Sztuka Wychowania, czyli jak sadzić latorośl | Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Sztuka Wychowania, czyli jak sadzić latorośl 2020-01-25


WYCHOWAĆ czy WYHODOWAĆ?

Zaczyna się od prawdziwego szoku porażeniowego, gdy jak grom z jasnego nieba z ust kobiety padają trzy słowa: "Jestem w ciąży". Ekscytacja, niedowierzanie, szaleństwo i miłość złączone w jedno, dziwaczne uczucie. Na całe szczęście, piszę jedynie na podstawie własnych wyobrażeń, bo ojcem nieprędko (jeśli w ogóle) zostanę.
Życie faceta nagle spowalnia, jednocześnie piętrząc jego wysiłki fizyczne jak i mentalne. Nie tylko musi zrezygnować ze swoich planów kupna nowej deski surfingowej, wspólnego wypadu na Seszele czy wolnych weekendów, jeśli takimi się do tej pory cieszył. Od "teraz" musi zapierdzielać jeszcze więcej, zaś wszelkie oszczędności odkładać na nowy pokój dla dziecka, kołyskę, ubranka, pieluchy, zabawki i inne, równie potrzebne, pierdoły. W domu zaczyna dbać o swoją kobietę, która przeżywa istną huśtawkę nastrojów oraz karuzelę smaków, począwszy od nagłego apetytu na lody czy ogórki, a skończywszy na fetorze wymiocin. Prócz jej, i tak już zbyt dużego, brzucha oraz (oby i tak słusznego rozmiaru) piersi, rosną również jej wymagania, żądania i nagle comiesięczna tykająca bomba wydłuża licznik na 3/4 roku. Wtem: ból, wodospad, szybki transport obiektu na porodówkę, poprzedzony kurwicą i bluzgami na debili, blokujących ruch oraz chujowy system nawigacji świetlnej, nerwy w szpitalu, aż wreszcie jest: na świat przychodzi prawowity dziedzic, spadkobierca tytułu, nazwiska, kontynuator linii rodowej i kolejna gałąź drzewa genealogicznego. W średniowieczu mężczyzna cieszyłby się jedynie z syna, jednak, na całe szczęście, dziś córka jest równie wyczekiwana (choć ewentualne "problemy" z późniejszą orientacją i tożsamością płciową wynikną w trakcie wychowania, a nieraz nawet i po; przejdę do tego później).
Wtedy to zaczyna się kilkanaście najgorszych lat  i jednocześnie (podobno) równie wspaniałych w życiu każdego faceta: wychowanie dzieci. Najpierw jest tylko nieprzyjemnie i nieznośnie, ot płacz w środku nocy, stały nadzór, zabezpieczanie domu i wymiana pieluch kilkanaście razy dziennie. Gorzej, gdy dzieciak podrasta i trzeba mu kupować zeszyty, piórniki, kredki, podręczniki, aż dochodzi do wieku dojrzewania i zaczyna wszystkich wkoło wkurwiać swoją buntowniczą naturą. "Nie pojadę tam!", "Sama se to zrób!", "Dlaczego mam cię słuchać?" etc.

I tu przechodzimy do najistotniejszej kwestii mojego wpisu, nad którą wielu rodziców się głowi po dziś dzień: JAK wychować swoje dziecko? Trzeba zdecydować mądrze, życie to przecież nie symulator, który można zresetować i zacząć grę od początku!
Weźmy pierwszy przykład, który dla wielu zamyka sprawę już na starcie: "Dyscyplina to podstawa, zmuszać, tyrać, nie pozwalać na zbyt wiele, to się przyuczy co wolno, a czego nie! JA mu daję żreć, JA za niego odpowiadam, więc JA mu rozkazuję!". Wolność? Jaka wolność? Dziecko robi tylko to, co do niego należy już od pierwszych lat, skacze na sznurku po słupkach niczym młody wiedźmin na treningu w Kaer Morhen. Ograniczony termin na wszystko, ustalony odgórnie grafik, minimum czasu wolnego, rozrywki wyznaczone i dozowane przez rodzica. Skutek? Albo poddańczy sługus, zaprogramowany na czczenie wskazanego wcześniej bóstwa, obracanie się wśród wskazanych środowisk, własne zdanie, będące kopią przekonań rodzica. Może z tego wyniknąć człowiek sukcesu, wyedukowany, z dyplomami, paskami albo na świadectwach, albo na dupie. Aspirujący wysoko, lecz bardziej ze strachu przed rodzicami, którzy wiecznie mu coś nakazują, sądząc, że "wiedzą lepiej". "No jak to ma się nie słuchać?", mówią, "Przecież skoro MI się to udało i mnie ojciec też tak prowadził, to NA PEWNO on też mi kiedyś za to podziękuje, choćby mi beczał po nocy i nienawidził za to!". Pierwsza skrajność, przesada, urabianie sobie swojego golema, wykonującego polecenia i mierzącego w aspiracje, których często spełnić nie udało się rodzicowi. Opiekun nie naprowadza, lecz prowadzi za rączkę. A gdy go w końcu zabraknie, może się okazać, że ci bardziej ufni wychowankowie obudzą się z ręką w nocniku. Bez ciągłego wskazywania drogi, nie będą w stanie sami wyznaczyć dla siebie dalszych kroków.  Nieważne jednak jak sytuacja się potoczy, bo takie wychowanie jest z gruntu skazane na pewną porażkę, jeśli chcemy, by dziecko pałało do nas prawdziwą miłością i  szacunkiem, jednocześnie coś osiągając. 
Przypadek numer dwa: dziecko pozostaje w pełni liberalne, wolne. Może robić co chce, kiedy chce, gdzie chce, nie stosujemy praw ani obowiązków, niech samo o sobie decyduje. Nie nadajemy mu żadnych wartości, nie nakierowujemy, nie jesteśmy dla niego przykładem. I tak, albo dziecko będzie ogarnięte, rozsądne i mądre, by samemu rozpoznać z różnych innych źródeł co dla niego mogłoby być dobre, albo pogubi się, wpadnie w środowisko, które zamiesza mu w głowie, wyklaruje jeden słuszny pogląd lub, co gorsza, wciągnie w szemrane interesy i coraz to większe kłopoty, z których nie tak łatwo będzie się już wydostać. Tutaj granica między patologią a wieloma skrajnościami jest cienka jak lód. Gdy zabraknie opiekuna, zabraknie jedynie źródła finansowania. Jeśli dziecko samo, bez większego nadzoru nie zaopiekuje się sama sobą, zacznie, najprawdopodobniej, rościć sobie pretensje o prawa poddańcze w stosunku do swojego kraju i wszystkich innych, bo coś będzie mu "należne".
No i wreszcie: przypadek utopijny. Rodzic wyznacza pewne granice, dąży do zrozumienia własnego dziecka, naprawdę chce dla niego jak najlepiej. Pomaga mu i wspiera, szanując jego wybory, przestrzegając przez konsekwencjami, możliwymi zagrożeniami, ale i pozostając przy nim w razie porażki. Coś na kształt mojego dziadka, który, gdy miałem kilka lat, zabierał mnie do parku na jazdę rowerem i gdy wreszcie dałem mu się przekonać do zdjęcia dodatkowych kółek, stał z boku i obserwował. Rodzic w tym wypadku respektuje zarówno konstytucję, która daje mu prawo do wychowania dziecka wedle własnych przekonań, jak i prawo owego dziecka do decydowania o własnych przekonaniach politycznych, wyznaniu, etc. Dziecko dojrzewające wyrabia w sobie nowe poglądy, dostrzega różne alternatywy, w jego życiu pojawiają się zaś nowe alternatywy, możliwości i grupy. Rolą opiekuna jest wtedy nie tylko jedynie przestrzec swoją pociechę o tym, czego powinien unikać, ale przede wszystkim ukazywać dobry przykład. I, paradoksalnie, nie potrzeba tu wiele. Wystarczy, że dziecko spojrzy na swojego ojca lub matkę i dostrzeże kochającego człowieka, dbającego o członków rodziny, niepoddającemu się własnym trudnościom i bolączkom. Gdy trzeba rzucić wszystko w cholerę, pojedzie i załatwi coś dla nas niemożliwego, choć prawdopodobnie nie sprawi mu to przyjemności. Metaforycznie jednak rzecz ujmując, poda dziecku materiały i pomoże mu zrobić z nich wędkę, by przez chwilę z nim połowić i później oddać przynętę w jego młode dłonie, mówiąc jednocześnie o tym jak odróżnić jedne ryby od drugich. Nie naciska, nie daje się ponosić własnym przekonaniom ani ambicjom.

Oczywiście są jeszcze inne przypadki, bardziej patologiczne. Nie zawsze też dziecko jest wychowywane przez prawdziwych, biologicznych rodziców z różnych przyczyn, stąd mój wcześniejszy zamiennik na słowo "opiekun". Często słyszy się o konfliktach, które rodzą się ze zbieżnych dróg rodzica i pociechy: ojciec katolik, a syn ateista lub, "jeszcze gorzej", muzułmanin. Matka hetero, ale córka okazuje się być lesbijką, lub, znów "co gorsza", mówi że czuje się bardziej mężczyzną. Albo dzieciak do domu sprowadza jakąś czarną lafiryndę z kutasem między nogami lub bez - no jak to tak, w Polsce?! "Zachód swe plugawe pazury sięga już po nas, kraj umiera. Pedały same w koło, homosie, ateiści, islamiści, czarnuchy, ha tfu!". I wtedy nagle zaczynasz zadawać sobie pytanie o swoje dzieciństwo, cofasz się pamięcią wstecz i szukasz przejawów takiego zachowania w przeszłości. Chyba że nie musisz, bo dobrze wiesz jak potworne wymuszenie poglądów cię spotykało cały czas, na każdym kroku. "Jak ty się ubierasz?!" , "Gdzie znowu leziesz?!" , "Nie będziesz mi się szlajała z tym i tamtym!". Krytyka wszystkiego, co nie-białe, nie-polskie, niemoralne i nie-chrześcijańskie, bez jednoczesnej umiejętności wyróżnienia prawdziwych znaczeń tych pojęć.
Ja mogę nazwać się szczęściarzem. Tak mama, jak i tata mnie zawsze wspierali. Gdy przestałem chodzić do kościoła, byli zaskoczeni przez krótki czas, ale szybko dali spokój. Gdy miałem pierwszy kryzys z Kejt (pamiętny i zasrany zarazem luty 2013), mama ze mną porozmawiała. Gdy po raz pierwszy (w 2003) i po raz drugi złamałem rękę (znów w 2013, o ironio!), tata jeździł ze mną po szpitalach, a potem po rehabilitacjach. Zawsze spokojnie rozmawiał, tłumaczył, uświadamiał. Wybuchał gniewem, gdy na to zasługiwałem, ale nigdy nie uciekał się do przemocy (szlaban na kompa i dostawy internetu były maksymalnym wyrokiem jak dla mnie i brata). Wspierali mnie cały ten czas i wiele im zawdzięczam.
Wiem jednak o kilku przypadkach osób, których  rodzice nie byli nigdy gotowi pogodzić się ze swoją "porażką", zwłaszcza gdy moi znajomi i znajome nie przejmowali po nich schedy katolicyzmu i nie stosowali się do ich "cennych" uwag. Ponownie, "Jeśli coś jest DLA MNIE dobre, dla ciebie będzie tym bardziej! Przecież jesteś moją córką!".  I jak wtedy przetłumaczyć opiekunowi, pomóc mu pogodzić się z prawdą, jednocześnie wskazując, że wybór własnej ścieżki nie przekreśla miłości i szacunku jakim ich darzymy? Ich dziedzictwo nie idzie się chrzanić, bo nauczyliśmy się od nich wielu rzeczy. A choćbyśmy nawet bardzo się starali do nich upodobnić, nigdy nie będziemy przedłużeniem ich jestestwa i to ONI powinni odkryć tę prostą prawdę. Czasem się to udaje, w końcu następuje międzypokoleniowa zgodność rodzinna. Częściej jednak, aż do końca swych dni, rodzic nie będzie w stanie przeboleć porażki wychowawczej, nawet jeśli spojrzałby na córkę, która zdobyła pracę i jest w stanie utrzymać nie tylko siebie, ale i swoją nową rodzinę (tu dochodzi jeszcze aspekt zazdrości, szukania coraz większych możliwości dalszego nadzoru i wchrzaniania się w życie, jeśli mamy wariant nr 1).  

Nie wszyscy rodzice rozumieją swoje dzieci, tak jak nie wszyscy wychowankowie będą mogli dostrzec pełną perspektywę swoich opiekunów. Cały szkopuł tkwi jedynie w tym, by szukać dróg pojednawczych, wspólnych punktów odniesienia i starać się przedstawić oraz udowodnić słuszność własnych wizji dalszego rozwoju. A jeśli i to okaże się za mało, można przynajmniej starać się wybaczyć sobie nawzajem, udawać, że to nie istnieje i żyć dalej, w nadziei, że bomba, odpalona kilkanaście/dwadzieścia/trzydzieści lat temu nagle nie pieprznie, trzęsąc całym drzewem w posadach.


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]