gwiżdżesz, frajerze, gdy okno otwieram,
A duszno jest strasznie, z gorąca umieram):
Bęcwałem waść jesteś, chcesz gwizdać na dworze,
Bo kumpel komórki usłyszeć nie może!
Przed siebie wciąż pędzi cudowna technika,
A ty się chcesz bawić w nocnego słowika...

Jak musisz się wyżyć, to wypad na miasto,
Bo synek sąsiadki nie może już zasnąć,
Tak głośno drzesz japę, trzymając smartfona,
Że stoisz pod oknem i kumpla tak wołasz!
Dziś powiem to jasno: gwizdania mam dosyć
I więcej nie będę o spokój cię prosić
Wiatrówkę z altanki dla ciebie przywiozę
I lufę do dzioba po prostu ci włożę!


Wojtek Drewniak - Historia Bez Cenzury 2016-05-18

Historia po ludzku

Chyba nie ma na świecie osób, które nie kochałyby historii. Wszyscy mamy jakąś ulubioną epokę, bohaterów narodowych i własne zdanie na temat zasadności wydarzeń z przeszłości. Jednak lekcje w szkole najczęściej zrażają nas do samodzielnego zgłębiania wiedzy na takie tematy: nudne daty, których trzeba się nauczyć, mniejsze i większe potyczki, hetmani, dowódcy, królowie, wielka polityka...
A tymczasem za każdym wydarzeniem stoi jeden z trzech czynników: władza, pieniądze lub seks. Problem w tym, że mało kto zna prawdziwe intencje i "zamiłowania" naszych przodków.

Na szczęście istnieje pewien kanał, który w interesujący i humorystyczny sposób przedstawia takich kozaków, jak Józef Poniatowski, Stefan Batory czy Jan III Sobieski - HistoriaBezCenzury. Prócz doskonałego zarysu pozytywów i przywar bohaterów, Wojtek Drewniak i jego ekipa udowadniają nam, że wcale nie jesteśmy tak słabi, jakich widzimy siebie wobec Zachodu. Usłyszymy m. in. o wspaniałych bitwach, niezwykłych wynalazkach i nieznanych sukcesach Polaków na całym świecie.
Wazeliniarstwo nie jest jednak w ich stylu. Mocno oberwie się również największym wpadkom polityki szlacheckiej oraz naczelnym zdrajcom, pokroju Stanisława Augusta "Cioty" Poniatowskiego.

Niedawno na rynku książkowym ukazało się ich pierwsze - i nie ostatnie, mam nadzieję - dzieło, noszące tytuł internetowego programu. Wojtek do książki podszedł w stylu znanym z "Historii Bez Cenzury", nie wahając się dosadnie i skrótowo komentować opisywanych treści. W książce znajdziemy 5 "starych" postaci (Chrobry, Kazek Wielki, Batory, Sobieski, "Ciota" Poniatowski) oraz 5 jeszcze nie omawianych w formie wideo (Bolek Krzywousty, Jagiełło, Kazek Jagiellończyk, August II Mocny, Piłsudski).

Jeśli uważnie oglądaliście odcinki ze "staruszkami", z pewnością wyłapiecie znane teksty Wojtka oraz omówione wówczas przez niego sytuacje. Czy to oznacza, że prowadzący umieścił w książce absolutnie wszystko?

NIE! Prócz poznanych wydarzeń i ciekawostek, znajdziemy również wiele nowych niuansów, jak choćby zwierzęce zamiłowania Sobieskiego czy prawdziwy powód ataku na Ruś, przeprowadzonego przez Chrobrego. W programie "HBC" nie zdołano zamknąć wszystkich istotnych i ciekawych smaczków, więc zakup książki dla prawdziwych pasjonatów jest wręcz obligatoryjny, zwłaszcza biorąc po uwagę "nowych" przywódców. Wiecie, co oprócz kajdan Jagiełło znalazł na wozach krzyżackich albo czemu rozebrał się przed jednym gościem? Do jakiego skurwysyństwa posunęli się Niemcy pod Głogowem? W jakich kobietach lubowali się August i Poniatowski? Na te i inne pytania znajdziecie odpowiedź czytając poszczególne rozdziały, napisane z jajem, luzem i pasją do historii. Autor nie skupia się na nudnych pierdołach ze szkolnych podręczników. Wojtek przedsatwia jak to wszystko wyglądało od ludzkiej strony i wychodzi mu to naprawdę świetnie!
Gorąco polecam wam zapoznać się z "Historią Bez Cenzury" - zarówno kanałem na YouTubie, jak i książką, bo czyta się to jednym tchem.

A na koniec zostawiam wam ich najlepszy, w mojej ocenie, odcinek. Zapraszam do seansu i miłej lektury!







"Miej wyjebane" 2016-05-17

"Olej temat ciepłym moczem,
Wywalone miej na dramy"
Wciąż przed siebie dumnie kroczę,
Z hasłem, które znam od mamy
Gdy coś zacznie psuć ci szyki,
Ktoś przestawia tryby planu
Pracy własnej śledź wyniki,
Mając innych w poważaniu

Po co nerwy lekko tracić
Na persony nic nie warte?
Błędów z wczoraj ciężko spłacić,
Dziś byś tańczył w Piekle z czartem,
Nie na głowę twoją zwady,
Nie na serce twoje jad,
Weź do serca dobre rady
I zawojuj wreszcie świat!

Niech się gapią, obłudnicy,
Niech zazdroszczą ci wrogowie,
Niech ich trafi strzał z rusznicy,
A parszywość skończy w grobie!
Nie ma czasu do stracenia,
Nie ma po co strzępić słów,
Dzisiaj wyjdziesz wreszcie z cienia
I zachwycisz wszystkich znów!

Daj tym gnidom wątpić w ciebie,
Jeśli tkwić chcą w kurwidole,
Gwiazdy błyszczą wciąż na niebie
Grając dumnie własną rolę,
Ty się wybić masz nad kmieci,
Co wciąż tyłki liżą sobie,
Ponad snobów szereg wzlecisz
Niech się plują wtedy w brodę!

Nerwów pnącza trzymaj mocno,
By zaciągnąć je do pracy,
Niech do śmierci twej nie spoczną,
Twoje pióro wiele znaczy!
Olej moczem tych podludzi,
Traktuj z góry ludzkie wszy,
Niech się każdy w kale brudzi,
Po nich deptać będziesz ty!
----------------------------------------------------
Codziennie walczę sam ze sobą. Z jednej strony chcę coś osiągnąć, do czegoś dojść, zdobyć sławę i uznanie wielu. Ale z drugiej, coś mi podpowiada, że tu nie pasuję, to nie mój świat, że powinienem odejść, bo nie poradzę sobie z realiami rzeczywistości. Dodajmy do tego wszystko czego udało mi się w jakiś sposób doświadczyć, poczuć i zrozumieć. Może to źle, że myślę bardziej o potępieniu, niż zbawieniu. Może to źle, że niby chcę zniknąć na dobre, a ciągle czekam na "lepszą okazję", jakbym liczył na samorozwiązanie w tej kwestii i ktoś pociągnie za spust, wyręczając moje "wysiłki". To nie jest użalanie się nad sobą, narzekanie ani malkontenctwo. Ja po prostu mówię, co czuję wobec świata.
Może nie wszystko, czego się dotknę zamienia się od razu w pył. Jednak życie już dawno we mnie umarło i nic mnie nie przekona.
To nie takie proste, Kim. Nie zrozumiesz mnie, ale w gruncie rzeczy nikt nigdy tego nie potrafił...


"Kaprys Losu" 2016-05-16

Głuchy zawsze coś usłyszy,
Nawet ślepy to dostrzeże:
Nieuk sprawdzian sam zaliczy,
Gdy mądrala źle wybierze!
Umysł wielki gafę strzeli,
Głupiec zaraz da mu lekcję,
Tchórz się wówczas wyjść ośmieli
Tam, gdzie heros niekoniecznie

Nawet dziwka ma swój honor,
Choć i dama się zeszmaci,
Lordom kiedyś banki spłoną,
Żebrak nagle się wzbogaci,
Stracą wiarę Dzieci Boże,
Niebo znajdzie ateista,
Szczery skłamać kiedyś może,
Prawdę przyzna hipokrytka

Miłość umrze w tej, co kocha,
W sercu zimnym znów nastanie
Zacznie śmiać się ten, co szlocha,
Komik spłacze się nad ranem
Anioł wpadnie w gniew straszliwy,
Gdy się Diabeł uspokoi,
Słów dotrzyma człek zdradliwy,
Umrzeć kompan ci pozwoli

Dziadek spełni te marzenia,
Których młodzian nie potrafi,
Łajdak wyjdzie wnet z więzienia,
By uczciwym zwolnić kraty!
Tak to życiem Los pomiata
I wymieniać można stale,
Lecz cóż znaczy zysk i strata
Z perspektywy gwiazd i planet?


Drużyna - Quo Vadis, Flanagan? 2016-05-15

Gdzie się podziały tamte przygody?

Było piękne słoneczne popołudnie, wczesne lato 2012. Portal nastek.pl zorganizował konkurs, w którym do wygrania było 5 egzemplarzy pierwszej części nowej serii Johna Flanagana: "Drużyna. Wyrzutki". Wystarczyło tylko podać jak najoryginalniejszą nazwę dla skandyjskiego okrętu i czekać na na wyniki. Nie wiem jakim cudem, ale mój "Niedźwiedzi Bełt" został nagrodzony! Nie myślałem specjalnie nad tą nazwą, wpisałem pierwszy lepszy pomysł, co później zaprocentowało.

Od tego momentu rozpocząłem romans z paczką przyjaciół ze Skandii, którzy z grupki chłopaków, odrzuconych przez rówieśników, muszą stać się drużyną z krwi i kości.
Główny bohater jest półsierotą. Ojciec Hala zginął podczas sztormu. Najbliższy przyjaciel poległego wojownika stracił wówczas prawą rękę, lecz mimo to obiecał kompanowi opiekę nad żoną-Araluenką (porwaną przed laty) oraz dorastającym synem. Niestety, utrata kończyny przysłania Thornowi wszystkie powinności, przez co stacza się on na społeczne dno. Szybko się jednak podnosi, gdy Katrina przypomina mu o jego powinnościach. Od tego momentu zaczyna się cała lektura oraz nieuniknione szkolenie młodzików.
Nie jesteśmy w stanie ustalić dokładnego czasu wydarzeń zamieszczonych w książce, jednak wg wszelkich wytycznych mówimy o okresie po "Zwiadowcach" nr 4.
No dobrze, tyle teorii. A jak jest w praktyce?

Postacie są ciekawie napisane, słownictwo obfituje w żeglarski żargon (stewa, szoty, kilwater i inne, których nie ogarniam), a na drodze dobrym postaciom zawsze staną "źli" koledzy. Na pierwszy rzut oka wyłapiemy wszystkie elementy, charakterystyczne dla Flanagana. Przygoda jednak utrzymuje się cały czas na średnim poziomie, miejscami podwyższając tempo (szczególnie pod koniec).

O ile pierwszy tom może jeszcze intrygować, o tyle kolejne tomy oparte są na podobnej formule: dobry początek, sknocenie sprawy, determinacja do działania, bliska konfrontacja (oczywiście powstrzymana przez niedostrzegalny błąd), dotarcie na miejsce, infiltracja, wykonanie planu (z drobnymi i nieco większymi pomyłkami), desperacka ucieczka z wymianą ognia oraz wielką biesiadą ku czci zwycięzców. Same starcia prezentują się bardziej wojskowo, w końcu mamy do czynienia ze Skandianami. Wiecie, szyki bojowe, rąbanie wszystkiego toporem, mieczem i innym żelastwem.

Wczoraj zakończyłem żmudną przeprawę przez "Niewolników z Soccoro", jak tylko mogę odwlekam "Górę Skorpiona", a waham się nam zakupem nowej części, zatytułowanej "Nieznany ląd". John Flanagan stał się powtarzalny i bardziej przynudza, niż w "Zwiadowcach". Humor? Parę razy się uśmiechnąłem, ale nie wybija się on jakoś szczególnie. Różnica między obiema seriami jest tak wielka, jak Rozpadlina z "Płonącego Mostu". Można je ogarnąć, pod koniec nawet przyspieszysz tempo z racji rozwinięcia akcji, ale do tego czasu trzeba się przygotować na mozolną przeprawę.

Gdzie się podział, wspomniany w notce o "Zwiadowcach", duch przygody? Stoję sam pośrodku lasu, dzierżąc wierny łuk, ale nikt nie słyszy mego wołania. Chata stoi pusta, wierzchowce gdzieś zniknęły, a zamek Redmont wydaje się ledwie ruiną. Czasy, do których mi tęskno, odeszły już chyba na dobre. "Wczesne lata" - w nich cała nadzieja!
Ale jeśli pierwszy tom okaże się słaby...co wówczas z marką? Stanie się bestsellerowym odcinaczem kuponów, "bo w końcy to Flanagan"?

No cóż...do "Drużyny" nieprędko powrócę. Skoro już się z nią uporałem, czas sięgnąć po całkiem nowy, obiecujący tytuł: pierwszy tom trylogii "Wojna grzechu" spod pióra Richarda Knaak'a oraz - jeszcze lepszą - "Historię Bez Cenzury" Wojtka Drewniaka (tak, to ten z "internetów").
A Niekryty Krytyk już niebawem!

- Matko, zlituj się, recenzja krótkiej książki zajmuje ci już niecały miesiąc!

Oj dobra tam, cicho być ;)


Eurowizja 2016 - komentarz na świeżo 2016-05-15

A więc jednak: UKRAINA!

Każdy, kto oglądał Eurowizję 2016 doskonale wie, jak politycznie stronniczo zachowali się sędziowie, a jak wielkim ich przeciwieństwem stali się widzowie (chociaż i to nie do końca).
Szanowni jurorzy przyznali nam jedynie 7 punktów, co dawało nam przedostatnie miejsce. Publika obdarzyła nas jednak tak szczodrze, że stanęliśmy na ósmej pozycji!
Walka ostateczna toczyła się między Ukrainą oraz Australią, która po raz pierwszy pojawiła się w konkursie (w dodatku z koreańską reprezentantką!). I gdyby nie fani, ta mała wysepka za rok organizowałaby swoje pierwsze finały.

Na całe szczęście to fani okazali się cennym wsparciem. Rosja otrzymała od nich najwięcej punktów, ale nie wystarczyło to do przebicia kraju, który tak ochoczo sobie podbijają. Oj, już widzę nadąsaną minę Putina! Na bank się czymś zrewanżuje.

Rok temu pisałem o bolączkach nowoczesnej formy i kryteriów oceniania wykonawców z całej Europy (a niebawem zapewne także całego świata). Wczoraj dowiedziałem się natomiast również o tzw. wielkiej piątce, która nie musi martwić się o udział w wielkim finale. Do owych szczęśliwców, nota bene opłacających lwią część imprezy, zaliczają się Niemcy, Francja, Hiszpania, Wielka Brytania i Włochy. Mają ten niezwykły przywilej ze względu na - a jakże! - ogromny hajs.

No dobrze, a jak jest z samymi piosenkami? W tym roku postawiono zdecydowanie na język angielski i standardowe "średniaki". Nie zabrakło jednak perełek, choćby w wykonaniu Armenii, Chorwacji oraz Izraela - w mojej ocenie najlepszego głosu najnowszej edycji konkursu.
Przykre, że naprawdę świetni wykonawcy nie mogą być uczciwie oceniani. Przypomnę, iż w niezrozumiały sposób głosy stanowią odzwierciedlenie sytuacji politycznej i stosunków międzypaństwowych. 50% od jury oraz 50% od głosujących to mimo wszystko nierówny podział. Dzięki niemu Polska dostała znacznie wyższą lokatę, ale i batalia o zwycięstwo w niczym nie przypominała zbiegu okoliczności.

Na temat całego przedsięwzięcia każdy ma własne zdanie. Ja tak naprawdę śledzę ten temat dopiero od zeszłego roku, ale zarówno w 2015, jak i teraz bawiłem się naprawdę dobrze. Pomysł i realizacja widowiska stoją na wysokim poziomie, czego nie można powiedzieć o wspomnianych wcześniej kwestiach. Zamiast rzeczywistego europejko-półświatowego festiwalu muzyki, mamy podłe mieszanie sztuki z dyplomacją.

Michał Szpak miał spore szanse na zwycięstwo. Wysoka rozbieżność między głosującymi (+nieprzyznanie nam ukraińskich punktów oraz przyznanie przez Polskę 12 punktów Ukrainie) przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Oglądałem kilka polskich występów sprzed kilku lat i mogę powiedzieć, że "Colours of your life" to, jak do tej pory, najlepsza piosenka naszego przedstawiciela na Eurowizji.

Ech...Polska wraca do domu zadowolona, jednak żal trochę niesprawiedliwego wyniku. Brawa dla Ukrainki! Życzę tylko, aby jej ojczyzna przetrwała do następnego razu, co nie jest takie pewne, znając porywczy charakter Putina.







Zwiadowcy - duch przygody! 2016-05-14

Od zera do bohatera

Mikołajki, druga lub trzecia klasa gimnazjum. Koleżanka, idąc prostym rozumowaniem, kupiła mi książkę (bo co innego można dać koledze, którego mało się zna?). Była to pierwsza część słynnej serii Johna Flanagana: "Zwiadowcy. Ruiny Gorlanu". Już na enigmatycznej stronie tytułowej widniała obiecująca zapowiedź: "Barwna, epicka opowieść o odwadze i przyjaźni, która przywodzi na myśl Władcę Pierścieni". Nie wiedziałem co o tym myśleć, ale koniec końców zacząłem czytać.

Choć do tolkienowskiego rozmachu jeszcze sporo brakowało, lektura naprawdę mnie wciągnęła. Oto Will, młody wychowanek zamkowego sierocińca, po odrzuceniu przez wszystkie szkoły (w tym rycerską, o której bardzo marzył) dostaje propozycję szkolenia u boku Halta, sławetnego zwiadowcy, należącego do wyborowej organizacji królewskiej. Zajmowali się oni szpiegowaniem wrogów i opracowywaniem technik walk, ale również pomocą i rozstrzyganiem problemów w okolicy.
Z pozoru brzmi to całkiem sztampowo: kolejny wyrzutek, który nabiera znaczenia w miarę zbawiania świata. Jednak tutaj na pierwszym miejscu stała prawdziwa męska przyjaźń: między mistrzem, wierzchowcem i rówieśnikami (po pewnym czasie).
"Ruiny Gorlanu" cały czas utrzymywały ten niezwykły przygodowy klimat, okraszony - stosownie do sytuacji - humorem i dramatyzmem. Po odłożeniu książki na półkę już wiedziałem, że na jednym tomie się nie skończy.

Tom drugi, "Płonący Most", zaserwował czytelnikom jeszcze więcej tego samego ze wzmożoną dawką napięcia. Główni bohaterowie byli przecież tylko młokosami, nie władającymi bronią tak świetnie, jak najznamienitsi przedstawiciele kwiatu rycerstwa. Mimo to autor obarczył ich poważnym zadaniem powstrzymania wrogich sił przez odcięcie tajnej drogi, wiodącej przez tytułowy most. Tutaj atmosfera była jeszcze mroczniejsza, a czytelnik nie mógł oderwać się od świetnie napisanej historii, urwanej ostatecznie w nieprzyjemnym momencie. Od tej pory następne dwie części ("Ziemia skuta lodem" oraz "Bitwa o Skandię") połączone były spójnym ciągiem zdarzeń i wg mnie to właśnie pierwsze cztery księgi są najlepszymi z całej serii. Dowcip, doniosłość i powaga przeplatały się ze sobą nieustannie, przygoda rozwijała się w odpowiednim tempie, a poruszane wątki pozytywnie zaskakiwały: uzależnienie od ziela, zdrada wobec chęci ratowania ucznia, jedność prostych niewolników w starciu z regularnym wojskiem, tożsamość Evanlyn itd.
I nastały czasy "piątki" i "szóstki", również zespolone fabularnie, choć dziejące się już w późniejszym okresie, gdy Will stał się pełnoprawnym zwiadowcą. Tutaj przygoda zaczęła powoli zanikać, przyjaźń nie odgrywała już tak znaczącej roli. O ile "Czarnoksiężnik z Północy" jeszcze trzymał poziom dzięki kwestii nawiedzonego lasu, o tyle "Oblężenie Macindaw" przyniosło właściwie tylko jedno: zdrajca zdobył zamek, uwięził ukochaną Willa (był to najlepiej zrobiony wątek miłosny, z jakim się zetknąłem, choć ich nienawidzę), a wróg za jakiś czas dotrze na miejsce. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności mamy pod ręką ok. 30 Skandian (coś ala Wikingowie) i kumpla-najsławniejszego-wojownika-w-królestwie. Nie były to złe książki, miewały swoje lepsze i gorsze momenty, jednak zapoczątkowały one odejście od przeszłości.

"Okup za Eraka" miała być jednorazowym powrotem do czasów praktyk u mistrza Halta. Flanagan wyszedł z niego bez szwanku, ponownie tchnąc życie w najważniejsze elementy dobrej lektury. Bardzo przypadł mi do gustu wątek błąkania się po pustyni oraz spotkania z Omarem. Przygoda raz jeszcze powróciła na karty tej powtarzającej się już serii, a fakt czytania tej powieści w czasie wakacji jedynie podsycał głód czytania.
Ostatni raz tak dobrze miałem się czuć przy "Cesarzu Nihon-Ja", czyli dziesiątej części. "Królowie Clonmelu" były w większości polityką, a "Halt w niebezpieczeństwie" była bardziej nastawiony na dramatyzm. Drugi ze wspomnianych tomów znacznie bardziej intrygował i wynagradzał nieco nudnawe momenty z "ósemki".
Jak wiadomo, "Flanagan skończył się na Cesarzu", wszystkie wątki się domykają, właściwie tylko żyć, kochać i się żenić między przyjaciółmi. Wojna w obronie władcy Cesarstwa po raz ostatni wprowadziła to unikalne napięcie, lecz jedynie do momentu odnalezienia dogodnego miejsca do obrony. To już nie było to, co "dawniej". Czytało się całkiem dobrze, ale tylko tyle.
I tak dobrnęliśmy do "Zaginionych Opowieści", czyli zbioru kilku opowiadań, w których autor odpowiedział na wiele trapiących fanów kwestii. Finalny tom serii, "Królewski Zwiadowca" był czymś kompletnie nowym, pozbawionym przygodowego ducha serii. Intryga z wątkiem prywatnej zemsty po rodzinnej tragedii i uczynienie z królewskiej córki uczennicy "wuja Willa", stały się gwoździem do trumny braterstwa i humoru. Może to przez wzgląd na dużo późniejsze czasy, gdy starszy bohaterowie nie żyją lub mają dość lat, by kopnąć w kalendarz?

Nie wiem, co dzieje się z Flanaganem. Pierwotnie miał pisać tylko hobbystycznie, dla syna do poduszki, jednak jego dzieła wyszły poza szufladę. Szkoda tylko, że teraz są do bólu powtarzalne. Czyżby autorowi brakowało już pomysłów?
W zeszłym roku wyszedł pierwszy tom "Wczesnych Lat", czyli losów młodszego Halta. Jak to się ma do reszty? Przekonamy się wkrótce
Już jutro, w nieco krótszym wpisie, opowiemy sobie o "Drużynie". Żerowanie na marce czy próba jej odświeżenia?
Zapraszam!


"Salil Al Sawarim" 2016-05-12

Allahu Akbar...


Na kolana, psy niewierne,
Oczy zamknąć, zwiesić głowy!
Idą na was psy piekielne,
Każdy pożreć was gotowy!
Nic nie znaczą puste jęki,
Po co jatkę nam zakłócać?
Allah mocny, Allah wielki,
Jego nakaz: wiernych szukać!

Świat niech strawi w krwi pożoga,   
Niech szahada w Niebo wzleci:
Prócz Allaha nie ma boga,
Wiedzą o tym jego dzieci!
Otwórz, dziewczę, błogie łono,
Przyjmij godnie męża swego,
Drugą będziesz od dziś żoną,
Świętym każde słowo jego!

Jakże słodko znów móc klękać,
Jakże piękne modły wznosić
Ku czci boskiej tam, gdzie Mekka,
O zwycięstwa rychłe prosić!
W imię wiary, jednej słusznej
Spełnić trzeba świętą wolę:
Wybić stada trzody próżnej
I Zachodu znieść niewolę!

Dalej bracie, niechaj spłoną!
Niech poczują, co to strach!
Strzelaj pewnie w mężczyzn grono,
Przekaż głupcom jasny znak!
Już czekają ich kobiety,
Chętne zawsze męskich ciał!
Spełniać będą wsze podniety,
Po to Allah nam je dał!

Innowierco, wejrzyj w serce:
Islam woła sługi nowe!
Powierz los swój w jego ręce,
By w wieczności mieć nagrodę!
Cześć i chwała Allahowi,
Złączy w jedno wszystkie ludy!
Dzieci wiernych moc odnowi
I krwią świata zmyje brudy!







"Bez przebaczenia" 2016-05-10

Jeśli myślisz, że zapłaczę,
Jeśli myślisz, że wybaczę,
Jeśli myślisz, że przez ciebie
Teraz wszystko nagle stracę,
Mówisz nagle mi, kochanie,
Mówisz, że się nic nie stanie,
Mówisz: "Przeszłość dawno była,
Niechaj pokój dziś nastanie"

Ja nie wierzę w twoje słowa,
Ja nie zacznę znów od nowa,
Ja nie ufam tobie, żmijo,
Wciąż przede mną prawdę chowasz
Kiedyś byłem naiwniakiem,
Kiedyś byłem pięknym ptakiem,
Kiedyś szczęście we mnie żyło,
Dziś się szczycę serca brakiem

Jeśli wierzysz w cuda, złotko,
Jeśli wierzysz w zgodę mocno,
Jeśli wierzysz w zapomnienie,
Że odpuszczę ci tak prosto,
Wiedz, że ciągle mam ci za złe,
Wiedz, że układ trzymam z Diabłem,
Wiedz, że nigdy nie zapomnę
Dzięki komu jestem na dnie!

Nie chcę słyszeć twego głosu,
Nie chcę widzieć twoich oczu
Nie chcę więcej cię pamiętać,
Byłaś błędnym dzieckiem Losu
Odejdź wreszcie, duszo podła,
Odejdź wreszcie, w kłamstwa płodna
Odejdź wreszcie, pędź do Piekła,
Czarcich szczelin jesteś godna!

Choć jesteśmy warci siebie,
Choć nie mamy wsparcia w Niebie,
Choć zostawił nas Bóg wielki,
Kiedy byliśmy w potrzebie,
Teraz nic się już nie zmienia,
Teraz skosztuj łez, cierpienia,
Teraz zniknij w ogniu wspomnień,
Lecz od dziś bez przebaczenia

// Wiersz odnosi się do wydarzeń sprzed kilku lat. Strony w nim przedstawione obecnie nie utrzymują kontaktu.


"Fallout" 2016-05-09

Z oczu piasek wiatr obmywa,
Znów na niebie blade słońce,
Świat się skończył, czas wciąż mija,
Głód, pragnienie, krew i żądze
Oto nadszedł kres człowieka,
Nic nie znaczy miedź i papier
Bóg zapomniał, Piekło czeka,
Od dni paru w gardle drapie

Niegdyś wody było w bród
Dzisiaj szukać choćby kropli;
Stał się Koniec, miał być cud
Atomowej filantropii:
Życie dłuższe, praca lżejsza,
Czas postępu i prostoty;
Przed oczami gruzów sterta,
W błocie leżą gdzieś banknoty

Żyć jest prościej, plan się udał,
Bo niewiele dziś potrzeba:
Przeżyć można, lecz po trupach,
Gdy zabijesz za kęs chleba;
Załóż maskę, idź przed siebie
Wsparcia nie ma na Pustkowiu
Tu na takich, co w potrzebie,
Nie oszczędza się ołowiu

Nigdzie nie jest dziś bezpiecznie,
Bądź ostrożny nawet w nocy,
Broń pod ręką miej koniecznie,
By otworzyć rankiem oczy
Wyostrz zmysły, zduś sumienie,
Strzelaj szybko, trafiaj zawsze
Niech nie zwodzi cię zwątpienie,
Gdy na ciało musisz patrzeć

Zdrada czyha tuż za rogiem,
Śmierć przynosi zaufanie,
Każdy obcy będzie wrogiem
W Atomowym Oceanie
Choć nadzieja tli się jeszcze,
Choć nie wszystek ludzkość zgniła,
Łatwo przecież wpaść w jej kleszcze,
Kiedy nie wiesz jak przeżyła







Piksele (2015) - żerowanie na grach retro 2016-05-08

Gdyby Pacman auta zżerał...

"Piksele"- zeszłoroczna produkcja z Adamem Sandlerem w roli głównej. Oto śmiały koncept na pogodzenie świata gier z rzeczywistością, które nie okazało się aż tak wielkim hitem, jaki obiecywano. Seans się dobrze nie sprzedał, ale naprawdę można się było lepiej postarać.

Brenner, niegdysiejszy v-ce mistrz klasycznych gier staje na czele brygady, mającej na celu obronę Ziemi przed kosmitami. Pamiętny turniej z 1982 roku został uwieczniony na kasecie wideo, którą wysłano w kosmos. Nieuświadomieni kosmici uznają to za akt wojny i wyzywają naszą planetę na śmiertelny mecz. Główna historia jest tu, oczywiście, na doczepkę, więc nie będę się o niej rozpisywać.

Najlepszą rzeczą, jaką mógł zaoferować ten film, są cyfrowe efekty postaci, znanych z 8-bitowych gier, jak choćby Pacman czy Cubert. Choć dla jednych wizja chaosu, szerzonego przez ożywione piksele od początku była niewypałem, znaleźli się również zwolennicy takiego pomysłu. Do filmu podchodziłem z mieszanymi uczuciami, jednak liczyłem najbardziej na te niesamowite efekty komputerowe. I co?

No i nic! Było naprawdę przeciętnie. Niniejsza produkcja posiada kilka humorystycznych momentów, całkiem ciekawe zarysy kreacji z gier, ale nie zostało to należycie wykorzystane. Sama idea dla mnie brzmi ciekawie, lecz producenci wiedzieli lepiej od widza i musieli stworzyć to tak, a nie inaczej.

Czy Adam Sandler chociaż wpasował się w rolę? Powiedzmy, że tak. Nie lubię tego aktora, bo kojarzy mi się głównie z komediami romantycznymi, czyli pogardzanym przeze mnie gatunkiem. Samych siebie grają Serena Williams i Martha Stewart, chociaż wielka szkoda, że nie znalazło się miejsce dla prawdziwego Toru Iwataniego, prawdziwego ojca Pacmana. Z lepszych wiadomości, bardzo miło wypadł Peter Dinklage alias Tyrion Lannister oraz - przelotnie - Sean Bean, który wreszcie nie ginie!

Podsumowując: jest OK. I nic poza tym. Schematy, CGI, jeszcze więcej schematów i masa CGI. Fajnie film wygląda, ale zaiste można było zrobić to lepiej. Przeżyjecie bez oglądania, ale jak obejrzycie, to też się nic nie stanie.

Chyba, że wam nagle Galaga rozpieprzy system. Wtedy dzwońcie po nerdów, żebyśmy się wreszcie do czegoś przydali ;)

P.S: Jak do tej pory, to chyba najkrótsza recenzja w mojej twórczości. Naprawdę chciałbym napisać coś więcej, ale film nie daje mi żadnych dodatkowych argumentów. Prosto, efektownie, z nagotowanym wcześniej hajpem - to trochę za mało, panie kelnerze! Już "Avengersi" mają więcej sosu!


Asterix i Obelix - skok po Europie 2016-05-07

Mam niewyobrażalny zaszcit zaproszycz was du mojej kulejnej resenzji!

Dobra, a teraz na poważnie, bo naśladowanie gentlemańskiej angielszczyzny nie wychodzi dobrze w tekstach pisanych ;)

Każdy z pewnością słyszał o przygodach dwóch sympatycznych przyjaciół, zamieszkujących ostatnią broniącą się wioskę galijską. Losy Asterixa i Obelixa, pierwotnie komiksowe, zostały wielokrotnie zekranizowane w postaci animowanej oraz aktorskiej. Za kultową uważać można "Misję: Kleopatrę" z 2002 roku, najśmieszniejszą i najlepszą część serii. Odwołania do popkultury, zabawne sytuacje i pamiętne teksty do dziś wywołują salwy śmiechu (chyba nie ma takiego osobnika, który by nie znał genialnego monologu skryby Otisa). Polski dubbing i tłumaczenie scenariusza jedynie spotęgowały efekt świetnej rozrywki, serwowanej widzom. Tego filmu po prostu wstyd nie znać, a pojedyncze przypadki powinny jak najszybciej nadrobić zaległości.
Wspominam o tej produkcji nie bez kozery, albowiem stanowi ona idealny przykład umiejętnego tworzenia filmu komediowego dla dzieci i dorosłych (chociaż wyjątkiem może być ostatnia scena, gdy Cezar i Kleopatra zostają sam na sam, ale cicho być!).
Na dość prostej fabule (architekt Numernabis dostaje zlecenie wybudowania wielkiego pałacu dla Cezara i prosi Gallów o pomoc) zbudowane perfekcyjną siatkę gagów, dialogów, nawiązań i charakterów postaci.

Podobnym, choć mniejszym krokiem, chciał podążyć "Asterix na olimpiadzie" z 2008 roku. Tym razem nasi śmiałkowie wyruszają do Grecji, by wspomóc swojego rodaka Romantixa w wywalczeniu sobie ręki królewskiej córki. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w oczy, jest sylwetka Cezara, w pełni dojrzałego do swej majestatyczności. Jego mimika, ruchy i sposób wysławiania się czynią z niego władcę z krwi i kości - dumnego i nieposkromionego. Alain Delon wykonał swoją robotę na piątkę z plusem, choć trochę mu zabrakło do mistrzostwa Gottfrieda Johna z "AiO kontra Cezar" (swoją drogą, ciekaw jestem chronologii fabularnej, bo jak do tej pory tylko "Kleopatra" ukazywała imperatora w znacznie młodszym wieku).
Odniesienia do współczesności? Występują, choć jest ich znacznie mniej, niż w poprzednim filmie. Chyba najlepszym zaprezentowanym był finałowy wyścig i gościnny udział Michaela Schumachera oraz kilku innych sportowców na pożegnalnej uczcie. Niby pod koniec z wizytą wpadł jeszcze Numernabis, jednak dla mnie było to trochę nachalne wtrącenie.
Rozmówki między bohaterami są na dobrym poziomie, przeciwnik  znów stara się zdobyć magiczny napój, a legioniści ciągle padają jak muchy od jednego strzału. Nie jest to zły film, aczkolwiek najbardziej zabolała mnie nieco szkaradna kreacja Asterixa.

I tym sposobem po 4-letniej wędrówce z Grecji przybijamy do wybrzeży Wielkiej Brytanii. Jej mieszkańcy, jak na stereotypowych Angoli przystało, mówią ze swoim klasycznym akcentem, przeplatając polskie słowa z angielskimi. Codziennie o piątej po południu piją herbatę, gaworzą o manierach i zachowują jak najelegantszy styl. Ten spokojny, sielankowy kraj staje przed zagrożeniem inwazji legionów rzymskich (choć nie są to zbyt liczne oddziały, na moje kilkaset chłopa). Ich przywódca, równie dumny jak w Galii, Egipcie i Grecji (ale mniej charyzmatyczny, bez polotu), staje na czele wyprawy, przy okazji spisując kroniki.
Uzbrojonych w nędzne kije i proste widły Brytyjczyków, wspomagają nasi dzielni bohaterowie, którzy mają dostarczyć nielubianym sojusznikom beczkę wywaru Panoramixa (sam druid nie pojawia się tu ani razu, ale najbardziej dziwi mnie jego hojność w dzieleniu się sekretami - gdy Numernabis prosił o napój, zielarz zdecydowanie odmówił).
Podczas seansu miałem dziwne wrażenie posiłkowania się przez twórców całkiem dobrze przyjętą produkcją animowaną z 2006 roku. Najemnicy z Normandii, którzy chcą się nauczyć strachu (bo, jak wiadomo, dodaje on skrzydeł i pozwala latać), wątek młodego panicza z wielkiego miasta, mającego stać się twardym facetem, motyw z "telegołębiem"...Gdzieś to już widziałem. Poza tym, jak już dali tych nieustraszonych najemników, to liczyłem na jakąś walkę między Obeliksem, a np. dowódcą Wikingów. Tutaj nie dość, że podebrane motywy zostały, w moim odczuciu, źle przeniesione, to jeszcze mięśniaki z hełmami na rogach nie mogli się wykazać. Meh ;/
Nie jestem w stanie zrozumieć również pewnego dysonansu: jak naród, który ma całkiem nieźle rozwinięte miasto, może bronić się za tak lichą konstrukcją wioski?
Dobra, czepiam się Angoli, ale Cezar też nie jest zbyt dobrym strategiem, skoro nie potrafi zdobyć tego grodu (nie umywającego się do porządnej fortecy).
"W służbie Jej Królewskiej Mości" jest jak powolne picie angielskiej herbaty, podczas którego czasem lekko kaszlniesz, uśmiechając się z usłyszanego żartu. Jednak w porównaniu do poprzedników temu filmowi ewidentnie czegoś brakuje.

Jeśli miałbym wyróżnić  jeden z wymienionych przeze mnie filmów, mój wybór byłby oczywisty - zasłużenie i sprawiedliwie wywyższona "Misja Kleopatra". Na "Cezara" i "Olimpiadę" możecie rzucić okiem, jednak w Anglii w zasadzie nie ma już czego szukać.
Dobra, to o której mam rejs powrotny? Wracam do Galii!







Cybermagia#9 - Dystrybucja cyfrowa i DRM 2016-05-06

"Znowu na STEAM?! To płytę mogę już wyrzucić..."

Żyjemy w naprawdę ciekawych czasach, w których wszystko sprowadza się do formy cyfrowej. O ile jednak dystrybucja internetowa jest rozwiązaniem prostym, wygodnym i często tańszym, o tyle bardzo wiele programów, pochodzących z tejże, wymagają stałego połączenia z internetem oraz posiadania konta na konkretnej platformie (np. Steam, Origin, UPlay).   
Z jednej strony mając gry "w chmurze" jesteśmy zwolnieni od wiecznego pamiętania o pudełkach. Wystarczy pobrać tzw. klienta, ściągnąć daną produkcję i zainstalować. Bach, wszystko w jednym miejscu!
Zapominamy jednak, że multimedia na koncie online przestają być produktami (a właściwie licencjami). Jest nam wówczas świadczona usługa, której kontynuowania druga strona (choćby takie Valve, twórcy Steam'a) może nam odmówić w każdej chwili, a my nie mamy żadnych możliwości roszczeniowych. Nie znamy przecież źródła prawnego, czyli umowy. Nie ustalimy dokładnie praw, którym podlega wspomniana umowa [swoją drogą, dziś mało kto czyta licencje, więc ignorantia iuris nocet (z łac. nieznajomość prawa szkodzi)]. I tak wszystkie nasze cyfrowe gry mogą pójść się walić.

- Przesada! Niemożliwe, Valve trzepie kokosy na CS:GO i dystrybucji, więc nie ma takiej opcji, żeby upadli!

Nic nie trwa wiecznie. Każda, nawet największa korporacja, może natknąć się na przeszkodę nie do przebrnięcia, a wtedy zainwestowanej kasy nie zrekompensuje nawet wspomnienie utraconej wieczyście rozgrywki.

Ale największe piętno odciśnięto na wydaniach materialnych.
To naprawdę miłe uczucie, patrzeć na swoją małą kolekcję, dotknąć pudełek i przypomnieć sobie dobre i złe wydarzenia, jakie miały miejsce w okresie ogrywania danego programu. Lewe oko błyszczy od osób, miejsc i sytuacji, zaś w prawym majaczy miodność i grywalność "głupiej" gry - piękno!
Wersje namacalne zawsze miały tę niepodważalną przewagę. Wkładasz płytę, instalujesz i jedziesz z tematem - zawsze i wszędzie, gdy zajdzie ochota (o ile pozwala na to nasz sprzęt).
Lecz co w przypadku zbezczeszczenia pudełek powiązaniem online? Wtedy wszystko, co cię interesuje, to kod - nic więcej. Odstawiasz grę na półkę (bo skoro wydałeś pieniądze, to grzech wyrzucać), wpisujesz kod, pobierasz...i czujesz dziwną pustkę.
Piękna okładka, obiecujące zapewnienia wydawców, krótka informacja o rozgrywce - standard. W środku płyta, czasem dwie lub trzy. Jedna z tysięcy gier.
A tymczasem to tylko powierzchowne uczucie normalności. W tym produkcie nie ma duszy.
Wspomnienia dalej będą przywoływane przy każdorazowym spojrzeniu na opakowanie, zawierające mimo wszystko niepotrzebny nośnik CD (bo i tak program ściągnąć można ze steamowej "chmury"), ale to już nie to samo.
Z czego wynika takie przymusowe usieciowienie? Najgęściej mówi się o zabezpieczeniach antypirackich (DRM - Digital Rights Management, z ang. Zarządzanie Prawami Cyfrowymi), ale dzisiejsi hackerzy na wszystko znajdują sposób. Jeśli kupiłeś grę na płycie, a wymagany jest internet, można dociągnąć cracka, oszukać system.
Osobną kwestią jest zasadność piractwa (wysokie ceny, spory o jakość produkcji, odcinanie kuponów itd), co zostało już kiedyś przeze mnie omówione. Nie napisałem co prawda o wszystkich aspektach nielegalnego kopiowania gier, więc pewnego dnia będę musiał przerobić to raz jeszcze.

Doskonale rozumiem istotność usieciowienia każdego wydania. Gdyby pozostawiono płyty samym sobie, gracze o wiele chętniej sięgaliby po CD-ki, spadłyby popularność i zyski sieciowych dystrybutorów, a kupno jednego pudełka gwarantowałoby zabawę dla kilku osób (a to przecież karygodne, żebyś grał na egzemplarzu kolegi!). Jedyne, co w tej sytuacji można zrobić, to ciężko westchnąć i pogodzić się z faktem dokonanym, bo głosowanie portfelami w pojedynczych przypadkach nie wpłynie na wydawców w żaden sposób.
Jeśli jednak interesujący nas program stanie się dostępny również w wersji pudełkowej, nie wahajmy się ją nabyć. Wtedy faktycznie wejdziemy w posiadanie licencji, a gra pozostanie z nami dłużej, niż Valve będzie istnieć.


Sucharopodajnik #15 - Czarny humor (1) 2016-05-05

#wracajokawały, #takieśmieszne # hahaha

Tym razem kilka mocnych kawałów. Chore zło! ;)

1.Babcia do wnuczka:
- Jasiu, ty jesteś za bardzo uzależniony od tej technologii!
- Ty też babciu - powiedział, po czym odłączył ją od respiratora...

2. Polańskiemu urodziła się córka. Wchodzi więc do żony na porodówkę i pyta lekarza:
- Doktorze, jak długo nie będziemy mogli uprawiać seksu?
- No cóż, poczekałbym, aż będzie miała przynajmniej 16 lat..

3. Żona Nowaka dowiedziała się, że ma raka piersi. Według lekarzy trzeba zrobić mastektomię. Ukochany mąż sprawdzał więc na internecie, czy nie ma jakiejś alternatywy.
Szukał długo i wytrwale, ale znalazł: Renata, 27 lat, Wrocław!

4. Do szefa dzwoni pracownik, kierowca tira:

- Co się stało?
- Prezesie, psa potrąciłem.
- No, to zakopcie go gdzieś w lesie i po sprawie.
Minął kwadrans, kolejny telefon:
- Co znowu? Zakopaliście?
- Zakopałem
- To w czym problem?
- Nie wiem, co z radiowozem zrobić...


Polski rozszerzony - pozorna łatwizna? 2016-05-04

Matura rozszerzona - zaliczona (mam nadzieję)!

40 punktów, dwa tematy wypracowań i masa lektur dodatkowych. No, może wyjąwszy to ostatnie.
Napisanie tego egzaminu przyszło naprawdę łatwo! Znajomość obowiązkowych książek? Ha! Zapomnijcie! Wystarczy przejrzeć arkusze z poprzednich lat, by wiedzieć, że do sporządzenia tekstu na dany temat potrzebne nam będzie jedynie logiczne myślenie+umiejętność w miarę sprawnego lania wody.

Temat 1: Na podstawie fragmentu ze "Sklepów cynamonowych" Bruno Schulza należało opisać wizję rzeczywistości wg głównego bohatera.
Temat 2: Dokonać interpretacji i analizy porównawczej wizji ojca w wierszach "Mój ojciec" Zbigniewa Herberta oraz "Jak się przed tobą wytłumaczę" Tadeusza Nowaka. Trzeba było również zwrócić uwagę na kreację (piękne słowo!) podmiotu lirycznego, obrazu ojca i relacji między rodzicem i synem.

Najbardziej odpowiadała mi ta druga opcja, z którą w 314 słowach rozprawiłem się po godzinie i piętnastu minutach. Nie wiem, czy magiczne 30% (12 pkt) mi się trafi, bo właściwy klucz jeszcze nie jest nam znany, ale skoro z podstawowej matury rok temu wypracowanie dało mi 34/50 punktów, to czemu teraz nie ma być inaczej?

Dzisiaj odpoczynek, znajdę wreszcie czas na dokończenie książki Niekrytego Krytyka (wstępne wrażenia: całkiem dobre). Zapewne ne będzie to zbyt długi tekst, bo nie jest to jakieś wybitne dzieło, jednak czyta się to przyjemnie.

Jutro nauka na angielski, bo w piątek o 14:00 wielki test z mojej znajomości języka. Podobno matura rozszerzona potrafi dać w kość.

Cóż, bring it on, bitch! Jestem gotów na wszelkie wyzwania lingwistyczne, "podstawka" była zdecydowanie za prosta (100% na luzie).

Najgorszy będzie następny wtorek, czyli podstawowy WOS, no i tydzień później historia-level hard. Potem trzeba będzie mniej więcej wyczaić jakieś uczelnie.

A jeśli nawet nie wyjdzie, trudno. Może i miałbym większe możliwości, ale praca też będzie dobra.

Tak czy siak, idziemy do przodu, ciągle kombinując jak bezpiecznie zejść na wieczny ląd...


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]