Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Dziennik Upadłego 2015-09-30

Niedziela, 27 września 2015
Elvenoor przyjeżdża do Rzeszowa, zajmując pokój w wynajętym mieszkaniu.Jeszcze przed wyjazdem przez dwie godziny komponuje nową piosenkę "Kiedy to było?". Jest nieswój, boi się tego, co go czeka.Mimo wszystko chce spróbować.


Poniedziałek, 28 września 2015
Noc minęła spokojnie.Starsza pani okazała się bardzo miłą, sympatyczną osobą, nie zawracającą tyłka studentowi.Jej kilka lat starszy od Elvenoora syn również okazał się spoko gościem, choć jakoś nie mieli sposobności na dłuższą pogawędkę.Syn pracuje na poczcie, w dodatku ostatnio ma jakieś problemy w kadrach, więc siedzi tam do późna.
Tymaczasem u Elvenoora pierwszy wykład okazał się wtopą dla całego FiR-u.Wykładowca nie przyszedł.Zwi@dowca miał z sobą plan kampusu, jednak musiał spytać kilka osób o umiejscowienie danej sali.
A co z socjalizacją? Słuchawki na uszach, odcięcie, strach.Tu nie było nikogo, żadnej znajomej twarzy.Mały, zbyt uczuciowy słaby chłopak w paszczy wielkiej, głodnej hydry z tysiącem niewyżytych głów.W dodatku nowe buty, początkowo wygodne, zaczęły obcierać mu podeszwę.


Wtorek, 29 września 2015
Powtórka z rozrywki - znów wykładowca się nie pojawił.Słuchawki grały tą samą znajomą muzykę, by uciec od świata, do którego Elvenoor nie chciał wchodzić.Świata zagmatwanego, zbyt skomplikowanego, niestabilnego.Był sam i to go dobijało.A w dodatku hydra codzienności wraz z nowymi butami pożerały go coraz bardziej.
Wykłady poszły już lepiej.Zwi@dowca dowiedział się sporo nowych rzeczy o historii starożytnych ludów (i przy okazji ocenił konkurencję aktywności w grupie na więcej, niż godną), ale przeląkł się zbyt chaotycznym monologiem profesorki od matematyki.Niby powtórka z technikum, ale to nie wystarczy.Elvenoor już wiedział, że szykuje się dużo pracy.Podstawowa matura z matmy to przy tym pikuś.
Socjalizacja...Tomek, kumpel Zwi@dowcy z równoległej klasy z Ekonomika, również studiuje na Politechnice, lecz na innym wydziale.Też jest zagubiony, rozważa zakup mieszkania, z powodu nieefektywności dojazdów.No, to pokorzystał sobie z prawka, heh...Tomek napisał naszemu bohaterowi bardzo mądre zdanie: "Znajdziesz, znajdziesz, tylko wyjmij słuchawki z uszu ;)".Elvenoor wziął to pod uwagę.Postarał się przemyśleć wszystko, co go dotyczyło.


Środa, 30 września 2015
Zwi@dowca wrócił z wykładów.Z oczu poleciały mu łzy.



- Pff...Jak zawsze, co za płaczliwa sierota...
- pomyślał hejter.



Ale dla M. to było zbyt wiele.Jakiś ECTS, stosy nowych, nietanich książek do pozyskania, niezrozumiałe kalkulacje i tabele punktowe...Koła, ubezpieczenia, kolokwia, egzaminy, zdawki, poprawki...Nie dawał rady.Wiedział, że musi się zahartować, wystawić na początkowe cierpienie, by z czasem przywyknąć.Pytanie tylko, czy taki masochizm ma sens?
Jakieś plusy? Po organizacyjnych ćwiczeniach zagadnął  go jakiś typek.Pytał o poranny wykład, więc Elvenoor przedstawił mu tematykę i ogólne reguły przedmiotu.Na pożegnanie - nie wiedzieć po co - podał mu rękę i przedstawił się.Przed nim stał Wojtek, z którym już nigdy (?) nie dane mu będzie gadać o czymkolwiek.
Wrócił.Zamknął pokój.Po wylaniu wszelkich boleści wezwał kilkukrotnie Szatana, prosząc o jego wsparcie.Kto inny mógłby mu pomóc? Był sam jak palec, wiodąc samotne życie.Czuł przedsmak tego, co mogłoby mieć miejsce w przyszłości, na własnym mieszkaniu.Nie, hartowanie nic nie da.Bóg? Przecież dobrze wie, jaki M. był naprawdę.Doskonale zdaje sobie sprawę, że zapomniałby szybko o swoim "oddaniu" już chwilę po "uzdrowieniu" sytuacji.Nie, Jego ratunek nic by nie dał.On nie mógł pomóc, On był tam, na górze.Nie było nic, co On byłby w stanie zrobić, by jakkolwiek wspomóc Elvenoora.W dodatku Zwi@dowca sam nie był skory do przeprosin.
A co z Lucyferem? On tylko patrzy.Pilnie spogląda znad ramienia śmiejąc się i karmiąc cierpieniem swojego protegowanego.Mimo wszystko Elvenoor jedynie w nim szuka swojej ucieczki, dąży do szybkiego, bezbolesnego rozwiązania.
Wszystko jedno, co się stanie.Nie miał nic do stracenia, każdy kolejny dzień wykradał mu siły, niczym komar sączący świeżą krew.
To musiało się skończyć.Oby rozwiązanie pojawiło się samo i to jak najszybciej.
Rzeszowianie, po waszych ulicach chodzi nieumarły potwór w ludzkiej skórze.Potrafi być silny, lecz jedynie w urojeniach swojego chorego umysłu.Rozpoznacie go bez trudu, nie ma sztuki w wykryciu czegoś, co nie ma głębi.
Uprasza się o natychmiastową eliminację owego monstrum, gdy tylko go zobaczycie.Zabójca bestii będzie nosił tytuł bohatera społecznego.I ty możesz podnieść swój prestiż! Wystarczy jeden strzał lub mocny cios, cokolwiek zabójczego.Nie napotkacie oporu, polujcie śmiało!
Pokażcie swoją władzę, póki jeszcze nie jest za późno.


"Kiedy to było?" 2015-09-27

1. W czasach smutku wspomnij bracie  na dzieciństwo swe,
Tą beztroskę dnia każdego, w której żyć się chce
Wspomnij radość dni minionych, swoich kumpli śmiech,
Z nimi szybko  w uśmiech losu zmienisz każdy pech!
Wróć do szkoły, do podwórka, w światło dawnych lat,
Gdy przed sobą jeszcze miałeś dorosłości świat
Gdy nie trzeba było jeszcze o zbyt wiele dbać,
Całe dnie móc wciąż się bawić, do południa spać,
W jednej chwili rzeczywistość twa zmieniła się,
Teraz boisz się co dalej, teraz będzie źle
Nudnej lekcji trzy kwadranse zostawiłeś już,
Stary zegar teraz mierzyć będzie brud i kurz,
Wnet zatęsknisz do przeszłości, pragniesz wrócić tam,
Kiedyś było się wśród swoich, teraz jesteś sam,
Bilet tylko w jedną stronę, a powrotnych brak
Teraz trzeba w pojedynkę przebyć cały szlak

Ref: Kiedy to było,
Gdzie przepadły te radosne dni?
Kiedy to było,
Czemu teraz jest nam trudniej żyć?
Kiedy to było,
Wspomnień falą dziś zalewam czas,
Choć przez chwilę niech ogrzeją dziś każdego z nas
 
2. Tylko chwile w całym życiu najcenniesze są
Choć czasami teatralną się wydaje grą
Obowiązek z biurokracją tańczą w parze wraz
A przygrywa im odwiecznie pan dyrygent czas
Przeciw tobie wszystko działa, opór nie da nic,
Wciąż pod górkę, wciąż zawiłość, byle trudniej żyć
Choć istnieją inne drogi, ryzykowne dość
Wiodą prosto, lecz na skróty, poprzez strach i noc
Tylko wspomnień pozostaje sojuszniczy blask,
Tylko one w mroczną zimę mogą ogrzać nas
Ta świadomość lepszych czasów, bezpowrotny szlak
Wciąż bezpieczną jest ostoją, gdy nadziei brak
Smak dzieciństwa, zew młodości, dzwonka dawny dźwięk
Doda skrzydeł w bezsilności i złagodzi lęk,
W świadomości trudnych czasów trzeba podjąć marsz
Na kolejną scenę życia,  na kolejny akt

Ref: Kiedy to było,
Gdzie przepadły te radosne dni?
Kiedy to było,
Czemu teraz jest nam trudniej żyć?
Kiedy to było,
Wspomnień falą dziś zalewam czas,
Choć przez chwilę niech ogrzeją dziś każdego z nas







Zagubiony student Elvenoor 2015-09-25



Stało się.
Oficjalnie, po pierwszym w życiu samotnym wypadzie do Rzeszowa - choć wstyd to przyznać - zostałem studentem Politechniki Rzeszowskiej, na Wydziale Zarządzania, przy specjalizacji "finase i rachunkowość".
Na dzień dobry kilkaset nowych twarzy, w tym około 1/3 zakochanych par (czyli mój "ukochany" widok, który jeszcze bardziej zmusza mnie do izolacji).Wiele nowych praw i obowiązków, kilka opcji dodatkowej aktywności (fakultety, samorząd itd).I jeszcze więcej imprezowiczów (choć może to ja jestem jakiś dziwny, kto wie?).
Boję się.Boję się wejść samotnie w głęboką jamę cerbera.Boję się tych wielogodzinnych bitew o przetrwanie w kampusie.Przeraża mnie myśl o tych nowych, zupełnie nieznajomych twarzach.
I co ma zrobić taki biedny, choć dorosły żuczek, jak ja? Siedzieć cicho, udzielać się tylko na wykładach i skupić 100% na nauce? Nawet, jeśli zapiszę się do którejś z grup - zapewne dwóch językowych i może z rachunkowości - co to zmieni? Mały, cichy, niepozorny poeta z książką u boku, czasem pilnie pochłonięty tworzeniem czegoś w notesie.Lecz tym razem nie będzie NIKOGO, żadnej przyjaznej duszy pokroju Sylwii, Baśki, czy chłopaków.
Odkąd skończyłem Ekonomik, czuję z każdym dniem jak wszystko się zmienia.W niedzielę ten stan osiągnie punkt szczytowy, za sprawą pierwszej nocy u obcej osoby.Od tej pory będę wracać wyłącznie na weekendy i "święta nakazane".Ale mówiąc szczerze...to mnie przerasta!
Czuję się słabszy, niż dotychczas, jakby to wszystko miało trwać w nieskończoność.Sielanka szkoły średniej miała być wiecznym błogostanem, a tymaczasem prysła równie szybko, jak powstała.Nie widzę siebie w roli studenta.
Na dodatek od jakiegoś czasu powrócił stan łudzenia się na miłość.Jeśli w porę się zorientuję, Kruk zmywa te nierealne obrazy jednym machnięciem skrzydeł.Ale sam ten fakt mnie przeraża! Nie, przecież NIGDY nie będę mężem ani ojcem! Cholera, robi się niebezpiecznie.
Coraz bardziej zaczyna do mnie docierać, że to koniec i MUSZĘ znaleźć drogę ucieczki.Mam zaoszczędzone kilka stów.Chyba już czas na poważnie myśleć o jakichś środkach - broń, narkotyki, mocne pigułki...cokolwiek, byleby zrobić to z dala od rodziny i tej starszej kobity.
Byle ulotnić się szybko i bezboleśnie, upatrzyłem sobie już całkiem niezłe miejsce.Tak, to TRZEBA zrobić.Ja nie umiem inaczej.Aby żyć, trzeba się tego nauczyć.Ale nie ma sensu próbować, jeśli jest się pustym w środku...
P.S: Naszła mnie dziś jeszcze jedna myśl.Uciekam od miłości, staram się robić wszystko we własnym towarzystwie, a jednak to mi nie wystarcza.Chciałbym mieć kogoś, z kim mogę swobodnie pogadać, tak po prostu pośmiać się, wyjść gdzieś do kina, czy na jakiś spacer...


-Ech, znowu zaczynasz pieprzyć, Elvenoor...


- Sorry, Kruk.Masz rację, już się zamykam.







Poszukując sensu 2015-09-22

Jak to jest?
Nie znam smaku prawdziwego uczucia, a mimo to wciąż mnie ono ściga.Im dalej od niego uciekam, im dłużej staram się o tym nie myśleć, tym bardziej mi to doskwiera.
Nadal poniekąd łudzę się na poznanie wartościowych ludzi, ale mimo to pozostaję w odosobnieniu duszy i ciała - na tyle, ile się da.
Chcę odejść, tak po prostu zniknąć z powierzchni Ziemi, a wciąź nie dysponuję odpowiednimi środkami.
Myślę o rycerskich wartościach, wyznaję zasady miłości do końca, a nadal jak ten błędny rycerz lub zwykły banita ukrywam się w gąszczu pornosów.
NIby chcę, a jednak nie pragnę.Niby myślę, a jednak nie marzę.
Niby cieszę się ze studiów, choć już widzę jak to będzie wyglądać w moim wykonaniu, a jednak się boję.
Tak, boję się.Nagle wyfrunę z gniazda, porzucę schemat "kolejnej szkoły".Na jeden strzał wezmą mnie meandry uczelni, pierwszej pracy, podatków...A wokół pełno ludzi! Zbyt dużo ludzi...
Ludzi, których tak chciałbym poznać, jak i unikać za wszelką cenę.Dzielić się swoją twórczością, a jednocześnie mimo wszystko ją przed nimi chronić.
Wyznaję wszelkie moralne zasady, a mimo to już dawno porzuciłem Boga, na rzecz buntu i wiecznej niewoli.
Czuję, że mógłbym kochać całym sobą, a jednocześnie pragnę uciec w samotność, pogrążyć się w nienawiści, zadawać nieopisane cierpienie.Zabijać bez opamiętania, w imię Systemu.Bo przecież miłość to tylko chemia, hormony, a nie jakieś tam duchowe przeżycie! Duch nie istnieje, to tylko biologia.
Mam anielskie skrzydła, widzę zło tego świata.Chciałbym pomagać, zrobić coś z tym całym syfem, które widzę! Ale jak tego dokonać, skoro cały płonę? Czy mógłbym pokonać olbrzymie wiatraki, czego  niegdyś próbował don Kichot?
Wychodzę z domu.Świat: drzewa, budynki, ulice, zwierzęta.I te maszyny - nie tylko silnikowe.W urzędach, sklepach, szkołach, zapewne również na uczelni.Wszędzie stoją dwunożne cyborgi, wykonujące swoją pracą, opartą na usługach.A ci, których mijam? Co z nimi?
Nic, nikt, bez znaczenia.Ledwie kolejna marionetka biologii.Bicia serc, pompujących krew.Spojrzenie oczu, przez które odbite światło zostaje przetworzone na obraz.Drgania strun głosowych, jakie odbieramy w postaci słów.Istne maszyny przyrody, kolejny gatunek w całej faunie świata.Jedzą, śpią, piją, kopulują, bawią się...Co ich odróżnia od pozostałych zwierząt? Chemia wytworzona przez organy? Wierzenia oparte na pismach z dawnych czasów? Zdolność myślenia, większa niż u kogokolwiek? Nie ma żadnej różnicy.Matka Natura i tak ich pożre wszystko i wszystkich tak, jak ich stworzyła.To oni...
A ja? Czym JA się od NICH różnię? Próbuję być tacy jak oni, ale nie zawsze wychodzi.Nie wiem, czy będę w stanie dalej normalnie żyć, jakkolwiek to zrozumiemy.Wobec tego...kim jestem naprawdę?
Nie jestem już tym samym M.Stałem się Zwi@dowcą, Elvenoorem, Szarym Krukiem.O ile jednak pierwszych dwóch kojarzę, o tyle ten ostatni jest mi tajemnicą.
Kim jest Kruk?


The Day After (1983) - atomowe piekło 2015-09-20

Oby nigdy nie nadeszło...
Niedawno opowiadałem wam o Falloucie oraz o mojej nowej miłości, tym razem do postapo.Dziś mam zaszczyt przedstawić wam najlepiej wykonany film o skutkach wojny na przyciski - The Day After z 1983 roku.
Początek jest dość spokojny.Po kilku scenach w wojskowym samolocie kamera zabiera nas w lot po pięknych, malowniczych krajobrazach Ameryki, gdy jeszcze nic złego nie mogło się stać.Mimo coraz świeższych wiadomości na temat konfliktu NATO-ZSRR, życie płynęło swoim tempem.Dziewczyna, która lada dzień ma wziąć ślub, żołnierz planujący wyjazd z ukochaną...Postacie przedstawiane są nam w niespiesznym tempie.Możemy poznać ich nastawienie nie tylko wobec nadchodzących wydarzeń, ale również stosunek do coraz ostrzejszych relacji ze Związkiem Radzieckim.
Początkowo seans może was do siebie zrazić za beztroską sielankę, jednak radzę wam trochę poczekać.Klimat nabiera ciężaru, pozwala nam powoli wsiąknąć głębiej, utożsamić się z bohaterami.Sygnały alarmowe, panika, wielkie przygotowanie, zatłoczone ulice, koszyki sklepowe wypchane po brzegi, rozdzwonione telefony...
I nagle zaczyna się to, po co tu przyszliśmy.Jesteśmy świadkami wybuchu kilku bomb atomowych, spustoszenia, jakie sieją wokół.Gruz, popiół, radiacja, ogień i śmierć.Ginie wielu.Bardzo wielu.
Nagłe oziębienie, wysokie promieniowanie, choroby, zgliszcza starych czasów i wszelkiej elektroniki.Krótkie, lecz wymowne sceny, poświęcone poznanym wcześniej postaciom.W momencie eksplozji każdy jest gdzie indziej - jedni bunkrują się w piwnicy, inni szukają drogi do domu.
Obserwujemy postnuklearną historię, pisaną przez zwykłych obywateli, dla których prywatność przestała istnieć.Patrzymy na masę chorych, umierających ofiar atomowej katastrofy, a zapełniona ludzkimi ciałami hala uniwersytecka jest dobitnym przykładem skutków ludzkiej głupoty, imperialistycznych dążeń w chorym wyścigu najbogatszych mocarstw.
To, na co szczególnie pragnę  zwrócić waszą uwagę, to nie tylko katastrofalny obraz głodu, nędzy i rozpaczy, ale przede wszystkim wygląd postaci - głowy bez włosów, postrzępiony ubiór, blizny i nieprzyjemne strupy na twarzy zasługują na medal!
Okropieństwa przedstawione w filmie są niestety ledwie ułamkiem tego, co na nasz koszt mogą nam zafundować ówczesne rządy.Dziś do tego wyścigu dołączyły Chiny.Aż nie chcę myśleć, co może nam przynieść przyszłość.
Zabawne...Dziś możemy narzekać na plastry pomidora w kanapce, smędzić, że internet zbyt wolno śmiga, że z dziewczyną się nie układa...A tymczasem wszystko, co jest nam znane, może zniknąć w ułamku sekundy.
BUM.Nie masz już dziewczyny, matki, brata, córki, kochanki...
BUM.Nie odpalisz radia, komputera, telewizji, nie pojedziesz nigdzie samochodem.
BUM.Przyjdzie ci walczyć z sąsiadem o ostatnie zapasy wody i jakieś konserwy
BUM.Już nigdy nie ujrzysz słońca, bo blask "atomówki" wypalił ci wzrok.
BUM....Nie żyjesz, zostałeś zarżnięty przez nieznajomą osobę, dla kilku batoników i puszki z napojem.
Może warto się zastanowić i faktycznie docenić to, co już mamy.W jednej chwili możemy przecież to wszystko stracić.


Scenariusz na Boga - kino katolickie 2015-09-18

Przyjdź.Zobacz.Nie wierz w bzdury.
Nie wiem czy ktokolwiek kiedykolwiek zastanawiał się nad zjawiskiem, z którym często możemy się spotkać na lekcjach religii.Mam na myśli ckliwe filmy o "zwykłych ludziach", którym dzieje się krzywda i tylko nawrócenie pomaga im podnieść się z kolan.
Nasz katecheta, dzięki uprzejmości "chomika", zaserwował nam trzy takie tytuły.Dziś pragnę wspomnieć jedynie o dwóch.
Pierwsza była "Próba ogniowa" z 2007 roku.Młode małżeństwo przeżywa kryzys.On przez całe dnie naraża życie ratując innych, po czym wraca do domu i nie ma sił na sprzątanie.Chce tylko dobrze zjeść i wymaga od swojej żony, aby ta go zrozumiała.W dodatku od czasu do czasu zagląda do stron pornograficznych i serwisów ponętnych nieznajomych.Ona z kolei pracuje w szpitalu.Sama musi robić zakupy, sprzątać, gotować, nie oczekując nawet życzliwego słowa.Od pewnego momentu zaczyna zachowywać się jak prawdziwa suka, bo poddaje się flirtowi młodego pana doktora, typowego łamacza serc.Oczywiście ich związek wisi na włosku, więc z pomocą przychodzi ojciec faceta i poradnik jego autorstwa.Spisał w nim jak w określonym czasie naprawić związek.Chyba nikogo nie zaskoczę faktem, iż zawarte w niej były nie tylko uwagi "pomódl się za swoją żonę", "idź do spowiedzi", ale przede wszystkim najoczywistsze w świecie porady typu "powstrzymaj się od narzekań", "powiedz jej coś miłego", "weź się do sprzątania" itd.
Jak na złość Kate pozostaje suką aż do finału.Nie dostrzega zmian w postawie męża, nie widzi, że wyrzucił komputer wobec walki z nałogiem, nie wyraża nawet chęci, by z nim rozmawiać.Powiem więcej - wysyła mu pocztą pozew rozwodowy! Dopiero, gdy dowiaduje się, że łóżko dla jej chorej matki zostało zakupione z oszczędności Caleba (które trzymał na zakup jachtu), zaczyna się malować (zalawszy się łzami), wkłada na palec obrączkę i w czerwonej kiecce leci na posterunek straży, by rzucić się w objęcia ukochanego.Naturalnie przez cały film przewija się non stop motyw "Tylko Bóg naprostuje twoją ścieżkę, Chrystus otworzy ci serce".
Cztery lata później ten sam reżyser wypuszcza na światło dzienne "Odważnych" - opowieść o policjantach, którzy walczą nie tylko z przestępczością narkotykową, ale przede wszystkim ze światem dorastających dzieci.Na temat tego filmu wypowiem się może kiedy indziej, jednak tu również wciska się nam gadkę "Jezus jest miłością, zaufaj, powierz mu swe życie".
Drugim tytułem, na który pragnę zwrócić waszą atencję, jest animacja "Największy z cudów", która pokazuje, co "naprawdę" dzieje się podczas mszy świętej.Co my tu mamy? Zapracowaną matkę, która nie jest w stanie poświęcać zbyt wiele czasu młodemu synkowi.Od dłuższego czasu są w żałobie po przegranej walce z chorobą najbliższej dla nich osoby, czyli męża-ojca.Oprócz wspomnianej kobieciny mamy do czynienia z zatroskanym o los krewnego kierowcą autobusu oraz starszą panią, która wymyka się z domu na nabożeństwo.Losy dwóch pierwszych postaci wiąże mała stłuczka.Po niezbyt miłym pożegnaniu oboje natykają się na swoistych aniołów stróżów - coś na wzór ministrantów.Z niewiadomych przyczyn interesują się oni sytuacją naszych bohaterów i oczywiście kierują wprost do kościoła, w którym diabły przybierają postać pięknych kobiet i rozpraszają kolesi stojących przy konfesjonale.W ogóle motyw demono-podobnych istot w prawdziwym świecie brzmi niezwykle komicznie i nie daje nawet cienia wiarygodności.To, co dzieje się podczas przeistoczenia jest juz totalnym przegięciem.Byłbym w stanie jeszcze jakoś przełknąć ten nadmiar epickości artyzmu, ale całokształt tej animacji nie daje mi wyboru.
Rozpisałem się, nie powiem.Tyle słów, ale przyznacie sami, że kino chrześcijańskie ma do zaoferowania więcej cudownej propagandy, niż przedstawienia sensu i istoty wiary.A niestety filmów z tego niewdzięcznego gatunku przybywa z roku na rok i jeszcze jakoś żaden z nich nie wywołał masowych pielgrzymek do kościoła.
Na deser ścieżka dźwiękowa z "Padre Pio", jednego z nielicznych wyjątków od tej uczuciowej żenady.







G.Orwell, "Rok 1984" - walka z wiatrakami 2015-09-17

"Wojna to Pokój.Wolność to Niewola.Ignorancja to Siła"
Czy jest możliwe podporządkować sobie całą ludzkość? Czy można nawrócić nawet jednostki wrogo nastawione wobec Partii? Czy walka z Systemem ma jakikolwiek sens lub szanse zwycięstwa?
Winston Smith był jednym z nielicznych, który podjął własny bój.Nie mógł widzieć tego, co inni chcieli mu pokazać.Nie mógł wyznawać sprzecznych idei dwójmyślenia, czyli świadomości fałszu wyznawanych poglądów.Teleekrany, propaganda nienawiści, nieustanna praca nad zmianą historii w myśl hasła "Kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość".I te wielkie portrety z wąsatą twarzą nieśmiertelnego, wszechmogącego Wielkiego Brata.
Ale jaki to ma sens, gdy walczy się z ludźmi kontrolującymi nie tylko nasze myśli, słowa i czyny, ale nawet uczucia czy płciowość, sprowadzając seks jedynie do zimnej, rutynowej czynności rozmnażania, bez choćby odrobiny rozkoszy? Czy kiedykolwiek nadejdą czasy, w których równanie "2 + 2" będzie zawsze równało się 4, bez względu na to, co powie władza?
"Rok 1984" ukazuje świat  oparty na jednym totalitarnym systemie, lecz rządzony przez trzy mocarstwa: Oceanię, Wschódazję i Eurazję. prowadzące nieustanną wojnę.Panuje tu chłodna, ciężka atmosfera, której nie rozświetla nawet płomyczek lepszych momentów naszego bohatera.Od początku śledzenia jego poczynań pokładałem w nim swoistą nadzieję na upadek rządzących.Utożsamiałem się z nim, próbując zrozumieć schemat funkcjonowania Partii, motyw utrzymania władzy i środki w tym celu stosowane.Usiłowałem rozgryźć organizm wewnątrzpartyjny, zdemaskować Wielkiego Brata, położyć temu kres.
Ale George Orwell całą nadzieję brutalnie zdeptał, niczym zamek z piasku.Nie ma tu miejsca na bojowników, nie pobłaża się i nie wybacza myślozbrodni.Żony donoszą na mężów, ojcowie na dzieci, dzieci na rodziców.A wszystkich outsiderów poddaje się skąpanej w cierpieniu i głodzie reedukacji, aby nie tylko uczynić ich posłusznym wobec Partii, lecz przede wszystkim nauczyć miłości do przywódcy w osławionym pokoju 101.
Jeśli jeszcze nie czytaliście, a chcielibyście sięgnąć, ostrzegam - lektura nie będzie przyjemna.Książka zadziała na was jak czerwona pigułka z "Matrixa".Będzie bolało, ale przynajmniej poznacie całą procedurę myślową grup stojących u władzy.Zgłębicie tajniki mrocznej opowieści bez happy endu.Przekonacie się nie tylko jak łatwo złamać ludzki opór, lecz, co najważniejsze, jak obrócić jego nastawienie o 180 stopni.


Wygodnictwo dysfunkcyjne 2015-09-14

"Mam dysleksję, więc mogę robić błędy"
Tak, są jeszcze ludzie, którzy tak myślą.Niestety, jest ich cała masa.Część z nich naprawdę cierpi na deklarowaną dolegliwość, nie są w stanie zapamiętać zasad poprawnego pisania.Jednak są i tacy, którzy po prostu nie znają tak ważnych dla języka reguł i nie wyrażają nawet odrobiny chęci do zmiany tej sytuacji.Bo tak jest łatwiej, bo to im na rękę, bo mogą skupić się tylko i wyłącznie na pisaniu.
Ale i to pół biedy.Najgorsze, gdy ktoś miałby czytać naszpikowany bykami tekst! Nie wiem jak was, ale mnie osobiście kłuje to w oczy i nie pozwala normalnie ogarnąć treści przekazu.A przecież jest tak wiele pomocy: od grubych, ciężkich słowników po lekkie i przystępne zakamarki internetu, nie wspominając już o starym dobrym Wordzie.
Żeby nie było - mój wpis NIE MA NA CELU KRYTYKOWANIA DYSLEKTYKÓW! Chcę jedynie zwrócić uwagę na bardzo niestosowne podejście, wymienione w nagłówku.
Czytelniku! Zadam ci teraz 3 proste pytania.
1.Czy masz dysleksję/dysgrafię/dyskalkulję itp?
2.Czy w jakikolwiek sposób starasz się walczyć ze swoją dolegliwością (np. sprawdzając poprawność pisowni, szlifując pismo itp.)? Dlaczego / Dlaczego nie?
3. W jaki sposób podchodzisz do kwestii, z którą masz trudność?
I są to pytania naprawdę istotne.Jeśli myślisz "Nikt mnie nie rozumie, ja mam dygrafię, ja muszę tak bazgrać, inaczej nie potrafię", albo "Przepraszam za błędy, mam dysleksję", to wiedz, że prawdopodobnie przyzwyczaiłeś się do tego i teraz zwisa ci poprawność i stylistyka prowadzonych przez ciebie zapisów.Wygodniej ci jest się wymówić i pójść na skróty zamiast walczyć z gramatyką i ortografią.
Jasne, każdy popełnia mniejsze lub większe błędy - to się zdarza.Ale nadużywanie swojej ułomności jest po prostu słabe.Co za sztuka ćwiczyć pismo? Jaka trudność tkwi we wpisaniu w wyszukiwarkę słowa, co do którego nie mamy pewności? Notatki możemy przecież prowadzić również w Wordzie, który od razu pokazuje błędy w pisowni.Te niedociągłości, nie tyle  można, ile trzeba poprawiać.
To tak, jakby powiedzieć  "Nooo, jestem wuefistą, choć jestem gruby i dla mnie wszędzie powinny być szersze drzwi! Ja po prostu lubię sobie podjeść i nic wam do tego! Nikt mnie nie rozumie, gruby ma zawsze gorzej".I możesz czuć się z tym ok, ale obok ciebie są jeszcze inni, którym może to przeszkadzać.A co gorsza mogą zacząć brać z ciebie niewątpliwie bardzo zły przykład.Im to na rękę, że będą tyć, oni też chcą szerszych drzwi, przywilejów, równości praw...Chore, nie sądzicie?
Wiem, że zaraz w komentarzach wypełzną obrońcy "poszkodowanych" lub ci, którym nie spodobała się brutalna prawda prosto w oczy.Sorry, taki mamy klimat, ale starajmy się chociaż pokazać, że walczymy z chorobą.Żeby nie być gołosłownym: mam dysgrafię, ale nie przeszkadza mi to w ćwiczeniu w miarę czytelnego pisma.Staram się, aby moje zapiski były jak najbardziej wyraźne, czego dowodem była lwia część klasy, chcąca pożyczyć ode mnie zeszyty.Owszem, czasem było jedno - dwa niewyraźne słówka, ale 99% tekstu dało się odczytać jasno i klarownie.
Tym razem nie będę przepraszał.Jeśli cię to zabolało - trudno, najwyższy czas wziąć się do roboty! I nie oburzaj się, bo ŻADNA dysfunkcja nie wyklucza z normalności, JEŚLI TYLKO SIĘ CHCE.


Fallout - świat, który stanął w miejscu 2015-09-13

"War. War never changes..."
Wkraczam do kolejnego miasta.Za mną burza piaskowa, sterta zardzewiałych wraków i kilka zimnych trupów.Palone nuklearnym słońcem pustkowia niosą wiele zagrożeń, ale i szans na przeżycie.Jestem na powierzchni już kilka tygodni i wciąż nie mogę zrozumieć ogromu świata wyniszczonego po wielkiej wojnie.Poznałem kilku wiernych towarzyszy, znalazłem parę zardzewiałych strzelb.Lokalnym łowcom niewolników udzieliłem krótkiej i bolesnej lekcji o życiu pośmiertnym.Tyle zdziałałem, a czasu jak na złość coraz mniej - krypta mnie potrzebuje.Wciąż nas ostrzegano przed promieniowaniem i wszelkim powojennym syfem.Nie pozwalano wyjść na światło dzienne, wdrażając kolejne pokolenia w życie pod ciężkim kloszem krypt Vault-Techu.Pytanie tylko, czy w ogóle ma to jakikolwiek sens?
Z każdym kolejnym dniem odkrywam coraz więcej miejsc, w których czas stanął w miejscu.Niesamowite... zdążyliśmy uzyskać tak wysoką technologię, tak bardzo rozwinęliśmy się w robotyce i zbrojeniu, a teraz przyszło nam uganiać się za butelką zwykłej, nienapromieniowanej wody.
Witaj w świecie Fallouta, przybyszu.Rozgość się w jego surowych, dorosłych progach.Rozkoszuj się rdzawym, klimatycznym powietrzem.Nawiąż nić przyjaźni z kolejnymi towarzyszami broni, zwiedź masę bardziej lub mniej przyjaznych miejsc.Stań po stronie prawa lub odegraj rolę złego kolesia.Uratuj swoją kryptę/wioskę lub skaż ją na kompletną zagładę.Wypełnij swoje przeznaczenie, poznaj świętą Kryptę 13.
Pamiętaj, by nie tylko walczyć, ale również rozwijać przydatne dla ciebie umiejętności.Snajper o sokolim wzroku, zręczny złodziej, silny typek walczący wręcz...Opcji jest całe mnóstwo.
Daj się wciągnąć zdezelowanym maszynom, małym mieścinkom, intrygującym metropoliom.Poznaj historię konfliktu, który zatrzymał czas.Wejdź w środkowisko Bractwa Stali, Skrybów, rodzin mafijnych, czy Enklawy.Zobacz okropieństwa wywołane wirusem F.E.V oraz ludzi, którym posłużył on jako śmiercionośna zabawka - Mistrza, supermutantów, a nawet...rząd USA.
Fallout - żrący deszcz, będący skutkiem silnej reakcji promieniotwóczej.Fallout - ciężkie, staroszkolne, klimatyczne uniwersum od Briana Fargo z turowym systemem walki i niesamowitą muzyką Franka Morgana.
Zaraziłem się.Dopadł mnie wirus Postapo.Jeśli tak, jak ja, chcesz poczuć jak smakuje ten piękny świat, skąpany w piasku i wiecznym lecie - daj mu się porwać, a nie będziesz żałować.







Dziadkowe anegdotki 2015-09-12

Stare ale jare ;)
Wczoraj nadeszła pora na co miesięczną wizytę u dziadków.Tym razem miałem okazję odbyć długą dysputę z dziadkiem, gdyż babcia z ojcem udali się na zakupy.Przy mało ambitnych programach TV (w tym "fenomenalnym" Wspaniałym Stuleciu) czas upłynął nam bardzo szybko.Ale, co najważniejsze, wyniosłem z niej kilka ciekawych anegdot.
Zima, teren Zakładów Mięsnych w Dębicy.Dziadek wraz z kolegami z pracy bawili się w chowanego na swoich zasadach.Ukryli w śniegu małą mięsną kulkę, a zadaniem jednego z nich było ją odszukać.Szukał, grzebał w tych zaspach, krzątał się, biegał z miejsca na miejsce...a tymczasem gość, który rzucił mu wyzwanie, przerzucał z ręki do ręki niepozorną śnieżną piłeczkę.
Innym razem w jednostce wojskowej dowódca kazał jednemu z żołnierzy wskazać granicę Polski na mapie.Ten tylko otoczył palcem tereny radzieckie i powiedział, że pewnie gdzieś tu, ale nie wie dokładnie.W nocy jego łóżko nieco skrzypiało, z racji "bicia konia".Z samego rana ich przełożony robił inspekcję.Rozkazał wszystkim odsłonić kołdry.Gdy mijał pryczę wspomnianego delikwenta, otarł oczy ze zdziwienia i rzekł: "Towarzyszu, toż to MAPA POLSKI !" No, cóż...ładny spust, że tak powiem :D
Cofając się w czasy dziadkowej młodości trzeba wspomnieć o zachowaniu kilku niemieckich żołdaków.Kiedyś małego Ludwika strasznie bolała głowa.Germański patrol, który w tym samym czasie przejeżdżał obok jego domu, postanowił mu pomóc.Położyli go, dali koziego mleka, czoło schłodzili wodą ze studni, by podsumować wszystko krótkim śmiechem "Ja, gut gut, Junge, gut!".
Ostatnia historyjka to bardziej ciekawostka historyczna.W okresie powojennym Polska produkowała maszyny wojskowe dla Rosji, a ta z kolei wysyłała je do Chin w ramach sojuszu.Dziadek z uśmiechem na twarzy wspominał, jak z kumplami zjeżdżali na nartach i wywrócili się pod wpływem potężnego ryku przelatującego obok MIG-a.


A na deser scenka sytuacyjna z niedalekiej przeszłości, która nie wiedzieć czemu wciąż mnie bawi:
Babcia: Ludwiś, podaj mi pilota
Dziadek: Jak chcesz pilota, to idź na lotnisko.
Babcia: Aaa, pocałuj mnie w dupę <idzie do kuchni>  :D


Marcin Przybyłek, "CEO Slayer" 2015-09-09

CEO Slayer! People power!!!
Niedaleka przyszłość.Technologia rozwinęła się drastycznie.Nowe formuły leków, nowoczesne drony, pomocnicze roboty, najnowsze osiągnięcia motoryzacji...Zmieniło się wiele.Oprócz człowieka.
Wciąż po świecie chodzą grube ryby, żerujące na nieszczęściach swoich klientów, które wprost czychają na każdą okazję do zniszczenia dogorywającego już człowieka.Pieniądze, układy, brudne korporacyjne zagrywki.Po majestatycznych biurowcach kroczą pazerne hieny, płonące krwawym blaskiem.Na szczęście ich czas jest już przesądzony.
Oto CEO Slayer, Kapelusznik (Hatman), "Wryjwalec".Na co dzień Rodney Pollack - przystojny, inteligentny szkoleniowiec, porażający mówca, niedościgniony kochanek.Żartobliwy, szczery idealista, który nie chce tylko patrzeć na otaczające go nikczemności.
Strzeżcie się, obłudnicy, CEO Slayer nie próżnuje.Cierpliwie planuje swoje ruchy, by dobrać się wam do skóry - w przenośni i dosłownie.Wie, że jedynie zimna pięść prosto w wasze zakichane mordy będzie dla was wystarczającą karą.
Batman współczesności, obrońca gnębionych pracowników, siewca praworządności.Nadzieja, że sprawiedliwość jeszcze nie zginęła pod nawałą korupcji.
Niestety, zło nie śpi.Syndykat chce dorwać swego oprawcę i zemścić się w najbardziej sadystyczny sposób.Do tego celu wynajmują prywatną detektyw, ponętną Agnieszkę Madey.Będzie ona ścigać naszego Pogromcę, nieustannie marząc o awansie zawodowym, lepszych zleceniach i błogim luksusie.Czy jej się uda? Czy CEO Slayer przejdzie do historii?
Przecież nie jest sam! W ślad za tropem podąża również grupa policjantów oraz prawdziwi dziennikarze, którzy za priorytet obrali sobie ochronę tajemniczego mściciela.
Autor w całej lekturze zamieścił masę nowinek technologicznych, możliwych do zrealizowania w przyszłości.Przedstawił całą prawdę o ciemnej stronie biznesu i obnażył kłamstwa największych korporacji.Opowiedział intrygującą, wciągającą, budzącą niemałe napięcie historię, która równie dobrze mogłaby się rozegrać tuż obok nas, w naszej rzeczywistości. Ale przede wszystkim - wlał w serca nadzieję i wiarę w człowieka.
A więc, moi drodzy, wkładajmy długie płaszcze! Wkładajmy wielkie kapelusze! Bo gdy wszelka formalna sprawiedliwość zawiedzie, trzeba ją wymierzyć samemu.


Chłopcy z ferajny (1990) - jak prawdziwy badass 2015-09-02

Gangsterem być
Po wstrząsającej "Gorączce" potrzebowałem nieco spokojniejszego filmu.Jednak postać Roberta de Niro zaprowadziła mnie dalej w świat przestępców.I to nie byle jakich, bo do samej mafii! Tak właśnie natrafiłem na "Chłopców z ferajny" z 1990 roku.
Historia opowiadana przez głównego bohatera Henry'ego Hilla bazuje na prawdziwych zdarzeniach.Oto młody chłopak rzuca szkołę, wybija się ponad przeciętniaków i zaczyna pracę u Paula Cicero, lokalnej mafijnej szychy.Podejmując się pomniejszych zadań zdobywa szacunek i poparcie całej ferajny, by wreszcie zawrzeć znajomość z Jamesem Conway'em.
Nie spotkamy się tu z szalonymi pościgami czy  głośnymi rozróbami z bronią w roli głównej.Od początku będziemy awansować wraz z głównym bohaterem, piąć się po drabince zaszczytów jego śladem.Zaznajomimy się z zasadami i obyczajami rodzin mafijnych.Wymuszanie haraczy, zabieganie o względy uroczych dam, załatwianie interesów po swojemu...System, w którym wszystko masz ledwie na pstryknięcie, gdzie w razie spotkania się z odmową możesz wziąć sprawy w swoje ręce!
Seans niespiesznie prowadzi nas coraz dalej w ciekawą, klimatyczną historię, przywodzącą na myśl "Ojca Chrzestnego". Postacie zostały zagrane w dość dobry, wyrazisty sposób.Nie trudno przywiązać się do dobrego wujka Paulie'go czy chować głowę pod stół, gdy akurat ktoś wkurzył Tommy'ego de Vito ( w jego roli niezawodny, ekscentryczny Joe "madafakin" Pesci).
Niestety nie zawsze będzie tak sielankowo.W mojej ocenie główny bohater daje świetny przykład tego, jak może się skończyć zabawa w bandytów.Aż chciałoby się mu zdrowo przywalić za narkomanię, przywiązanie do kochanek (choć to akurat w ferajnie było standardem) oraz skurwysyńskie traktowanie żony.Prochy totalnie wyprały Henry'emu zdrowy rozsądek, co zniszczyło jego świetne interesy i powszechny szacunek.Ten element drastycznie wpływa na dalszy seans i trochę zabija tą pierwotną ciekawość członkowstwa w mafii.
Mimo wszystko "Chłopcy z ferajny" to dobry, klimatyczny film.Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, koniecznie nadróbcie zaległości!


Gorączka (1995) - klimat i adrenalina 2015-09-01

Tak się robi kino akcji!
Żyjemy w czsach, w których powyższy gatunek polega jedynie na epickości, rozmachu, skupieniu się na motywie bezlitosnej zemsty.Tona amunicji, hektolitry ciemnej krwi, masa eksplozji i widowiskowej akcji.To już nie to, co kiedyś, brakuje tej unikalnej atmosfery, napięcia, rzeczywistego odczuwania emocji i adrenaliny u bohaterów.
"Gorączka" - film powstały w roku przyjścia na świat młodego Elvenoora."Gorączka" - niemal trzygodzinny seans wciągającej i pełnej napięcia historii, budowanej m.in przez Ala Pacino czy Roberta de Niro.Ich gra aktorska jak zawsze stanęła na wysokim poziomie, a to w połączeniu z genialną oprawą dźwiękową funduje niewymowne doznania."Gorączka"...cholera, naprawdę adekwatny tytuł!
Fenomenalny motyw pościgu porucznika Vincenta za mistrzowskim złodziejem Neilem, kulminacyjny podczas spotkania w restauracji i zakończony nocnym pojedynkiem na lotnisku.Ale nie samą akcją żyje człowiek.W życiu poznanych osób pojawiają się również dzieci i kobiety w niespełnionym małżeństwie.Problemy sercowe w różnym stopniu  wpływają na zachowania głównych bohaterów.Jak na dłoni możemy zobaczyć ich dylematy,  zrozumieć obie strony.Tu miłość nie wylewa się strumieniem szczęścia, słodyczą codzienności.
Motywów zemsty oczywście  nie mogło zabraknąć, jednak ocieka zajebistą atmosferą, klimatem siermiężnym, ponurym.Mało tu miejsca na przepych, widowiskowe sceny śmierci czy oklepane teksty (choć dialogi momentami są naprawdę niezłe).Prosta piłka, kilka celnych strzałów bez pieprzenia.
Na początku myślałem sobie "Eee, pewnie to będzie typowa ósemka, żadnych zastrzeżeń i mało pamiętny seans".Miałem tej recenzji nie pisać, bo miał to być film jak każdy akcyjniak.A jednak tak mocno wsiąknąłem, tak bardzo wkręciłem się w trans...I jeszcze ta ostatnia scena, przy której grzechem byłoby nie ronić łez!
Zapraszam, towarzysze! Zarezerwujcie wieczorem czas, by usiąść wygodnie i wtopić się w wygodną sofę przy akompaniamencie duetu Pacino - de Niro.Ja niestety musiałem zadowolić się wyłącznie średnio ergonomicznym krzesłem ;)







e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]