Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Siedmiu Wspaniałych (1960) 2016-03-29

When Men were Men...and it wasn't a crime

Nie sztuką jest zrobić film. Jeszcze łatwiej nakręcić western, bo co w tym trudnego? Wystarczy wepchnąć jakieś miasteczko, szarżę bandytów i głównego bohatera, któremu zamordowali żonę. Pomysłów jest masa, więc i filmów powstało wiele. Inną sprawą jest to, czy Dziki Zachód da się ująć w taki sposób, by nie zabrakło strzelania, humoru i wyrazistych bohaterów.
Bardzo dobrym przykładem jest "święta trójca" w postaci spaghetti westernów z Clntem "Blondasem" Eastwood'em w roli głównej. Świetna muzyka mistrza Morricone, genialne przedstawienie postaci, cięty dowcip i klimatyczna historia - oto składniki takich produkcji, jak "Za garść dolarów", "Za kilka dolarów więcej" oraz, oczywiście, najjaśniejszej gwiazdy "Dobry, Zły, Brzydki".  O każdym z tych filmów rozpisywałem się już kiedyś na blogu.
Od czasu tych trzech kultowych arcydzieł obejrzałem kilka lepszych i gorszych kowbojskich opowieści: bardzo dobry "3:10 do Yumy" (2007, w rolach głównych Christian Bale i Russel Crowe), trochę kiepawego "Wybawiciela" z Madsem Mikkelsenem czy nieco starszą już produkcję z 1966 roku: "Śmierć jeździ konno" (niezapomniany Lee van Cleef). Pomijam tutaj "Django: Unchained" od pana Tarantino, który również zyskał moją sympatię, ale nieco mniej wpisuje się w omawiany przeze mnie kanon Dzikiego Zachodu.

Jednak dopiero wczorajszy wieczór, spędzony z "Siódemką Wspaniałych", przypomniał mi to niezapomniane uczucie po znakomitym seansie, jakie towarzyszyło mi w sierpniu 2014 roku, tuż po obejrzeniu trzeciego filmu "Dolarowej Trylogii". Ach, właśnie za to kocham ten gatunek!
Mamy oto małą meksykańską wioskę przy granicy, którą jak co roku najeżdża banda Calvery, niegodziwego opryszka. Zabierają żywność, mordują jedynego odważnego wieśniaka i odjeżdżają z obietnicą rychłego powrotu. Przymierający z głodu mieszkańcy, idąc za radą wioskowego mędrca, postanawiają wynająć spotkanego w mieście rewolwerowca, by dopomógł im w obronie osady. Nie mają do zaoferowanie niczego poza wyżywieniem, noclegiem i 20 dolarami dla siedmiu strzelców. Chris mimo wszystko zgadza się i rozpoczyna poszukiwania pozostałych sześciu śmiałków.

Każdy z tytułowej siódemki ma dość ciekawy charakter: małomówny, ale zręczny Britt, nieustraszony Harry czy odważny młodzian Chico. Każdy ma własne wartości, którymi się kieruje i - co mniej oczywiste - wyrzuty do obranego  stylu życia. Żadnych bliskich, żadnego domu i przyjaciół. Ot, wędrówka od miasta do miasta w poszukiwaniu bandytów. "Nie ma wrogów. Żywych", jak twierdził Harry. Ale co ze strachem, nieodłącznym elementem każdej wymiany ognia? W końcu znajdzie się ktoś, kto pociągnie za spust szybciej od ciebie.
To wszystko rewolwerowcy. Z drugiej strony mamy spokojnych osadników, którzy wg Bernarda, wykazują się największą odwagą, uprawiając ziemię i licząc na pomyślne plony. Zdecydowana większość mieszkańców nie zawaha się jednak chwycić za broń i dla dobrej przyszłości nauczą się celnie strzelać.
Te dwie skrajnie odmienne środowiska nagle splatają się ze sobą w jednym filmie, by przekazać sobie nawzajem wiele nauk i przemyśleń. Jest to świetnie widoczne zwłaszcza po pierwszej strzelaninie, gdy trzech strażników rozmawia z wieśniakami: o odwadze, niezłomności, walce aż do końca.

Jak to w każdym filmie nadchodzi chwila kryzysu: czy nie lepiej się poddać? Może, gdy Calvera dostanie to, po co przyjechał, odjedzie i nie ukarze wioski za pierwszy opór? A co w przypadku dalszej walki? Ich jest 40, a nas siedmiu zawodowych strzelców i garstka zwykłych chłopów?
Film pozostawia po sobie wrażenie naprawdę dobrze wydanego czasu. Nie zabraknie żadnego z wymienionych wcześniej elementów porządnego kina. Jest na co popatrzeć i z czego się pośmiać (scena zgrywania torreadora przed niewzruszonym bykiem - bezcenna!)
Podobno "Siedmiu Wspaniałych" wzorowało się na "Siedmiu Samurajów", więc i ten film będę musiał ogarnąć dla porównania. Powstały nawet kontynuacje, takie jak "Powrót Siedmiu Wspaniałych" czy "Siedmiu Wspaniałych Nadjeżdża", ale chociażby na samym Filmwebie można przeczytać niezbyt pochlebne opinie na ich temat. Czy tak jest w rzeczywistości? Pozostawcie to waszemu Elvenoorowi ;)
A na koniec, jak zwykle, niesamowita ścieżka przewodnia z produkcji, która przypomniała mi czym jest naprawdę dobry western!







Wielkanocnych Dzwonów Śpiew 2016-03-26

Godzina 22:00, otwieram okno. Zaczyna się.

Dzwony ze świątyni Bożego Miłosierdzia hucznie świętują Zmartwychwstanie Chrystusa, a z kościoła słychać psalmy, wygrywane przez młodego organistę. Zamykam oczy, wsłuchując się w ich głos.

Jutro koło południa razem z dziadkami, ciotką i kuzynem zjemy wspólny obiad, a potem odwiedzimy samotną już babcię. Kiedy to przyszło? Był Wielki Post, to się tego nie czuło. Może gdybym się modlił, chodził na msze, to byłbym "na bieżąco?
Chciałem pojechać na święcenie pokarmów, ale trochę zaspałem. Cóż, to mogło być moje pierwsze od listopada nabożeństwo. Mniejsza z tym.

Ech, czas...mija tak szybko. Ledwo rezygnowałem ze studiów, a tu już minął pierwszy kwartał roku.
A moje serce jednakie, moje myśli niezmienne. Pogubione. Zmieszane. Puste.

Złorzeczyłem Ci, Boże, pamiętam. Mówiłem o wojnie między nami, którą najpewniej przegram jako "dusza wyzwolona".

Kiedyś coś dla mnie znaczyłeś...a może tylko mi się tak wydawało? Kiedyś posłusznie co niedziela stawiałem się na mszy, zawsze o 15:00, w Godzinę Miłosierdzia. Kiedyś byłem bardziej...pełny, szczęśliwy.
Chciałeś poddać mnie próbie, ukazałeś słabość. W błogiej nieświadomości pozwoliłem sobie na zbyt wiele i wpadłem po uszy. To jest Twoje ultimatum - zerwij lub  przepadnij.Nadesłałeś kilka osób, które - jak myślałem - miały mi pomóc, zmotywować. Zawiodły? Nie. To ja dałem ciała.


Tylko, że Ty mnie nie chcesz. Nie chciałbyś mnie nawet na "normalnej" drodze - przecież jestem niegodny, przecież pełno we mnie zła i czystej pychy. Ty mnie takim nie chcesz, ale wierz, że inny nie będę. Do swojej - mam nadzieję bliskiej - śmierci nie zwalczę Trucizny, nie zapanuję nad sobą. 
Z resztą... kim wówczas bym był? Z jednej strony modlitwy, nabożeństwa, życie zgodne z regułami, a z drugiej...

Ostatni dzwon zamilkł, czas wznowił bieg. Chwalmy Pana!
"Zwycięzca śmierci, Piekła i Szatana wychodzi z grobu dnia trzeciego z rana, naród niewierny trwoży się, przestrasza na cud Jonasza, Alleluja!"
A ja dalej tutaj tkwię. Wciąż w tym samym miejscu, o tym samym sercu, z niezmiennymi myślami. Już trzeci rok.

Chrystus umarł. Chrystus zmartwychwstał. Chrystus powróci...


Paradoks pełnej lodówki 2016-03-24

Wojna o żarcie, czyli Powrót Gimbusa

Kiedyś już wam pisałem o moim "ukochanym" braciszku. Teraz nadeszła pora rozwinąć nieco kwestię żywieniową w jego wykonaniu, czyli "rzygam już pierogami, więc wpieprzam pizzę 3 razy w tygodniu".

Mama wróciła z pracy. Dostałem kasę, wybrałem się po chleb do piekarni. Jednak przed wyjściem uświadczyłem ciekawej rozmowy:

- Co na obiad?
- Nie mam dzisiaj sił gotować, zrób sobie pierogi albo pyzy.
- Nie chcę pierogów, nimi się nie najem. Poza tym mają małą wartość odżywczą. Ech, znowu muszę coś zamówić. Daj 15 zł.
- Co? Chyba zgłupiałeś!
- No, ale jak nie ma nic do jedzenia...
- Codziennie stoję przy garach, co rusz coś gotuję. To nie problem jak sobie zrobisz pierogi!
- Tak? A co wczoraj gotowałaś? No, pytam się: co wczoraj gotowałaś?
- Wczoraj mieliście pizzę, chcieliście wykorzystać kupon rabatowy, a ja z tatą zjadłam wczorajszy żurek
- No właśnie! Czyli kłamiesz, bo nie gotujesz jednak codziennie!
- Słuchaj, pojedź do ciotki do Rzeszowa, tam mają każdego dnia co innego!
- Ale ja ci tylko mówię, że kłamiesz, a ty mi coś o babciach, ciotkach, co mają downa, jeny...

Włączyłem się w dyskusję:
- Debilu, nie wiesz co to jest uogólnienie? Mama i tak stoi przy garach cały czas. Poza tym kiedy ostatnio jadłeś pierogi, bo jakoś sobie nie przypominam? A jak nie chcesz pyz, to droga wolna: są jajka, ziemniaki można obrać... Albo kanapkę sobie zrób: ser żółty, ser biały - nie zginiesz z głodu.
- Tak, ale ja nie wpierdalam kanapki na śniadanie i kolację, a na obiad to trochę kiepski pomysł. A pierogami się nie najem, bo mają za małą wartość odżywczą...

Tak. Na jedzenie wybredny, ale jak mu coś nie pasuje, to sam sobie niczego nie zrobi. Myśli, że jak podnosi sztangielki, to od razu jest super sportowcem, zna się na diecie, przy każdym posiłku starannie oblicza kalorie. Na śniadanie tylko płatki owsiane, bo "zdrowo się odżywiam"...

A tymczasem dzieci w Afryce za taki talerz pierogów oddałyby wszystko, co mają. Ale nie, "ja jestem wielki, kurwa, gimbus i wszystko wiem lepiej" .

Ech, Boże Wszechmogący, pieprznij w niego jakimś piorunem czy innym meteorytem, bo słów już brakuje. Chyba muszę się zgodzić z opinią starszych, dla których wojsko było szkołą dyscypliny. Gdy jest jej nadmiar, ktoś postronny może ucierpieć - ciągła inwigilacja, cenzura itd. Ale gdy nie ma jej w ogóle, po świecie chodzą kompletne buce - takie jak w powyższym przypadku.


A jedzenie, cóż...Kiedyś na półkach sklepowych był tylko ocet, a lodówki cierpiały na niedowagę. Teraz zamrażarka pęka w szwach, ale i tak dalej "nie ma nic do jedzenia w tym domu".


Efekt Motyla (2004) 2016-03-21

Life is strange...

Człowiek - kimże on jest w obliczu Losu? Kruchą, ledwie widoczną jednostką, której czyny jedynie z pozoru nie znaczą zbyt wiele. Wszystko, co robimy ma wpływ na to kim jesteśmy. Definiują nas owoce ciężkiej pracy oraz relacje z innymi członkami naszej rasy. Czasem jednak popełnimy błąd, za który przyjdzie nam cierpieć i pokutować przez jakiś czas. Życie staje się wówczas jeszcze bardziej skomplikowane, umysł pęcznieje a serce wariuje jak licznik Geigera w Zonie.

Winimy się za wiele rzeczy. Z przykrością wspominamy chwile, które mogły się rozegrać inaczej. Nie trzeba było mówić tamtych słów, trzeba było siedzieć na tyłku albo wprost przeciwnie - zareagować. Wiele osób, w tym ja, ma problem z takimi myślami, bo historia wraca do nas tak realistycznie, jakbyśmy po raz kolejny przeżywali złe chwile. W momentach konsternacji cenne sekundy nieraz decydowały o najdrobniejszych szczegółach - mogłem/am tam pójść, mogłem/am to przewidzieć.

Na moim blogu wielokrotnie pisałem o takich sprawach. Poświęciłem im nawet piosenkę "Reset". Czyż nie cudownie byłoby zmienić przeszłość? To nie byłaby przecież igraszka, wystarczy cofnąć się na kilka chwil, naprawić "usterki" i już! System znów byłby idealny!

I nie mówię tu o tak zwyczajnych rzeczach, jak złamanie ręki (każdy rozsądniejszy ode mnie miałby wtedy na nogach "Kuboty" a ja? Za głupotę się płaci, mniejsza z tym) . Mam na myśli dużo cięższe przypadki, gdy to właśnie drugi człowiek zadał mi cios. Gdyby tylko była możliwość skoku w tył, nic nie byłoby dziś źle!

Hmm...na pewno? Czy byłbym tu, gdzie teraz, jeśli tamtego dnia nie odpowiedziałbym tej dziewczynie? Czy, gdybym zachował rozsądek, cały etap mojej przemiany nagle trafiłby jasny szlag? Czy wtedy dalej wierzyłbym w Boga, uczęszczał na msze i starałbym się z całych sił walczyć z nałogiem? Jaki skutek przyniosłaby moja odmowa, gdy inna dziewczyna przeżywała to samo, co niegdyś ja?

Mnóstwo pytań, jeszcze więcej alternatywnych kwestii. Życie nie zawsze przypomina "Efekt Motyla", przecież chcemy tylko naprawić błędy. Ale mimo naszych szczerych chęci i - oby pomyślnych - starań, czegoś nie będziemy w stanie przewidzieć, coś nam umknie i w rezultacie narobi się jeszcze większy sajgon.Nigdy nie możemy być pewni czegokolwiek na 100%. Życie to ruletka. Stawiając jeden krok jesteśmy w stanie zburzyć naturalny schemat Losu. Na naszej drodze stają różni ludzie, nierzadko niosąc ze sobą rozczarowanie, nienawiść, smutek czy złamane serce.

Ciągle chcemy zaryzykować, zmienić przeszłość, wpłynąć na bliskich i wrogów. Nie przeszkadza nam tona pouczeń o "zabawie w Boga".

- Ja, człowiek, ciągle wiem lepiej. Film to tylko wymysł całej brygady z Hollywood, żeby uwolnić nasze portfele z nadmiernego bogactwa! Ja bym zmienił tylko jedno słowo, zachowałbym się inaczej, powstrzymałbym się przed tym i tamtym...

Na pierwszy rzut oka to wszystko wydaje się takie proste, tak błahe i tylko smutek, bo nie można tak w realu. Ale dzisiaj mało kto zadałby sobie trud prognozy możliwych zdarzeń, a nawet kompletna relacja wróżbity Macieja nie powiedziałaby wszystkiego.

Wg teorii chaosu trzepot skrzydeł motyla może po kilku dniach wywołać tornado na drugim końcu świata. Gdybym zapowiedział możliwość resetu wspomnień, ustawiłyby się do mnie metrowe kolejki, a moje konto pobiłoby rekord Guinessa w najszybszym zbiciu fortuny.  

Jednak nie sądzę, by ktokolwiek miał ochotę na własnej skórze doświadczyć skutków ubocznych małych zmian. Cofasz się, naprawiasz, obserwujesz skutki, a w konsekwencji cofasz do początku, przy okazji pogarszając sytuację.

O działaniu wielkich machin zawsze decyduje cały schemat kółek zębatych.

Tylko kto powiedział, że każdy trybik jest tego samego kształtu?


Gdy krew z mózgu odpłynie 2016-03-20

Paranoja...

Rzucić wszystko - stałą, długoletnią pracę, znajome otoczenie i wiernych przyjaciół - tylko po to, by przeprowadzić się na drugi koniec Polski? I to wszystko, jak zwykle, podyktowane sercem i jakąś tam "miłością"!
Jak głupim trzeba być?! Stracić głowę dla jednej osoby i zmienić diametralnie wszystko? No i co? Co ci to da, Krzysiek? Chcesz porzucić nasze piękne Podkarpacie dla Wałcza? A więc naprawdę upadłeś na głowę!

"Miłość", jak wolisz nazywać to durne nabuzowanie hormonów, jest niczym więcej, jak biologiczną bombą zegarową, której nigdy nie wolno ulec! Taki stary chłop, starszy ode mnie o jakieś 10 lat, a tak głupio postępuje!

Rozumiem, że miałeś ciężko, że rozwód, dzieci, zawód miłosny, cierpienia, przygnębiająca poezja...Ale to, co chcesz zrobić, będzie miało swoje konsekwencje. Jeszcze się odbijesz od tego uczucia, jeszcze ci bokiem wyjdzie ta dziewczyna. Znowu będziesz smutny, znów się popłaczesz i twoje serce pogrąży się w ciemności. Ty to już znasz, wiesz jak to jest. I naprawdę zamierzasz powtórzyć swój błąd?

Nierozsądne. Błahe. Niedojrzałe.

Ach, ludzie, wy się nigdy nie nauczycie! Szaleństwa, desperacja, śmiałe, niebezpieczne posunięcia - to takie typowe!

"Sprzedaj wszystko, co masz i pójdź za mną" - głosił Chrystus, a przynajmniej tak stoi napisane w Biblii. Tak po prostu "wal wszystko i jedź w Bieszczady".

Ale spoko, to twoje życie. Robisz jak chcesz. Tylko się potem nie użalaj w kolejnym tomiku, że kolejna cię zrobiła w konia albo nagle na jaw wyszedł jakiś niewygodny fakt!

A wy, drogie panie? Czy nie wiecie, że my mężczyźni jedynie udajemy milutkich, słodkich i ciekawych, by dobrać się wam do majtek? Jak świat stary, tak "dla poczucia bezpieczeństwa" nadal, od całych tysiącleci, dajecie się nabrać, ulegacie i robicie wszystko dla waszych "księci", niczym bezmyślne lemingi. Dla was to dobra zabawa, oznaka, że ktoś się wami opiekuje, dla kogoś jesteście ważne.

To tylko pozory. Facet wariuje na waszym punkcie, bo macie idealne dla nich ciało: śliczną twarzyczkę, odpowiedniej wielkości tyłek, świetny biust...Nabieracie się jak małe dzieci na cukierki od miłego staruszka!

Jesteście w naszej mocy, bo nie ma takiego czegoś jak "miłość" .

Tak było, jest i będzie. Tego nic nie zmieni.

Ech, Krzysiek, Krzysiek...Taki stary cap, a ugania się jak myśliwy za młodą łanią! "Pieprzyć to, chcę być tylko z nią" - cóż za naiwne, dziecinne podejście.

Drodzy panowie - zachowajcie drogi rozsądek. "Dobrych partii" jest na świecie całe mnóstwo, nie ma "jednej jedynej"!

Drogie panie - jeśli wam to pasuje, ulegajcie nadal. Wszak ktoś musi nam rodzić dzieci, trzeba się rozmnażać w celu kontynuacji ludzkiego gatunku!

I błagam, na wszelkie bóstwa, jakie tylko istnieją: nie nadawajmy temu sztucznej atmosfery "romantyzmu". To tylko kwestia płciowości.

A tobie, Rebel, oby ci się wiodło. Niech zdrowe myślenie wreszcie do ciebie powróci, nawet jeśli będziesz musiał znów swoje przecierpieć.







Gothic - to już 15 lat! 2016-03-18

Witamy w Kolonii!

Dokładnie 15 lat i 3 dni temu świat ujrzało pierworodne dziecko malutkiego niemieckiego studia Piranha Bytes, którego członkowie od zawsze marzyli nad stworzeniem wiekopomnego dzieła. Dziś, po raz n-ty odpalając Gothica, z całą pewnością możemy stwierdzić, że im się udało!

Był rok 2012. Kiedy dokładnie? Nie pamiętam, ale wspomnienia podpowiadają mi, że był to już okres dobrze prosperujących szczenięcych miłostek. Poza uczuciami szukałem jednak czegoś więcej. Byłem głodny porządnej gry, w której - jak ja to wówczas określiłem - chodziłbym po świecie fantasy, dobierałbym ekwipunek i mógłbym ratować światy! Przeszukując zasoby serwisu gry-online wyhaczyłem zasłyszany kiedyś tytuł: Gothic. Pomyślałem - ok. Wystarczy doładować konto na "chomiku" i ściągamy!

Nie minęło dużo czasu, gdy na ekranie włączył się pamiętny filmik początkowy, a do mych uszu po raz pierwszy dotarł głos lektora:

- Królestwo Myrtany, zjednoczone pod berłem króla Rhobara Drugiego. Podczas długich lat swego panowania Rhobar zdołał pokonać wszystkich wrogów królestwa. Oprócz jednego..
.

Nagle spokojna atmosfera została zmącona przez najazd krwiożerczych orków, co zwiastowało niechybną zgubę ludzkiego rodu. Wbrew pozorom główna fabuła rozgrywać się będzie nie na kontynencie, ale w środowisku Górniczej Doliny na Wyspie Khorinis. Król potrzebował magicznej rudy, aby produkować z niej najlepszej jakości oręż dla swego wojska, a do pracy zaangażowano wszystkich możliwych więźniów. W związku z ryzykiem cały teren miał być otoczony przez trzynastu magów magiczną barierą, która skutecznie powstrzymałaby uciekinierów. Niestety, podczas jej tworzenia coś poszło nie tak i cała kolonia karna została zamknięta. W obliczu nowej sytuacji więźniowie zamordowali strażników i przejęli władzę nad Górniczą Doliną. Ustanowili nowe prawa, warstwy społeczne i warunki pracy. Rhobar nie mógł sobie pozwolić na ubytek w cennym surowcu, toteż dzięki porozumieniom zapoczątkowany został handel wymienny: uwięzieni otrzymywali wszelkie zapasy, od żywności po kobiety. W zamian co miesiąc dostarczali nowe zapasy rudy.
Tak historia toczyła się do momentu przybycia głównego bohatera - Bezimiennego.Kim jest? Za co był skazany? Co skrywa jego przeszłość? Został przyprowadzony jako kolejny więzień, a przed wrzuceniem dostał zadanie dostarczenia listu do Arcymistrza Magów Ognia. Został przywitany pięścią w twarz, jako tzw. "chrzest wody", ale z opresji uratował go niejaki Diego - pierwsza przyjazna postać. I to wszystko, co wiemy.Reszta stała przed nami otworem!

Och, Gothic...Ileż to emocji przyniósł feralny początek, gdy popełniłem błąd i pobiegłem do tyłu, by po chwili zginąć od niebieskiego pioruna Bariery! Drugie podejście - dobra, teraz uważam. Porozmawiałem ze strażnikami bramy, dowiedziałem się mniej więcej o co chodzi. Nieco dalej znalazłem Stary Miecz i pierwszego oponenta: Młodego Ścierwojada.

- Tylko jak ja mam podnieść broń? Jak ją założyć? Co to za pochrzanione sterowanie?!

Tab - ekwipunek. Spacja - postawa bojowa. Ale dopiero po godzinie udało mi się wykombinować, że jest coś takiego jak "przycisk akcji". Ctrl+W - podnieś miecz. Ctrl+W - zaatakuj.

Matuchno kochana, ledwie pierwszy przeciwnik, a już tak groźny! Nie wiem jakim cudem opanowałem technikę walki, ale nie wróżyło to zbyt pomyślnych potyczek w przyszłości, zwłaszcza biorąc pod uwagę cały świat Khorinis, gdzie na każdym kroku czyhają groźne bestie, nierzadko w stadach. Wiedziałem jedno: to nie będzie lekki spacer, a raczej ostrożne stąpanie po gałęziach w lesie pełnym wilków.

Ale minęło trochę czasu, przyswoiłem się do mechaniki, wdrożyłem w fabułę i dotarłem do końca, gdzie Śniący już czekał w swojej podziemnej komnacie, wybudzony przez fanatycznych wyznawców!

I po tym pierwszym razie byłem przekonany, że to jeszcze nie koniec i pozostanę z tą grą jeszcze przez lata. W końcu dołączyłem tylko do Starego Obozu i zostałem Strażnikiem. A co by było, gdybym obrał drogę magii lub opowiedziałbym się po stronie innego obozu? Jeszcze raz. I jeszcze. I jeszcze, bo czemu nie?

W ten sposób dotarłem do drugiej części z dodatkiem, a później do trzeciej, najmniej przeze mnie ogranej części ze względów technicznych. Nawet w rozmowie ze znajomą opowiedziałem jej kiedyś całą historię z pierwszej części Gothica. A przecież ona tylko wspomniała, że jej chłopak grał w "trójkę"... ;)

Gothic nie jest bez wad. Po wstępnej fazie staje się liniowa, nie ma zbyt wiele zadań pobocznych, do tego garść błędów i masa nerwów, zżartych na okazjonalnych nagłych wizytach na pulpicie. Typowy średniak, taki sobie RPG. Ci jednak, których nie przeraziły niedociągnięcia, poznali unikalną fabułę w niepowtarzalnym klimacie, usłyszeli genialną ścieżkę dźwiękową oraz doskonałą polonizację ciekawych postaci. Piranha Bytes wyznaczyła nowy kierunek dla gier role-playing w świecie fantasy.  Nie każdy pokocha ten świat, część (tak jak mój brat) uzna niemiecką produkcję za szajs.

Mimo wszystko, przy wszystkich babolach technicznych, można przeżyć wyjątkową przygodę jako zwykły, bezimienny więzień, który "nie wiedział, co go czeka, choć to właśnie on miał wszystko odmienić" .

P.S: A jeśli ktoś czuje lekki niedosyt, i jeszcze nie zapoznał się z żadną z modyfikacji, polecam jak najszybciej nadrobić zaległości! Gothic: Edycja Rozszerzona, Mroczne Tajemnice i Czas Zapłaty to jedynie niewielka część całej masy nakładek do gry! Gdzie ich szukać? Jak instalować? Służę pomocnym linkiem: http://www.gry-online.pl/S018.asp?ID=1036







Ekspercki problem 2016-03-17

Książki, komiksy, gry, filmy i seriale...

Podobne środowiska, wiele cech indywidualnych  oraz rzesze fanów konkretnych uniwersów. Jedni lubują się w "Wiedźminie", drudzy wolą "Grę o Tron", a jeszcze inni ukochali sobie świat The Elder Scrolls.

Niezależnie jednak od gatunku, niezależnie od formy i tematyki zawsze wszystkie twory ludzkie spajać będzie jeden wspólny punkt - znawcy encyklopedyczni.

Można być fanem wiernie podążającym za wszelkimi nowinkami i przyjmować absolutnie każdą, nawet najgorszą produkcję tylko dlatego, że stanowi ona część wydawniczą. Znacznie lepszą postawę wykazują ci, którzy konstruktywnie i obiektywnie patrzą na coraz nowsze dania, jakie serwują im twórcy. Ale oprócz tych dwóch ugrupowań jest jeszcze trzecie, wspomniane w powyższym akapicie.

Każda rozmowa z miłośnikami danego świata jest niezwykle ryzykowna, albowiem wystarczy tylko jeden błąd (tak w mowie, jak w piśmie), jedna malutka pomyłka, przejęzyczenie, a nie zostawią na tobie suchej nitki. Nie przeprosisz ich, nie dojdziecie do porozumienia. To oniprawdziwymi fanami, znają wszystkie sekretne zakamarki , każdy przecinek i scenę. Żaden dialog nie umknie ich uwadze, są w stanie przytoczyć konkretny fragment, a także podać jego dokładne umiejscowienie: akt X, rozdział Y, strona Z.

Z tego tytułu, wg nich,  przysługuje im najwyższe uznanie i wszelkie wątpliwości są rozstrzygane przez "Niezawisłe Stowarzyszenie Fanboystwa". Nic im nie można wytknąć, bo to oni są od wyłapywania bluźnierców, którzy odważyli się źle wyrazić o ich ukochanym dziele, stworzonym chyba przez samego Boga, bo tak jest doskonałe.

I nie waż się podawać argumentów, one tylko pogorszą sprawę. Jeśli coś jest nie tak, lepiej zachować to dla siebie, niż narazić na śmieszność (" bo to oczywiste, że część X jest najlepsza! ") .

Doskonale rozumiem zamiłowanie do świata przedstawionego w konkretnej produkcji czy to na papierze, czy na ekranie. Ten jest ekspertem od Tolkiena, ten od Mickiewicza... Każdy ma swój mały Araluen, ukochaną Dolinę Palancar, szczęśliwe Rivendell. A jednak, mimo fascynacji danym tworem ludzkiego umysłu, czasami nie potrafimy zrozumieć, że ktoś inny może nie wiedzieć tego, co my.

Dobrym przykładem jest choćby Wiedźmin: pan "A" zna tę postać jedynie z gier, a klimat przygód Geralta z Rivii przypadł mu do gustu. Chciałby rozwinąć wiedzę na temat tego uniwersum, dlatego wdaje się w rozmowę z panem "B", który ograł i przeczytał wszystkie tytuły spod wiedźmińskiej marki. Niestety, rozmowa zmieniła się w kłótnię, bo np. panu "A" nie spodobała się postać Ciri i uważa jej wątek za niepotrzebny, z kolei drugi jegomość ukochał sobie ową Jaskółkę.

Wszystkie środowiska - książkowe, społeczne, polityczne etc. - mają swoich "ekspertów", co to wszystko dobrze wiedzą i nigdy się nie mylą. Z tym, że w większości przypadków sami popełniają błąd, pozostając w błogiej nieświadomości. A kiedy już ktoś mądrzejszy przedstawia dowody ich pomyłki, mało który jest zdolny do przyznania racji drugiej stronie. Niekiedy posypują głowy popiołem jedynie częściowo: "No dobra, dobra! Oj tam, taki mały błąd, nieistotne! Czepiasz się i tyle!" . Z dwojga złego w mojej opinii to wyjście zdaje się być lepsze.

Całość podsumuję tak: Ile Wszechświatów, tyle gwiazdozbiorów i planet. Nie sztuką jest znać każdy z układów, albowiem prawdziwa umiejętność tkwi w cieszeniu się lotem kosmicznym i otwartym podejściu do astronomii. Pamiętajmy, że nie wszyscy mieli piątkę z fizyki, że o naukowym Noblu nie wspomnę ;)


"Milion oddechów mniej" 2016-03-08

Jak pięknie by było tak cofnąć czas,
Jak cudnie wejść duchem w nicości las!
Wspaniale znów zniknąć, twarz oblec w cień
Choć lepiej móc nigdy nie rodzić się
Nie zaznać radości, nie doznać zawodu,
Nie cierpieć z miłości, tęsknoty i głodu
Nie poznać tych ludzi, ominąć te miejsca
Gdzie nigdy nie słychać prawdziwych słów z serca

Zapomnieć o rzeczach, wyrzucić wspomnienia,
Przeniknąć do świata, gdzie nic się nie zmienia
Gdzie pustka i popiół, gdzie nicość i blask,
Gdzie dróg jest tak wiele, że zgubił się czas
Jak lekko, jak prosto zostawić gdzieś klucze,
Zamilknąć na wieki i zwrócić swą duszę
Z pustymi rękami wyjść "tylko na chwilę"  
Podążyć niespiesznie na wieczny spoczynek

Jak będzie "na dole"? Jak "góra" wygląda?
Dlaczego jej człowiek tak bardzo pożąda?
Nie mnie to rozstrzygać, gdy wieczność tak blisko
Gdy koło się domknie, przeminie dziś wszystko
Z nadmiaru cech stratnych dziś kramik otwieram
Tych milion oddechów za bezcen odsprzedam
Swój talent i umysł dorzucę do tego!
Bom słabej jest rasy, bom nie wart niczego

------------------------------------------------------------------

Tak.Czytałem notkę K. Tak, zainspirowało mnie to do własnych przemyśleń w nieco innej formie. K. pisze, że chciałaby żyć dłużej, by cieszyć się życiem, jak najwięcej się nim rozkoszować.
Nie rozumiem. Jak można kochać życie? Życie ma pewne plusy, jasne. Krótkie ulotne chwile. A ja chcę od niego uciec, szukam metod, by raz na zawsze zniknąć. Szybko, prosto, bezboleśnie. Zasnąć i nigdy więcej się nie obudzić. Z miłą chęcią oddałbym K. lata, jakie dzieliłyby mnie jeszcze do chwili śmierci. Z przyjemnością oddałbym czarnej30 swój talent, by mogła tworzyć jeszcze lepsze wersy.
Mamy XXI wiek, stale rozwijaną i tak świetną technologię. Umiemy się rozmnażać, powstrzymywać śmierć, przekazywać wiedzę. Ale gdy trzeba jednego szybkiego lekarstwa na życie, nigdzie nie można go znaleźć. A jednak inni ludzie umierają: naturalnie, w wypadkach, w akcie morderstwa i wreszcie w samobójstwie. A ja jeden idiota nie wiem jak to zrobić i szukam jak najlżejszego sposobu. Nie mogę ot tak się pociąć, nie mogę przedawkować, nie skoczę z mostu...
Wiele razy mówiłem o pistolecie, choć w Polsce dostępność do broni jest surowo ograniczona.
Co muszę zrobić, by odebrać sobie życie lub aby ktoś inny naprawdę chciał mnie zabić? Mam czekać na wojnę światową? Nie, wtedy przy odrobinie "szczęścia" trafiłbym do obozu pracy...
Karolina próbowała raz palić, bo może jakby dostała raka to sama by umarła. Nie, to ja muszę przyjść do śmierci, nie śmierć po mnie.
Do czego musiałbym się posunąć, by ludzkość sama do mnie strzeliła? Co mam zrobić, żeby spotkać się z Przeznaczeniem?


Granice rodzicielstwa 2016-03-08

Do urzędu "za rączkę" - siara?

Skrajna sytuacja zmieniła się w zjazd po kamienistym stoku. W sobotę byłem w GeoDomie, by załatwić sobie ten staż. Na miejscu zastałem zastępczynię szefa, samego właściciela nie było. Dowiedziałem się, iż pracodawcy nie będzie przez cały dzień oraz w poniedziałek, bo ma jakiś okres rozliczeniowy czy coś w tym stylu. Kobitka powiedziała mi również, że praca wymagałaby nie tylko siedzenia przy kasie, ale również, przy większych zamówieniach, montażu i noszenia okien w ich fabrycznym oddziale. Sytuacja była więc skomplikowana, ale miałem czekać na telefon od faceta.

Oczywiście gość nie zadzwonił. Przynajmniej wypełnił dwie rubryki: "Petent odmawia stażu" oraz "Pracodawca nie przyjmuje petenta". Powodem było to, iż stażysta "będzie zdawał egzamin dojrzałości 2016 oraz przejdzie operację prawej ręki". Zastępczyni szefa powiedziała wprost, że moje chorobowe pooperacyjne nie byłoby dla nich korzystne w przypadku, gdy zostałbym sam na firmie.

Z tej sytuacji jedno mnie tylko denerwuje. To, co mówią rodzice oraz dziadkowie: na takie spotkania, do urzędu i do lekarza, aby coś załatwić chodzi się z rodzicami, bo oni niby zawsze pomagają.

Chciałbym być naprawdę samodzielny w tej kwestii. Cokolwiek by się nie stało, chcę osobiście wypełniać wszystko, co do mnie należy. Jak inaczej się nauczę? Przecież chodzenie  "za rączkę" z mamusią i tatusiem to w tym wieku siara! Wielu podobnych mi wiekiem śmieje się z tego, bo to wstyd. Popiera to mój kumpel i tak samo czuję ja sam. Pogadać, obgadać sprawę, poradzić się doświadczonych osób? Jasne, czemu nie?

Ale dla mnie osobiście to niepoważne, bym z tatusiem grzecznie załatwiał rozmowę o staż. Dziś musiałem rano jechać z mamą do szpitala, do Medycyny Pracy, bo gość z urzędu wczoraj dał mi skierowanie. Oczywiście, sam się zarejestrowałem. Jednak w gabinecie nie miałem niczego do powiedzenia, mamusia pięknie wyręczyła swojego syneczka...Jedyne, co przyszło mi powiedzieć, to kilka niewyraźnych słów, jeśli nie liczyć potakiwania.

Rodzinka uważa to za coś normalnego, bo oni mieli tak samo. Im też rodzice wszystko tak załatwiali, więc nie mogą zrozumieć, że w dzisiejszych czasach takie zachowanie to przypał na 100%! Pomyślcie, co myślałby pracodawca, gdybym przyszedł na spotkanie z tatusiem?

Mam nawet wrażenie, że pozwalają mi chodzić do biura pracy samemu tylko z uwagi na obowiązki zawodowe.

Pomoc rodzinna to jedno. Dbanie o poprawny przebieg działań i przekazanie skomplikowanych meandrów biurokracji to naturalne dla nich zachowanie. Tylko co z tego, jeśli sam się tego nie przyuczę, bo tatuś będzie za mnie mówił? Mam nadal być pięciolatkiem, który tylko siedzi i słucha? Czy właśnie tak ma wyglądach cały proces nabywania wiedzy i kształtowania metod zaradności w różnych sytuacjach?

No cóż...najwidoczniej byłem wychowywany na tak krótkiej smyczy, że teraz pozostaje mi tkwić w paradoksie: z jednej strony chcę się wyrwać, a z drugiej myślę sobie "Pierdolę, niech się nic nie zmienia. Tak jest dobrze". Nawet Daniel lubi sobie żartować, że jeszcze mi starzy żonę znajdą (choć nie pogniewałbym się za to, mi pasowałaby każda, byle tylko znosiła mój zmienny charakter).

Dorosłość - najgorsze, co mogło po mnie przyjść. A wyjście ewakuacyjne ciągle daleko...







Calavera 2016-03-04

Na spokojnie, jeszcze raz...

Dziś byłem u pracodawcy. Liczyłem, że podpisze mi skierowanie na "nie", że odpuści sobie, bo i tak wielu stażystów już u niego było. Chciałem w spokoju uczyć się w ciągu dnia, wyczekać do matury i wreszcie zacząć realizować mój plan ze studiami.

Ale nie.

Gość powiedział, że urząd pracy ostrzegł go, że jeśli jeszcze raz odeśle z kwitkiem jakiegoś gościa, to uznają go za pracodawcę o zawyżonych wymaganiach i nie przyślą mu więcej stażystów.

Chciałem mieć spokój, byłem zmieszany, nie wiedziałem co zrobić. 1000 zł, praca od 9 - 17, stanowisko sprzedawcy. Ale jak ostatni kretyn nie spytałem nawet o standardy pracy, co dokładnie będę musiał robić. Chciałem już tylko stąd wyjść.

Ostatecznie w dwóch rubrykach wpisano mi "Egzamin dojrzałości 2016 oraz operacja na prawą rękę". Podałem, że w marcu/kwietniu czeka mnie zabieg, który wykluczy mnie na dłużej. Teraz ciężko będzie to odkręcić. Ale już od progu wiedziałem, że bynajmniej nie dostanę oklasków...

 - "CO?! TY JESTEŚ TERAZ BEZ UBEZPIECZENIA! DZWOŃ DO GOŚCIA, ODKRĘĆ TO JAKOŚ! A JAK COŚ CI SIĘ STANIE?! A NA OPERACJĘ NIE BĘDZIEMY BULIĆ KILKU TYSIĘCY! DOROŚNIJ, ZACZNIJ MYŚLEĆ, TAK WYGLĄDA PRAWDZIWE ŻYCIE NIESTETY!!!"

Miałem dość, jeszcze nigdy nie byłem tak wyczerpany, jak kilka godzin temu. Jedyne, co przyszło mi na myśl to uciec jak najdalej stąd. Kumpel wsparłby mnie: on jeden wie, jak ciężko jest z moimi rodzicami.

Bo z nimi tak zawsze: najpierw musi być wrzask, krzyk, obwinianie i "kwieciste" epitety. Po dwóch godzinach kazań wreszcie się litują i stają na głowie, by jakoś pomóc.

Tak, jestem zbyt głupi. Nie wiem o co spytać, nie wiem do kogo się zwrócić w wielu sytuacjach. Jestem idiotą, który nigdy nie umie samodzielnie podjąć właściwej decyzji.
Jestem tchórzem, który zawsze się boi i nawet głupia ucieczka przypomina raczej powarkiwanie ratlerka na smyczy, niż wściekłe szarpanie łańcucha przy budzie rotweilera.

Jestem wycieńczony. Nie mam sił, by iść dalej, nie mam sił na ucieczkę, nie mam sił na nic. 

Błagam, niech mnie ktoś zabije! Czy nie istnieje choć jedna osoba, która po prostu uśpiłaby mnie jak zwykłego starego psa? Jestem tak młody, a tak staro się czuję! Jestem pełen energii, a brakuje mi życia. Dopiero co wkroczyłem w poważniejszy etap mojego życia, a już czuję jakbym zaraz miał umrzeć.

Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie przebić tę Barierę, która codziennie mnie dusi. Wystarczy tylko otworzyć okno, przewietrzyć pokój, ale nie sięgnę do okna - dach jest zbyt wysoko.

Cóż więc mi pozostaje?

"Mam tego dość, chciałbym stąd uciec,
Przepełnia mnie gniew, chciałbym stąd uciec,
Gdziekolwiek - daleko lub wysoko
Chciałbym stąd uciec, ale nie ma dokąd"








Hitman: Przegląd serii [Blood Money] 2016-03-03

No i wreszcie grande finale!

"Hitman: Blood Money", czyli bardzo pozytywne zaskoczenie po wszystkich dotychczasowych doświadczeniach. Gra, w której najmocniej czuć swobodę wyboru ścieżki wypełniania kontraktów!
W menu głównym znów można stworzyć profil i aktualizować postępy na danym etapie, gdy uzyskamy lepszy wynik.
Po ukończonej misji odblokowujemy nowe ulepszenia  - zarówno dla broni jak i różnych gadżetów. Każde zadanie posiada odrębne zapisy, więc wczytywanie stanu gry działa wyłącznie w trakcie zlecenia. Jeśli chcemy przejść dany poziom ponownie, możemy wybrać nieco wyższy poziom trudności - nie jest on bowiem stale przypisany do jednego profilu.
Odświeżony Agent 47 porusza się teraz po znacznie bardziej rozbudowanych miejscówkach, a do niektórych może dostać się po rynnie. Ekwipunek przerzucono na prawy przycisk myszy, dzięki czemu jest bardziej intuicyjny i szybko można się do niego przyzwyczaić.
Graficznie "Krwawa Forsa" stoi na znacznie doskonalszym poziomie. Silnik potrafi udźwignąć na jednym ekranie całkiem spory tłum, co jest widoczne zwłaszcza w misji "The Murder of Crows". Byłem pod wrażeniem, mogąc przechadzać się ulicami pękającymi w szwach od gąszczu świętujących ludzi.
Przeciwnicy znacznie lepiej orientują się w sytuacji, a zlecenia wymagają większego kombinowania. Dostaliśmy za to możliwość wykupienia kilku pożytecznych informacji, co niejednokrotnie potrafi ułatwić sprawę zagubionym graczom.
Zmiany zostały wdrożone również do eliminowania przeciwników.  Ciała nareszcie możemy ukrywać w kontenerach, a nasza postać nauczyła się chować w szafie. Jakiś cwaniak zagradza ci drogę? Rzuć mu monetę! Ktoś stoi przy balkonie? Byłaby szkoda, gdyby ktoś go wypchnął. Nad każdym etapem zlecenia należy się bardzo dobrze zastanowić, rozważnie planować każde posunięcie, albowiem nawet najmniejszy błąd spotęguje rozgłos, kumulowany z misji na misję. Możemy go zmniejszać, opłacając odpowiednie osoby z wynagrodzenia końcowego. Dodatkowo pozostawienie broni lub garnituru na miejscu zbrodni również wpłynie na ostateczny wynik.
Podsumowując:  Choć dla mnie to "dwójka" pozostaje ulubioną częścią, "Krwawa Forsa" w mojej opinii jest najlepszą odsłoną serii, biorąc pod uwagę całą masę usprawnień rozgrywkowych i technicznych.

W wolnym czasie do ogrania pozostaje mi tylko "Rozgrzeszenie", które mocno podzieliło fanów serii. Mocne uproszczenia, widok na trasę patrolu przeciwników, brak możliwości osobistej likwidacji celów...Czy jest aż tak źle? W swoim czasie również na temat tej gry wyrażę swoją opinię. Nie zapomnijmy jednak o najnowszej części, która swoją premierę będzie miała w tym miesiącu. Obawiam się jednak, że mój sprzęt tego nie uciągnie, a cena - jak to bywa z nowymi produkcjami - nie będzie niska. Na dokładkę złych wiadomości dochodzi jeszcze kontrowersyjny system wydawniczy: gra ma być co jakiś czas uzupełniania, więc na premierę gracze dostaną niepełny produkt. Ech, Quo Vadis, przemyśle growy?

Na koniec przemyśleń należy jeszcze napomknąć o masie easter eggów i odwołań do popkultury w całej serii, chociażby w postaci pamiętnej paczki w hotelowej kwiaciarni ("Traditions of trade", Hitman 1 & 3). Jak sami widzicie artykuł o całej serii Hitman zajął mi tak wiele miejsca, że trzeba go było podzielić na pół! Myślę jednak, że wyszedł on całkiem nieźle. Swoją drogą to chyba najdłuższy artykuł, jaki kiedykolwiek napisałem! No nic, zostawiam was z kolejną porcją najlepszej muzyki, prosto z pieca Jespera Kyd'a!

















Hitman: Przegląd serii [części 1-3] 2016-03-02

Nigdy jakoś specjalnie nie kręciły mnie skradanki.

Zawsze wolałem bardziej głośne wejście "na Rambo", a unieszkodliwienie całej hordy wrogów wydawało mi się jedyną słuszną opcją. Tymczasem jakiś czas temu moją uwagę przykuła seria Hitman. Postanowiłem więc ograć wszystkie cztery tytuły w kolejności od najstarszej do najmłodszej, a moja biblioteczka gier powiększyła się o Kwadrologię. W niniejszym wpisie postaram się scharakteryzować każdą część pod względem rozgrywki. W tym celu pominę fabułę, a z uwagi na obszerność tekstu zdecydowałem się podzielić notkę na dwie części. Zaczynamy!

"Hitman: Codename 47" powitał mnie ciężkim kopniakiem: nieco toporne sterowanie, nauka obserwacji otoczenia, mało czytelna mapa i brak możliwości zapisywania gry. Jeśli popełniałem błąd - a zdarzało mi się to bardzo często - musiałem zacząć etap od samego początku! Oczywiście po rozpoznaniu i śmierci naszego bohatera była opcja pięciokrotnego powtórzenia od momentu zgonu, ale zwykle bardziej opłacało się zaczynanie od zera. Każdy z dwunastu poziomów  posiadał tylko jeden skuteczny patent, który zazwyczaj musiałem podpatrzeć na YouTubie. Naprawdę podziwiam tych, którzy przeszli tę grę samodzielnie zaraz po jej premierze! Na mapie nie było absolutnie niczego poza ogólnym schematem lokacji. Bardzo łatwo przegapić wiele okazji, a troska o jak najlepsze ich wykorzystanie towarzyszy każdej próbie. Wejście "na pałę" sprawdzało się w maksymalnie 2-3 misjach, a wystrzelanie całej brygady nie należało do najprostszych. Przy całej rozgrywce szło się naprawdę mocno wkurzyć i nic to nie dawało, że przed misją mogłem wybrać przydatny ekwipunek. Internet, jak już wspomniałem, okazał się dla mnie wybawieniem, dzięki niemu ukończyłem tę frustrującą, ale nadal satysfakcjonującą zabawę. Z całej rozgrywki najbardziej utkwiło mi w pamięci nazwisko Jesper Kyd, należące do kompozytora ścieżki dźwiękowej do wszystkich części (poza Rozgrzeszeniem). Jak na ironię najwięcej pamiętnych utworów znalazłem właśnie w pierwszej grze z całej serii. Do dziś, przy niemal każdym wyjściu do miasta w słuchawkach rozlega się kojący "Hotel Theme" czy klimatyczny soundtrack z Hong Kongu przy wieczornym spacerze.

"Hitman: Silent Assassin" to wg mnie najlepsza część serii. Kontynuacja wprowadziła możliwość zapisu stanu gry oraz wybór jednego z trzech poziomów trudności. Różnią się one głównie tym, co widzimy na mapie oraz ilością dostępnych save'ów. Pamiętając jednak co działo się w "jedynce", postanowiłem grać na jak najprostszych warunkach. Mapa nareszcie wyraźnie opisywała otoczenie wraz z poruszającymi się po nim osobami. Przed każdą misją mogliśmy wybrać otrzymane z poprzednich zleceń wyposażenie, a do wykonania kontraktu mogliśmy podejść na więcej, niż jeden sposób. Nasze postępowanie miało jednak konsekwencje. Zabijesz cywila? Obniży się punktacja końcowa. Obezwładnisz go? Uważaj, może się szybko wybudzić. Strażnicy znajdą ciało? Teraz są czujniejsi i mogą szukać konkretnych podejrzanych, jeśli nieboszczyk był goły. Lokacje są różnorodne, misje złożone, a do każdej można wracać wiele razy  Co jakiś czas po uzyskaniu rangi Cichego Zabójcy zyskujemy nową broń do naszej kolekcji, co wynagradza podstęp. Od strony technicznej jest naprawdę nieźle. Sterowanie zostało poprawione, grafika dopieszczona, a ścieżka dźwiękowa brzmi jeszcze lepiej.

"Hitman: Contracts", czyli Silent Assasin - Dark Edition. Grając w część trzecią dostaliśmy więcej tego samego z drobnymi poprawkami i w znacznie cięższej atmosferze. Mechanika pozostała niezmieniona, sztuczna inteligencja nieco zredukowana. W "dwójce" nawet strój wroga nie ratował nas przed zdemaskowaniem. Mieliśmy ledwie chwilę, by przejść obok strażników, a wmieszanie się w większy tłum gwarantowało porażkę. "Kontrakty" nieco spuściły z tonu, choć nadal nie można było pozwalać sobie na zbyt wiele. Zlecenia stanowiły zlepek wspomnień, a główna fabuła opowiadana była w cutscenkach. Zadania były przeróżne, począwszy od odświeżonych etapów  z "jedynki" po nowe, znacznie dojrzalsze. Szczególnie druga misja przyprawiała o ciary na plecach. W "Królu Mięsa" mieliśmy ciężką imprezę, przesyconą opium. Po kątach zabawiały się jakieś pary, ogromny tłuścioch patrzył z łoża na tancerki w klatkach, a jego równie tęgi brat przechadzał się bo rzeźni, w której wisiały zwłoki dziewczyny, a w tle przygrywała milutka piosenka "Put Your Head On My Shoulder". Minusem jest fakt, iż każdy kontrakt toczy się w nocy, nieraz podczas deszczu. Jest to adekwatne do fabuły, choć osobiście wolałem dużo ciekawsze lokacje, niż mroczne ulice, magazyny, czy stare posiadłości. Trzeba jednak przyznać, że  duszący, mroczny klimat nadaje zabójcy na zlecenie bardziej poważny ton. Tutaj panuje kompletne zaszczucie, czego doskonałym zwieńczeniem jest ostatnia misja. Graficznie jest jeszcze lepiej, natomiast muzyka idealnie wpasowała się w przedstawioną stylistykę.

No i dochodzimy do "Krwawej Forsy", ale o tym przeczytacie dopiero jutro. Tekst i tak jest już długi, więc recenzję czwartej części zostawiam na jutro. Klasycznie zostawiam wam świetnej muzyce. Dziś w menu: najlepsze ścieżki dźwiękowe z powyższych gier!

















Salon (2016) - niecodzienna recenzja 2016-03-01

O filmie, którego miało nie być

Rowan Atkinson - któż nie zna tego aktora? Fajtłapowaty Jaś Fasola, nierozgarnięty Johny English czy legendarna "Czarna Żmija" - to tylko nieliczne z ról, jakie pamiętamy. Zaiste, jest on najbardziej charakterystycznym wśród komików tego świata.
Takim też pozostał w najdziwniejszej produkcji, jaką kiedykolwiek wydano. Jak do tej pory tylko dwie osoby miały okazję oglądnąć pokaz wersji nieoficjalnej: niejaki Jakub "Dem" Dębski oraz Elvenoor, wasz niestrudzony bloger.
W prywatnej rozmowie telefonicznej udzielił mi pozwolenia na to, bym przedstawił jego opinię, ponieważ on sam nie zamierza poruszać tej tematyki w najnowszym "Kinowym Ekspresie".

Pod jakim gatunkiem szukać "Salonu" ? No właśnie, tutaj pies jest pogrzebany bardzo głęboko. Z pozoru jest to komedia. Oto dwóch strażników w hotelowym lobby wzajemnie obwinia się o bliżej nieokreśloną pierdołę. Pan Atkinson, jak zwykle, znakomicie rozbawia publiczność swoją "ciapowatością". Śmieszne gesty, dziwaczne tańce, niecodzienne miny...Wszystko to genialnie przysłania resztę aktorów, którzy mieli okazję zadebiutować nie tylko na wielkim ekranie, ale również w całej branży filmowej. Na szczęście dla widzów gra aktorska pozostawiała wiele do życzenia, zatem tuż po napisach końcowych wyświetlono deklarację obwieszczającą koniec ich kariery.
Powróćmy jednak do fabuły: przez pół seansu obserwujemy jedno i to samo hotelowe lobby, na tle którego dwóch śmieszków próbuje zagiąć siebie nawzajem. Oczywiście udaje się to tylko kultowemu panu Fasoli. Twórcy dodali nawet typowy dla sitcomów tzw. "śmiech z puszki", aby widz dokładnie wiedział, kiedy było śmiesznie.

Druga część filmu stanowi jednak totalne przeciwieństwo poprzedniej połowy. Nie jestem w stanie powiedzieć co dokładnie się w niej znajdowało. Dziwne, niezrozumiałe obrazy, żenujące żarciki głównego aktora oraz towarzyszące im głupie gesty pozbawiły sensu cały seans. W jednej chwili przyjemna, niekonwencjonalna komedia zmieniła się w koszmarną parodię samej siebie. Doprawdy nie dziwię się, że czynności rozpowszechniające to szkaradne filmidło zostały wstrzymane, a oficjalną premierę przełożono na Dzień Świętego Zygdy, co Go Nie Ma Nigdy!

Twórcy tego badziewia powinni całować stopy pana Dębskiego, że w ogóle chciał oglądać ich pierworodne dzieło! Gdyby taki szajs zyskał własną stronę na filmwebie, dostałby z marszu średnią 1.0!

Panie Atkinson, dlaczego nam pan to zrobił?! Czemu zgodził się pan na udział w tym chłamie?! Nie wierzę, że chciałby pan doszczętnie zbrukać swoją karierę, nawet za astronomiczną kwotę.

A kogo mamy winić za taki stan rzeczy? Muzyki tu nie było, scenariusz został napisany chyba przez przedszkolaka między obiadem a przerwą na drzemkę! Reżyseria, montaż, praca kamery i ogólna stylistyka zostały natomiast opatrzone jedynie ksywką "InDreamsFactory".

Przykro mi pisać o tak zepsutym filmie, ale jak sami widzicie wena własna twórców nie zawsze jest na tyle dobra, by ją innym pokazywać. Wystarczy, że ja musiałem przecierpieć za was.

P.S: A panu DiCaprio serdecznie gratulujemy długo wyczekiwanego Oscara! Widzicie, tępe miernoty z "InDreamsu"? Tak się robi kino!


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]