Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Karkonosze #5 Krizikova Fontanna [THE END] 2014-07-28

Słońce zachodzi,Praga ciemnieje...
Podjechaliśmy autokarem pod otwarty teatr świetlnych fontann.Wstęp 200 czeskich koron za osobę.Każdy z naszej grupy stałby w kolejce nie wiadomo ile,więc przewodnik zaoferował się,że to on pójdzie kupić za wszystkich bilety.Przekazaliśmy mu kasę jeszcze w autobusie,więc po niecałych dziesięciu minutach,pełen zadowolenia z ciekawego zbiegu okoliczności,wrócił z mnóstwem karteczek.Jak sam to powiedział "Nie ma to jak kolega przy kasie i świadomość wepchania się przed Ruskich!"
Szybka toaleta przed spektaklem i wszyscy oblegli duże,kamienne trybuny ustawione w półokrąg.Naprzeciwko nich były platformy na których występowali tancerze.Zaraz za basenem wodnym był duży budynek,coś na kształt pałacu.Arkady i niezwykła architektyra skrywały w sobie kulisy i pomieszczenia dla aktorów.Widownia była lekko oświetlona,lecz póki co nie było potrzeby włączać innych świateł niż przyziemne,ogrodowe latarnie.Czekaliśmy dobry kwadrans,choć ustalona 21:00 już minęła a turyści wchodzili nadal.Zapewne organizatorzy tego całego przedsięwzięcia wolą iść na rękę każdemu i poczekać ile tylko się da,ażeby każdy mógł obejrzeć przedstawienie.Ma to sens,biorąc pod uwagę kolejkę do kasy.Poza budką z biletami sklepów tam brak,jedynie toaleta już za bramką.
W spokojnym oczekiwaniu na rozpoczęcie przed nami,na niższym poziomie dosiadła się grupka młodych Anglików.Cały czas się śmiali,gadali o pierdołach.Jeszcze nie wiedzieć po co wnieśli piwo,każdy miał w ręku duży,plastikowy kubek z piwem.I weź tu takich wyproś,jak nie da rady! Szczęściem sami się przenieśli po kilku minutach,więc aż do pierwszych zapowiedzi było spokojnie.
No i nareszcie,przy kwadransie opóźnienia,światła się zapaliły.Kilku lektorów zaczęło zapowiadać nadchodzący spektakl,każdy w swoim języku: czeski,niemiecki,angielski,polski,hiszpański,fransuski i włoski.Każdy musi usłyszeć w swoim języku,by wiedzieć co w ogóle jest grane.A balet na tamten wieczór nosił tytuł "Dziadek do orzechów".Tata ku mojemu zaskoczeniu znał tą sztukę i już nie mógł się doczekać choćby tylko z tego powodu.Ja również byłem pełen euforii ale raczej ze względu na ciekawość działania fontann,to jak będzie wszystko zaaranżowane.
Zaczęło się.Następna godzina była niczym innym,jak ucztą dla moich wszelkich artystycznych zmysłów! Taniec,muzyka,obrazy scenografii wyświetlane na słupach wodnych gejzerów,żywe barwy krystalicznie czystej wody,niesamowite zgranie aktorów...Ten balet był po prostu fenomenalny! Jeszcze nigdy moja dusza nie była tak mile połechtana artystyczną bryzą najwyższej klasy! Z pewnością taka forma mogłaby mile urozmaicić spektakle wielu miłośników dobrej sztuki czy baletu.To jednak coś więcej niż scena.Krizikova Fontanna to więcej niż teatr! Odbywają się przy niej nie tylko sztuki klasyczne,ale i koncerty orkiestry pod dyrygentem,a także pokazy wodno-świetlne przy muzyce znanych piosenkarzy starszych i nowszych.Tu każdy znajdzie coś dla siebie,choć dla mnie taka forma baletu - nudnej części sztuki dla wielu z nas - jest naprawdę nie tyle łatwo przyswajana ile dająca się pokochać!
Wracając autobusem,przy wtórze nocy i szumu autokaru aż nie chciało mi się wierzyć,gdy jeden facet z naszej grupy,fotograf,mówił do swojej dziewczyny,że to było dla niego tak nudne,jak puszczenie dwa razy Transformersów.Aż chciałem mu grzecznie wytłumaczyć,z należytym szacunkiem,jak powinno się odbierać sztukę.Zdrowy rozsądek podpowiedział mu jednak,że lepiej się nie wtrącać...do tej pory nie wiem co o tym myśleć.
Nieznacznie po pierwszej wróciliśmy do naszej bazy w Lewinie.Jutro,koło jedenastej przed południem czekał nas wyjazd i kilka minut drogi,przede wszystkim po autostradach,nieoznakowanych blokadach zjazdów i kręcenie się w kółko.Do deszczowej Dębicy wróciliśmy dopiero po czwartej "p.m" , jak mówią Anglicy.Już przy wjeździe do naszego ukochanego województwa dało się wyczuć zmianę pogody,powrót zachmurzeń i deszczu.Mimo wszystko nie żałuję tej wyprawy.Nowe miejsca,doświadczenia,przeżycia.Czegóż chcieć więcej?
Do pełni szczęścia brakowałoby tylko wakacyjnej miłości,he he.Ale nie można mieć wszystkiego ;)


Karkonosze #4 Praga albo Lentilek smak 2014-07-26

To już ostatni dzień!
W środę miał nas czekać smutny powrót na deszczowe podkarpacie.Cały ten czas nie mieliśmy ani jednej chmurki na niebie,ciągle tylko upał i wymarzona pogoda na kąpiel w jeziorze.Jednak na razie był wtorek - dzień całodniowej wycieczki do Pragi.
Cieszyłem się na to całym sobą! Lekko przed dwunastą autobus podjechał pod przystanek oddalony od naszej bazy wypadowej o dziesięć minut.Podróż autokarem początkowo nie trwała zbyt długo.Parę chwil po wyjeździe z Lewina przewodnik opowiedział o mijanym przez nas moście.Wyglądał jak antyczny akwedukt.Wyjaśniono nam,iż filmowcom od "Opowieści z Narnii" tak bardzo spodobała się owa budowla,iż zrobili jej zdjęcie i w zmienionym komputerowo otoczeniu wstawili ją do filmu.Po kilku minutach zajechaliśmy pod Jeleniów i granicę.Wymiana walut,drobne,w miarę tanie zakupy czeskich specjałów (czekolada z marihuaną,czeskie piwa,a nawet Lentilki),dziesięć minut i w drogę.Po następnym niemalże kwadransie,lekko za granicą urządzono kolejny postój na toaletę i szybki obiad,tym razem nieco ponad pół godziny.Powiem wam,że czytając czeskie menu sam byłem w szoku nie mogąc się rozeznać co jest co.Z pomocą rodziców rozkminiłem porcję jajecznicy na szynce i postanowiłem ją zamówić.Rodzice wzięli jakieś dziwne kluski śląskie i tajemniczy gulasz.Po obiedzie wizyta w toalecie (niestety płatnej-Czesi zarabiają na wszystkim - i niestety z kabinami bez zatrzasków) i wznawiamy jazdę.
Minęły trzy godziny i wreszcie zajechaliśmy do Pragi.Przewodnik wyjaśnił,że kiedyś to były cztery miasta ale złączono je w jedno,więc może nam sie wydawać iż jest to jedno wielkie stare miasto.Podzielił się także wielką dbałością Czechów o swoje marki.Choć znane światowe koncerny wykupiły kilka czeskich firm,to nadal można spotkać ten sam produkt pod czeską nazwą ( dobrym przykładem są Lenitlky,które mimo wykupu przez Nestle,wciąż utrzymują swoją nazwę,formę długich tubek i dobry smak).
W pierwszej kolejności zwiedziliśmy klasztor dominikanów,choć można by się sprzeczać czy przechadzanie sie od bramy do muzeum miniatur i z powrotem ( z opowieścią m.in. o krowim zbeszczeszczeniu jednej ze świątyń w tle) można by ująć jako pełne zwiedzanie.Po kilkuminutowej opowiastce pana Piotra (przewodnika) udaliśmy się do Muzeum Miniatur.Obłędne! Jakiś starszy jegomość robi bardzo małe dzieła sztuki na tak cienkich materiałach jak skrzydło ważki,łupinka orzecha czy uszko od igły! Facet ma naprawdę wielki talent.Polecam każdemu zapoznać się z jego niecodziennym hobby!
Gdy wszystkie "ochy" i "achy" nad sztuką już minęły,poszliśmy na spacer po Starym Mieście po drodze słuchając historyjek o zachowaniu się czeskiego majątku przez lata wojen,nieszczęściu politycznym premierów tutejszego rządu czy ministrze spraw zewnętrznych,który już kolejny rok doskonale wykonuje swą pracę.Praga to cudowne miasto,z niezwykłą architekturą.Szczególnie mocno to widać po Praskim Hradzie,czyli wielkim pałacu w którym urzęduje prezydent.Przeszliśmy przez niego do katedry św. Wita.Jej ogrom zwalił mnie z nóg,prawie dosłownie.Dopiero teraz przypomniałem sobie jak się budowało takie cudeńka w średniowieczu i ile było przy tym pracy! Niestety nie było nam dane wejść do środka.Zatrzymał nas postój na toaletę,kolejna opowieść przewodnika i parę jego żartów o magicznych właściwościach wody z pobliskiej fontanny,które  już znałem.
Znowu postój na widoki,zdjęcia,coś do jedzenia.Tym razem przy punkcie widokowym niedaleko pobliskiego Starbucksa.O osiemnastej nastąpiła mniejsza honorowa zmiana warty,po której obejrzeniu udaliśmy się dalej.Kolejne opowieści,m.in i wspólnym wypadzie na piwo Wałęsy i Havla do mijanej właśnie kawiarni "Kocur" i dawnych podsłuchach w konfesjonałach jednego z kościołów.Szliśmy dość długo,ale mimo wszystko nikt nie narzekał.Nie było mowy o bólu nóg w obliczu tak pięknej okolicy! Przechodząc przez Most Karola,koło znanych tablic,czułem magię tego miasta.Nawiązując z kolei do wspomnianych kamiennych rzeźb jest taki przesąd: dotkniesz lewej strony,prztytrafi się miłość;dotkniesz prawej - znajdziesz fortunę.Chyba jako jedyny postanowiłem nie wybierać żadnej opcji.Wiem,że to tylko takie symboliczne,ale mimo wszystko sobie podarowałem.Wędrując między nowoczesnymi sklepikami dotarliśmy pod zegar Orloj.Niespotykany to mechanizm,bowiem nie tylko wskazuje godzinę i aktualny znak zodiaku,lecz zwiera w sobie dwa małe okienka,w których przewijają się Chrystus i jego uczniowie.Taki zegar mógł stworzyć tylko wielki geniusz - pomyślałem wtedy.I rzeczywiście,przewodnik opowiedział o jego zabójstwie zmotywowanym egoizmem narodowym - aby takie dzieło było jedno jedyne,tylko w tym miejscu.
Wybiła dwudziesta.Czas na godzinną przerwę,na placu św. Wita.Pochodziliśmy,posiedzieliśmy,napiliśmy się czegoś.Musieliśmy się przygotować,albowiem następnym naszym celem,juz ostatnim miał być spektakl przy Krizikovej Fontannie: magiczny,wypełniony w stu procentach czystą sztuką i potęgą techniki wodotrysków.Ale  to już temat na kolejny,ostatni wpis dotyczący praskiej podróży.Chcę aby czytało się wam lekko,przejrzyście i z odpowiednią ilością tekstu do przyswojenia,wbrew zasadzie "TLDR".
Wieczorem wyczekujcie mojej relacji z wyśmienitej uczty dla oczu,uszu i artystycznego serca oraz podsumowania z całej górskiej wycieczki.Do jutra!


Karkonosze #3 - Skalne Miasto 2014-07-26

Wreszcie piękniejsze przeżycia!
Dzień czwarty zaczął się jak zwykle śniadaniem.Poprzedniego wieczoru dowiedzieliśmy się,iż jadalnia przeznaczona jest dla gości i można zjeść śniadanie po ludzku,bez gramolenia się przy małym stoliku w pokoju.To było duże pomieszczenie z kilkoma stolikami,przy każdym stały cztery krzesła.Pod ścianą stał mały parapecik a przy nim okienko.Ciężarna młoda gospodyni robi śniadania i obiady dla turystów,jeśli tylko dostanie cynk od większej liczby przyjezdnych.Zarówno ona jak jej mąż są bardzo mili i sympatyczni,być może kiedyś tam jeszcze powrócę.
Ale mniejsza,jedziemy w końcu do Teplic nad Metuji! Był kolejny gorący późny ranek.Mieliśmy GPS'a i mapę,ale nie dawało to nam zbyt wiele.Czechy w mniejszych mijescowościach przygranicznych są nieoznakowane tak,jak być powinny.Parę razy gubiliśmy drogę,ojciec się wściekał,bo mieszkańców o drogę nie spytamy.Język angielski nieobcy jest chyba zaledwie małemu odsetkowi całej czeskiej społeczności a po ich ojczystym języku nikt z nas włada zbyt biegle.
No,ale jakoś to poszło,w samo południe podjechaliśmy na spory,zajęty przez liczne pojazdy parking.Wypatrzyłem kilka wiodących rejestracji takich,jak czeskie,polskie czy holenderskie.Na nasze szczęście-nieszczęście musieliśmy na miejscowym kantorze wykupić czeskie korony,bo tylko taką walutę przyjmują.To wcale nie głupi pomysł robić płatny parking,postawić w pobliżu kantor,sklepy z pamiątkami i jakieś budki z jedzeniem.Zaiste,niemały interes.
Waluta wymieniona,bilety kupione - można wchodzić.Już pierwsze skałki zrobiły na mnie pozytywne wrażenie,choć to był dopiero początek.Powitało nas piękne,malownicze jezioro.Tata opowiedział,że kiedyś można się w nim bylo nawet kąpać,ale gdy turyści zaczęli rozbijać namioty i zrobili sajgon,kąpieli zakazano.Już sama tabliczka z nieskładną w stylistyce polszczyzną informowała każdego chętnego.Mama nie mogła sobie oczywiście odmówić paru zdjęć przy skale nad wodą,by pokazać w pracy koleżance.Gdy skończyła się pamięć w telefonie,zaczęliśmy nasz rodzinny spacer.Ścieżka biegła w zalesionej okolicy,po bokach drzewa i skały.Niby nic nadzwyczajnego,ot kolejne głazy tyle,że w innym kształcie.Cała magia zaczęła się dopiero przy gotyckim wejściu między naturalnym kamiennym murem,wyższym od samego przejścia.Tym razem to ja chciałem machnąć sobie zdjęcie,zaraz po mamie.Widoki,które teraz mijaliśmy po prostu nie mieszczą się w żadnych znanych ludziom słowach! Jedynie mój gimbusiarski brat ciągle smędził po swojemu "O,skała! Kolejna skała! I patrzcie,znowu skała!". Postanowiłem,że przemilczę jego ględzenie i skupię się na sobie.
Mały wodospad,większy,cienkie schody wiodące ciągle w górę a później w dół aż stanęliśmy nad przystanią (oczywiście uiszczając wcześniej opłatę za spływ).Na łódce powitał nas wysoki,wąsaty Czech.Zrobił to w znany każdemu flisakowi sposób,jednak znacznie lepiej (bo po czesku): "Testamenty spisane? To je ostatni rejs,ne ma powrotu".Zaskoczyło mnie,że mimo obcego języka rozumiałem jego żartobliwe komentarze w znacznej większości: owoce jak pomarańcze po Czarnobylu,tancerki hula,"inscenizacja" katastrofy Titanica czy wreszcie "magiczne" właściwości górskiej rzeki.Śmiechu było co nie miara,zabawa iście przednia! Szkoda,że rejs trwał krótko,ale co zrobić: z powrotem schodami pod górę i w dół,choć po innej stronie.Nie odwiedziliśmy wszystkich miejsc w Skalnym Mieście,gdyż zabrakło nam sił.Około godziny 15stej pożegnaliśmy Miasto Skalnych Olbrzymów (jak ja je nazwałem) i pojechaliśmy coś zjeść.Odradzam wam jednak żarcie w Czechach! Gdybyście jechali do Teplic,najlepiej na jedzenie wróćcie do Polski.U nas przynajmniej jest trochę lepiej z cenami.Polecam szczególnie reastaurację "Cudova" w Kudowie Zdrój- tanio,w miarę szybko i bardzo smacznie :-)
Po obiedzie zmęczeni i żądni prysznica wróciliśmy do naszej bazy w Lewińsku.Następnego dnia rodzinka pojechała do Złotego Stoku,dawnej kopalni złota,co średnio mnie interesowało.Za to w przeddzień pożegnania z Karkonoszami,pojechaliśmy z wycieczką do samej stolicy Czech.Praga być może nie jest najlepszym miastem świata,jednak uroku nie można jej odmówić! Zapraszam was jeszcze dziś wieczorem na ostatni wpis odnośnie mojego wypadu.Zaprawdę,był to najlepszy,najpiękniejszy dzień całej górskiej eskapady,polecam!


Karkonosze #2 - Śnieżka,czyli kwestia wysokości 2014-07-24

Dzień drugi...zaczęło się niewinnie.
Następnego dnia naszego pobytu w Karkonoszach mieliśmy jechać na Śnieżkę.Cieszyłem się,bo słyszałem o tym szczycie,widziałem go tylko na zdjęciach.Teraz miało się to zmienić.Jazda zajęła nam koło dwóch godzin.Była to najcięższa droga z naszej bazy wypadowej jaką przebyliśmy.Długo szukaliśmy kolejki na Kopę,a gdy ją znaleźliśmy parking był już tylko kwestią czasu.
Wyciąg krzesełkowy - tu się wszystko pokomplikowało.Myślałem,że to nic strasznego,tylko wsiąść i jechać.Jednak w miarę powolnego wjazdu długą  trasą zawieszoną nad ziemią,która co parę minut się zatrzymywała,traciłem pewność siebie.Resztką mobilizacji zdobyłem się na lekki uśmiech do pamiątkowego zdjęcia,jednak zaraz po nim chciałem choćby i wyskoczyć - byleby tylko się wydostać!
Wcześniej w dzieciństwie lęk wysokości objawiał mi się gdy byłem na małym balkonie w starym mieszkaniu babci,na czwartym piętrze,w Twierdzy Dinant w Belgii czy za każdym razem wyjazdu kolejką górską.Ja muszę mieć pewny grunt pod nogami,że ziemia pode mną się nagle nie obsunie i nie polecę w dół.Muszę czuć płaskość terenu,wiedzieć że nic mi się nie stanie.Wiem,że moim największym nierealnym marzeniem jest posiadanie skrzydeł i pewnie sami się teraz temu dziwicie...Jednak wzbić się w górę samym sobą,pod własną kontrolą a zostać przez coś wyniesionym to dwie różne sprawy!
Teraz byłem w kropce.Musiałem przetrwać ok. 10 min wjazdu na Kopę.Próbowałem patrzeć w bok,próbowałem myśleć o czymś innym.Skupiałem się na obmyśliwaniu  różnych kwestii związanych z przyszłością.Jakoś to przeleciało,jakoś pomalutku moje krzesełko dojechało na miejsce.I wtedy się zaczęło.
Chciałem wyjść jak najszybciej,wiedząc że siedzenie jedzie cały czas.Omal się nie przewróciłem gdy mechanizm pchnął mnie do przodu.Wtedy coś we mnie wybuchło.Nie wiem do tej pory co dokładnie czułem,była to mieszanina kilku znacznych odczuć.Jednak przeważała jedna myśl: "Co za wstyd! Miałem być przy tych obcych ludziach idealny,sprawić wrażenie normalnego,fajnego chłopaka,a tymczasem naraziłem się na ośmieszenie,że znowu ktoś się będzie śmiał z tak głupiej sytuacji w której mnie już do śmiechu nie będzie!"
Z wściekłości uderzyłem tatę po ramieniu parę razy i powiedziałem że nigdy więcej nigdzie z nimi nie pojadę.Tata był zdziwiony,mama lekko podenerwowana.Nagle stałem się opryskliwy,trochę chamski i obrażony nie wiedzieć na co.Po prostu strach mnie zdominował,nie mogłem tego dłużej kryć.Gdybym im wtedy powiedział wprost,na pewno nie obyłoby się bez łez.Rodzice wyrzucili mi zachowanie pięciolatka i zagrozili ostrymi zakazami w domu.Wiem,że to był większy wstyd dla nich z mojego powodu,ale nie wiecie jak się czułem.Być może aspekt lęku i wrażliwości z dzieciństwa nadal w pewnej części we mnie pozostał,kto wie?
Po dotarciu pod schronisko chciałem sobie już darować.Ale nie,oczywiście.Trzeba wyjść na sam szczyt.W miarę przybywania wysokości i zwiększania się stromizny szlaku zaprzestałem wędrówki,powiedziałem mamie,że ja zostaję i żeby dołączyła do taty i braciaka beze mnie.Oni obaj wykazali się jakoś większą sprawnością i szybciej weszli do góry. Po powrocie pod schronisko usiadłem na kamieniu i dzieliłem się swoimi uczuciami z Karoliną.Wspierała mnie ile tylko mogła,choć akurat musiała uważać z powodu opuszczenia przez nią granicy.Jej wycieczka trwa do 30 lipca,dzień przerwy i znów kolejny wyjazd aż do 11 sierpnia,przed dniem jej urodzin.A i wtedy ma jechać do rodzinki na kilka dni...
Ale wracając do mnie siedziałem,pisałem smsy,słuchalem muzyki,podziwiałem dotychczasowe widoki.Raz po raz przysłuchiwałem się językom turystów.Polski,czeski,niemiecki,czasem angielski.Zwłaszcza dwa pierwsze jako oczywista dominacja.Zastanawiałem się także nad drugą drogą.Okrążała górę ,ale była zdecydowanie bardziej płaska.Dopiero później przy powrocie tata wyjaśnił,że jest to drugie wejście na górę.Zeszli po kwadransie,pocieszając mnie co do lęku,że to naturalne bo każdy się boi.Mama mówiła że to nawet lepiej że nie wszedłem,bo ona nie dawała już rady.
Teraz pozostało tylko zejść.O nie,nie miałem ochoty przeżywać znów tego lęku,tego uczucia,stanu,tego...wstydu.Postanowiłem że z racji swojej pełnoletności pójdę szlakiem.Chciałem przy okazji udowodnić swoją determinację,siłę nóg przed samym sobą.Chciałem udowodnić sobie że potrafię to zrobić,choć po części chciałem po prostu uciec.Rodzice mnie przekonywali,starali się logicznie tłumaczyć,ale zbywałem ich komentarze kontrargumentami.W końcu poszedłem niebieskim szlakiem wskazanym przez tatę.Zdziwiło mnie czemu podczas wędrówki spotykałem samych Czechów i napisy były także po ich języku.Coś tu było nie tak,czułem to.Ale niebieski to niebieski.W końcu tata zna te góry najlepiej,ołaził się po nich niejeden raz i wie co i jak.
Pięć minut później dostałem telefon,że mam wracać.Nawet nie wiecie jak byłem wściekły,gdy tata przekazał,że znalazł niebieski szlak,ale od polskiej strony.Nie wiecie jak bardzo chciałem go wtedy zabić za mój wewnętrzny wstyd,kolejny błąd,kolejną gafę,"niedoskonałość"...Pomylił się,rozumiecie to?! Wskazał mi złą drogę! Przez cały marsz powrotny i zjazd wyciągiem byłem wściekły.Nie chciałem nic jeść,nic pić.Chciałem tylko wszystko skończyć.Z obojgiem rodziców pokłóciłem się wtedy ostro.Zwłaszcza z tatą,który wymawiał mi nieodpowiedzialność i głupotę."Ha! I kto to mówi! Stary,prawie łysy cap!" - powiedziałem do niego,pełen furii.
Zjechałem jako pierwszy.Strach nadal mnie obejmował,ale przy mojej irytacji tracił na sile.Nie odzywaliśmy się do siebie aż do powrotuWtedy jakoś atmosfera zelżała,zrobiło się chłodniej.Nie myśleliśmy już o zakazach,karach,wzajemnych pretensjach.Po prostu wszyscy na równi byliśmy tym wszystkim wykończeni: drogą,wspinaczką,zejściem,atmosferą i powrotem.Długo nie zapomnę tego dnia,wciąż we mnie siedzi to przeczucie strachu.
Mimo iż widzę w sobie Kruka,tego który nie może się niczego bać,który powtarza sobie "Don't be afraid,remember who you are!",mimo ćwiczenia umysłu nadal odczuwam w sobie lęk.Strach i zmienione postrzeganie świata.Zasada mojej mamy"Nie przejmuj się innymi,bądź sobą,nie patrz na innych" nie obowiązuje mnie.Na każdym obcym człowieku muszę sprawić dobre wrażenie.Nie mogę dać nikomu powodu do bezczelnego śmiechu,do obmawiania.Może od września załatwię sobie psychologa,który pomoże mi to wszystko zbierać,pomoże mi się odbudować?
Powróciliśmy do naszej kwatery,zjedliśmy kolację,wzięliśmy prysznic i spać.Kolejny dzień to dla mojej rodzinki były Błędne Skałki,czyli coś co mnie nie interesowało,co przesiedziałem w bazie wypadowej.Jednak dzień czwarty okazał się bardzo ciekawym doświadczeniem: zwiedziłem Skalne Miasto w Teplicach nad Metuji.Ale o tym już jutro :)


Karkonosze #1 - Początek przygody 2014-07-23

Raport czas zacząć!
Kilka godzin temu wróciliśmy z kilkudniowego pobytu w Lewinie Kłodzkim.Cóż to była za wyprawa! Nie da się tego opisać w kilku notkach,dlatego wyłożę wam wszystko w kilku częściach.Od dziś przez 2-3 dni ukazywać się będą kolejne wpisy o pobycie w Karkonoszach.Póki co trzeba jednak jakoś to rozpocząć.
Rodzice zaoferowali wycieczkę w Dolinę Kłodzką.Początkowo wyjazd miał być w zeszły piątek,ale wyszedł czwartek.Trochę mi było szkoda,bo chciałem wyjechać w ten sam dzień,w którym Karolina zaczęła swoje rodzinne eksploracje Węgier,Bułgarii i Chorwacji.Musiałem się pogodzić z wyjazdem o dzień wcześniej,nie miałem wiele do dyskusji.Po szóstej rano dnia 17.07 wstaliśmy wszyscy w jednym rytmie,uporządkowaliśmy rzeczy spakowane poprzedniego wieczora i zawieźliśmy Babelka do dziadków.Ponoć pierwszy dzień był dla naszego pieska trochę nudnawy i zbyt mocno tęsknił by cokolwiek innego robić,jednak później rozbrykał się jak zawsze.
No i zaczęliśmy jazdę.Głos pana Chołowczyca w GPSie prowadził nas bezbłędnie do celu,choć nie była to podróż łatwa.Do Kłodzka zajechaliśmy równo w południe.Pierwszy nasz cel mieścił się w biurze PTTK,które nieszczęśliwie aż do piątku było zamknięte.Planowaliśmy bowiem zapisać się na wycieczkę do Czech (opowiem wam o niej w ostatniej notce).Tata z braciakiem poszli przeparkować auto a ja potowarzyszyłem mamie przy stoisku tamtejszej biblioteki,która to wyprzedawała po 2 zł stare książki.Oczywiście mama nie mogła przegapić takiej okazji,czego skutkiem jest 5 pozycji,m. in. "O psie,który jeździł koleją" oraz jakaś książka o życiu w czasie II wojny (szkoda,że ilustrowana,bez żadnych prawdziwych zdjęć).
W czasie zakupów mogłem dobrze przyjrzeć się miastu.Powiem wam,że Kłodzko to naprawdę śliczne miasto.Malunki na niektórych domach,ozdoby,całe ukształtowanie uliczek...Niech żałuje kto nie widział! Poza paroma cyganami z jednej rodzinki pokrzykującej się wzajemnie,wszyscy inni byli bardzo mili,uśmiechnięci,sympatycznie nastawieni.Po uiszczeniu zapłaty przy stoisku poszliśmy coś zjeść do Twierdzy Kłodzko.Wpierw tata wziął w samoobsługowej knajpce na zamku żurek dla siebie i brata.Ja ani mama nie chcieliśmy nic,poza kompotem (mimo że w ramach śniadania jadłem w samochodzie bułkę o 10-tej).Gdy wybiła 13:00 mogliśmy śmiało wejść za przewodnikiem do wnętrza twierdzy.Gościu był naprawdę pasjonatem,czuć to było po jego głosie,sposobie objaśniania i charakterystycznym ubiorze na wzór wojaka z pruskiej armii.Naprawdę spodobało mi się jak nazwał pruskich obrońców łajzami (fortu bronili tylko niedoświadczeni poborowi i stare dziadki),jak udowadniał rzeczywistą długość schodów z ostatniego odcinka "4 Pancernych i Psa" czy wreszcie sypał żarcikami pokroju "Bardzo dobrze,nagroda!" (W armii pruskiej nagrodą był brak kary,a karano nawet bez choćby małego przewinienia).
Po godzinnej lekcji historii poszliśmy znów coś zjeść.Nie miałem ochoty na nic,żadne z gorących dań a la pierogi czy żurek.Wziąłem dla siebie kolejną porcję kompotu.Jakoś w ten upał trudno mi było jeść gorące dania.Tak czy siak gdy reszta rodzinki objadła się ile tylko można,zawitaliśmy wreszcie do Lewina Kłodzkiego - naszej bazy wypadowej.Początkowo chciałem brać dolną część łóżka piętrowego ale dwa stłuczenia pleców i jedno głowy uświadomiły mi,jak nisko byłoby to ulokowane.Wziąłem więc łóżko obok - już bez "niespodzianek" nad głową.Ogarnęliśmy się,wypakowaliśmy.Zjadłem ostatnią bułkę a w tym czasie rodzinka poszła kupić jakieś picie.Przynieśli dużą colę,cała zeszła w dwa dni.
Pod wieczór rodzice urządzili spacer po okolicy,wieczorem kolacyjka,a potem lulu - następny dzień otworzyć miała Śnieżka,korona Karkonoszy.Tego dnia,miałem się przekonać co to znaczy wysokość i nabawić niemiłej sprzeczki z rodzinką.Ale o tym już jutro.Czekajcie uważnie,bo naprawdę będzie warto.


Istota Nowego Życia 2014-07-13

"Plugawe nasienie"?!
Wczoraj podczas porannej rozmowy z Karoliną przedstawiłem jej sen swojej mamy.Śniło jej się,iż przychodzę do niej i mówię że będę ojcem.Moja badawcza przyjaciółka skomentowała to dość niecodziennie.Wyraziła,że trochę dziwnie by się czuła będąc w stanie błogosławionym i nawet gdyby wyszła za mąż miałaby niepewność,czy w ogóle by chciała dziecko.Spytałem się jej o przyczynę,a ona -  przy moim oburzeniu - napisała głównie trzy mocne słowa: "Kolejne plugawe nasienie".
Szybko przeszliśmy na telefon,aby wyjaśnić tą sytuację.Wygarnąłem jej,czy jest normalna skoro potępia rodzicielstwo,czy myśli egoistycznie jeśli jakaś młoda para chce mieć dziecko.Było to trochę za mocne,przyznaję,ponieważ jej mama juz wcześniej,jak to często u niej bywa,wygarnęła jej brak szacunku do siebie i inne kwestie.Jej rodzice nie są dla niej łaskawi,bo nawet na wakacjach codziennie musi robić po kilka zadań z matmy.Wiecie jak to jest z wysoko postawionymi ludźmi sfery inteligenckiej.Ale do rzeczy.
W skutek mojej ostrej wypowiedzi Karolina została przytłoczona z każdej strony.Nie dość że mama,to jeszcze ja.Na szczęście jak zwykle na spokojnie wyjaśniliśmy sobie wszystkie kwestie,choć nie było łatwo.Dla mojej bratniej duszy cielesność jest czymś okropnym,wstydliwym,czymś co się znosi z odrazą.Odparłem jej,iż niestety musimy z tym się godzić,szanować prawa i przywileje ciała człowieka.Wszak wedle wierzeń katolików Chrystus jako w 100% Bóg przyjął postać człowieka,więc zaniżył się do naszego poziomu by czuć to wszystko co i my.Poprzez ciało odbywa się też powołanie nowego życia.
Świat pokazuje nam,że gorzej już chyba być nie może.Jest źle,brzydko,okropnie,wokół tylko ludzka podłość.Ale mimo wszystko są jeszcze porządni ludzie,którzy podadzą pomocną dłoń,wesprą i podniosą na duchu.Po to przecież dzieli się darem życia z nowym człowiekiem (dla mnie to bardziej "dzielić się" niż "przekazać" - wszak nie tracimy życia wraz z powołaniem potomka). Wychowujemy dzieci nie tylko dlatego,by przedłużyć gatunek.Nie mówimy mu jak powinien postępować w różnych sytuacjach tylko po to,by sobie poradził!
Powołujemy nowe życie,by przekazać mu wszelkie zasady moralności,by patrzył na drugiego człowieka jak na własnego brata! Aby wszędzie,gdzie się uda,mnożył dobro,uśmiech,nadzieję i miłość! Dziwimy się czemu ten świat jest zły,a mnożymy tylko nienawiść,nie widząc że dzieci patrząc na nas i uczą się z każdego gestu i słowa! Jak ma być dobrze,skoro sami robimy źle? Może już czas,by coś zmienić? Aby dzieci rozsiewały dobro,głosiły idee pokoju,miłości,życia i krzepiły ludzkie serca?
Karolina jakoś stara się godzić z cielesnością.Może i my powinniśmy patrzeć na nasze ciała i uświadomić sobie do czego zdolne jest powoływanie rodziny z miłości,właśnie przez organizm? W końcu bez rąk nie moglibyśmy przytulić.Bez nóg nie moglibyśmy iść i szukać potrzebujących.Bez umysłu,nie zrozumielibyśmy niczego.A bez serca...nie mielibyśmy po co istnieć nawet jako duch.


Zapomniana historia 2014-07-06

Umysł znowu mnie zaskakuje!
Wczoraj miałem dość ciekawy,lecz niepokojący sen.Wybaczcie,że tak zwlekam z notką na temat mojej taktyki wyjazdu do Karoliny,lecz to co wam przedstawię w niniejszej notce wynagrodzi wam oczekiwanie.
Śniło mi się,że obudziłem się w nocy,w swoim pokoju.Była chyba czwarta nad ranem,w mieszkaniu ciemno,lecz słyszałem wyraźnie krzątanie po domu.Spojrzałem w okno i ujrzałem obrotowy neon z napisami "UPA" po jednej stronie i "ZSRR" po drugiej.Nie wierzyłem własnym oczom,ale wraz z rodzicami wyszedłem przed klatkę.Na miejscu czekał już mały wóz transmisyjny,duża kamera na statywie i kamerzysta obsługujący całe oprzyrządowanie.Był też prezenter w okularach,ubrany nieco na modłę PRL.Trzymał mikrofon z długim kablem sięgającym aż do pobliskiego wozu przekazowego.Oznajmiał powrót socjalizmu narodowego,pięknych i butnych czasów jednej partii totalitarnej.
Sceneria szybko przeniosła się do szkoły.Siedzieliśmy w klasie,pisaliśmy jakiś test.Nagle do klasy wparowali inni uczniowie,ubrani w garniturki.Wyglądali niemal identycznie.Wraz z nimi przyszedł jakiś urzędnik,który poinformował o zmianie systemu politycznego.Ci,którzy się temu sprzeciwiali mieli zająć małą,trochę ciasną salkę,a pozostali wraz z przybyłymi uczniami mieli zostać w aktualnie zajmowanej klasie.Wyszedłem więc wraz z paroma znajomymi.Postanowiłem walczyć bezwzględnie z tym,co nam przyszło znosić,jednak na duszy czułem strach przed nieuniknionym.
Zaczęliśmy obrady na temat naszych działań.W pewnej chwili zorientowałem się,że nie zabrałem plecaka ani jednego zeszytu z poprzedniej sali.Wróciłem więc do klasy nr 10 by doznać szokującego odkrycia.Wcześniej wspomniana grupka uczniów poprawiała nasze zeszyty do rachunkowości oraz świadectwa! Podszedłem zaciekawiony do swojego stanowiska z zapytaniem o pozostawiony zeszyt i zobaczyłem,że na moim wykazie końcoworocznym widnieje średnia 5,0. Zapytałem dziewczyny,która tam siedziała,dlaczego zmieniła moją średnią 4,07 na równe 5.Przecież moja prawdziwa nie była wcale zła.Ona nieco z oburzeniem odparła,że to wstyd w oczach naszego systemu mieć tak niską średnią!
Nadal nie wierząc temu wszystkiemu wyszedłem z klasy.Na korytarzu stał Putin w białej koszuli,bez marynarki.Trzymał jakiś dziennik i konsultował coś z kilkoma nauczycielami.Wróciłem do swoich towarzyszy i opowiedziałem o nowym odkryciu.Po cichu kombinowaliśmy już od czego zacząć działania oporu,gdy do salki weszła nasza babka z biologii.Była jakaś dziwna,nie miała okularów a fryzura przypominała kok.Rozdała nam nasze zeszyty z rachunkowości,wskazała na zadania i powiedziała,że wszystko jest źle,nowy system wprowadził radykalne poprawki i nikt z nas nie zaliczył.Mnie zaś ochrzaniła za zachowanie i nakazała przeprosić  "mundurkową grupę". Znów zawitałem do dziesiątki,podszedłem do nauczycielki pracowni ekonomicznej i z lekkim uśmiechem przeprosiłem ją mówiąc coś w stylu "Chciałbym szanowną panią przeprosić za swoje oburzenie.To jedynie wynik mego zaskoczenia wprowadzenia nowego,jedynego słusznego systemu rządowego,którym jest tak potężny socjalizm rosyjski!". Nauczycielka wyściskała mnie,jakby to jej sprawiło największą radość.Jednak w oczach widziałem łzy,przebijające się przez pozorowany uśmiech.Jakbyśmy oboje wiedzieli,że nie będzie teraz lekko.
Na tym sen się skończył.Wiem,że może niektórych to nie powala,że to tylko kolejny dziwny twór ludzkiego umysłu.Ale strachu który czułem po przebudzeniu nie da się porównać z prawie żadną inną obawą.Coś podobnego,tylko że mocniej,czułem po pamiętnym śnie o wojnie,moim rosyjskim rozmówcy,którego zastrzelili podczas konwoju.Po raz kolejny przekonałem się,że wojna i ciężkie czasy totalitaryzmu nie niosą nic dobrego.
To wszystko,co oglądałem z "Kroniki PRL",to czego się nasłuchałem od rodziców i dziadków,to co pamiętam urywkowo z lekcji historii z gimnazjum przełożyło się na moją artystyczną wizję senną.Z pewnością niedopowiedzenia i "suchość" pod koniec ostatniego roku z historią w ogóle wpłynęły na to,iż zapragnąłem przeczytać wszystko od obrad powojennych w Jałcie,Teheranie i Poczdamie aż po czasy współczesne.Każdy jeden rozdział podręcznika,które nakierunkują mnie na osobiste poznanie prawdziwej historii,fałyszwej polityki pozornej demokracji,represji i nacisków dla wzrostu gospodarczo-militarnego Polski.
To smutne,że o tak "świeżej" historii dowiadujemy się jedynie na końcu ostatniego roku edukacji i pamiętamy wszystko najmniej! Dla tych,którzy to pamiętają,czas nie ubłagalnie mija,odchodzą wspomnienia,doświadczenia,strach i pamięć historyczna.A najbardziej boli to,,że nawet najbardziej odpowiedzialni za biedę,przemoc i Stan Wojenny umierają bezkarnie.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]