SW: The Rise of Skywalker (2019) - (un)happy end? | Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

SW: The Rise of Skywalker (2019) - (un)happy end? 2020-01-04

[BEZ SPOILERÓW!]
Ojej...Jak by to powiedzieć i nie skłamać...
"The Force Awakens" J. J. Abramsa było dobrym filmem. Bardzo odtwórczym, niezwykle bezpiecznym (jako powrót do filmowej serii po latach), ale jednak dość zadowalającym. Nowa, podrasowana wersja "Nowej Nadziei" okazała się lekkostrawna, choć oczekiwania względem kontynuacji były tym większe. Dwa lata temu nadszedł "The Last Jedi" od Riana Johnsona i mocno podzielił fanów. Wielu skrytykowało ów film, jednak dla mnie była to jedna z najlepszych części sagi Star Wars, zaraz za "starą trylogią" i przed prequelami. Swoje zdanie podtrzymałem także po ponownym seansie w grudniu, na kilka dni przed seansem ostatniej części nowej trylogii. Jasne, scena w kantynie była niepotrzebna, dużo lepsze, w mojej opinii, byłoby skupienie się na wątku ucieczki Rebelii 2.0 oraz, nadal świetnie zrealizowanym, szkoleniu Rey przez Skywalkera. Wizualnie film ten był perełką, scena walki ze strażnikami Snoke'a u boku Kylo (po nieoczekiwanym ukatrupieniu przywódcy) wraz ze "sztuczką" Luke'a na końcu miały w sobie napięcie. Po czasie pogodziłem się nawet ze śmiercią mistrza Skywalkera, zrozumiawszy z czego mogło wynikać jego zjednanie z Mocą.

Tymczasem teraz moje myśli kłębią się jak mgła wokół statków Imperatora za każdy razem, gdy próbuję ogarnąć "The Rise of Skywalker", nową część "Gwiezdnych Wojen", do której wrócił J. J. Abrams. Przyznać muszę, że już od trailerów czułem, że zbiera się na coś niedobrego. Zajawki mi się podobały, śmiech Imperatora i prezentacja na Star Wars Celebration były bardzo obiecujące, a jednak miałem pewne obawy co do tego filmu i okazuje się, że intuicja mnie nie myliła.
W filmie tym akcja pędzi na łeb na szyję już od pierwszych minut. Seans tak bardzo się spieszy, że nawet w napisach początkowych, słynnym "Star Wars crawl", dostajemy informację o wielkim ujawnieniu się Imperatora, który wysłał złowieszczy komunikat do wszystkich w Galaktyce. To, jaka jest jego treść, wiedzą jedynie ci, którzy grali w "Fortnite'a" lub wyszukali to na YouTubie, gdyż w filmie niestety tego nie ma. Nie spodziewajcie się również odpowiedzi na wiele pytań, w tym to w jaki sposób Imperator przetrwał upadek do reaktora w nowej Gwieździe Śmierci z epizodu VI. Tutaj on po prostu jest, nagle ma do dyspozycji wielką flotę (ukazaną w trailerach) i blady strach pada na wszystkich, którzy mu nie ulegną. Są, naturalnie, pytania, na które poznajemy odpowiedzi, jednak są one (szczególnie ta, dotycząca pochodzenia Rey), kontrowersyjnie zaskakujące. Zakończenie natomiast jest  najbardziej dyskusyjnym i z pewnością sprzecznym z pewnymi ustanowionymi przez film racjami. Cała reszta to uporczywa próba niweczenia tego, co przygotował wcześniej Rian Johnson. I choć pewne fabularne zagrania miały potencjał  kontynuowania ewolucji postaci, wszelkie wysiłki zostały zaprzepaszczone nie tylko powtórką "Powrotu Jedi" (czego się spodziewałem), ale zrobienia filmu-sklejki "The Best of Star Wars" ze wszystkich filmów "starej trylogii" oraz "prequeli". Fan uniwersum wszystkie te smaczki wyłapie i przez to film może się niejednej osobie spodobać, niestety tzw. fan service nie jest tu tak znośny i nie działa tak dobrze jak chociażby w "Avengers: Endgame". Sceny, które miały pewne znaczenie w poprzednich częściach, tutaj są tylko nawiązaniem, powtórką dla samego wspominania. Wygląda to mniej więcej tak, że siedzimy na sali kinowej i myślimy: "O, ten zrobił to, tak samo jak tamten w takim epizodzie!", "O, Imperator powiedział swój memiczny tekst z trzeciego epizodu!", "O, ten dostał tamto! Jaki miły gest!". W zależności od podejścia, owe myśli mogą mieć sarkastyczny, pełen zażenowania, albo autentycznie entuzjastyczny wydźwięk.

Wspomniałem wcześniej o zmianach, poczynionych przez Abramsa. Cóż, Disney i reżyser musieli się przestraszyć, więc lekko "poprawiono" ostatnią część trylogii, na którą nie było planu właściwie od części nr 7. Wkurzała was Rose w "Ostatnim Jedi"? Spokojnie, tutaj powie tylko kilka słów i nie będzie jej wiele na ekranie. Nie lubicie aspektów homo? Dobrze, Poe i Finn dostaną dziewczyny. Och, jednak jesteście za związkami partnerskimi? Damy wam dwie nieistotne kobiety, które pocałują się na końcu przez chwilę. Johnson zabił mi głównego złego Snoke'a w ósmym epizodzie? Dobra, zadzwonimy po Iana McDiarmida, póki jeszcze żyje, wskrzesimy Imperatora mimo tego, że przez to traci na znaczeniu poświęcenie Anakina Skywalkera w szóstym epizodzie. A pamiętacie scenę z portalami w "Endgame"? No to zrobimy wam podobną i też będą emocje na sali kinowej!
Cóż...emocje w istocie były, ale chyba nie takie, jakich twórcy się spodziewali.

Co jednak, poza potencjałem na wątki, było tu dobre? Muzyka Johna Williamsa jest klimatyczna i dobrze oddaje charakter danej sceny, choć nie wyłapałem swym czułym słuchem ani jednego charakterystycznego dla tego filmu (ani całej trylogii) utworu. Nic tak wybitnego jak "Duel of Fates", "Battle of Heroes",  "Imperial March" czy "Force Theme" ze starej trylogii  oraz prequeli. Pojedynki na miecze świetlne zostały naprawdę dobrze zaaranżowane, zaś pewne planety są miłe dla oka. Kolorystyka jest odpowiednio skontrastowana, kolory żywe lub biało-szarawe (w zależności od lokacji), a projekt nowych postaci interesujący. Najlepszą postacią poboczną jest zaś pocieszny kosmita-mechanik, imieniem Babu Frik, gdyż nowy droid D-0 nie ma w sobie niczego interesującego.
Podsumowując, "The Rise of Skywalker" to nie najlepsze zakończenie zarówno trylogii VII-IX, jak i całej serii filmów. Z pewnością jakieś produkcje z tego uniwersum jeszcze powstaną, aczkolwiek Disney, według doniesień, póki co skupia się na serialach, wśród których tryumfy oglądalności i pozytywnych opinii święci "The Mandalorian", o którym na pewno zrobię wpis na dniach. Co się tyczy zaś epizodu IX, jestem rozczarowany. Nie spodziewałem się wiele, a mimo wszystko otrzymałem film szybki, niepozostawiający wiele czasu na spokojne rozmowy i przekaz emocji, który stawia bardziej na sentyment niż poszanowanie konsekwencji i odważne rozwijanie wątków po swojemu. To przykry skutek niepowodzenia, wynikającego ze strachliwego powrotu do bazowych, w miarę dobrze przyjętych założeń po katastrofalnym pierwszym kroku w nowym kierunku.



Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]