Men in Black:International (2019) - Po co? | Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Men in Black:International (2019) - Po co? 2019-07-01

Bezpłciowy efekt walki o film

Chris Hemsworth, Tessa Thomspon i Liam Neeson w rolach głównych. W tytule "Faceci w czerni". Na czele reżyser ósmej części "Szybkich i wściekłych". Co mogło pójść nie tak? Jak się okazuje - absolutnie wszystko. Po raz pierwszy w swoim życiu wyszedłem z sali kinowej z poczuciem zupełnej obojętności i brakiem sensu istnienia właśnie obejrzanego filmu. Niezwykle ciężko jest dobrać słowa, które trafnie opisałyby tę miałką, pozbawioną humoru produkcję, w której bohaterowie są równie ciekawi co wykład czytany z kartki przez profesora o monotonnym głosie.
Pierwsze trzy filmy z serii miały coś w sobie. Były lekkie, przyjemne, a postacie można było polubić nie tylko za celne, dobre żarty, ale i za głębię charakteru, wiarygodne emocje, jakie im towarzyszyły. "Men in Black: International" nie ma w sobie nic z tego, co znamy i kieruje się jedynie pewnymi motywami z poprzednich części.

Na Ziemię przybywa książę z pewnej rasy kosmitów. Agent H i agentka M muszą go ochraniać za wszelką cenę i, jak się domyślacie, sprawy przybierają niezbyt przyjemny obrót, zaś w ręce bohaterów wpada tajemnicza kosmiczna broń, zdolna do zniszczenia tzw. Roju, którego szpieg zagnieździł się w organizacji. Nie będę spoilerował, ale fabuła jest tak prosta i przewidywalna, że bardzo szybko możemy domyślić się tożsamości owego "kreta".
Postacie pierwszoplanowe nie rozwijają się nic a nic.  Agentka M (Tessa Thomspon) dołącza do agencji "bo tak" i do końca filmu ma jeden, ten sam płytki charakter, zaś H. (Chris Hemsworth) - mimo pewnego potencjału - został tak nakreślony, że nie jesteśmy w stanie powiedzieć na czym polegała owa zmiana, którą wiele postaci mu w filmie wytyka. Aktorzy starają się jak tylko mogą, by nadać jakiekolwiek znaczenie ich postaciom, ale nawet ich charyzmatyczny potencjał nie jest w stanie przebić się przez beznadziejny scenariusz. Dowcipy nie trafiają w żaden sposób. Jedynie postać Pionka, małego sympatycznego kosmity, raz czy dwa rzuca tekstem, mającym lekkie zabarwienie dowcipu, lecz i tak jest niezwykle słabo. Warstwa audiowizualna jest przyzwoita, reżyseria również: są to elementy nie rzucające się w oczy w żaden sposób. Nie jest źle, nie jest szczególnie dobrze.

Czy jest to film tragicznie zły? Paradoksalnie i tak, i nie. Z jednej strony dostrzegam jego mocne wady, a z drugiej nie jestem w stanie przymknąć oka na to czym ów film mógłby być, gdyby tylko producentom chciało się stworzyć coś na poziomie poprzednich części. Jeśli nawet nie chcieli przepłacać za Tommy Lee Jonesa i Willa Smitha, z pewnością byliby w stanie - przy odrobinie chęci - stworzyć równie lekką i przyjemną przygodę w uniwersum MiB. Niestety po odejściu głównego producenta, który miał pewną ciekawą wizję filmu o bezkompromisowym, ostrzejszym humorze, opisującego w dodatku kosmitów na tle współczesnych niepokojów migracyjnych, sprawa się skomplikowała. Choć reżyser Gary Grey chciał zrealizować ten koncept, inny producent, Walter Parks, nakazał wprowadzenie "niezbędnych" zmian jeszcze w trakcie kręcenia filmu. Jego poprawki nie spodobały się aktorom na tyle mocno, że Tessa i Chris zatrudnili własnego scenarzystę, który miał napisać im spójny, sensowny scenariusz. Reżyser początkowo chciał uciekać z tonącego okrętu, jednak Sony musiało go jakoś przekonać do kontynuowania ich nowego zamysłu, czego rezultat widzimy wszyscy.
Zapraszam więc do kina tylko jeśli naprawdę chcecie popatrzeć sobie na lubianych aktorów, trochę pochrupać do jakiegoś filmu, a macie akurat abonament Unlimited i wolne dwie godziny (choć z drugiej strony jest obecnie kilka innych filmów, na które zdecydowanie warto się przejść, m.in. świetny "Rocketman", którego recenzja już niedługo).


Dodaj komentarz


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]