Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

O Pernelle i ewolucji emocjonalnej [do opracowania] 2020-04-02

dziś


(Kolejny) Koniec Świata 2020-03-12

Pierwsza osoba została zakażona.

Wirus szybko się rozwinął, nabrał odpowiednich dla swojego środowiska cech, które pozwoliły mu przetrwać w niesprzyjającym otoczeniu i zarazić kolejne ofiary. Im więcej osób miało go w sobie, tym bardziej ona zyskiwała na sile, tym prężniej się rozwijała i ewoluowała nowe objawy. Lekarze zaczęli dostrzegać niepokojące oznaki nowej choroby, więc przyspieszyła zaraźliwość. Wirus, wszelkimi dostępnymi drogami, zaczął rozprzestrzeniać się na inne kraje. To już nie była cicha partyzantka, a otwarta wojna. Kolejne mutacje, wzmocnienie zaraźliwości, pierwsze ofiary śmiertelne. Świat pracuje nad lekarstwem - za późno. Pierwsze sto zabitych, tysiąc, dwa miliony, pierwszy miliard. Ludzie umierali na całym świecie... z wyjątkiem tej parszywej Grenlandii, która dziwnym trafem pozostawała ostatnim bastionem garstki ocalałych. ZNOWU! No i trzeba grać od nowa...

Na całe szczęście to jedynie opis standardowych pierwszych prób zawojowania świata własną chorobą w grze Plague Inc. Evolved, która bije ostatnio rekordy popularności, zważywszy na to, co się dzieje od początku roku i, miejmy nadzieję, że opcja apokaliptycznej pandemii nie pchnie nas ku krawędzi skarpy życia. Koronawirus szaleje bowiem od trzech miesięcy, od dwóch tygodni wiadomo, że jest już w Polsce i zaraziło już na ten moment (12.03.2020, godzina 14:03) ok. 50 osób a pierwsza zmarła. Dziś każdy z nas w jednej chwili stał się ekspertem medycznym, wierzącym w każdy komunikat WHO i naukowych zapewnieniach o większej szkodliwości zwykłej grypy, albo doszukującym się globalnych spisków, "bożej kary", prac nad nową bronią biologiczną, które wymknęły się spod kontroli etc. Ileż to widzieliśmy wizji, w których groźny wirus zmienił ludzi na całym świecie w zombie lub wybił lwią część jego populacji? Nie tylko "Dżuma" Alberta Camusa, ale i cała seria filmów ("Resident Evil", "World War Z", "Jestem Legendą", "28 tygodni później") oraz gier  ("A Plague Tale: Innocence", "The Last of Us", "Resident Evil", "Days Gone", "Day Z") przedstawiły nam jak bardzo będziemy mieć przerąbane. Wydaje się nawet, że zataczamy koło: co rusz jakieś wojny na Bliskim Wschodzie, katastrofy w elektrowniach atomowych, gdzieś nad nami ciągle wisi mroczne widmo smogu, globalnego ocieplenia, zanieczyszczonego środowiska i dziury ozonowej, a niedawno nadeszła kolejna pandemia, która uderzy w każdą dziedzinę życia.
Załóżmy, że ogólna kwarantanna będzie trwać dłużej niż dwa tygodnie i ulegnie ona uszczelnieniu. Co to będzie oznaczało? Szkoły i uczelnie będą zamknięte, dzieciaki i młodzież będą odrabiać stracony czas programowy na wakacjach, a i studenci również nie mają co liczyć na wolne w okresie letnim. Kina i centra kultury nie będą na siebie zarabiać, wobec czego ich pracownicy - zwłaszcza ci na umowie zlecenie - pozostaną bez środków na utrzymanie. Kościoły, jeśli rząd nie zdecyduje się ich zamknąć, będą nadal dobrowolnie gromadzić tych wiernych, którzy odważą się zaryzykować własnym zdrowiem i życiem dla wymyślonej istoty boskiej, wierni będą się gromadzić w kolejnych trudnych czasach, narażając się jeszcze bardziej, zaś księża będą znów dostaną argument na istnienie boga. Wszak tzw. matka boska zapowiedziała kilkadziesiąt lat temu nadejście "zarazy"! Co prawda, miała wtedy na myśli komunistów, ale teraz pewnie zmieni front dyskusji na Chiny. Grunt, że przez te ostatnie ze zbiorowych "imprez" kolejne osoby będą się zarażać coraz bardziej. Na popularności zyskają jeszcze bardziej wszystkie te aktywności, które i tak można było wykonywać w domu: korzystanie z oferty filmowej i serialowej kanałów TV oraz seriali, czytanie zaległych książek, nadrabianie pomniejszych czynności domowych. Sprzedawcy i producenci zanotują gwałtowny wzrost dochodów, ale, gdy choroba opadnie, ludzi przez dłuższy czas nie za bardzo będzie stać na większe wydatki. Trzeba będzie pracować dłużej i więcej, żeby odrobić straty, z powrotem zapełnić półki, gdyby stanęła cała produkcja, a rząd zamiast na TVP musiałby łożyć pieniądze na swoje bydło wyborcze (co by nie ryczało, że ich zaniedbują i po nocach zapełniało prokreacyjnie lukę po ewentualnych ofiarach pandemii).

Co więc zrobić, żeby nie doszło do najgorszego scenariusza? Siedzieć na dupie i nie wychodzić, jeśli nie jest to konieczne! Zróbcie szybko większe zakupy, ale nie rzucajcie się na towar jak prosię na paszę. Myjcie dokładnie ręce kilkanaście razy dziennie, skądkolwiek wracacie, czegokolwiek/kogokolwiek dotkniecie  Pracy nie rzucicie, nie wszystko będzie zamknięte, ale olejcie przynajmniej kościoły i módlcie się w domu. Nie zapraszajcie do siebie księży, nie spowiadajcie się ani nie przyjmujcie komunii u emisariuszy. Nie zarażajcie ich ani nie dawajcie się od nich zarazić. Jeśli macie w sobie wiarę to pamiętajcie, że nie tylko "gdzie dwóch lub trzech gromadzi się w imię jego, tam i on jest pośród nich", ale i pojedynczej osoby bóstwo jest pewnie w stanie wysłuchać o każdej porze. Jeśli kaszlecie, to w rękaw, jeśli kichacie, to nie w stronę drugiego człowieka, poręcz, stół etc.
Podejmujcie na spokojnie wszelkie kroki ostrożności. Nie panikujcie, stosujcie się do komunikatów władz i zarządzeń sanepidowskich. Odpowiednie przygotowanie a następnie dłuższa kwarantanna zmniejszą zaraźliwość i - co najważniejsze - powstrzymają śmiercionośny pęd nowego wirusa, obojętnie skąd się wziął i jak zmutował.

Albo, jeśli nadal nie daje to wam pewności, rzućcie to wszystko i wyjedźcie na Grenlandię. Tego kraju ŻADNA zaraza nie zdominuje i nieważne czy nazwiecie ją "koronawirusem", "lewactwem" czy inną "masonerią". Ostatecznie przeżyliśmy już tyle nieszczęść przez przynajmniej dwa tysiąclecia i żadne z nich nie zdołało nas pokonać.



Patriotyzm jako przykra konieczność 2020-03-05

W poniedziałek miała miejsce mała dębicka impreza: koncert ku pamięci żołnierzy niezłomnych (nie, nie napiszę tego z wielkiej litery).

Jako że załapałem się na krótki staż, miałem okazję być na owym koncercie, by zrobić z niego relację. Na scenie występował Norbert „Smoła” Smoliński, zaś gościem honorowym był Franciszek Batory, brat zabitego przez komunistów majora Józefa Batorego.
W swoim przemówieniu pan Franciszek opowiadał o przykrych doświadczeniach z procesu kilku żołnierzy AK, jaki miał miejsce piątego października 1929 roku w sądzie wojskowym w Warszawie. „Niby polskim!”, jak zaznaczał, „A traktowali nas jak nieswoich rodaków!”.  Podzielił się smutnymi wspomnieniami dotyczącymi represji i nacisku, zarzucania zdrady stanu i zbywania wszelkich prób obrony zarzutem „mówienia nie na temat” oraz zawistnym podejściem do oskarżonych. „Jeden z nich”, mówił, „z tego samego roku był, co prokurator, ten sam kierunek w jednym czasie skończyli! I co? Student studenta by nie znał?”. Słychać było po mówcy, że widział wiele, przeżył niemało i wycierpiał "swoje", ale mimo wszystko zdaje sobie sprawę, że przetrwał dzięki wychowaniu i edukacji, czerpanych także od współwięźniów w celi, za czasów komunistycznych. Były żołnierz podkreślał siłę i niezłomność narodu polskiego, która pozwoliła jego pokoleniu wytrwać trudne czasy, lecz także wielką rolę nauczycieli w dziejach, którą uczniowie bacznie „recenzują”.

- Nauczyciele to inżynierowie dusz ludzkich! Spłacam dziś więc im należny dług, będąc tu dzisiaj z wami i przychodzę do was z przesłaniem, abyście na swojej drodze uczniowskiej i studenckiej zawsze szukali prawdy! Realizujcie testament przodków swoją codzienną pracą, bo wzorców macie co nie miara!  Macie wspaniałe miejsce na ich pomnik w umyśle i sercu!

W przemowie tej, przyjętej przez publikę z owacjami, nie brakowało jednak również przytyków do lewicowych europosłów i nazywania ich zdrajcami pokroju szlachty targowickiej, jednak przez wzgląd na  jego starodawne, fundamentalne wychowanie, pominę ten aspekt. Dziś chcę zastanowić się nad innymi jego słowami.
Gdyby zapytać pana Franciszka, czym jest patriotyzm, odpowiedziałby, że miłością do ojczyzny, o której wielu poetów i poetek napisało już niejedną strofę. Zofia Kossak-Szczucka w „Dekalogu Polaka”, Ignacy Krasicki w „Hymnie do miłości ojczyzny”, Antoni Słonimski w swoim wierszu o wszystko mówiącym tytule „Polska”…

Tylko JAK ten kraj w ogóle pokochać? Stronnictwa narodowe głoszą wokół dumne, górnolotne hasła, deklarują najwyższe poświęcenia dla idei, ale większość i tak ma to gdzieś. Praca, rodzina, życie prywatne – na co komu tu jeszcze jakieś niepotrzebne „ojczyzny” i „narody” wykreowane jedynie po to, by, z czym się w pełni zgadzam, móc kontrolować tłum, tak samo jak wiara,?
Pan Franciszek ujmuje to w ten sposób: „Żeby pokochać, trzeba wiedzieć dlaczego i za co, trzeba poznać historię własnego narodu. Żeby pokochać ojczyznę, trzeba być aktywnym członkiem społeczności narodowej, uczyć się, udzielać. Nie dzięki armii Polska przetrwała, lecz dzięki wyedukowanym ludziom: lekarzom, technikom, urzędnikom, nauczycielom, wykładowcom, historykom, księgowym…”.
Podczas pisania relacji długo myślałem nad tym czym dla mnie jest ojczyzna i czy z nią właśnie identyfikuję Polskę. Doszedłem wówczas do wniosku, że w zasadzie…niczym.

Dla mnie liczą się przede wszystkim ludzie. Staram się znajdywać wspólny język w wielu kwestiach, szukać drogi porozumienia, możliwości współpracy ponad różnicami kulturowymi i podziałami. Jestem wyznawcą idei jednej społeczności świata, bez wielkich barier, które trudno przeskoczyć, takich jak zaszłości historyczne, odmienne religie oraz uprzedzenia i stereotypy z nimi związane.  W godzinie próby postąpiłbym „jak (naprawdę) trzeba”: walcząc wraz z innymi o przeżycie w cywilu, kryjąc się, byle zachować swoje umiejętności na czasy pokoju. Chwyciłbym za karabin, lecz nie po to by zginąć jak mięso armatnie w wojskowym szeregu, a do obrony swojego domu, kryjówki, rodziny. Gdy myślę o sobie jak o Polaku, nie mam żadnych emocjonalnych powiązań: nie jestem ani dumny, ani nie jest mi z tego powodu przykro. Każdy kraj przecież miał swoje momenty wzlotu i gwałtowne upadki. Polska sporo wycierpiała i dzięki pewnym zbiorowościom odzyskała niepodległość, ale gdyby nie inne z kolei, nigdy ten kraj nie musiałby powstawać po upadkach, wytaczając krew swoich obywateli raz za razem. Zawsze kibicuję "naszym", jesteb zadowolony, gdy wygrywamy, odnosimy sukcesy sportowe, naukowe, kulturalne, ale jestem przeciwny przesadnemu podkreślaniu "znaczącej" roli Polaków. "To Polacy pierwsi to", "Polacy jako jedyni tamto", "To Polak coś wymyślił!", "polskie wyroby dominują europejski rynek czegoś!"  
Cieszę się, że mówię po polsku, ale jedynie dlatego, że ten język umiem najlepiej; mówię nim przecież od urodzenia, tak jak wszyscy. Gdyby trzeba było nauczyć się innego „na dłużej”, nie byłoby to problemem.

A jednak traktuję patriotyzm i chociaż niewielkie przywiązanie do swojej ojczyzny jako zło konieczne. Nie będzie nigdy sytuacji, w której rządy upadną, a ludzie całego świata porzucą to, co mieli "zakorzenione". Nie stworzy się jeden naród ziemski, nigdy nie będzie wspólnoty bez barier i uprzedzeń. Jeśli jeden kraj się rozwiąże, jego miejsce zajmie inny. Na takim świecie się urodziliśmy, w już uformowanych granicach, z już ustanowionymi granicami. Otrzymaliśmy imiona, nazwiska, przypisano nam narodowość urodzenia. Musimy sympatyzować, utożsamiać się z Polską, czuć się Polakami. Urodziliśmy się tu, prawdopodobnie tutaj też umrzemy. Koniec końców nasz kraj nie jest taki zły, nie ma aż tylu momentów w historii, za które powinien się wstydzić. Mamy z czego się cieszyć, mamy co świętować, mamy czego się wstydzić, za co przepraszać i dziękować. Powinno się więc, jeśli nie kochać, to przynajmniej lubić Polskę. Niekoniecznie oddawać życie, poświęcać za sprawę, lecz uczyć się i pracować nad sobą i starać się wpływać na społeczność, działać w lokalnych "małych ojczyznach"; Polska to dom, kiedyś w pewnym celu przez kogoś postawiony, o który teraz przyszło zadbać i nam. Jeśli my sami tym się należycie nie zajmiemy, szybko staniemy się bezdomnymi, którym "tymczasowego" schronienia udzielą sąsiedzi. Jaki jednak sens mieszkania w miejscu, na które nie ma się wpływu? 


Emocje - przekleństwo to czy dar? 2020-02-15

Zaiste, skomplikowaną istotą jest człowiek.

Ileż emocji potrafi jednocześnie kłębić się w jego umyśle, ile obrazów, tak od siebie odmiennych wpływa na jego postrzeganie wszystkiego! Nieskończona, twarda rzeczywistość, jaką ją powszechnie się rozumie, kształtowana jest przez każde niepozorne, niewłaściwie odebrane słowo, drobne gesty, okazane wobec innych, jak rozmowa, uścisk lub równie obfite w wartość emocjonalną wyrazy.
Niepojęta jest moc naszych emocji, których ujarzmić musimy się tak, jak młodzi czarodzieje kształcili się w magii. Kłopot jedynie w tym, że mimo posiadania tak wielu różnych szkół, brakuje tej jednej, najistotniejszej: Akademii Ludzkich Serc. Byłoby nie tylko łatwiej znaleźć kogoś, z kim można o naszym postrzeganiu pogadać, lecz również, co istotniejsze, nie bać się zajrzeć w nas samych, odnaleźć źródło naszych radości, lęków, żalów i uprzedzeń.
Niefortunnie dobrane słowo, nieznajomość pewnych faktów z życia naszego rozmówcy, jego prawdziwego stanu ducha bądź niezrozumienie zawsze kończy się bólem, krzywdą wyrząconą nieintencjonalnie, serią przykrych chwil. Po jakimś czasie wszystko wróci do normy, dogadacie się, postaracie się zapomnieć świeże krzywdy lub przynajmniej nie zwracać na nie uwagi. A jednak to zajmuje czas. I boli, nieraz nieporównywalnie. Wyrzuty do siebie, pretensje..."Mogłem to powiedzieć inaczej...." , "Myślałam, że ona już się z tym pogodziła..." , "Przecież to miało ją ucieszyć...".

Nie wiem czy istnieje druga osoba, która zna potęgę słów i wagę kontroli emocjonalnej bardziej ode mnie. Gdy sięgnę pamięcią wstecz, widzę w lustrze wspomnień nieuporządkowanego chłopaka, który, bez wglądu na swoje emocje, podświadomie jednocześnie traktował siebie jako ofiarę, nic niewartego śmiecia, a z drugiej karał najbliższą mu osobę. Dziś, świadomy dawnych ułomności, istoty problemu i źródła mojej chorobliwej zazdrości, a także nieco już doświadczony w kwestii odpowiedniego dystansu przy jednoczesnym zachowaniu bliskości w relacji, nadal nie jestem dumny z tego jaki byłem. Nie dostrzegałem jak głębokie i różnorodne emocje w niej tkwią, jak próbuje je badać i dostosowywać, mimo dyskomfortu i momentami nieporadności. A jednak, doświadczenia ze starym mną pozwoliły jej się wzmocnić niemal tak, jak mnie po okresie między lipcem 2012 a pierwszym kwartałem 2013 r. Gdyby nie K., tkwiłbym dalej w bańce romantycznej miłości, naiwności i chrześcijaństwa. I tak, nieraz nie wiedziałem w jakiej kategorii mam ją postrzegać, jak rozpatrywać przeszłość, ale koniec końców należą jej się przeprosiny, bo wydaje mi się że jej zmieszanie i również ówczesna niestabilność emocjonalna (wariantu celowego kłamstwa nie ma sensu rozpatrywać) pomogły nam obojgu wygrzebać się z tego, w co się wpakowaliśmy oboje, a co poszło za szybko i zbyt daleko.

Pernelle zaś...Moja najdroższa Pernelle! Jakże mocno me serce bije, gdy widzę do jakiego stanu udało nam się obojgu dojść, jak umiejętnie, na spokojnie ukształtować ciekawą, bogatą, stale ewoluującą relację. A jednak ostatnio oboje mieliśmy niesłychanie niestabilny, wystawiający nas na próbę, okres, w którym irytacja, zniecierpliwienie czy fizyczne zmęczenie prowadziło do chwiejnej granicy wytrzymałości mentalnej. Gniew, żal, wstyd wobec podprogowych emocji i intencji, które nie zostały przekazane, a przez które jednocześnie któreś z nas mogłoby ucierpieć bardziej lub mniej. Wytrzymaliśmy to, nadal stoimy na pewnym gruncie, nadal uczymy się od siebie nawzajem, szanujemy i darzymy wielkim uczuciem, nie bojąc się o niezrozumienie, odrzucenie, wyśmianie etc.
Jednak, o ile między nami jest spokojnie i znamy się względnie dobrze, tak reakcji innych wobec naszych dobrych intencji, lecz niekiedy niewłaściwego doboru słów, nie jesteśmy przecież w stanie przewidzieć. To zaś pociąga za sobą żal, kłótnie, kolejne nieporozumienia, złamane postrzeganie.
I najgorsza z tego wszystkiego jest owa okropna nieprzewidywalność i cierpienie konsekwencji niezamierzonych słów, nieświadomości emocji i czynników odbiorczych u drugiej osoby. Uczymy się na własnych błędach, podejmujemy się zawiłych analiz tego, co działa w każdym, osobnym przypadku oraz umiejscowienia pewnych granic, których z tej lub innej przyczyny przekroczyć nie można.

Co w takim razie mogłoby pomóc? Jakie inne środki należy wdrożyć, jeśli rozmowy, chęć zrozumienia i wspólne rozpatrywanie, radzenie sobie z emocjami nie wystarczają? Jak pozbyć się nieznośnego uczucia, które nie chce odpuścić, mimo nierzadkiej świadomości problemu? Bo w istocie, nawet rozwiązanie słabości, utkwionej w danym odczuciu, nieraz nie pozwala nam czuć się lepiej tak do końca. Można czytać o badaniach kognitywistów i zgłębiać opracowania nt. funkcjonowania naszej psychiki, udać się na wywiad do specjalisty...Ale i tak nikt do końca nie będzie w stanie zrozumieć nas samych, szczególnie lekarze, często traktujący problemy z emocjami jako kolejne ze schorzeń do wyleczenia i podchodzący do nas jak do pacjenta, nie człowieka, bogatej w uczucia i myśli istoty. Można dalej cierpieć, popełniając błędy, obrzucać siebie nowymi pretensjami, zaklinając się, że już więcej nie popełni się tych samych pomyłek. Zapewne istnieją jeszcze inne, nieodkryte przez nas sposoby. Każdy z pewnością posiada również swoje małe, własne, "domowego zastosowania". Pytanie tylko, czy należy cieszyć się tak rozwiniętym lasem emocji i postrzegania, czy przeklinać Los za to, że powiązał nasze duchowe serca i materialny rozum?


Desperacja i bezsilność, czyli o lęku straty 2020-02-04

"Nie mogę ci wiele dać, bo sam niewiele mam"
Perfect

Zauważyłem u siebie ciekawą ewolucję  zazdrości. Kiedyś, za starych, lecz nie takich znów dobrych, czasów, spalałem w sobie gniew. Nie potrafiłem zwalczyć wyniszczającego tak mnie, jak i Pernelle, uczucia zajadłości i nienawiści wobec wszystkich, z którymi utrzymuje kontakt. Każda z tych gnid wtykała swe paluchy nie tam, gdzie trzeba! Nie mogli mi zabrać Pernelle! Nie mogłem znowu być samotny, nie mogłem znowu cierpieć! Byłem w swojej wściekłości coraz bardziej chciwy i agresywny, aż w końcu wszystko to "jebło", osiągnęło punkt krytyczny i zerwało nasz kontakt, po raz drugi. Stało się dokładnie to, czego się obawiałem, choć w zupełnie inny sposób. Sam ją odtrąciłem i sam sprowadziłem na siebie samotność, której tak panicznie się bałem.
Następne miesiące były okropne. Moje serce było niekompletne, postrzępione, jakby ktoś wyrwał jego fragment, zabrał bezpowrotnie. Żyłem, uczyłem się, czytałem, oglądałem, rozmawiałem z innymi ludźmi, lecz czegoś mi brakowało: obecności tej jednej dziewczyny. Nareszcie pojąłem w czym tkwił problem i jak z pewnością nie należy go rozwiązywać. Po niemal roku napisałem do niej po raz ostatni z prośbą o wybaczenie. Nie łudziłem się, że mnie przyjmie z powrotem, chciałem jedynie otrzymać przebaczenie.Los zdecydował jednak inaczej, wznowiliśmy kontakt. Nareszcie zacząłem odzyskiwać tę, która stanowiła część mnie. Stopniowo, krok po kroku, nasza relacja rozkwitała i rozkwita nadal w dobrej, zdrowej atmosferze. Wreszcie było tak, jak powinno być od samego początku.
Ostatnio jednak zaczęły mnie dręczyć natrętne myśli o mojej "konkurencji". Przecież nie byłem jedynym, który utrzymywał z nią kontakt. Ba, wielu było w stanie zaspokoić jej nieskończony głód wiedzy nt. alchemii, badaczy, poetów, pisarzy, artystów, mniej znanych kultur, organizacji, teorii... I robili to, z pewnością, dużo skuteczniej ode mnie.
Bo przecież kim JA jestem? Skromnym uczniem jeno, adeptem, wpatrzonym w dużo bardziej obytą, dużo bardziej ogarniającą nieznane mi wcześniej tematy mistrzynią. Tą, która mnie zafascynowała, zainspirowała do pogłębiania własnej wiedzy. Każda moja oznaka niewiedzy przemawiała na mą niekorzyść, każda cenna informacja, której poszukiwała, a którą otrzymała od kogoś innego, oddalała mnie od niej, zamiast pozostawać jak najdłużej u jej boku, przed pozostałymi. Jako TEN wybór, gdy do momentu wyboru kiedyś dojdzie.

Tak bardzo się dla niej staram, piszę opowiadania, które wspólnie opracowujemy, dzielę się wiedzą, w której jestem obeznany, poszukuję, sprawdzam, przykładam się do swoich powinności i próbuję uzyskać w jej oczach jak najlepszą wartość. A tymczasem przychodzą inni, błyszczą większą wiedzą, lepszym obeznaniem tematu, ciekawszymi wnioskami. Kim jestem, w takim razie, skoro, mimo prób, nie jestem lepszy?
I tak, gdy zawsze w tego typu sytuacjach wybuchałem gniewem i rozpalałem swą nienawiść do piekielnych temperatur, a językiem ostrzyłem każde słowo, tak teraz przechodzę przez płomienie, uodporniony na ich żar, który spala moje duchowe wnętrze, ale nigdy nie strawi go do końca. Sięgam po źródło problemu, znajdując źródło żywiołu nienawiści: moją słabą, nikłą wartość, moją beznadzieję, niemoc i bezsilność. Nic ode mnie nie zależy. Mogę próbować, starać się ze wszystkich sił, okazywać pewność siebie,  a mimo to nie utrzymać przy sobie tej, na której tak bardzo mi zależy. Czy jednak moje desperackie, podświadome zabiegi wmawiania jej winy za moje cierpienie i również niewykryte przeze mnie próby manipulacji były lepsze? Nieświadomie stosowałem całą machinację kłamstw, słów, które mogły doprowadzić do pożądanego rezultatu, owładnąć umysłem drugiej osoby, a mimo to poległem. Parszywy świat, figlarny Los!

Tym razem więc zrobiłem inaczej. Miast kryć się z uczuciami i spalać nienawiść, opowiedziałem o moich obawach Pernelle, o tym jak bardzo boję się ją stracić, jak cenną jest dla mnie towarzyszką i jak niewiele jej mogę zaoferować. Powiedziała, że tylko ze mną ma tak silną, emocjonalną więź, że wiedza i "użyteczność" nie są dla niej tak ważnymi kryteriami, że uwielbia opowiadania, dostrzega moją ewolucję i pracę nad sobą, które zmierzają w dobrą stronę. Opowiedziała o jej równym traktowaniu nas obojga również w kwestii wiedzy. "Nigdy się nie zastanawiałam ile Ty wiesz w stosunku do mnie. Zawsze Cię traktowałam na równi, ale bardziej doświadczonego" (jedynie, gdy do chwili ostatniego powrotu tkwiłem w swojej zamkniętej strefie komfortu, ona sama, jak dopiero dzisiaj przyznaje, pogardzała moim sposobem bycia; oboje wtedy mierzyliśmy się z własnymi problemami). Mówiła, że spośród innych, ja najbardziej wiem jak moją wiedzę wykorzystać w praktyce.  I w końcu, co mnie zaskoczyło i wprowadziło w rozmyślania, postawiła przede mną duchowe lustro, pokazując mi człowieka, który mógł pójść na łatwiznę, obrać za "cel" łatwiejszą w podejściu dziewczynę, a jednak wybrał właśnie ją - wymagającą, choć nic ponad możliwości, wyrozumiałą, otwartą, zmuszającą do pewnej aktywności umysłowej, lubującą się w niestandardowych tematach. Podniosła mnie tym lekko na duchu, a jednak nadal nie mogę przezwyciężyć nieobliczalności Losu, który nawet mimo moich wysiłków, jest w stanie zabrać mi sprzed oczu cel, którego tak mocno pragnąłem, obarczając mnie jeszcze większym bólem i zwątpieniem. Mogę jedynie mieć nadzieję na spełnienie się najlepszej wersji wymarzonego scenariusza i nadal zdążać ku temu coraz lepszymi środkami. 


Blaski wielkiego miasta 2020-01-29

Czyli jak wyzbyłem się "małomiasteczkowości"

Za każdym razem, gdy wracam do swojej małej mieściny, czas nagle wyrzuca mnie paręnaście lat wstecz. Jedno kino z kilkoma filmami i jednym seansem dziennie na miesiąc, jedna czynna kasa na dwuperonowym dworcu PKP, stara, drewniana wiata autobusowa, małe, ale zakorkowane jak wino w piwnicy ulice, niemal wiekowe budynki, z uporem maniaka upiększane, by choć trochę nie trąciły myszką. Jedna galeria miejska, jeden duży Kaufland, jedna mniejsza galeryjka i niewielkie sklepiki, co rusz zamykane i na nowo pod inną nazwą otwierane. Ubogo rozwinięta komunikacja miejska. No i mój pokój - mała, ciasna klitka, w której ledwie mieści się szafa, regał, łóżko, biurko i krzesło obrotowe, że nie wspomnę o jego składzikowej roli w przechowywaniu garniturów czy koszul innych członków rodziny, które nie mieszczą się w pokoju brata ani salonie/pokoju rodziców.
A przecież jeszcze kilka lat temu nie dostrzegałem tej nudy, szarości i biedy mojego małego zadupia. Żyłem w tej dziurze od urodzenia, nie potrafiąc sobie wyobrazić, że mogłoby być coś lepszego, aż nadeszły studia w Krakowie i nagle perspektywa obróciła się od 180 stopni. TO było to! Teatry, kina, muzea, parki, kluby erpegowe, ludzie o szerokich zainteresowaniach oraz poglądach, środowiska w których można działać i się rozwijać! Społeczności, którym nie wystarczy tylko "byle pracować i potem przy kabaretach się przed telewizorami wieczorem pośmiać". Wyższe sfery, wyższa kultura, większy świat i szerokie spektrum możliwości rozwoju, że nie wspomnę o ludziach, którzy obyci są w ubiorach i nie chodzą latem po mieście w krótkich spodenkach jak ostatnie wieśniaki. Na bogów, szanujmy się i miejmy trochę powagi dla miejsc publicznych!

Możecie twierdzić, że przesadzam, że zbyt wiele się spodziewam, ale gdybyście tylko tak jak ja umieli poczuć swobodę wielkiego miasta, sami przyznalibyście mi rację. Wystarczy przynajmniej kilka miesięcy, by oswoić się, przystosować, a potem czerpać z ogromu rozrywek i ścieżek rozwoju tak dużego miasta. Do mojej małej "klitki" czuję pewien sentyment, jednak za nic w świecie nie chciałbym wracać do niej na stałę, by znów się dusić tą ubogą, zamkniętą atmosferą kulturowego zaścianka.
Możecie bronić "walorów" mniejszych miejscowości, obstawać przy melanżach klubowych, domówkowych posiadówkach i sąsiedzko-rodzinnych grillach jako najlepszych z niewielu form spędzania wolnego czasu. Nie mówię, że jest to złe, nie krytykuję, nie oceniam. Jeśli wam to wystarczy, jestem w stanie to przyjąć do wiadomości. Nie każdy przecież odnalazłby się w wielkim mieście tak jak ja, nie każdy popłynąłby z prądem i niejako fascynacją ku nowym drogom, oferowanym przez większe społeczności, dużo bardziej otwarte ideowo niż zamknięty we własnym sosie, konserwatywny zaścianek.
Możecie mówić, że obudził się we mnie syndrom małej miejscowości, że czuję się gorszy, a w istocie moje postrzeganie rodzinnej dziury nie jest znów takie najgorsze. Nie czuję się z tym źle, w końcu każdy się gdzieś urodził i mieszkał długi czas, lecz gdy już raz zasmakuje się prawdziwego życia w większym mieście, nic już nigdy nie jest takie samo. Podczas zapoznawania się z alternatywami, chłonąłem wszystko, stopniowo rozwijając moje podejście do wielu rzeczy, idee dla mnie ważne oraz umiejętności pisarskie. Nie chciałem się dopasować, nie czułem potrzeby nagłego przystosowania się, lecz samodzielnie, świadomie i z przyjemnością nabierałem nowych doświadczeń, ucząc się przy okazji utrzymywania pewnego stylu i klasy w nawet codziennym ubiorze oraz zachowaniach.

Jestem na tym etapie życia, gdzie taka swoboda jest mi potrzebna, choć nadal, paradoksalnie, marzyłaby mi się samowystarczalność, znalezienie balansu między życiem cywilizacyjnym a korzystaniem z uroków natury. Ale to kiedyś, być może kiedyś rozwinie się to w coś bardziej przemyślanego, konkretnego, spójnego. Póki nadal przynosi mi to pewną satysfakcję, będę więc upatrywał zaspokojenia w krakowskiej wolności i już nigdy nie spojrzę na moją rodzinną, choć ograniczoną, starą i brzydką kropeczkę na mapie jak na coś, w czym chciałbym się odnaleźć za "X" lat.



Sztuka Wychowania, czyli jak sadzić latorośl 2020-01-25


WYCHOWAĆ czy WYHODOWAĆ?

Zaczyna się od prawdziwego szoku porażeniowego, gdy jak grom z jasnego nieba z ust kobiety padają trzy słowa: "Jestem w ciąży". Ekscytacja, niedowierzanie, szaleństwo i miłość złączone w jedno, dziwaczne uczucie. Na całe szczęście, piszę jedynie na podstawie własnych wyobrażeń, bo ojcem nieprędko (jeśli w ogóle) zostanę.
Życie faceta nagle spowalnia, jednocześnie piętrząc jego wysiłki fizyczne jak i mentalne. Nie tylko musi zrezygnować ze swoich planów kupna nowej deski surfingowej, wspólnego wypadu na Seszele czy wolnych weekendów, jeśli takimi się do tej pory cieszył. Od "teraz" musi zapierdzielać jeszcze więcej, zaś wszelkie oszczędności odkładać na nowy pokój dla dziecka, kołyskę, ubranka, pieluchy, zabawki i inne, równie potrzebne, pierdoły. W domu zaczyna dbać o swoją kobietę, która przeżywa istną huśtawkę nastrojów oraz karuzelę smaków, począwszy od nagłego apetytu na lody czy ogórki, a skończywszy na fetorze wymiocin. Prócz jej, i tak już zbyt dużego, brzucha oraz (oby i tak słusznego rozmiaru) piersi, rosną również jej wymagania, żądania i nagle comiesięczna tykająca bomba wydłuża licznik na 3/4 roku. Wtem: ból, wodospad, szybki transport obiektu na porodówkę, poprzedzony kurwicą i bluzgami na debili, blokujących ruch oraz chujowy system nawigacji świetlnej, nerwy w szpitalu, aż wreszcie jest: na świat przychodzi prawowity dziedzic, spadkobierca tytułu, nazwiska, kontynuator linii rodowej i kolejna gałąź drzewa genealogicznego. W średniowieczu mężczyzna cieszyłby się jedynie z syna, jednak, na całe szczęście, dziś córka jest równie wyczekiwana (choć ewentualne "problemy" z późniejszą orientacją i tożsamością płciową wynikną w trakcie wychowania, a nieraz nawet i po; przejdę do tego później).
Wtedy to zaczyna się kilkanaście najgorszych lat  i jednocześnie (podobno) równie wspaniałych w życiu każdego faceta: wychowanie dzieci. Najpierw jest tylko nieprzyjemnie i nieznośnie, ot płacz w środku nocy, stały nadzór, zabezpieczanie domu i wymiana pieluch kilkanaście razy dziennie. Gorzej, gdy dzieciak podrasta i trzeba mu kupować zeszyty, piórniki, kredki, podręczniki, aż dochodzi do wieku dojrzewania i zaczyna wszystkich wkoło wkurwiać swoją buntowniczą naturą. "Nie pojadę tam!", "Sama se to zrób!", "Dlaczego mam cię słuchać?" etc.

I tu przechodzimy do najistotniejszej kwestii mojego wpisu, nad którą wielu rodziców się głowi po dziś dzień: JAK wychować swoje dziecko? Trzeba zdecydować mądrze, życie to przecież nie symulator, który można zresetować i zacząć grę od początku!
Weźmy pierwszy przykład, który dla wielu zamyka sprawę już na starcie: "Dyscyplina to podstawa, zmuszać, tyrać, nie pozwalać na zbyt wiele, to się przyuczy co wolno, a czego nie! JA mu daję żreć, JA za niego odpowiadam, więc JA mu rozkazuję!". Wolność? Jaka wolność? Dziecko robi tylko to, co do niego należy już od pierwszych lat, skacze na sznurku po słupkach niczym młody wiedźmin na treningu w Kaer Morhen. Ograniczony termin na wszystko, ustalony odgórnie grafik, minimum czasu wolnego, rozrywki wyznaczone i dozowane przez rodzica. Skutek? Albo poddańczy sługus, zaprogramowany na czczenie wskazanego wcześniej bóstwa, obracanie się wśród wskazanych środowisk, własne zdanie, będące kopią przekonań rodzica. Może z tego wyniknąć człowiek sukcesu, wyedukowany, z dyplomami, paskami albo na świadectwach, albo na dupie. Aspirujący wysoko, lecz bardziej ze strachu przed rodzicami, którzy wiecznie mu coś nakazują, sądząc, że "wiedzą lepiej". "No jak to ma się nie słuchać?", mówią, "Przecież skoro MI się to udało i mnie ojciec też tak prowadził, to NA PEWNO on też mi kiedyś za to podziękuje, choćby mi beczał po nocy i nienawidził za to!". Pierwsza skrajność, przesada, urabianie sobie swojego golema, wykonującego polecenia i mierzącego w aspiracje, których często spełnić nie udało się rodzicowi. Opiekun nie naprowadza, lecz prowadzi za rączkę. A gdy go w końcu zabraknie, może się okazać, że ci bardziej ufni wychowankowie obudzą się z ręką w nocniku. Bez ciągłego wskazywania drogi, nie będą w stanie sami wyznaczyć dla siebie dalszych kroków.  Nieważne jednak jak sytuacja się potoczy, bo takie wychowanie jest z gruntu skazane na pewną porażkę, jeśli chcemy, by dziecko pałało do nas prawdziwą miłością i  szacunkiem, jednocześnie coś osiągając. 
Przypadek numer dwa: dziecko pozostaje w pełni liberalne, wolne. Może robić co chce, kiedy chce, gdzie chce, nie stosujemy praw ani obowiązków, niech samo o sobie decyduje. Nie nadajemy mu żadnych wartości, nie nakierowujemy, nie jesteśmy dla niego przykładem. I tak, albo dziecko będzie ogarnięte, rozsądne i mądre, by samemu rozpoznać z różnych innych źródeł co dla niego mogłoby być dobre, albo pogubi się, wpadnie w środowisko, które zamiesza mu w głowie, wyklaruje jeden słuszny pogląd lub, co gorsza, wciągnie w szemrane interesy i coraz to większe kłopoty, z których nie tak łatwo będzie się już wydostać. Tutaj granica między patologią a wieloma skrajnościami jest cienka jak lód. Gdy zabraknie opiekuna, zabraknie jedynie źródła finansowania. Jeśli dziecko samo, bez większego nadzoru nie zaopiekuje się sama sobą, zacznie, najprawdopodobniej, rościć sobie pretensje o prawa poddańcze w stosunku do swojego kraju i wszystkich innych, bo coś będzie mu "należne".
No i wreszcie: przypadek utopijny. Rodzic wyznacza pewne granice, dąży do zrozumienia własnego dziecka, naprawdę chce dla niego jak najlepiej. Pomaga mu i wspiera, szanując jego wybory, przestrzegając przez konsekwencjami, możliwymi zagrożeniami, ale i pozostając przy nim w razie porażki. Coś na kształt mojego dziadka, który, gdy miałem kilka lat, zabierał mnie do parku na jazdę rowerem i gdy wreszcie dałem mu się przekonać do zdjęcia dodatkowych kółek, stał z boku i obserwował. Rodzic w tym wypadku respektuje zarówno konstytucję, która daje mu prawo do wychowania dziecka wedle własnych przekonań, jak i prawo owego dziecka do decydowania o własnych przekonaniach politycznych, wyznaniu, etc. Dziecko dojrzewające wyrabia w sobie nowe poglądy, dostrzega różne alternatywy, w jego życiu pojawiają się zaś nowe alternatywy, możliwości i grupy. Rolą opiekuna jest wtedy nie tylko jedynie przestrzec swoją pociechę o tym, czego powinien unikać, ale przede wszystkim ukazywać dobry przykład. I, paradoksalnie, nie potrzeba tu wiele. Wystarczy, że dziecko spojrzy na swojego ojca lub matkę i dostrzeże kochającego człowieka, dbającego o członków rodziny, niepoddającemu się własnym trudnościom i bolączkom. Gdy trzeba rzucić wszystko w cholerę, pojedzie i załatwi coś dla nas niemożliwego, choć prawdopodobnie nie sprawi mu to przyjemności. Metaforycznie jednak rzecz ujmując, poda dziecku materiały i pomoże mu zrobić z nich wędkę, by przez chwilę z nim połowić i później oddać przynętę w jego młode dłonie, mówiąc jednocześnie o tym jak odróżnić jedne ryby od drugich. Nie naciska, nie daje się ponosić własnym przekonaniom ani ambicjom.

Oczywiście są jeszcze inne przypadki, bardziej patologiczne. Nie zawsze też dziecko jest wychowywane przez prawdziwych, biologicznych rodziców z różnych przyczyn, stąd mój wcześniejszy zamiennik na słowo "opiekun". Często słyszy się o konfliktach, które rodzą się ze zbieżnych dróg rodzica i pociechy: ojciec katolik, a syn ateista lub, "jeszcze gorzej", muzułmanin. Matka hetero, ale córka okazuje się być lesbijką, lub, znów "co gorsza", mówi że czuje się bardziej mężczyzną. Albo dzieciak do domu sprowadza jakąś czarną lafiryndę z kutasem między nogami lub bez - no jak to tak, w Polsce?! "Zachód swe plugawe pazury sięga już po nas, kraj umiera. Pedały same w koło, homosie, ateiści, islamiści, czarnuchy, ha tfu!". I wtedy nagle zaczynasz zadawać sobie pytanie o swoje dzieciństwo, cofasz się pamięcią wstecz i szukasz przejawów takiego zachowania w przeszłości. Chyba że nie musisz, bo dobrze wiesz jak potworne wymuszenie poglądów cię spotykało cały czas, na każdym kroku. "Jak ty się ubierasz?!" , "Gdzie znowu leziesz?!" , "Nie będziesz mi się szlajała z tym i tamtym!". Krytyka wszystkiego, co nie-białe, nie-polskie, niemoralne i nie-chrześcijańskie, bez jednoczesnej umiejętności wyróżnienia prawdziwych znaczeń tych pojęć.
Ja mogę nazwać się szczęściarzem. Tak mama, jak i tata mnie zawsze wspierali. Gdy przestałem chodzić do kościoła, byli zaskoczeni przez krótki czas, ale szybko dali spokój. Gdy miałem pierwszy kryzys z Kejt (pamiętny i zasrany zarazem luty 2013), mama ze mną porozmawiała. Gdy po raz pierwszy (w 2003) i po raz drugi złamałem rękę (znów w 2013, o ironio!), tata jeździł ze mną po szpitalach, a potem po rehabilitacjach. Zawsze spokojnie rozmawiał, tłumaczył, uświadamiał. Wybuchał gniewem, gdy na to zasługiwałem, ale nigdy nie uciekał się do przemocy (szlaban na kompa i dostawy internetu były maksymalnym wyrokiem jak dla mnie i brata). Wspierali mnie cały ten czas i wiele im zawdzięczam.
Wiem jednak o kilku przypadkach osób, których  rodzice nie byli nigdy gotowi pogodzić się ze swoją "porażką", zwłaszcza gdy moi znajomi i znajome nie przejmowali po nich schedy katolicyzmu i nie stosowali się do ich "cennych" uwag. Ponownie, "Jeśli coś jest DLA MNIE dobre, dla ciebie będzie tym bardziej! Przecież jesteś moją córką!".  I jak wtedy przetłumaczyć opiekunowi, pomóc mu pogodzić się z prawdą, jednocześnie wskazując, że wybór własnej ścieżki nie przekreśla miłości i szacunku jakim ich darzymy? Ich dziedzictwo nie idzie się chrzanić, bo nauczyliśmy się od nich wielu rzeczy. A choćbyśmy nawet bardzo się starali do nich upodobnić, nigdy nie będziemy przedłużeniem ich jestestwa i to ONI powinni odkryć tę prostą prawdę. Czasem się to udaje, w końcu następuje międzypokoleniowa zgodność rodzinna. Częściej jednak, aż do końca swych dni, rodzic nie będzie w stanie przeboleć porażki wychowawczej, nawet jeśli spojrzałby na córkę, która zdobyła pracę i jest w stanie utrzymać nie tylko siebie, ale i swoją nową rodzinę (tu dochodzi jeszcze aspekt zazdrości, szukania coraz większych możliwości dalszego nadzoru i wchrzaniania się w życie, jeśli mamy wariant nr 1).  

Nie wszyscy rodzice rozumieją swoje dzieci, tak jak nie wszyscy wychowankowie będą mogli dostrzec pełną perspektywę swoich opiekunów. Cały szkopuł tkwi jedynie w tym, by szukać dróg pojednawczych, wspólnych punktów odniesienia i starać się przedstawić oraz udowodnić słuszność własnych wizji dalszego rozwoju. A jeśli i to okaże się za mało, można przynajmniej starać się wybaczyć sobie nawzajem, udawać, że to nie istnieje i żyć dalej, w nadziei, że bomba, odpalona kilkanaście/dwadzieścia/trzydzieści lat temu nagle nie pieprznie, trzęsąc całym drzewem w posadach.


SW: The Rise of Skywalker (2019) - (un)happy end? 2020-01-04

[BEZ SPOILERÓW!]
Ojej...Jak by to powiedzieć i nie skłamać...
"The Force Awakens" J. J. Abramsa było dobrym filmem. Bardzo odtwórczym, niezwykle bezpiecznym (jako powrót do filmowej serii po latach), ale jednak dość zadowalającym. Nowa, podrasowana wersja "Nowej Nadziei" okazała się lekkostrawna, choć oczekiwania względem kontynuacji były tym większe. Dwa lata temu nadszedł "The Last Jedi" od Riana Johnsona i mocno podzielił fanów. Wielu skrytykowało ów film, jednak dla mnie była to jedna z najlepszych części sagi Star Wars, zaraz za "starą trylogią" i przed prequelami. Swoje zdanie podtrzymałem także po ponownym seansie w grudniu, na kilka dni przed seansem ostatniej części nowej trylogii. Jasne, scena w kantynie była niepotrzebna, dużo lepsze, w mojej opinii, byłoby skupienie się na wątku ucieczki Rebelii 2.0 oraz, nadal świetnie zrealizowanym, szkoleniu Rey przez Skywalkera. Wizualnie film ten był perełką, scena walki ze strażnikami Snoke'a u boku Kylo (po nieoczekiwanym ukatrupieniu przywódcy) wraz ze "sztuczką" Luke'a na końcu miały w sobie napięcie. Po czasie pogodziłem się nawet ze śmiercią mistrza Skywalkera, zrozumiawszy z czego mogło wynikać jego zjednanie z Mocą.

Tymczasem teraz moje myśli kłębią się jak mgła wokół statków Imperatora za każdy razem, gdy próbuję ogarnąć "The Rise of Skywalker", nową część "Gwiezdnych Wojen", do której wrócił J. J. Abrams. Przyznać muszę, że już od trailerów czułem, że zbiera się na coś niedobrego. Zajawki mi się podobały, śmiech Imperatora i prezentacja na Star Wars Celebration były bardzo obiecujące, a jednak miałem pewne obawy co do tego filmu i okazuje się, że intuicja mnie nie myliła.
W filmie tym akcja pędzi na łeb na szyję już od pierwszych minut. Seans tak bardzo się spieszy, że nawet w napisach początkowych, słynnym "Star Wars crawl", dostajemy informację o wielkim ujawnieniu się Imperatora, który wysłał złowieszczy komunikat do wszystkich w Galaktyce. To, jaka jest jego treść, wiedzą jedynie ci, którzy grali w "Fortnite'a" lub wyszukali to na YouTubie, gdyż w filmie niestety tego nie ma. Nie spodziewajcie się również odpowiedzi na wiele pytań, w tym to w jaki sposób Imperator przetrwał upadek do reaktora w nowej Gwieździe Śmierci z epizodu VI. Tutaj on po prostu jest, nagle ma do dyspozycji wielką flotę (ukazaną w trailerach) i blady strach pada na wszystkich, którzy mu nie ulegną. Są, naturalnie, pytania, na które poznajemy odpowiedzi, jednak są one (szczególnie ta, dotycząca pochodzenia Rey), kontrowersyjnie zaskakujące. Zakończenie natomiast jest  najbardziej dyskusyjnym i z pewnością sprzecznym z pewnymi ustanowionymi przez film racjami. Cała reszta to uporczywa próba niweczenia tego, co przygotował wcześniej Rian Johnson. I choć pewne fabularne zagrania miały potencjał  kontynuowania ewolucji postaci, wszelkie wysiłki zostały zaprzepaszczone nie tylko powtórką "Powrotu Jedi" (czego się spodziewałem), ale zrobienia filmu-sklejki "The Best of Star Wars" ze wszystkich filmów "starej trylogii" oraz "prequeli". Fan uniwersum wszystkie te smaczki wyłapie i przez to film może się niejednej osobie spodobać, niestety tzw. fan service nie jest tu tak znośny i nie działa tak dobrze jak chociażby w "Avengers: Endgame". Sceny, które miały pewne znaczenie w poprzednich częściach, tutaj są tylko nawiązaniem, powtórką dla samego wspominania. Wygląda to mniej więcej tak, że siedzimy na sali kinowej i myślimy: "O, ten zrobił to, tak samo jak tamten w takim epizodzie!", "O, Imperator powiedział swój memiczny tekst z trzeciego epizodu!", "O, ten dostał tamto! Jaki miły gest!". W zależności od podejścia, owe myśli mogą mieć sarkastyczny, pełen zażenowania, albo autentycznie entuzjastyczny wydźwięk.

Wspomniałem wcześniej o zmianach, poczynionych przez Abramsa. Cóż, Disney i reżyser musieli się przestraszyć, więc lekko "poprawiono" ostatnią część trylogii, na którą nie było planu właściwie od części nr 7. Wkurzała was Rose w "Ostatnim Jedi"? Spokojnie, tutaj powie tylko kilka słów i nie będzie jej wiele na ekranie. Nie lubicie aspektów homo? Dobrze, Poe i Finn dostaną dziewczyny. Och, jednak jesteście za związkami partnerskimi? Damy wam dwie nieistotne kobiety, które pocałują się na końcu przez chwilę. Johnson zabił mi głównego złego Snoke'a w ósmym epizodzie? Dobra, zadzwonimy po Iana McDiarmida, póki jeszcze żyje, wskrzesimy Imperatora mimo tego, że przez to traci na znaczeniu poświęcenie Anakina Skywalkera w szóstym epizodzie. A pamiętacie scenę z portalami w "Endgame"? No to zrobimy wam podobną i też będą emocje na sali kinowej!
Cóż...emocje w istocie były, ale chyba nie takie, jakich twórcy się spodziewali.

Co jednak, poza potencjałem na wątki, było tu dobre? Muzyka Johna Williamsa jest klimatyczna i dobrze oddaje charakter danej sceny, choć nie wyłapałem swym czułym słuchem ani jednego charakterystycznego dla tego filmu (ani całej trylogii) utworu. Nic tak wybitnego jak "Duel of Fates", "Battle of Heroes",  "Imperial March" czy "Force Theme" ze starej trylogii  oraz prequeli. Pojedynki na miecze świetlne zostały naprawdę dobrze zaaranżowane, zaś pewne planety są miłe dla oka. Kolorystyka jest odpowiednio skontrastowana, kolory żywe lub biało-szarawe (w zależności od lokacji), a projekt nowych postaci interesujący. Najlepszą postacią poboczną jest zaś pocieszny kosmita-mechanik, imieniem Babu Frik, gdyż nowy droid D-0 nie ma w sobie niczego interesującego.
Podsumowując, "The Rise of Skywalker" to nie najlepsze zakończenie zarówno trylogii VII-IX, jak i całej serii filmów. Z pewnością jakieś produkcje z tego uniwersum jeszcze powstaną, aczkolwiek Disney, według doniesień, póki co skupia się na serialach, wśród których tryumfy oglądalności i pozytywnych opinii święci "The Mandalorian", o którym na pewno zrobię wpis na dniach. Co się tyczy zaś epizodu IX, jestem rozczarowany. Nie spodziewałem się wiele, a mimo wszystko otrzymałem film szybki, niepozostawiający wiele czasu na spokojne rozmowy i przekaz emocji, który stawia bardziej na sentyment niż poszanowanie konsekwencji i odważne rozwijanie wątków po swojemu. To przykry skutek niepowodzenia, wynikającego ze strachliwego powrotu do bazowych, w miarę dobrze przyjętych założeń po katastrofalnym pierwszym kroku w nowym kierunku.



BILANS ELVENOORA 2019 2020-01-01

Pora się rozliczyć. Znowu.

Tym razem wyjątkowo nie o północy. Bo tak. W  tym miejscu chciałem napisać jeszcze jakiś zmyślny wstęp, niczym w jednym z moich opowiadań, napisanych dla Pernelle, ale chyba nie ma to sensu. Nie wiem czy w ogóle taki styl jest wskazany przy tego typu wpisach, czy jest pożądany przez czytelników, dlatego - przynajmniej teraz - darujmy to sobie.
Rok 2019 minął ponad 22 godziny temu. Czy udało mi się osiągnąć to, co na tamten czas planowałem? Czy ruszyłem któryś z owych planów choć raz? Czy w jakikolwiek sposób rozwinąłem swoje umiejętności przez ostatnie 365 dni? Po kolei.

Krok pierwszy: "zdać studia dziennikarskie" - zaliczony, z palcem w odbycie. Piątka z pracy licencjackiej, do tego wyróżnienie. Cały okres studiów przyniósł mi wiele doświadczeń, poznałem kulisy pracy dziennikarskiej oraz miałem okazję spróbować się w praktykach prasowych. Choć mój warsztat uległ poprawie, wiem na co zwracać uwagę w swoich tekstach, jak bawić się formą i w jakich gatunkach się sprawdzać, nie zrobiłem z tym absolutnie nic. Ciągle myślę nad kierunkiem w jakim chciałbym to pociągnąć dalej, ale o tym w planach na ten rok. Póki co, sukces, mam "papier", którym jednak, tak naprawdę, mogę się podetrzeć. Mój wybór, moja decyzja. Taki okres był mi potrzebny, choć jego praktyczność od początku była znikoma. Mogłem już od początku iść, jak moja koleżanka, na studia z psychologii. Miałbym wówczas pięć lat do tyłu zamiast trzech, ale i większą szansę znalezienia pracy. Na takowe studia miałem iść w październiku, jednak, jak zwykle, oświeciło mnie na ostatnią chwilę, że musiałbym się z tym pierdolić przez długi czas w weekendy, od rana do wieczora, zaś w tygodniu wykańczałaby mnie praca i nie miałbym ani czasu, ani chęci  na nic.
Krok drugi: "umawiać się częściej z Pernelle w Katowicach" - zaliczony. Spotykamy się, co prawda, dwa-trzy razy na rok, ale nadal jest to dobra częstotliwość. Tym bardziej, że wszystko może w tym kierunku pójść ku lepszemu, zważywszy na ciepłe przyjęcie mojej osoby przez rodzinę Pernelle. Miałem okazję porozmawiać z jej przemiłymi rodzicami, poznać nestorkę rodu, a także pospacerować wraz z moją ukochaną po cichej okolicy.
Tyle, jeśli chodzi o cele najważniejsze.

We wrześniu przez kilka dni pracowałem w call center InPostu, po czym zrezygnowałem z tej roboty. Miałem serdecznie dość nie tyle notorycznych poprawek, uwag co robię źle, co podejścia firmy do klienta, któremu, mimo jego roszczeniowego tonu, muszę tłumaczyć jak dziecku, że nie mogę zrobić nic więcej poza zgłoszeniem danej sprawy do oddziału. Jedyny plus jest taki, że poznałem procedury firm kurierskich i przekonałem się, że praca w ich infolinii to godzenie się na robotyzację i traktowanie jak śmiecia.
Po InPoście zaś...cisza. Czytałem ksiązki, oglądałem filmy, zgłębiałem interesujące mnie dziedziny filozoficzno-teologiczne, wysyłając jednocześnie CV tylko po to, by nie otrzymać ani jednego zaproszenia na rozmowę kwalifikacyjną. Urzędy, recepcje, staże w księgowości - nic, absolutne zero. Po powrocie do Krakowa wyrobię sobie od razu badania sanepidowskie. Zwlekałem z tym dość, ale najwidoczniej bez tego wiele zawodów stoi przede mną zamkniętych.
Nie zamierzam także pchać się w studia magisterskie. Po kilku rozmowach widzę, że i bez tego mogę dostać pracę, która po kilku latach może zaowocować sukcesem zawodowym, zaś nauczyć się można także przez różne szkolenia, staże etc. Jeśli znajdę jakieś ciekawe, na pewno się ich podejmę, jednak studia konwencjonalne odpadają.
Chcę mieć czas, do jasnej cholery! Chcę pracować w tygodniu ustaloną liczbę godzin i mieć po pracy wolny czas, zwłaszcza weekendami. Nie będę rezygnował z książek. Nie będę rezygnował z kina. Nie będę rezygnował z bloga i własnych zainteresowań z powodu zapierdolu życiowego. Bohdan już tak ma i ledwo wyrabia, lecz ja za takie coś podziękuję.

W 2018 roku zacząłem grać w papierowe RPG. Uczestniczyłem w jednej sesji z jedną drużyną, po czym zgłosiłem się do innej, by rozegrać kampanię w Numenerze (docelowo) i spróbować nowego systemu Łukasza, mistrza gry. Niestety w marcu 2019 zrezygnowałem z tego ze względu na pisanie pracy licencjackiej i coraz większe wypalanie tym systemem. Jesień była dla mnie bardziej łaskawa: poznałem cudny system Call of Cthuhlu, obejrzałem wiele sesji w internecie i rozegrałem osobiście dwie pojedyncze przygody. W roku 2020 chciałbym jednak zmienić strony i samemu zająć się organizowaniem sesji. Innymi słowy, chcę napisać swój pierwszy scenariusz, rozegrać go i oficjalnie stać się Mistrzem Gry. Zdecydowanie lepiej niż wcielanie się w bohatera i improwizowanie, idzie mi opowiadanie historii, o czym nieraz przekonała się Pernelle. Umiem dobrze pisać, nie ma co!
Muszę także zacząć dbać o siebie. Przede wszystkim za realizację moich planów: choć wpisy o mediach publicznych już na blogu są (udało mi się na Święta do nich przysiąść), wciąż zostały złożona notka o cyborgach, SI, kreacji sztucznego życia oraz  analiza tego tematu w kontekście różnych filmów. Drugorzędne znaczenie ma moja fizyczność. Nie myślę od razu o siłowni czy o uprawianiu sportu, jednak na pewno przyda się zbilansowanie diety i stopniowa rezygnacja z cukru. Nie chcę odstawiać słodkości i innych smakowitości całkowicie, jednak zdecydowanie muszę przemyśleć nawyki żywieniowe.

Ostatni kwartał 2019 roku był stagnacyjny. Nie działo się u mnie nic szczególnego, nie rozwinąłem się, nie ruszyłem do przodu, nie zaczerpnąłem z życia tyle, ile powinienem. Rok 2020 będzie jednak szczególny, czuję to. Mam jednak nadzieję na szczęśliwy splot nici Losu, rozruch i przynajmniej chwilową stabilizację mojego życiowego napędu. Przydałoby się mi wreszcie ruszyć także kilka  niezrealizowanych projektów (vlog na YouTube, własna platforma blogowo-vlogowa), ale w tej chwili staje to pod znakiem zapytania. Z jednej strony, blogi wymierają, ludzie przerzucają się na wideo, lecz z drugiej liczba materiałów na YouTubie wzrasta odwrotnie proporcjonalnie do czasu, jaki ludzie poświęcają na oglądanie i wprost proporcjonalnie do liczby nowych kanałów. Przemyślę to jeszcze, być może.

Krótka statystyka:
Nowe notki: 53. O dwie więcej niż rok temu.
Wyświetlenia: 264956; przyrost: 46938, średnio: 129 wejść dziennie.


TOP 12 filmów 2019 roku 2019-12-31

Czas to rozstrzygnąć!

Zaczynamy moje coroczne zestawienie najlepszych filmów minionego roku. Która produkcja zachwyciła mnie najbardziej? Zapraszam do lektury!

12. "Faworyta" ["The Favourite"]

Zestawienie zaczynamy od filmu porywającego w każdym calu, począwszy od dworskich kobiecych potyczek o względy królowej po wyłącznie naturalne światło rozjaśniające wielkie pałacowe przestrzenie, ujęte techniką rybiego oka. Zgrabny dowcip, świetnie zarysowane postacie, zręczne zwroty fabularne i finalna satysfakcja na końcu seansu, a to wszystko zaserwowane nam przez trzy wyśmienite aktorki: Olivię Colman, Rachel Weisz oraz Emmę Stone, które znakomicie potrafią żonglować również sympatią widza. Z gracją przenosimy naszą uwagę od jednej do drugiej bohaterki, poznając ich prawdziwe motywacje oraz przemiany. Z pozoru, klasyczna dworska opowieść, jednak tak dobrze wygrana, że, mimo lekkich dłużyzn, jesteśmy zaciekawieni rozwoju wypadków aż do ostatnich minut.

11. "Trzy kroki od siebie" ["Five Feets Apart"]
Serce podpowiadało, bym rozszerzył listę TOP do jedenastu pozycji, rozum zaś zmuszał do ograniczeń. Postanowiłem więc ulec pierwszemu głosowi i wpuścić "Five Feets Apart" do głównego zestawienia, tym bardziej, że wkrótce potem zwiększyłem pulę jeszcze o jedną pozycję.  Dlaczego tak bardzo zależało mi na dodaniu go do listy? Ponieważ nareszcie otrzymaliśmy typowo-nietypową historię miłosną, w dodatku dotyczącą niełatwego w ukazaniu tematu, jakim jest uczucie między nastolatkami. Ponieważ między głównymi aktorami (Cole Sprouse i Haley Lu Richardson) czuć chemię, a sympatyzować możemy także z prawie każdą postacią drugoplanową (na czele z bohaterem Moisesa Ariasa, który chwyci was za serce). I wreszcie, ponieważ postacie odgrywane są naturalnie, utrzymują wiarygodne relacje, a ich dialogi nie są w żadnym stopniu przerysowane, teatralne. Wiele razy uśmiechniemy się, wiele razy poczujemy ciepło na sercu, ale równie wiele razy nasze emocje będą strzaskane przez smutek, a oczy pełne łez. To piękny, wzruszający, jednak przy tym równie mądry seans, który uczy nas o mukowiscydozie, aspektach choroby, leczeniu i procedurach. Główna bohaterka Stella wzorowana jest na prawdziwej dziewczynie, Claire Wineland, która w swoich vlogach dzieliła się swoim doświadczeniem, codziennością i wiedzą na temat choroby. Niestety, Claire zmarła na początku września 2018 roku, jednak Stella, jej filmowy odpowiednik, w pełni oddaje hołd jej osobie i działalności.

10. "Knives Out" ["Na Noże"]
Reżyser "Ostatniego Jedi", najbardziej odważnej części "Star Wars", dostarczył nam jeden z najciekawszych kryminałów ostatnich lat. Oto dostajemy posiadłość zamożnego pisarza historii detektywistycznych, który nie doczekał dnia po wieczorze swoich 85. urodzin. Pierwszy trop:  samobójstwo, jednak detektyw Le Blanc doszukuje się tu morderstwa. Podejrzani: wszyscy członkowie rodziny oraz imigrantka, pracująca jako służąca, która na kłamstwo reaguje (dosłownie!) odruchem wymiotnym. I tu, pierwszy przewrót: już w pierwszej części filmu otrzymujemy rozwiązanie całej sprawy, które powoli otwiera się na wielu barwnych bohaterów, dzieci sukcesu swojego ojca/dziadka, z których każdy miał wobec staruszka pewien dług.
Seans umiejętnie łączy klasyczne wybiegi i zagrania tego typu historii ze zgrabnym humorem, zabawą otoczeniem oraz intrygującymi, wyrazistymi postaciami (w których wciela się śmietanka aktorska najwyższej próby, m. in. Daniel Craig, Chris Evans, Jamie Lee Curtis, Michael Schannon, Toni Colette, Christopher Plummer czy - najjaśniejsza gwiazda spośród nich - Ana de Armas). Przez moment może nam się również wydawać, że nie będzie to typowy kryminał i już do końca śledzić będziemy zmaganie się pewnej postaci z ukrywaniem prawdy, lecz, jak to rzekł swym wyśmienitym akcentem Daniel Craig: "W tej dziurce donuta jest jeszcze mniejszy donut z własnym otworem". Zakończenie zaś jest w pełni zadowalające i idealnie domyka tę, wydawałoby się, prostą historię jednej, morderczej nocy.

9. "Vice" ["Vice"]

"Dowiedz się czego chce ryba, a wtedy wykorzystaj to, żeby ją złapać". Zaiste, Dick Chenney znał się na rzeczy, co doskonale pokazuje obraz Adama McKaya, reżysera odpowiedzialnego za "Big Short" z 2015 roku. Trzeba przyznać, iż czuć tutaj mocno styl tego twórcy, gdyż tak jak we wspomnianym filmie wszelkie ważne pojęcia czy role danych osobistości wyjaśnione są nam w prosty, przejrzysty sposób poprzez towarzyszącego filmowi lektora, którego tożsamości i zasobu wiedzy na temat bohatera filmu dowiadujemy się pod koniec.
"Vice" to seans społeczno-polityczny. W obrazowy i, niekiedy, przeraźliwy sposób, autorzy filmu ukazują nam mechanizmy wpływu na osoby rządzące zza kulis. Obrali dla tego celu wprost idealną postać - Chenney był "człowiekiem znikąd", znali go tylko ci, którzy "powinni", a jego wkład w działania gabinetu prezydenta Busha był ogromny. W głównej roli zobaczyliśmy Christiana Bale'a, który znów poświęcił się dla roli, przybierając znacząco na wadze i goląc włosy. Nie widzimy w nim aktora, lecz graną przez niego wyrazistą postać. Bez wątpienia jest to jedna z najlepszych ról aktorskich tego roku. Towarzyszą mu, równie znakomici, Steve Carell, Sam Rockwell, Amy Adams czy (narrator) Jesse Plemons, którego sporadycznie widywać będziemy na ekranie w różnych okolicznościach. Film ubarwia wciągający montaż i pomysły na aranżację scen: zarówno na modłę archiwalnych nagraniach, (jak np. ostatni wywiad Chenneya) jak również nieco abstrakcyjnych (scena "zamawiania" regulacji prawnych w restauracji).  Przy okazji dostaliśmy tu krótką, zabawną, lecz mocno prawdziwą scenę po napisach, znakomicie obrazującą trzy dominujące ugrupowania wyborców (nie tylko tych amerykańskich), którzy albo nie rozumieją/nie interesują się tym, co się dzieje, albo zajmują jedno z dwóch skrajnych stanowisk.

8. "Green Book" ["Green Book"]
Prościutka historia drogi, podczas której rodzi się przyjaźń między dwoma mężczyznami o zupełnie odmiennych charakterach i poglądach na życie: Tony Lip, imigrant z Włoch, gwałtowny, luzacki cwaniak z uprzedzeniami rasowymi oraz Don Shirley, czarnoskóry, ekscentryczny, dystyngowany, wycofany, lecz wybitnie uzdolniony muzycznie. Ich cel: odbyć trasę koncertową po najbardziej rasistowskiej części Stanów Zjednoczonych w najbardziej niesprzyjających ku temu czasach. W rolach głównych zaś świetni Viggo Mortensen oraz Mahershala Ali, między którymi czuć chemię dobrej relacji.
Jedno słowo, opisujące idealnie ten film to: "płynność". Włączasz go i odpływasz, unoszony jego niespiesznym, ale swobodnym, lekkim tempem, śmiejąc się z delikatnych, prostych, ale cholernie zabawnych dowcipów, a w kilku bardziej dramatycznych momentach solidaryzujesz się z bohaterami. Nie jest to najbardziej moralizatorski film świata, nie przekazuje żadnych większych prawd objawionych, lecz serwuje nam lekką, pocieszną opowieść z optymistycznym wydźwiękiem na koniec. Co w tym wszystkim najlepsze, historia ta została oparta na faktach.

7. "Us!" ["To My!"]
Pierwszy z dwóch  horrorów na mojej liście. Jordan Peele, twórca  "Get Out!" ["Uciekaj!"] dał nam po raz kolejny film nie tylko straszny, lecz przede wszystkim niepokojący (a uwierzcie mi, te dwa określenia niezawsze idą ze sobą w parze). Zwykła amerykańska rodzina zostaje zaatakowana przez swoje zdeformowane klony w trakcie swoich wakacji. Udaje jej się uciec, jednak Oni nadal depczą im po piętach. Fabuła prosta jak na horror, należy przyznać. Cały "myk" jednak w tym jak to jest wygrane.
Wizualia, zwłaszcza czerwone stroje ze skórzanymi rękawiczkami, przyciągają oko, aranżacja wielu scen (zwłaszcza taneczny pojedynek w podziemiach!) przyspiesza tętno, muzyczny cover piosenki Luniza  "I got five on it" idealnie oddaje klimat niepokoju i potęguje seans, aktorstwo (ze szczególnym uwzględnieniem głównej roli Lupity Nyong'o) to mistrzostwo fachu, zaś plot twist wywraca naszą perspektywę do góry nogami. Gdzieś w tle majaczy pewien wątek społeczny, skłaniający do szerszej dyskusji, jednak dla mnie najważniejsza była tu historia Red, matki i żony, uciekającej nie tylko przed złowrogimi klonami. Z perspektywy czytelnika może brzmieć to głupio, ale wszystko zmienia się po obejrzeniu filmu, do czego niniejszym was gorąco zachęcam.

6. "Parasite" ["Parasite"]

Jeśli masz obejrzeć tylko jeden film z poprzedniego roku, zapraszam do rozważenia koreańskiego "Parasite". Ten komedio-dramat ma w sobie wszystko, co najlepsze: naturalny humor sytuacyjny, dowcipne dialogi, ciekawe zawiązanie, jeszcze lepsze rozwinięcie i przewrotność akcji, zmieniająca wydźwięk filmu oraz rodzinkę, którą rozumiemy, której kibicujemy, ale jednocześnie mamy świadomość dyskusyjnej moralności ich intrygi, polegającej na najmowaniu się do pracy u bogatej rodziny, jednocześnie od środka pozbywając się poprzednich pracowników.
Tak naprawdę do jego obejrzenia nie potrzebujecie wiedzieć nic poza tym, co już napisałem. Pojawia się okazja do zarobienia kasy, więc młody chłopak poleca swoim nowym pracodawcom swoją siostrę, a później rodziców, by polepszyć status społeczny swojej familii. I to wszystko - im więcej będziecie wiedzieć, tym mniejszą radość da wam seans, szczególnie, że jest to film podejmujący ważną tematykę kontrastu między klasami społecznymi i sposobami wykorzystywania dogodnych sytuacji.

5. "The Lighthouse" ["Lighthouse"]
"Us!" było świetne, wciągające, jednak dopiero kameralny czarno-biały  film z wyłącznie dwoma aktorami (Willemem Dafoe i Robertem Pattinsonem) wprowadził nas w, znany z prozy H. P. Lovecrafta, klimat niepokoju i prawdziwej grozy. Znakomicie zagrany i nakręcony, wyśmienicie kreujący u widza poczucie osamotnienia i szaleństwa, zakrapianego litrami alkoholu, który jeszcze bardziej miesza w głowach zarówno bohaterom filmu jak i odbiorcy. Scen gwałtownie wypadających na postacie potworów tutaj nie uświadczycie, jednak grozę potęgować będą, przede wszystkim, odpowiednio oświetlone ujęcia (z naciskiem na monologi starego latarnika, granego przez Willema) oraz głębokie brzmienia dętych instrumentów. Mimo że lwią część czasu obserować będziemy codzienne prace naszych latarników oraz ich rozmowy po pijaku, z których wynurzają się oni coraz więcej ze swoich doświadczeń i traum, ogląda się to bez poczucia choćby chwili dłużyzn, zaś koniec seansu zostawia nas z wieloma pytaniami, na które odpowiedzi poszukiwać możemy poprzez własną interpretację oraz analizę obserwacji innych odbiorców.

4. "Ad Astra" ["Ad Astra"]
Długa, powolna podróż wgłąb kosmosu, wgłąb myśli i emocji głównego bohatera, jego historii i otoczenia. Jeden, płynący przez cały film wątek, za to pełen chwil na refleksję, na skupienie, rozdzielenie emocji i udzielenie uwagi odpowiednim wyrazom twarzy, słowom i tej pięknej, głębokiej, choć w końcu zgubnej, pustej samotni, zwanej kosmosem. Nie wszystkim przypadnie do gustu taka podróż, przypominająca strukturą BladeRunnera. Niektórzy uznają to za przerost formy nad treścią, inni zaś podejmą się przemyśleń, po które będą wracać cyklicznie "Do Gwiazd". Brad Pitt odgrywa swoją rolę bezbłędnie, umiejętnie łącząc narrację danej chwili z mimiką twarzy, towarzyszącą wyłącznie jego myślom. Zdjęcia jak i muzyka na długo zostanie w pamięci wszystkich, którzy odważyli się wsiąść do rakiety i razem z majorem McBride polecieć w kierunku Neptuna. Choć według mnie sceny ataku piratów na Księżycu i ratunku dla samotnie dryfującego statku kosmicznego jedynie zatrzymywały podróż "Cefeusza" niepotrzebnie, w żadnym stopniu nie psują odbioru całości filmu. Moja coroczna astronomiczna podróż należy do bardzo owocnych i gdyby nie trzy kolejne pozycje na mojej liście, prawdopodobnie "Ad Astra" poleciałaby na sam szczyt.

3. "Boże Ciało"
Jan Komasa , reżyser niezbyt przeze mnie lubianej "Sali samobójców" oraz chłodno przyjętego przez publikę "Miasta 44", dał nam najlepszy polski film tego roku. Seans na tyle wybitny, że nie mogłem umieścić go na niższej pozycji (ani w ogóle pomijać w zestawieniu). Dlaczego? Bo, w przeciwieństwie do każdego innego filmu, w którym główna oś fabuły kręci się wokół kapłaństwa, nie dostajemy tu kolejnych (skądinąd słusznych) prztyczków w nos dla tej organizacji. "Boże Ciało" to opowieść o nas samych, o tym jak strata bliskich osób może wpłynąć na nasze czyny, mimo utrzymywania postawy świętoszka. Film o człowieku, który, mimo podjęcia wielu złych wyborów i społecznego wykluczenia, najlepiej ze wszystkich rozumiał istotę wybaczania i wiary. Seans ukazujący również sposób w jaki zwykły mały żart, może przyczynić się do niecodziennych, nieprzewidywalnych wydarzeń. Film ten nie potępia, lecz ukazuje prawdę. Nie wyśmiewa, lecz stara się dążyć do dialogu i przebaczenia.
A to wszystko zasługa nie tylko prawdziwego zdarzenia, na którym opiera się film, lecz również znakomitej gry młodych aktorów (takich jak Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel i Tomasz Ziętek) oraz mniej eksploatowanych w polskim kinie, acz nie mniej utalentowanych (Aleksandra Konieczna, Łukasz Simlat czy Leszek Lichota). Zdjęcia pieszczą oko, muzyka delikatnie nadaje doskonałego nastroju, ), a dialogi są naturalne, niepatetyczne; słowa wprost płyną z obserwowanych postaci. Znalazło się tu także miejsce na odrobinę szczerego, niewymuszonego humoru sytuacyjnego, jak choćby przy scenie spowiedzi (rozbrajająca porada dla matki której dziecko pali papierosy).

2. "Joker" ["Joker"]
Najbardziej porywający, najbardziej wyczekiwany i najczęściej doceniany film tego roku, który z pewnością nie zostanie bez choćby jednego Oskara. Świetna, depresyjna muzyka, gra kontrastem kolorów, urzekające ujęcia i wiecznie brudna stylistyka smutnego społeczeństwa, wykreowanego przez scenarzystów, które miało przypominać - i zapewne wielu przypomina - trudny i znoje prawdziwego życia (choć to akurat sprawa mocno dyskusyjna z racji mocnego komiksowego rysu "Jokera" i typowo filmowego umrocznienia środowiska głównego bohatera). Film, który w zamierzeniu ma ukazać nam drogę zwykłego, szarego człowieka, zmagającego się z problemami psychicznymi, który przez działania swojego środowiska przekracza granice i stacza się coraz bardziej w obłęd, szaleństwo i z Artura Flecka przeradza się w Jokera. Seans głęboki, choć z problemem nadmiernego tłumaczenia widzom przekazu, jaki chce nieść (scena w studio TV). Fenomenalnie zagrana przez Joaquina Phoenixa główna rola, która z pewnością zostanie doceniona nagrodą Akademii Filmowej. Widowisko smutne, dołujące, pozostawiające w nas poczucie smutnej "rzeczywistości", ukazujące jak wszystko nas dobija i wykańcza, nie pozostawiając żadnej nadziei czy złudzeń na lepsze czasy, a więc de facto demonizując prawdziwy obraz społeczeństwa. Mimo wszystko, obraz ten zostawił we mnie pewne przemyślenia, refleksje na temat postrzegania osób odmiennych od "normy", które słabiej radzą sobie z przytłaczającą naturą mechanizmów administracyjno-społecznych, jakie nas otaczają. Niezrozumienie, odrzucenie, zaszufladkowanie. Właśnie tym aspektem film nadrabia w moich oczach, idealnie zespajając się w tej wizji ze stroną audiowizualną.

1. "Rocketman" ["Rocketman"]
Niemal wszyscy umieszczają "Jokera" jako film nr 1., tymczasem ja, wbrew oczekiwaniom, na podium umieszczam produkcję, która rozeszła się bez tak napompowanego hajpu, a pozostaje jednocześnie seansem bardzo dobrym, porywającym i pozostawiającym po jej obejrzeniu pozytywne emocje.
"Rocketman" to historia Eltona Herculesa Johna (a właściwie Reginalda Dwighta). Nie jest to jednak seans tak laurkowy i trzymający wierność chronologii powstawania piosenek. Tutaj każda piosenka została przyporządkowana do odpowiednio pasującej do niej sceny, która nadaje oglądanym wydarzeniom większego wydźwięku emocjonalnego. Nie potrzeba np. tłumaczyć motywacji i pragnień rodziców Reginalda, gdyż wszystko znajdziemy w piosence "I want love", której każda część śpiewana jest przez inną osobę. Wielu scen śpiewanym towarzyszy równie wspaniała aranżacja choreograficzno-taneczna, podczas oglądania których nie tyle widzimy, ile czujemy pasję, z jaką były one wykonywane. W tym filmie tkwi wielkie serducho, którego nie ograniczało (jak w przypadku "Bohemian Rhapsody") czujne oko cenzorskie głównej postaci zainteresowanej. Jeszcze długie lata w pamięci będę miał scenę koncertu w barze "Troubadour", gdy podczas "Crocodile Rock" wszyscy zebrani zaczęli się unosić, a muzyka zwolniła, przypominając anielski śpiew. Przysięgam, tak jak bohaterowie tej sceny, tak i ja (choć metaforycznie) unosiłem się nad kinowym fotelem!
Aktorsko błyszczą tu przede wszystkim dwaj aktorzy: Taron Egerton jako Elton John oraz Matthew Illesley w roli młodego Reggiego Dwighta, których wokale sprawdzają się doskonale (nie czuję jak rymuję!). Na pochwałę zasługuje także niezwykle sympatyczny  Jamie Bell jako Bernie, twórca tekstów i najlepszy przyjaciel głównego bohatera.
Przed seansem nie interesowałem się zbytnio muzyką Eltona Johna. O jego piosenkach wiedziałem równie wiele, co o jego historii. Jednak film i późniejsze poszperanie za informacjami, przyniosły mi obraz fantastycznego człowieka, w którego życiu najgorszy okres (ukazany z resztą podczas seansu dużo odważniej niż w "Bohemian Rhapsody") już, na szczęście, minął. Z tego i wymienionych wyżej powodów, ogłaszam "Rocketmana" najlepszym seansem 2019 roku. Jeśli jeszcze nie widzieliście (albo nie słyszeliście o tym filmie) czym prędzej nadróbcie tę zaległość. Nie pożałujecie! FunFact: Taron Egerton i Elton John to prywatnie bliscy przyjaciele.



e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]