Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Magia Carola Lewisa 2014-09-30

Po prostu uwierz!
Od premiery pierwszego filmu z serii "Opowieści z Narnii" minęło niemal 10 lat.Pamiętam jak się wtedy zachwycano,mówiono o Carolu Lewisie,przywracano książki do łask.Nic mi wtedy nie mówiło ani nazwisko autora,narnijskie uniwersum było mi po prostu obce.Po obejrzeniu filmu na wypadzie klasowym w podstawówce byłem pod wrażeniem przeplotu fabuły z motywami pouczającymi rodem z Biblii,najstarszym scenariuszu świata.
Od miesiąca jestem w posiadaniu wszystkich siedmiu książek.Również od tego samego czasu zacząłem czytać dzieła Lewisa i muszę powiedzieć,że jestem oczarowany! Narnia wciągnęła mnie naprawdę mocno,choć bieżący czas nie pozwala mi na czytanie w każdym wolnym czasie.Jestem świeżo po lekturze "Księcia Kaspiana" a przed chwilą skończyłem rendez vous z adaptacją filmową pierwszej części,"Lew,Czarownica i Stara Szafa". Pierwszy raz się przy tym filmie popłakałem.Być może będąc jeszcze w tej magicznej więzi książkowej ze światem Lewisa lepiej dostrzegam głębię tego wyjątkowego fantasy. W końcu nie mamy tu do czynienia z klasycznym motywem "jesteś małym,nic nie znaczącym robakiem ale stanie się coś wielkiego i będzie ci dane zniszczyć zło ze strasznym królem/smokiem/czarownikiem na czele". Wchodząc do świata Narnii stajesz się kompletnie inną osobą.Wydarzenia dziejące się po drodze do grande finale mają na ciebie zbawienny wpływ,uczysz się nowych rzeczy,poddajesz w wątpliwość swój dawny charakter.Tak też jest w niemal każdym fantasy.Jednak po zwycięskiej bitwie,znalezieniu ważnego artefaktu,zniszczeniu niezwykle mrocznej siły,wracasz do domu tak niespodziewanie,jak wchodząc do Narnii.
Narnia bije swoim własnym rytmem,w ciekawym i niezwykle bajkowym rytmie.Jedyne co mógłbym zarzucić panu Lewisowi to zbyt krótkie książki.Jedną "na jednym wdechu" dałoby się przeczytać w dwie - trzy godziny.I co ważne,tylko osoba nie lubiąca uniwersum fantasy mogłaby to czytać "na siłę". Mamy tu motyw zdrady,przebaczenia,poświęcenia za bliźniego i "nawrócenia". W kolejnym tomie czytamy o niepewności,zaniku wiary w Aslana i odrodzenie Starej Narnii.Wojna Kaspiana o należny mu tron jest wg mnie taką "główno-poboczną" kwestią.Główną - bo wszystko się toczy w jej obrębie.Ale poboczną,gdyż nie da się nie zauważyć nastrojów Starych Narnijczyków,podzielonych na wierzących w stare podania o Dawnych Królach i tych,którzy wolą myśleć realistycznie,sądzą że wszystko stracone.Pod koniec przewija się też wątek wiary w słowa Aslana,który daje szansę Telmarom na powrót do ich rodzinnych stron,jednak muszą przejść przez  bramę,której nie widzieli.Tom trzeci opierać się będzie na wątpliwościach własnej urody (Łucja) i lęku o nieporadność w zajęciu miejsca starszego brata,Wielkiego Króla Piotra (Edmund).Można by pisać a pisać...
Jak oceniam filmy? Pierwszy ma kilka niedociągniętych momentów,w których jawnie widać komputerowe tło,choć nie psuje to specjalnie odbioru filmu i immersji z bohaterami.Adaptacja kinowa postanowiła dodać parę od siebie,zastępując tyle samo z książki,ale i tym razem nie zaszkodziło to filmowi.Na tle wszystkich trzech dotychczasowych jest to najbardziej udane,bajkowe dzieło oddające świetnie klimat Ker-Paravelu.W dodatku krajobraz(czeskie Skalne Miasto i wiele innych,których jeszcze nie kojarzę) fundują bogatą ucztę dla naszych oczu!Część druga wypadła o pół stopnia gorzej,trzymając jako tako poziom "jedynki". Można byłoby to lepiej,wierniej książkowo to zaaranżować,niemniej jednak podoba mi się ukazania barona Podlizara jako honorowego generała wrogiej strony,mimo pozostawienia jego angielskiego imienia: Glozelle (Oczywiście zgadzam się,że po polsku niezbyt wyszłoby użycie "Podlizara"). Efekty specjalne jeszcze bardziej podkręciły atmosferę starć z Mirazem,niestety ta bajkowość,to "Coś" z jedynki już jest słabiej odczuwalne.O trzeciej części rozpiszę się najmniej: specyficzna magia Narnii była odczuwalna dwukrotnie słabiej.Może to przez wzgląd na brak Piotra i Zuzanny,którzy z racji wieku już nie mogli wrócić do Narnii? A może to najzwyczajniej kwestia rozwoju z bajkowej przygody czworga dzieci do ich ostatecznego opuszczenia Narnii? Przyznam,że smutno mi się zrobiło czytając o losie dwojga najstarszych z nich,ale mam nadzieję,że nie wpłynie to bardziej na odbiór dalszych części.
Podejrzewam,że czwarty film już nie powstanie.Rodzeństwo Pevensie opuściło na dobre swoje królestwo,ale kto wie? Być może zostaniemy mile - lub niemile - zaskoczeni.Moim zdaniem JEŚLI takowy miałby być kręcony,to lepiej z lepszą głową niż do "trójki". Jeśli mamy robić kontynuację to albo porządnie albo wcale.Tyle jeśli chodzi o filmy,o książkach też już niemało napisałem.No cóż,zostawiam was z waszymi przemyśleniami,wspomnieniami i poleceniem odświeżenia urzekającej narnijskiej fantastyki po niemal dekadzie od premiery!
"Wesołych Świąt! Niech żyje Król!"


Szara Improwizacja 2014-09-28

Szare dni,szary świat...
Szare niebo objęte masą ciemnych chmur.Wyblakłe liście spadają z drzew,bladych jak śmierć.Przez ulicę idą ludzie,wolno,bez pośpiechu.Krople mglistego deszczu osiadają na ich płaszczach,nie chcąc spaść w dół.Kotara Nicości spowija ich ścieżki,obejmuje myśli,miesza plany.Mąci chłodne serca,w których od dawna nie widać choćby iskierki.Nikt już na to nie czeka,nie warto,bez sensu.Monotonia,chłód spowalnia pośpiech.Nie ma czasu na uśmiech,nie wystarcza spojrzeniu.Zima zbliża się ku nim,wiedzą o tym dobrze.Wolą nie myśleć o tym,co pewne.Co ma być - stanie się prędzej czy później.Wydaje im się jakby to było dziś,jakby to już zaraz miało się zacząć.Przyjdzie im jeszcze trochę poczekać.
Szare kobiety prowadzą swe dzieci.Nikt się nie cieszy,nie ma czym się zachwycać.Kwiat to kwiat - wyblakły,zwykły pęd roślinności.Słońce - blady żart,mieniący się paletą szarości.Kiedyś tak kłuło w oczy,dziś kreuje ciszę,nadaje brzmienie.Sens? Zaginął dawno,w odmętach Czasu,starego jak najmłodszy dąb.Młodość - nic to,nie wiesz co oznacza.Wyblakłe zdjęcia mężczyzn i kobiet pod kościołem,dzieci,samochodów,rodzin całych...lecz cóż to jest? Jaki cel? Zwątpienie.Bezradność.Obojętność.Świat już zwolnił,wie że pośpiech to kpina.Upadnie wszystko,spłynie z Wichrem Ostateczności,zapadnie w Niepamięć.Więc po co ten bieg?
Miłość?! Wspomnienie,błahostka,swawola! Okruchy,zgliszcza,szczątki,ruiny! Zimny Fallout zniszczył wszystko,pokazał Rzeczywistość.Obmył pozytywne,radosne oczęta,sprowadził do Poziomu Właściwego - bo Realizm jest Właściwy.Płoną listy,kwiaty tracą dech a obrączki gracą śmietniki.Gazety codzienni mówią to samo.Nic się nie zmienia.Chłód spowija miasteczka,miasta,metropolie...Zawitał już do obór,stajen,chlewów i chat.Na polach wzrasta Rdzawy Plon.Będzie z niego chleb.Zwykłe,normalne,niczym nie okraszone pieczywo.Sens wypieku - przetrwać.Sens przetrwania - porzuć myśli.
Liście.One wiedzą o Marzeniach,dawno zapomnianych.To nie wolno,nie można.Zakazane.O rodzinie,szczęściu,miłości,Tej Wyśnionej - niewłaściwe.To osłabia.Niszczy.Zatraca.Zabija.Akcje prosperują,ceny pną się w górę.Sprzedaż serc - obrotna! Opłacalna! Efektywna! To naprawia,reguluje! Stabilizacja! Dyski Duszy idą drogo,drogą wprost do Bagien Mroku.Wiatr przygrywa hymn państwowy - koniec rządów serc i ducha! Wiwat Szarość,Mrok,Zwątpienie! Suche oko - zdrowym okiem!
Bóg utracił nieśmiertelność.Umarł Pan,nie żyje On! Boskość słaba,bez znaczenia.Nie dać za nią choćby grosza! Śmierć?! Samotność?! Przebaczenie?! Tu bez niego życie Wieczne! Leci w dół Korona Nieba.Aż tak mała - nie do wiary!  W szachu trzymał Śmierć i Życie,złączon z Ziemią w niemej władzy.Cóż się stało?! Gdzież twe Niebo?! Niebo Ziemią teraz zwie się!Jakże słodka gorycz Życia! Jakże gorzka słodycz Śmierci! Jedno,drugie - nic w istocie! Bladość,Bezruch,Czar - Stagnacja.
Nie ma dnia tu,nie ma nocy.Wieczne Słońce,Blady Okrąg.Domy płaskie,szeregowe.Proste w swoim stylu - pozbawione zbytku Okien.Spokój ciała,rytmu pracy,stylu życia - norma Wieku.Technologia,komfort,moda! Co najlepsze,co potrzeba! Wszyscy chwalą,przestrzegają - dołącz do nas,do całości! Grupa nasza jest jedyna - Słuszna,Prawa i Konieczna! Szary Kruk nad nami czuwa! On zwiastuje nieskończoność! Bo tak będzie już.Bez końca.


Przedwiośnie 2014-09-27

Świat jest chory...
Odwiedziła mnie dzisiaj znajoma.Od roku ma indywidualne,z powodów osobistego konfliktu z co niektórymi z naszej klasy.Było z nią krucho,właściwie do dziś nie rozumiem co się z nią wtedy działo.Jednak po przejściach,indywidualnym toku edukacji i kilku wzlotach wreszcie się unormowało.Patrząc na nią,nie mogę wyjść z powdziwu ile się nacierpiała i jak mocno uodporniło ją doświadczenie.Opowiedziała mi m.in. dlaczego aż do ostatniego poniedziałku nie miała zajęć w szkole.
Jej mama jakiś czas temu założyła fundację pomocy dla dzieci z autyzmem.Pracuje tam z koleżankami nie pobierając żadnych opłat,za to dokładają wszelkich starań by pomóc swoim podopiecznym.Początkiem sierpnia,przed wyjazdem do Holandii,moja znajoma wyrabiała sobie zaświadczenia w poradni.Chciała mieć wszystko gotowe na rok szkolny i nie zawracać mamie głowy.Ale aż do połowy września nie przyszły jej żadne papiery.Dlaczego? Okazuje się,że mniej więcej w tym czasie,gdy Gabryśka wizytowała poradnię,jej mama zerwała kontakt z fundacją autystyczną z Rzeszowa.Ich badania były bardzo kosztowne i nie przynosiły żadnych rezultatów,a nawet stan jednego chłopaka kompletnie się pogorszył.Nie można było pozwolić na współpracę z takim oszustwem.Niestety decyzja o zerwaniu stosunków była fatalna w skutkach.W poradni także działało stowarzyszenie wspierane przez Rzeszów,więc w ramach zemsty starali się przedłużyć termin wykonania wszelkich formalności.Dodajmy do tego szydercze "Niech się pani lepiej zajmie córką!" prosto w twarz i mamy pierwszy objaw zwyczajnego skurwysyństwa.Idźmy jednak dalej.
Powrót Gaby się nieco przedłużył.Pracowała przez wakacje z jedną lafiryndą,której wpadł w oko chłopak mojej kumpeli.Z czystej nienawiści nie poinformowała swojej "znajomej" o kilku "małych" szczególikach,gwarantującej jej wypłatę całego wynagrodzenia.Gaba nie miała lekko.Płacz,załamania,bieganie w tę i na zad za czymś,co już dawno powinno być zrobione.Do tego jej pracodawca i inna koleżanka - holenderka,patrzący na młodą Polkę z nienawiścią.Niby zwykła praca przy korzonkach,a tak bardzo dobija.W opowieściach Gabryśki Holendrzy dobrze płacą,ale sami są wiecznie leniwi,nieskorzy do pracy.Niby mają legalne "zioła"i "homosiów",a już o drugiej po południu knajpy pękają w szwach.
Mam w Belgii wujostwo.Ciotka sprząta w różnych miejscach,wujek robi w remontach a dzieciaki chodzą do szkoły.Podczas mego pierwszego pobytu w Antwerpii zabrali mnie raz do jednego z ich miejsc pracy.Belgowie,do których się udaliśmy,mieli dość duży dom z ogrodem i piwniczką na wina,całkiem urokliwe miejsce.Tak czy siak mama pomagała ciotce a dziadek wujowi.Obserwując ich pracę,wydziałem jak im jest ciężko,dzień w dzień.Robota ta sama,a jednak dokładna,rzetelna,wyczerpująca.Bo "Polak musi harować". Moja mama twierdzi,że to źle i powinno się pracować jak Belgowie,choć nie wyobrażam sobie Polaków np. ścinających żywopłot przez dwa miesiące,którzy kończą robotę w jej połowie.A właśnie tak pracują mieszkańcy Niderlandów.Powoli,leniwie,niedokładnie...Niech Polaczki przyjadą,zrobią to lepiej,sprawniej i będzie można poczuć się jak pan!
I teraz tak nad tym wszystkim myślę,kręcę głową i czuję,że jest bardzo,bardzo nie tak z naszym światem.Ile w nas jest zła,ile zawiści,"bólduperstwa"! Ile pieniędzy musi mieć człowiek,by poczuł,że ma dosyć? Ile kłód musi wypuścić innym pod nogi,by dać sobie spokój? Czemu zawsze tak jest,gdziekolwiek nie pójdziemy?Czemu ludzie "z wyższych sfer" muszą pomiatać "przeciętniakami"? Czy naprawdę musimy wszystkich klasyfikować,dzielić tak,że albo nienawidzimy albo kochamy? Gdzie się podział szacunek? Taki zwykły,prosty,szczery...ludzki? Czemu widząc szczęście innych,powodzenie bliźniego nie umiemy się z tego cieszyć,tylko wiecznie marudzimy i próbujemy wszystko niszczyć?
Nie zgadzam się na to.Nie zgadzam się na niesprawiedliwość.Wyrażam sprzeciw wobec pomiatania,zawiści,sukinsyństwa i wszelkiej kombinatoryki "na pohybel zwycięzcom".Nie godzę się na życie w takim syfie,nie mogę patrzeć na ludzką obojętność i wieczną walkę międzyludzką.III wojna światowa trwa od dawna,choć nikt o tym nie mówi.Nie ma wybuchów,strzelanin czy bombardowań a codziennie upadają ludzie,wzrasta liczba ofiar.Krwawią serca,dusze i nieraz ciała.I nie ma choćby kilku osób,które mogłyby to zmienić,choćby jedna jednostka się zerwała.Domyślam się,że są pewnie tacy jak ja,którzy chcieliby coś zrobić,ale baliby się.Rewolucjoniści,milknący na widok kordonu policji.
Dziś wieczór nie jestem Mateuszem,nie jestem Zwi@dowcą,Elvenoorem.Dziś protestuję wobec niesprawiedliwego Świata o równouprawnienie Systemu! Chcę zmian,reform,ustaw,nakazów,przykazań,przepisów.Czas opowiedzieć się za Bezbronnymi.Nazywam się Cezary Baryka.


Piekło Lekturowe 2014-09-20

Założenia były dobre.Ale wykonanie...
To już czwarta technikum.Kilka przedmiotów ubyło,niewiele doszło,a jeszcze kilka dostały więcej godzin.Czas mija nieubłaganie,każdy straszy,pospiesza,że to już czas.Matury,terminy,egzaminy zawodowe,wszystko na szybko,bo 5 grudnia zakończenie semestru.Coraz więcej pytań,wątpliwości,obowiązków,nauki...I wśród tych koniecznych prac do wykonania ciągle pozostaje jedna,niezmieniona od dekady podjęcia edukacji: czytanie lektur.
Podstawówka,gimnazjum,licea/technika...Wszędzie trzeba czytać,nie ma rady.Trzeba omówić,poruszyć problematykę,przedstawić dany utwór.Jednak o ile początkowe nauczanie i gimnazjum dawały w miarę dobry czas,o tyle od początku szkoły średniej jego ilość jest odwrotnie proporcjonalna do liczby lektur.Pożyczamy więc te nudne wypociny,pisane nieraz starszą polszczyzną.Odkładamy na półkę i w dzień przed omawianiem czytamy streszczenia,bo za każdym podejściem do książki coraz bardziej nie chce nam się czytać.Nudne to jak flaki z olejem,na dodatek trzeba jakieś hasła wyłapywać,motywy,związek z epoką literacką...
I w ten oto sposób - zamiast dostrzegać piękno danego utworu,utożsamiać się z głównym bohaterem i wg własnych przekonań ocenić postępowanie protagonisty - szkoła ciśnie nam to na siłę,próbuje wbić do głowy wszystkie nazwiska,zdarzenia czy hasła przewodnie.Ich bierne podejście "programowe" tylko pogarsza sytuację,nie widać po nich żadnego zainteresowania omawianą treścią.Mało tego,są i tacy,których nie obchodzi czy książka jest przeczytana czy nie - treść ma być obeznana w 100%,choćby ze streszczenia.Oto dlaczego mamy takie,a nie inne podejście do tematu:
1)Czas - a właściwie jego brak.Dwa tygodnie czy miesiąc (przy grubszej sprawie) na przeczytanie całości.Jakbyśmy nie mieli jeszcze innych przedmiotów do nauki,domowych obowiązków i własnego życia.Pomijam tu korzystanie z wolnego czasu,bo to kwestia indywidualna,ale siłą rzeczy nawet najbardziej ogarnięty gościu nie obrobi jednej lektury "na siłę" w dwa tygodnie.Choćby nie wiem co!
2)Nuda - tutaj mamy bardzo poważny problem.My młodzi nie jesteśmy przyzwyczajeni do archaizmów,starszej polszczyzny,pierwszy raz na oczy widzimy niektóre słowa.A niestety i sama treść opiewa na typowo "programową" monotonię.Wokulski jako laleczka panny Łęckiej,Baryka jako młody socjalista,jakiś Kmicic,który chce się zrehabilitować itd.Bardzo mała część z nas jest tym zainteresowana.Choć może to być spowodowane przez...
3)Niechęć do czytania - lepiej oglądnąć jakiś dobry film,iść na imprezę,szaleć i bawić się do kaca nad ranem,niż chwytać po "niemodną,przestarzałą" książkę.Książki nie są "cool",zwyczajnie widząc ich grubość już niektórym się odechciewa.A szkoda.
4) Program nauczania - z tego co słyszałem w gimnazjum omawia się teraz inne lektury niż za moich czasów (jak to brzmi!).Niektóre tytuły wywołały u mnie lekkie zdziwienie i niedowierzanie.Mam przynajmniej nadzieję,że nadal przynajmniej większość obowiązkowych książek będzie stanowić polska,klasyczna literatura pokroju "Zemsty","Pana Tadeusza" itp.Nie wyobrażam sobie,żeby następne pokolenia nawet nie potrafiły sklecić choćby kilku zdań na temat każdej z nich! Jakieś ciekawsze pozycje,bardziej zachęcające po czytanie też nie byłyby złe,ale bez przesady.
5)Bierność nauczycieli - prosta piłka.Nauczyciel-pasjonata to taki,który potrafi powiedzieć np. "Słuchajcie,to jest faktycznie trochę głupie,nudne i mało ciekawe ale w następnej będzie taki a taki bohater,który zrobi to i tamto!". Ku mojemu ubolewaniu taka osobowość jest bardzo rzadko spotykana.Lektury stanowią dla nich coś suchego,nieciekawego,co trzeba przerobić,przetłuc i przemalować na maturze.Nawet omawianie różnych wierszy jest podyktowane wizją autora."Analizuj jak chcesz,ale masz umieć to,co ja ci podam!".I faktycznie,tak nauczony człowiek widzi coś w stylu "Aha,jest to i to,czyli to jest motyw pracy,pozytywizm,propagowanie pracy u podstaw"- i tyle.Nie widzimy nic więcej.
Każdy z nas ma swoje osobiste podejście do czytania.Nie hejtuję osób,które nie mają swoich prywatnych książek,czytanych w domowym zaciszu.Rozumiem wszystkich "streszczeniowiczów",bo i ja czasem zaliczam się do ich grona.Nie rozumiem polonistów,nawet jeśli czytają pozycje na wyższym poziomie niż szkolne lektury.Nie pojmuję jak oświata może chcieć nas zapoznać z wielkimi tytułami,osiągając odwrotny skutek przymusowym czytelnictwem ograniczonym czasowo.Nie mam bladego pojęcia jak moi rówieśnicy mają nabrać większej ochoty do samodzielnego szukania własnych książkowych wrażeń,przy takiej a nie innej sytuacji w szkole.
Bądźcie pozdrowieni wy wszyscy,którzy nie tyle rozumiecie,ile sami czytacie nie tylko lektury!


Martin Luter v.2 2014-09-17

I tak wali się Wiara...
Wczoraj na religii czytałem dla klasy podyktowany przez księdza wywiad z pewnym egzorcystą,który opowiadał o mocy i skutkach przekleństw (nie mylić z wulgaryzmami) i klątw.O ile mała część ludzi zwraca się do wiedźm i wróżbitów,o tyle słowa pokroju "Niech cię diabli wezmą!","Niech cię piekło pochłonie" itd. mają nieść za sobą bardzo wielkie nieszczęścia.Dodatkowo,jeśli człowiek jest z dala od Boga,żyje w grzechu i odchodzi od Kościoła,przekleństwo przezeń rzucone ma dużą szansę na spełnienie.Jednak jeśli osoba przeklinana jest w wierze umocniona,to urok odbija się w drugą stronę.Ksiądz wspomniał nawet kilka znanych sobie przypadków,m. in swojej znajomej.
Po powrocie do domu odbyłem z mamą dość ciekawą dyskusję na ten temat.Mama akurat jest bardzo wierząca,ale bardziej szanuje prawa boskie niż kościelne (ludzkie). Nie spodziewałem się zatem jakiejś większej reakcji z jej strony,tym bardziej iż udowodniła to czystą autosugestią - jeśli np. wmówisz sobie,że coś co zjadłeś było zatrute i mocno w to uwierzysz,to niechybnie wylądujesz w szpitalu.Muszę przyznać,że to byłoby logiczne,nasz mózg jest przecież kontrolerem całego organizmu.
Wspomniałem jej także o tzw. "czarnych księgach" i przypadku faceta,który umierał ok. 14 godzin,dopóki nie przekazał mrocznej wiedzy swojemu synowi.Mama jednak zbyła to machnięciem ręki i temat rozszerzył się wreszcie na cały Kościół.Zgodziłem się z nią w kwestii zmniejszenia pedofilii wśród księży poprzez zniesienie celibatu.
Bo właśnie to mnie wkurza: wg Jezusa to facet miał być górą,jeśli chodzi o duszpasterstwo.Ale nigdzie nie jest napisane,że duchowieństwo wyklucza posiadanie małżonki! Owszem,niby ksiądz nam coś swojego na ten temat tłumaczył,ale to całkowita bzdura! Myślałem wiele razy nad swoją przyszłością,zastanawiałem się,bo czułem - i czuję nadal - wizję duchowieństwa.Ale nie chcę rezygnować z posiadania cudownej kobiety przy moim boku - jeśli miałoby to kiedykolwiek miejsce.I im dłużej nad tym myślę,tym bardziej rozważam ewentualne odejście formalne od kościoła katolickiego i przejście na protestantyzm,dokładnie do zboru ewangelicko-augsburskiego.
Patrząc przez pryzmat historii,Kościół to była i jest jedna  wielka organizacja liżąca sobie tyłki,która nic sobie nie robi z przestrzegania praw,które tak "wyniośle" głosi każdego dnia.W średniowieczu było to najlepiej widoczne,choćby przez kupowanie stanowisk kościelnych,wielkie majątki czy kupowanie odpustów za pieniądze.Dopiero w 1717r. Luter pokazał,że ma jaja i wywiesił manifest na drzwiach kościoła w Wittenberdze.Podważenie nieomylności papieża,śpiewanie psalmów,czytanie Biblii na głos czy liturgia w języku narodowym.Luter chciał zaprotestować,powiedzieć "Stop!" tej fanaberii i wreszcie umożliwić każdemu wiarę pełnym sercem i całą duszą.
Niestety dziś nawet papież Franciszek - który sam jawnie przyznał,że jest tylko człowiekiem i ma prawo do pomyłek - nie jest bezpieczny.W obawie o zdrowie i życie krewnych,strachu wobec największych magnatów Kościoła i świadomości własnego wieku zapowiedział,iż nie chce być papieżem do końca życia,że wytrwa jeszcze rok,może dwa.Zainteresował sobą cały świat,wielu zdecydowało się wrócić do Wiary.Jednak nadal,mimo wszystko,są "Ci wielcy","Magnateria Duchowna",sterująca swoją instytucją jak w każdym z polskich ZUS-ów.
Mama powiedziała wczoraj bardzo piękne zdanie,wyjęte rodem z Biblii.Zacytowała słowa Jezusa,który zwrócił się do pewnych ludzi "Bardziej szanujecie swoje prawa,niż moje". Jakby to człowiek był ponad Bogiem.Wiecie z poprzednich notek,że nie jestem mega wierzący,nie modlę się,nie chodzę na msze ani nie próbuję już walczyć z nałogiem.Jednak stojąc z boku widzę lepiej pewne sprawy.W jednej z poprzednich notek,miesiąc temu,(może dwa) podjąłem temat wiary jako narzędzia propagandowego dla polityki i usprawiedliwiania swojej "wyższości". Jednak dopiero teraz,zainspirowany wczorajszym dniem,mogę spojrzeć pod jeszcze innym kątem.
Podsumuję to krótko: dajcie księżom swobodę,niech mają te żony i założą własne rodziny a jednocześnie udzielają się w duchowieństwie! Mając własne rodziny nareszcie będą wam na kazaniach nie tyle doradzać,ile dzielić się własnymi spostrzeżeniami z własnego życia.Wasze dzieci będą znacznie mniej zagrożone niż teraz,a zmniejszając role instytucjonalne Kościoła nareszcie wprowadzi się ład i porządek.I będzie tak,jak być powinno!


Autorytet Większości 2014-09-06

Kogo słuchać?
Mając do wyboru wiele dróg,człowiek z zasady szuka autorytetu.Żyję na tym świecie już 19 lat,a nadal nie pojmuję czemu 95% mojej szkoły łazi na te imprezy tylko po to,żeby przebalować i przepić całą noc.Nie jestem w stanie zrozumieć jak kogokolwiek może to kręcić! A przecież nie jestem typowym "sweterkowym mądralo-nerdem",technika niezbyt mnie interesuje,w zeszytach aż tyle znowu nie siedzę,nie jestem molem książkowym (mimo że trochę czytam). Jestem,zdawać by się mogło,normalnym.Ale czym jest ta "normalność"? Czy "normalny" oznacza "mądry,wykształcony,w miarę kumaty chłopak",czy może raczej "towarzyski,imprezowy koleś,otwarty na różne propozycje"?
Siedząc pod klasą na przerwach,obserwując każdego ucznia i wdając się w różne pogawędki ze swoją klasą,odnoszę dziwne wrażenie jakbym nie pasował do tego świata.Jakbym też  się musiał taki stać,choć tego nie chcę.Nawet nie wiedziałbym od czego zacząć,aby być "tacy jak oni".Nadal nie mogę dojść do źródła ich stylu bycia,jak to się zaczęło,kto pierwszy rozpowszechnił koncept głośnej młodości.Taki "nowoczesny" tok myślenia wprowadził mnie w konsternację - czy to z nimi jest coś nie tak,czy może to ja jestem już za młodu takim starym piernikiem,który nie wie co to "dobra zabawa"? Nierzadko mam do siebie wyrzuty o to,jaki jestem.
Co w przypadku,jeśli faktycznie to ja jestem niemal nieciekawym człowiekiem,którego niewiele interesuje? Prostota,porządek,mało skomplikowany styl życia,trochę luźniejsze podejście do różnych spraw...naprawdę to wszystko  nic nie znaczy? To oni idą za wszystkimi w złą stronę? A może to tylko ja się wybiłem będąc sobą,takim jakim chcę,choć właśnie to mnie wycisza,izoluje,"wyodrębnia"?
Zewsząd oblegają nas niezliczone opinie,założenia,idee,plany i przestrogi.Czujemy się nieraz jak w centrum wielkiego wirującego kręgu.Niepewność,obawy,troski,uprzedzenia.Jedni mówią "zrób to i to,przyjdź do nas,zadawaj się z najlepszymi!". Tymczasem za drugą rękę już ciągną cię inni,głoszący wręcz odwrotne hasła.I bądź tu człowieku mądry,jeśli dojdzie jeszcze kilku do wyboru.Tylko kto ma rację? Do tej pory nie umiem sobie odpowiedzieć nawet na jedno z powyższych pytań.Wciąż robię ,co robię,staram się pozostać w swojej naturze,choć czuję że to trochę nie tak.
Za kim idę? Co mnie prowadzi? Gdzie chciałbym dojść? Tyle wymagań,oczekiwań,planów na życie! W końcu za rok studia,pierwsza praca,dorosłe życie...
Każdy był kiedyś młody.Każdy przeżywał mniej więcej to samo.Wtedy umysł jest "najświeższy",pożąda coraz to nowszych odkryć,badań i doświadczeń.Człowiek chce poznawać świat,który go otacza.Niestety nie zawsze trafia na żyzny grunt,który zapewniłby mu to,co najlepsze.Czuję po sobie,że mimo swojej odrębności,świat stacza się mimowolnie,aż do Apogeum,które zdepcze wszystkich nieprzygotowanych.Katastrofa naturalna,kataklizm wojenny,zagrożenie z kosmosu...różnie może być.Ale jakkolwiek by się nie stało wątpię,czy moi "towarzyscy" znajomi sprostaliby tej Przeciwności.
Jednak obawiam się,że i ja nie potrafiłbym jej przetrzymać,poległbym pod jej ciężarem na równi z całą resztą.Dziś albowiem nie prowadzi mnie Głód Romantyka,chęć znalezienia miłości,stworzenia rodziny,ani podjęcia wyzwań losu.Dziś mam całkiem inny,nieco smutniejszy plan "na życie". Opiszę go wam w stosownym czasie.Póki co zostawiam was własnym przemyśleniom.Co wami kieruje,z kim i gdzie podążacie? Idziecie za całą resztą,słuchając tego,co inni "odkryją",czy na własną rękę badacie swoje otoczenie?


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]