TOP 12 filmów 2019 roku | Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

TOP 12 filmów 2019 roku 2019-12-31

Czas to rozstrzygnąć!

Zaczynamy moje coroczne zestawienie najlepszych filmów minionego roku. Która produkcja zachwyciła mnie najbardziej? Zapraszam do lektury!

12. "Faworyta" ["The Favourite"]

Zestawienie zaczynamy od filmu porywającego w każdym calu, począwszy od dworskich kobiecych potyczek o względy królowej po wyłącznie naturalne światło rozjaśniające wielkie pałacowe przestrzenie, ujęte techniką rybiego oka. Zgrabny dowcip, świetnie zarysowane postacie, zręczne zwroty fabularne i finalna satysfakcja na końcu seansu, a to wszystko zaserwowane nam przez trzy wyśmienite aktorki: Olivię Colman, Rachel Weisz oraz Emmę Stone, które znakomicie potrafią żonglować również sympatią widza. Z gracją przenosimy naszą uwagę od jednej do drugiej bohaterki, poznając ich prawdziwe motywacje oraz przemiany. Z pozoru, klasyczna dworska opowieść, jednak tak dobrze wygrana, że, mimo lekkich dłużyzn, jesteśmy zaciekawieni rozwoju wypadków aż do ostatnich minut.

11. "Trzy kroki od siebie" ["Five Feets Apart"]
Serce podpowiadało, bym rozszerzył listę TOP do jedenastu pozycji, rozum zaś zmuszał do ograniczeń. Postanowiłem więc ulec pierwszemu głosowi i wpuścić "Five Feets Apart" do głównego zestawienia, tym bardziej, że wkrótce potem zwiększyłem pulę jeszcze o jedną pozycję.  Dlaczego tak bardzo zależało mi na dodaniu go do listy? Ponieważ nareszcie otrzymaliśmy typowo-nietypową historię miłosną, w dodatku dotyczącą niełatwego w ukazaniu tematu, jakim jest uczucie między nastolatkami. Ponieważ między głównymi aktorami (Cole Sprouse i Haley Lu Richardson) czuć chemię, a sympatyzować możemy także z prawie każdą postacią drugoplanową (na czele z bohaterem Moisesa Ariasa, który chwyci was za serce). I wreszcie, ponieważ postacie odgrywane są naturalnie, utrzymują wiarygodne relacje, a ich dialogi nie są w żadnym stopniu przerysowane, teatralne. Wiele razy uśmiechniemy się, wiele razy poczujemy ciepło na sercu, ale równie wiele razy nasze emocje będą strzaskane przez smutek, a oczy pełne łez. To piękny, wzruszający, jednak przy tym równie mądry seans, który uczy nas o mukowiscydozie, aspektach choroby, leczeniu i procedurach. Główna bohaterka Stella wzorowana jest na prawdziwej dziewczynie, Claire Wineland, która w swoich vlogach dzieliła się swoim doświadczeniem, codziennością i wiedzą na temat choroby. Niestety, Claire zmarła na początku września 2018 roku, jednak Stella, jej filmowy odpowiednik, w pełni oddaje hołd jej osobie i działalności.

10. "Knives Out" ["Na Noże"]
Reżyser "Ostatniego Jedi", najbardziej odważnej części "Star Wars", dostarczył nam jeden z najciekawszych kryminałów ostatnich lat. Oto dostajemy posiadłość zamożnego pisarza historii detektywistycznych, który nie doczekał dnia po wieczorze swoich 85. urodzin. Pierwszy trop:  samobójstwo, jednak detektyw Le Blanc doszukuje się tu morderstwa. Podejrzani: wszyscy członkowie rodziny oraz imigrantka, pracująca jako służąca, która na kłamstwo reaguje (dosłownie!) odruchem wymiotnym. I tu, pierwszy przewrót: już w pierwszej części filmu otrzymujemy rozwiązanie całej sprawy, które powoli otwiera się na wielu barwnych bohaterów, dzieci sukcesu swojego ojca/dziadka, z których każdy miał wobec staruszka pewien dług.
Seans umiejętnie łączy klasyczne wybiegi i zagrania tego typu historii ze zgrabnym humorem, zabawą otoczeniem oraz intrygującymi, wyrazistymi postaciami (w których wciela się śmietanka aktorska najwyższej próby, m. in. Daniel Craig, Chris Evans, Jamie Lee Curtis, Michael Schannon, Toni Colette, Christopher Plummer czy - najjaśniejsza gwiazda spośród nich - Ana de Armas). Przez moment może nam się również wydawać, że nie będzie to typowy kryminał i już do końca śledzić będziemy zmaganie się pewnej postaci z ukrywaniem prawdy, lecz, jak to rzekł swym wyśmienitym akcentem Daniel Craig: "W tej dziurce donuta jest jeszcze mniejszy donut z własnym otworem". Zakończenie zaś jest w pełni zadowalające i idealnie domyka tę, wydawałoby się, prostą historię jednej, morderczej nocy.

9. "Vice" ["Vice"]

"Dowiedz się czego chce ryba, a wtedy wykorzystaj to, żeby ją złapać". Zaiste, Dick Chenney znał się na rzeczy, co doskonale pokazuje obraz Adama McKaya, reżysera odpowiedzialnego za "Big Short" z 2015 roku. Trzeba przyznać, iż czuć tutaj mocno styl tego twórcy, gdyż tak jak we wspomnianym filmie wszelkie ważne pojęcia czy role danych osobistości wyjaśnione są nam w prosty, przejrzysty sposób poprzez towarzyszącego filmowi lektora, którego tożsamości i zasobu wiedzy na temat bohatera filmu dowiadujemy się pod koniec.
"Vice" to seans społeczno-polityczny. W obrazowy i, niekiedy, przeraźliwy sposób, autorzy filmu ukazują nam mechanizmy wpływu na osoby rządzące zza kulis. Obrali dla tego celu wprost idealną postać - Chenney był "człowiekiem znikąd", znali go tylko ci, którzy "powinni", a jego wkład w działania gabinetu prezydenta Busha był ogromny. W głównej roli zobaczyliśmy Christiana Bale'a, który znów poświęcił się dla roli, przybierając znacząco na wadze i goląc włosy. Nie widzimy w nim aktora, lecz graną przez niego wyrazistą postać. Bez wątpienia jest to jedna z najlepszych ról aktorskich tego roku. Towarzyszą mu, równie znakomici, Steve Carell, Sam Rockwell, Amy Adams czy (narrator) Jesse Plemons, którego sporadycznie widywać będziemy na ekranie w różnych okolicznościach. Film ubarwia wciągający montaż i pomysły na aranżację scen: zarówno na modłę archiwalnych nagraniach, (jak np. ostatni wywiad Chenneya) jak również nieco abstrakcyjnych (scena "zamawiania" regulacji prawnych w restauracji).  Przy okazji dostaliśmy tu krótką, zabawną, lecz mocno prawdziwą scenę po napisach, znakomicie obrazującą trzy dominujące ugrupowania wyborców (nie tylko tych amerykańskich), którzy albo nie rozumieją/nie interesują się tym, co się dzieje, albo zajmują jedno z dwóch skrajnych stanowisk.

8. "Green Book" ["Green Book"]
Prościutka historia drogi, podczas której rodzi się przyjaźń między dwoma mężczyznami o zupełnie odmiennych charakterach i poglądach na życie: Tony Lip, imigrant z Włoch, gwałtowny, luzacki cwaniak z uprzedzeniami rasowymi oraz Don Shirley, czarnoskóry, ekscentryczny, dystyngowany, wycofany, lecz wybitnie uzdolniony muzycznie. Ich cel: odbyć trasę koncertową po najbardziej rasistowskiej części Stanów Zjednoczonych w najbardziej niesprzyjających ku temu czasach. W rolach głównych zaś świetni Viggo Mortensen oraz Mahershala Ali, między którymi czuć chemię dobrej relacji.
Jedno słowo, opisujące idealnie ten film to: "płynność". Włączasz go i odpływasz, unoszony jego niespiesznym, ale swobodnym, lekkim tempem, śmiejąc się z delikatnych, prostych, ale cholernie zabawnych dowcipów, a w kilku bardziej dramatycznych momentach solidaryzujesz się z bohaterami. Nie jest to najbardziej moralizatorski film świata, nie przekazuje żadnych większych prawd objawionych, lecz serwuje nam lekką, pocieszną opowieść z optymistycznym wydźwiękiem na koniec. Co w tym wszystkim najlepsze, historia ta została oparta na faktach.

7. "Us!" ["To My!"]
Pierwszy z dwóch  horrorów na mojej liście. Jordan Peele, twórca  "Get Out!" ["Uciekaj!"] dał nam po raz kolejny film nie tylko straszny, lecz przede wszystkim niepokojący (a uwierzcie mi, te dwa określenia niezawsze idą ze sobą w parze). Zwykła amerykańska rodzina zostaje zaatakowana przez swoje zdeformowane klony w trakcie swoich wakacji. Udaje jej się uciec, jednak Oni nadal depczą im po piętach. Fabuła prosta jak na horror, należy przyznać. Cały "myk" jednak w tym jak to jest wygrane.
Wizualia, zwłaszcza czerwone stroje ze skórzanymi rękawiczkami, przyciągają oko, aranżacja wielu scen (zwłaszcza taneczny pojedynek w podziemiach!) przyspiesza tętno, muzyczny cover piosenki Luniza  "I got five on it" idealnie oddaje klimat niepokoju i potęguje seans, aktorstwo (ze szczególnym uwzględnieniem głównej roli Lupity Nyong'o) to mistrzostwo fachu, zaś plot twist wywraca naszą perspektywę do góry nogami. Gdzieś w tle majaczy pewien wątek społeczny, skłaniający do szerszej dyskusji, jednak dla mnie najważniejsza była tu historia Red, matki i żony, uciekającej nie tylko przed złowrogimi klonami. Z perspektywy czytelnika może brzmieć to głupio, ale wszystko zmienia się po obejrzeniu filmu, do czego niniejszym was gorąco zachęcam.

6. "Parasite" ["Parasite"]

Jeśli masz obejrzeć tylko jeden film z poprzedniego roku, zapraszam do rozważenia koreańskiego "Parasite". Ten komedio-dramat ma w sobie wszystko, co najlepsze: naturalny humor sytuacyjny, dowcipne dialogi, ciekawe zawiązanie, jeszcze lepsze rozwinięcie i przewrotność akcji, zmieniająca wydźwięk filmu oraz rodzinkę, którą rozumiemy, której kibicujemy, ale jednocześnie mamy świadomość dyskusyjnej moralności ich intrygi, polegającej na najmowaniu się do pracy u bogatej rodziny, jednocześnie od środka pozbywając się poprzednich pracowników.
Tak naprawdę do jego obejrzenia nie potrzebujecie wiedzieć nic poza tym, co już napisałem. Pojawia się okazja do zarobienia kasy, więc młody chłopak poleca swoim nowym pracodawcom swoją siostrę, a później rodziców, by polepszyć status społeczny swojej familii. I to wszystko - im więcej będziecie wiedzieć, tym mniejszą radość da wam seans, szczególnie, że jest to film podejmujący ważną tematykę kontrastu między klasami społecznymi i sposobami wykorzystywania dogodnych sytuacji.

5. "The Lighthouse" ["Lighthouse"]
"Us!" było świetne, wciągające, jednak dopiero kameralny czarno-biały  film z wyłącznie dwoma aktorami (Willemem Dafoe i Robertem Pattinsonem) wprowadził nas w, znany z prozy H. P. Lovecrafta, klimat niepokoju i prawdziwej grozy. Znakomicie zagrany i nakręcony, wyśmienicie kreujący u widza poczucie osamotnienia i szaleństwa, zakrapianego litrami alkoholu, który jeszcze bardziej miesza w głowach zarówno bohaterom filmu jak i odbiorcy. Scen gwałtownie wypadających na postacie potworów tutaj nie uświadczycie, jednak grozę potęgować będą, przede wszystkim, odpowiednio oświetlone ujęcia (z naciskiem na monologi starego latarnika, granego przez Willema) oraz głębokie brzmienia dętych instrumentów. Mimo że lwią część czasu obserować będziemy codzienne prace naszych latarników oraz ich rozmowy po pijaku, z których wynurzają się oni coraz więcej ze swoich doświadczeń i traum, ogląda się to bez poczucia choćby chwili dłużyzn, zaś koniec seansu zostawia nas z wieloma pytaniami, na które odpowiedzi poszukiwać możemy poprzez własną interpretację oraz analizę obserwacji innych odbiorców.

4. "Ad Astra" ["Ad Astra"]
Długa, powolna podróż wgłąb kosmosu, wgłąb myśli i emocji głównego bohatera, jego historii i otoczenia. Jeden, płynący przez cały film wątek, za to pełen chwil na refleksję, na skupienie, rozdzielenie emocji i udzielenie uwagi odpowiednim wyrazom twarzy, słowom i tej pięknej, głębokiej, choć w końcu zgubnej, pustej samotni, zwanej kosmosem. Nie wszystkim przypadnie do gustu taka podróż, przypominająca strukturą BladeRunnera. Niektórzy uznają to za przerost formy nad treścią, inni zaś podejmą się przemyśleń, po które będą wracać cyklicznie "Do Gwiazd". Brad Pitt odgrywa swoją rolę bezbłędnie, umiejętnie łącząc narrację danej chwili z mimiką twarzy, towarzyszącą wyłącznie jego myślom. Zdjęcia jak i muzyka na długo zostanie w pamięci wszystkich, którzy odważyli się wsiąść do rakiety i razem z majorem McBride polecieć w kierunku Neptuna. Choć według mnie sceny ataku piratów na Księżycu i ratunku dla samotnie dryfującego statku kosmicznego jedynie zatrzymywały podróż "Cefeusza" niepotrzebnie, w żadnym stopniu nie psują odbioru całości filmu. Moja coroczna astronomiczna podróż należy do bardzo owocnych i gdyby nie trzy kolejne pozycje na mojej liście, prawdopodobnie "Ad Astra" poleciałaby na sam szczyt.

3. "Boże Ciało"
Jan Komasa , reżyser niezbyt przeze mnie lubianej "Sali samobójców" oraz chłodno przyjętego przez publikę "Miasta 44", dał nam najlepszy polski film tego roku. Seans na tyle wybitny, że nie mogłem umieścić go na niższej pozycji (ani w ogóle pomijać w zestawieniu). Dlaczego? Bo, w przeciwieństwie do każdego innego filmu, w którym główna oś fabuły kręci się wokół kapłaństwa, nie dostajemy tu kolejnych (skądinąd słusznych) prztyczków w nos dla tej organizacji. "Boże Ciało" to opowieść o nas samych, o tym jak strata bliskich osób może wpłynąć na nasze czyny, mimo utrzymywania postawy świętoszka. Film o człowieku, który, mimo podjęcia wielu złych wyborów i społecznego wykluczenia, najlepiej ze wszystkich rozumiał istotę wybaczania i wiary. Seans ukazujący również sposób w jaki zwykły mały żart, może przyczynić się do niecodziennych, nieprzewidywalnych wydarzeń. Film ten nie potępia, lecz ukazuje prawdę. Nie wyśmiewa, lecz stara się dążyć do dialogu i przebaczenia.
A to wszystko zasługa nie tylko prawdziwego zdarzenia, na którym opiera się film, lecz również znakomitej gry młodych aktorów (takich jak Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel i Tomasz Ziętek) oraz mniej eksploatowanych w polskim kinie, acz nie mniej utalentowanych (Aleksandra Konieczna, Łukasz Simlat czy Leszek Lichota). Zdjęcia pieszczą oko, muzyka delikatnie nadaje doskonałego nastroju, ), a dialogi są naturalne, niepatetyczne; słowa wprost płyną z obserwowanych postaci. Znalazło się tu także miejsce na odrobinę szczerego, niewymuszonego humoru sytuacyjnego, jak choćby przy scenie spowiedzi (rozbrajająca porada dla matki której dziecko pali papierosy).

2. "Joker" ["Joker"]
Najbardziej porywający, najbardziej wyczekiwany i najczęściej doceniany film tego roku, który z pewnością nie zostanie bez choćby jednego Oskara. Świetna, depresyjna muzyka, gra kontrastem kolorów, urzekające ujęcia i wiecznie brudna stylistyka smutnego społeczeństwa, wykreowanego przez scenarzystów, które miało przypominać - i zapewne wielu przypomina - trudny i znoje prawdziwego życia (choć to akurat sprawa mocno dyskusyjna z racji mocnego komiksowego rysu "Jokera" i typowo filmowego umrocznienia środowiska głównego bohatera). Film, który w zamierzeniu ma ukazać nam drogę zwykłego, szarego człowieka, zmagającego się z problemami psychicznymi, który przez działania swojego środowiska przekracza granice i stacza się coraz bardziej w obłęd, szaleństwo i z Artura Flecka przeradza się w Jokera. Seans głęboki, choć z problemem nadmiernego tłumaczenia widzom przekazu, jaki chce nieść (scena w studio TV). Fenomenalnie zagrana przez Joaquina Phoenixa główna rola, która z pewnością zostanie doceniona nagrodą Akademii Filmowej. Widowisko smutne, dołujące, pozostawiające w nas poczucie smutnej "rzeczywistości", ukazujące jak wszystko nas dobija i wykańcza, nie pozostawiając żadnej nadziei czy złudzeń na lepsze czasy, a więc de facto demonizując prawdziwy obraz społeczeństwa. Mimo wszystko, obraz ten zostawił we mnie pewne przemyślenia, refleksje na temat postrzegania osób odmiennych od "normy", które słabiej radzą sobie z przytłaczającą naturą mechanizmów administracyjno-społecznych, jakie nas otaczają. Niezrozumienie, odrzucenie, zaszufladkowanie. Właśnie tym aspektem film nadrabia w moich oczach, idealnie zespajając się w tej wizji ze stroną audiowizualną.

1. "Rocketman" ["Rocketman"]
Niemal wszyscy umieszczają "Jokera" jako film nr 1., tymczasem ja, wbrew oczekiwaniom, na podium umieszczam produkcję, która rozeszła się bez tak napompowanego hajpu, a pozostaje jednocześnie seansem bardzo dobrym, porywającym i pozostawiającym po jej obejrzeniu pozytywne emocje.
"Rocketman" to historia Eltona Herculesa Johna (a właściwie Reginalda Dwighta). Nie jest to jednak seans tak laurkowy i trzymający wierność chronologii powstawania piosenek. Tutaj każda piosenka została przyporządkowana do odpowiednio pasującej do niej sceny, która nadaje oglądanym wydarzeniom większego wydźwięku emocjonalnego. Nie potrzeba np. tłumaczyć motywacji i pragnień rodziców Reginalda, gdyż wszystko znajdziemy w piosence "I want love", której każda część śpiewana jest przez inną osobę. Wielu scen śpiewanym towarzyszy równie wspaniała aranżacja choreograficzno-taneczna, podczas oglądania których nie tyle widzimy, ile czujemy pasję, z jaką były one wykonywane. W tym filmie tkwi wielkie serducho, którego nie ograniczało (jak w przypadku "Bohemian Rhapsody") czujne oko cenzorskie głównej postaci zainteresowanej. Jeszcze długie lata w pamięci będę miał scenę koncertu w barze "Troubadour", gdy podczas "Crocodile Rock" wszyscy zebrani zaczęli się unosić, a muzyka zwolniła, przypominając anielski śpiew. Przysięgam, tak jak bohaterowie tej sceny, tak i ja (choć metaforycznie) unosiłem się nad kinowym fotelem!
Aktorsko błyszczą tu przede wszystkim dwaj aktorzy: Taron Egerton jako Elton John oraz Matthew Illesley w roli młodego Reggiego Dwighta, których wokale sprawdzają się doskonale (nie czuję jak rymuję!). Na pochwałę zasługuje także niezwykle sympatyczny  Jamie Bell jako Bernie, twórca tekstów i najlepszy przyjaciel głównego bohatera.
Przed seansem nie interesowałem się zbytnio muzyką Eltona Johna. O jego piosenkach wiedziałem równie wiele, co o jego historii. Jednak film i późniejsze poszperanie za informacjami, przyniosły mi obraz fantastycznego człowieka, w którego życiu najgorszy okres (ukazany z resztą podczas seansu dużo odważniej niż w "Bohemian Rhapsody") już, na szczęście, minął. Z tego i wymienionych wyżej powodów, ogłaszam "Rocketmana" najlepszym seansem 2019 roku. Jeśli jeszcze nie widzieliście (albo nie słyszeliście o tym filmie) czym prędzej nadróbcie tę zaległość. Nie pożałujecie! FunFact: Taron Egerton i Elton John to prywatnie bliscy przyjaciele.



Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]