The Lion King (2019) - Blaski i cienie realizmu | Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

The Lion King (2019) - Blaski i cienie realizmu 2019-08-06

Remember, who you are, Disney! Remember...

"Król Lew" nigdy nie był moją bajką dzieciństwa. Owszem, "coś kiedyś" się oglądało, ale nigdy jakoś nie obejrzałem oryginalnej animacji sam z siebie. Dlatego więc na remake live-action poszedłem z całkowicie otwartym umysłem, świadom jednocześnie negatywnych komentarzy odnośnie wielu kwestii.

Na dobry początek moje oko rozpieściła genialna technologia graficzna, dzięki której "Krąg życia" wyglądał jak żywcem wyjęty z programu na Animal Planet. Wiem jak wyglądała wersja animowana, jednak ta prezentowała się równie wspaniale, a może nawet i lepiej. Realistyczne wykonanie zwierząt małych i dużych oraz cyfrowe wymalowanie scenerii sawanny sprawiły, że krajobrazy wyglądały jak te rodem z pocztówek! Kolejne sceny jedynie utwierdzały mnie w przekonaniu, że takie rozwiązanie to krok w dobrą przyszłość i, choć animacje było często urzekające, teraz nadchodzi czas przewagi animacji komputerowej. Takie myślenie towarzyszyło mi jednak tylko do pierwszej piosenki w filmie, czyli "I want to be king".
Wówczas bowiem cała koncepcja, nomen omen, nadania zwierzętom bardziej zwierzęcych cech, zachowań i mimiki zaczyna zgrzytać jak piękne, drewniane lecz dawno nienaoliwione drzwi po ich otwarciu. Zwierzęta bowiem, mimo słyszalnych w głosie emocji, nie mogą okazywać radości, ekscytacji, złości czy smutku, które w piosenkach grają przecież główną rolę. Simba, Naala i każda inna postać po prostu "kłapie" szczęką, mając to samo, zwierzęce spojrzenie za każdym razem. W dodatku nie ma już tej feerii barw czy aranżacji artystycznej hipopotamów, antylop i flamingów, za którą wielu pokochało oryginał. O  okrojonej wersji "Be Prepared" (przetłumaczonej na "Dam wam znak", choć w dubbingu animacji było "Przyjdzie czas"), świeżym wykonaniu "Can You Feel the Love Tonight?" czy nowej piosence Beyonce, która nie komponuje się z resztą piosenek w filmie zbyt dobrze, nawet nie ma co pisać. Głosy oryginalne nie przypadły mi do gustu, choć słychać  w nich pewne starania (wyjątkiem byli świetni Billy Eichner i Seth Rogen jako Timon i Pumba), zaś fabuła i dialogi są żywcem wyjęte z animacji. Dodano jedynie scenę ucieczki Naali z Lwiej Skały (która nie wnosi nic), bardziej widoczną pozycję Shenzi jako przywódczyni hien oraz, niezwykle pomysłowe, dodanie innych gatunków zwierząt do samotni Timona i Pumby. Gdy zaczynają one dołączać swoje dźwięki do piosenki "In the Jungle", zaczyna się szybko łapać rytm i stukać palcami do taktu! Niestety film nie ustrzegł się też pewnej niepotrzebnie długiej sceny, pokazującej wędrówkę kłaczka z grzywy Simby do Rafikiego (który to szympans nie ma tu w sobie swego pierwiastka szaleńczego wigoru z animacji).

Dla porównania obejrzałem dziś wersję oryginalną, czyli animację z 1994 roku. Nie był to film mego dzieciństwa, nie tylko z tego powodu, że powstał na rok przed moimi narodzinami, lecz przede wszystkim obejrzałem go chyba tylko jeden raz, tak dawno, że nie jestem w stanie spamiętać. Teraz więc powróciłem do klasyki i, nie będę skrywał, zakochałem się.
Być może jestem nierzetelny, bo zamierzam porównywać polski dubbing animacji z oryginalnymi głosami live-action, ale, cholera, nie potrafię nie zachwycić się kunsztem polskich aktorów, którzy użyczyli swojego głosu czy nie docenić polskiego brzmienia piosenek! Operowanie polskimi głosami niezwykle wpasowało się w świetną kreskę animacji, bogatą w kolorystykę i emocje, oddawane przez poszczególne sceny. Być może nie uroniłem łez przy śmierci Mufasy, lecz nie powstrzymałem wzruszenia podczas rozmowy Simby z duchem swego ojca. W tej animacji był nie tylko humor, który przeniesiono bez zmian do "nowej" produkcji, ale przede wszystkim emocje, których zabrakło w wersji Jona Favreau oraz charakterystyka pobocznych postaci, takich jak Rafiki czy Zazu. Nie dziwię się dlaczego owa animacja zyskała na całym świecie tak wielką popularność.

Czy wobec tego mogę z czystym sumieniem polecić odświeżonego "Króla Lwa" z realistyczną oprawą wizualną? Jeśli wiążą was z oryginałem sentymentalne wspomnienia, chcecie  zabrać na film swoje dzieciaki lub najzwyczajniej w świecie zobaczyć jak wyszedł remake jednej z najpopularniejszych animacji, wybierzcie się bez zastanowienia. Z mojego punktu widzenia, nie jest to film zły. Czy remake mógłby być lepszy? Na pewno. Czy animacja została przebita? Również nie. To po prostu nowy-stary "Król Lew", tym razem od reżysera wersji live-action "Księgi Dżungli". Nic odkrywczego, nic tragicznego w odbiorze (no chyba, że każdy remake Disneya traktujecie jako świętokradztwo).


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]