Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

"Śmiertelne Figle" 2018-10-21

Od godziny krążą kruki wokół rzeki ludzkich mas,
Słońce do snu się złożyło, na kolację przyszedł czas;
Wypatrują czarne ptaki, wypatrują za padliną,
Już niedługo, jeszcze trochę, dziś sowicie się posilą;
Tu samochód się rozpędzi, na czerwonym wbiegnie ktoś,
Ten się potknie, ta nie spojrzy, wtem wypadek - taki los!

Żółwim tempem płynie rzeka, w szwach już pęka jej koryto,
A nad wszystkim bacznie czuwam i szykuję swoje sito;
Oczodołem zerkam chwilę, patrzę drugim dla pewności,
Szatę zmieniam, w sito skaczę i się mieszam między gości;
Kogoś popchnę, but rozsupłam, nogę czasem też podstawię,
Tak przyjemniej mi zabijać,  wojnę innym pozostawię!

Obowiązki? Dobre sobie! Biurokracja niepotrzebna!
Nikt mi za to nie zapłaci, więc faktura raczej zbędna;
Że brutalne? Może trochę; Nieetyczne? Punkt widzenia;
Lecz bez tego, drodzy mili, świat by cierpiał z przeludnienia!
Gdyby każdy miał umierać w swoim łożu lub na wojnie,
Byłoby cokolwiek trudno: dużo tłoczniej, mniej spokojnie!

Czasem trzeba rozbić auto, czasem puścić gaz z kuchenki,
Temu spuszczę na łeb drzewo, tego pies zagryzie wielki;
Tedy przestrzec was dziś pragnę: piszcie wszyscy testamenty,
Bo nie wiecie kto z was kiedy będzie z życia sfer wyjęty!
Tylko gdy Cię w tory zepchnę, szepnę, żebyś skoczył z dachu,
To na bogów, bardzo proszę, nie umieraj mi ze strachu!


Uśmiechnięta i speszony 2018-10-17

Przypadek z wczoraj. Wiem, miała być recenzja. Wstawię kiedy indziej. Tymczasem...

Idę na zajęcia. Jest słoneczne, lekko wietrzne popołudnie, kilka minut po godzinie 16-stej. Towarzyszy mi Bohdan, kolega z roku. Opowiada mi o "Grimmie", serialu, który ostatnio obejrzał. Cały czas słucham go i skupiam się na wyłapaniu ciekawych wątków, które zachęciłyby mnie do obejrzenia tej produkcji. Przed nami idzie ładna brunetka w lekkim "panterkowym" płaszczu. Wzrokiem błądzę, jak to mam w zwyczaju, od lewego krańca zasięgu oczu, przez chodnik aż do najdalszego punktu na trasie przede mną. Taki cykl, pozwalający mi nie wyłożyć się o nic.

Nagle wiatr uderzył z większą siłą i trochę podwiał płaszcz wyżej wspomnianej dziewczyny. Brunetka odwróciła się, próbując okiełznać figle wietrznego ducha. Spojrzeliśmy się na siebie, akurat gdy moje oczy przecinały linię między lewym kątem widzenia a chodnikiem. Uśmiechała się, ale czułem się tak, jakby pomyślała sobie, że cokolwiek przez tę małą chwilę udało mi się dostrzec (ba, jakbym w ogóle próbował!). Ale ona się uśmiechała. Myślałem, że idzie za nami ktoś, kogo zna, zobaczyła go i wymieniają sobie uśmiechy, ale nie zatrzymała się, o dziwo. W tym momencie zupełnie zostałem wybity z rytmu. Próbowałem podtrzymać konwersację z moim kolegą, o coś go wypytywać, a jednak ciśnienie podskoczyło mi gwałtownie, a oczy totalnie zeszły z wytyczonego wcześniej toru. Próbowałem uciekać od niej wzrokiem, ale ona odwróciła się jeszcze raz czy dwa z tym samym (figlarnym?) uśmiechem.

To było dziwne i konfundujące, choć wychodziłoby na to, że tylko ja wyszedłem z tej sytuacji w takim stanie. Doprawdy, dziwny jest ten świat!


Kler (2018) - Ludzka twarz kapłana 2018-10-10

Parafrazując Marszałka: Kościół święty, tylko księża diabły!

Tyle było krzyku wśród wielmożów Kościoła, gdy do sieci wyciekł pierwszy trailer nowego filmu Wojtka Smarzowskiego. Z ambon nawoływano do wyklinania krytyki "antychrystusowej", najwyższe autorytety wśród klerykałów w każdym wywiadzie podkreślali jak zła i kłamliwa będzie to produkcja. W ramach podtrzymywania dobrych kontaktów z instytucją, kilka miast zakazało nawet projekcji filmu, jak gdyby miało to powstrzymać ludzi przed jego obejrzeniem. W weekend otwarcia "Kler" bił wszelkie rekordy, zapełniając sale kinowe po brzegi, a jego popularność nie słabnie nawet dziś. Wciąż są ludzie, którzy chcą zobaczyć tę produkcję na własne oczy. W poniedziałek miałem okazję się o tym przekonać. Od razu po zajęciach udałem się na seans o 10:15, ale wczesna pora dnia nie powstrzymała ludzi przed zajęciem połowy miejsc na sali.  Dziękujemy, Kościele! W swoim gniewie i bólu tyłka zrobiliście polskiej kinematografii przysługę, a Smarzowskiemu darmową reklamę!
No dobrze, ale to wszystko wiadomo. To jaki w końcu jest "Kler"? Czy faktycznie obnaża Kościół z wszystkich jego przywar i nie pozostawia na duchowieństwie suchej nitki? I tak, i nie.

Bohaterami filmu jest trzech księży, a właściwie ludzi w szatach kapłańskich. To ich człowieczeństwo stanowi główny motyw filmu. Ksiądz Trybus (w tej roli Robert Więckiewicz)traktuje powołanie jak intratny zawód. Zbiera na nowe rynny, śpi ze swoją młodą gosposią i nie stroni od alkoholu.  Ksiądz Lisowski, jako pracownik kurii, marzy o Watykanie, starannie pociągając za sznurki i powoli torując sobie drogę metodą manipulacji (choć jednocześnie za sprawą gry aktorskiej Jacka Braciaka zyskuje sympatię widzów). Najciekawsza jest jednak sylwetka księdza Kukuły, który stara się być "tym dobrym",  borykając się jednocześnie z demonami tragicznego dzieciństwa. Arkadiusz Jakubik wykonał genialną pracę, pokazując nam prawdziwie skrzywdzonego i pogubionego w sobie kapłana. Na jego przykładzie przedstawia się również problem pedofilii w kościele, ale i przy okazji szkalowania duchownych bez dowodów (na tym poletku obrywa się ruchom nacjonalistycznym).
Oczywiście jest jeszcze czwarta postać. Biskup Mordowicz, odgrywany przez świetnego Janusza Gajosa, to zachłanny biskup, trzymający w ryzach podległych mu kapłanów oraz "dobro Kościoła". Nie waha się wejść w szemrane układy i przetargi, aby pozyskać pieniądze na budowę wielkiej świątyni. W ruch puści wszystkie dostępne mu środki, aby niepochlebny artykuł, oczerniający jego bądź jego zaufanych ludzi nie ukazał się w gazecie. To właśnie on uosabia najwięcej czynników wyniszczających Kościół od środka i to on posiada równocześnie najmniej człowieczeństwa.

"Kler" to film fabularny. Opowiada pewną historię na tle problemów znanych z medialnych doniesień i (nierzadko) doświadczeń własnych i/lub osób nam bliskich. Skłania do refleksji za każdym razem, gdy księża sugerują stawki za ślub, piją alkohol czy podają wizytówkę "zaprzyjaźnionego" domu pogrzebowego rodzinie umierającej staruszki. Wraz z nimi odwiedzimy również ośrodek dla porzuconych dzieci, prowadzony przez zwyrodniałe zakonnice, znęcające się nad dziećmi esesmańską dyscypliną. Kamera stoi wyraźnie po stronie krytyków instytucji kościelnej, jednak wykorzystuje swoją pozycję umiejętnie. Część problemów jest potępiana otwarcie, część pokazywana, abyśmy sami pochylili się nad nimi.
Wiele tu jest także pobocznych kwestii, wypowiadanych w radiu czy telewizji, będących komentarzami omawianych w filmie problemów.

Jest tylko jedna postać w pełni dobrego, młodego księdza, jednak wiemy o niej bardzo mało i cały czas przebywa na dalszym, mniej istotnym planie. Wszystko to jednak zabieg celowy, mający położyć nacisk na trawiącą Kościół chorobę. Nie mówi się przecież o przypadkach normalnego, zdrowego głoszenia słowa bożego, bo to oczywistość. Normalność jest prawidłowa i dopóki działa tak, jak powinna, nie będzie nigdy tematem dyskusji. Wystarczy tylko odchył w jedną ze stron i już po całym otoczeniu roznosi się tego echo.
Wojciech Smarzowski, w mojej ocenie, stworzył obraz dotykający ludzkiej natury osób duchownych, sprowadzający jednocześnie nasze poglądy o księżach na nieco bardziej realistyczny grunt. I co najważniejsze, nie robi tego nachalnie, nie zostawia w widzu poczucia: "To musi jebnąć, cały Kościół musi upaść!". Poruszane są tu problemy  sfery profanum i tylko profanum. Wiara w boga pozostaje tu wyraźnie oddzielona od działań i słów (nie)wiernych "pasterzy".

Polecam wam wybrać się na seans, dać "Klerowi" szansę, a przy tym, nade wszystko, zachować dystans i zdrowe podejście - tak do Kościoła, jak i seansu.


Jesień za oknem, w duszy pierwszy mróz 2018-09-30

Nie o tym dziś miało być...

Piątek zaczął się dla mnie optymistycznie. Na stronie uczelni znalazłem ogłoszenie o poszukiwaniu asystentów osób niepełnosprawnych, więc postanowiłem się zgłosić. I tak chciałem się zaangażować w jakiś wolontariat. Praca nie wchodzi w grę, nie chcę bawić się w zmienne grafiki i mieszanie nauki z zarabianiem. Jeśli jednak mam trochę wolnego czasu, to czemu nie wykorzystać go w dobry sposób, by nieść pomoc? Po przybyciu do radia RMF napisałem maila z zapytaniem, czy jeszcze można się zgłaszać. Póki co nie otrzymałem odpowiedzi, nadal czekam. Wieczorem tego samego dnia zakończyłem praktyki. Wróciwszy do mieszkania, zrobiłem sobie coś do jedzenia, odpaliłem maraton "Vikingów" i poszedłem spać koło trzeciej w nocy - heh, tak się właśnie kończy binge-watching. Ale...coś się stało.

Znów obudziła się we mnie istota, której nienawidzę. Czysta emocjonalna  mieszanka wybuchowa. Zapewne ten wolontariat tak mną wstrząsnął. To, że znów rozpaliła się w mym sercu nadzieja na... właściwie sam nie do końca wiem na co. Obudziłem się nad ranem z myślami, których nie chcę, przeraźliwym bólem niespokojnego ducha i - a jakże - łzami w oczach. I znów poczułem bezdenną pustkę gdzieś tam w środku. Pierwszy raz w życiu miałem także dość mojego ciała, pierwszy raz odczułem je jako więzienie! Nagle uświadomiłem sobie jak wiele chcę zdziałać przy bardzo niskiej wartości. Czego chcę, skoro tak naprawdę niczego nie posiadam? Czego mam pragnąć, gdy tak niewiele przecież znaczę? Niby dlaczego mam być wiecznie "tym dobrym", jeśli gówno za to dostaję od Losu? 
ON wrócił. Nie mówię o jakimś bogu czy jego piekielnym adwersarzu, lecz o NIM - samym sobą o zimnym sercu i lodowatym spojrzeniu. Tym, który na chłodno i do bólu prawdziwie ocenia możliwości. Płomyk nadziei, ogrzewający moją duszę przez cały ciepły piątek, nagle zgasł, a zaraz potem zrobiło mi się zimno - na ciele i na duszy. Nawet idąc wczoraj po coś do jedzenia, mimo ciepłego ubioru, czułem fizyczne drżenie moich członków.
Nawet do tej pory byłem martwym wśród żyjących. Żyłem, choć dla samej idei tylko - idei przetrwania. Aby jak najdłużej egzystować w tym pustym świecie. Pogodziłem się już dawno ze swoimi ograniczeniami, przez które nie osiągnę wielu rzeczy; przez które nawet niepełnosprawni stają ode mnie wyżej w hierarchii. Ale dlaczego "to" musiało zaatakować ponownie i to z całą mocą? Dlaczego znowu pragnę tylko jednego?

Miałem wreszcie iść wczoraj do kina, czeka mnie tak wiele filmów do nadrobienia: "Johny English 3", "BlackKklansman", "Searching", "Juliusz"... A na domiar złego wszedł jeszcze tak długo i nie mniej mocno przeze mnie oczekiwany "Kler". Oczywiście moje plany na wczoraj ograniczyły się tylko do wypadu na zakupy do delikatesów. Wróciłem, odpaliłem odcinek "Wikingów", zatrzymałem go w połowie i poszedłem prosto do wyra, wyć po cichu. Nie liczyło się już dla mnie nic - w końcu co ma się liczyć, gdy ja sam jestem nikim?
Dziś spróbuję z tym zawalczyć. Po południu czeka mnie jeden seans, bliżej wieczora drugi, w przerwie może zjem coś w Mc'ku - skoro mam być nikim, to po co się przejmować dietą? Mogę nawet zacząć wpieprzać fast foody codziennie, nie dbam o to czy zejdę potem na zawał.
Zapewne jednak skończy się to tak, jak wczoraj - moczeniem poduszki przez półtorej godziny, a potem kolejne i kolejne odcinki "Vikingów", zajmujące bezproduktywne godziny mojego życia.

PS: Dobiliśmy do 201879 wyświetleń. Dziękuję wam za to, że jesteście, czytacie i - mam nadzieję - choć trochę wspieracie. Ale już samo to, że tak wiele razy wyświetlono mój blog, robi wrażenie. Dziękuję raz jeszcze.


Kato-pisiory, czyli owieczki folwarczne 2018-09-23

Miał być komentarz do telefonu, a są rozmyślania (i rozpaczania) nad obecnym rządem i trochę wiarą. Panie i panowie,  oto typowy kato-pisior w pigułce:

- RMF, słucham?

- Szanowni Państwo, mylicie dobro ze złem!
Oho, zaczyna się...

-To znaczy?

-Przed chwilą państwo w wiadomościach podawali komentarz Leszka Millera, jak to mu się nie podobała okładka "Faktu", bo mu syn się powiesił. A to była, proszę pana kara boska! Po katastrofie smoleńskiej, gdy zginął nasz ukochany prezydent Kaczyński, premier "żartował", że "zimny Lech", "zimny Lech", bo wie pan, to do piwa miało nawiązywać. I teraz pan bóg nareszcie pokarał tego człowieka!

Chwileczkę...czy ty właśnie, typowy katoliku,  powiedziałeś, że cieszysz się z cudzego nieszczęścia, bo "bóg go pokarał"? A co powiedziałby Jezus na takie zachowanie? Czy to się nie kłóci z waszą wiarą i jego nauką? Powiem więcej: jeśli to faktycznie jakiś tam bóg, to czemu "karę" zesłał dopiero teraz i czemu aż tak podłą? Czemu "zmusił" syna jakiegoś człowieka do samobójstwa?! Ty chory, popaprańcu! Tylko nie zacznij mi teraz o...

- A tak w ogóle, to jak PiS wygra wybory, to się za was wreszcie weźmie i was z tego Kopca pogoni!

No tak, najpierw bóg, teraz PiS. W sumie, czego innego mógłbym się spodziewać po zmanipulowanej przez rząd, Kościół i Rydzyka bezwolnej owieczce? Coś ci powiem, panie starszy: PiS rządzi już połowę przewidzianej przez ustawę kadencji. Do tej pory nie zrobił z mediami NIC: nie ma, tak upragnionej przez niektórych, repolonizacji, jest tylko totalna propaganda w TVPiS. Tak, media narodowe (bo publicznymi ciężko je nazwać) zawsze były polityczne. Nie mniej, śmiem twierdzić, że nawet za takiej Platformy zapewniały więcej rozrywki niż obecnie! Wciąż nie były doskonałe, ale przynajmniej umieszczały w swoim repertuarze kilka ciekawych programów. Aha, i niech się teraz TVPiS nie tłumaczy z puszczania  tureckich seriali, pokroju "Sułtanki Kosem", argumentem odwoławczym do poprzedniego zarządu. "To nie my, to tamci kupili te seriale, podpisali umowy, więc musimy puszczać...". A gówno prawda, umowa zakupu nigdy nie zobowiązuje do emisji programu.

Wracając jednak do mojego rozmówcy, dalej pierdzielił tylko trzy po trzy, zrozumiałe tylko dla niego samego. Pozdrowiłem go więc serdecznie i rozłączyłem się. Ale jakby nie było, to jest właśnie przykład typowego, skrajnie ukierunkowanego katolika, podburzanego jeszcze przez Kościół, "jedyne słuszne" radio oraz dogmat, błogosławionego jeszcze za życia, Jarosława Kaczyńskiego. Niestety, na poprawę sytuacji się nie zanosi, a następne wybory do Parlamentu zapewne ponownie wygra PiS. Bo dają 500+, bo zabierają pracodawcom niedziele (przez co dochodzi do patologii w stylu przychodzenia w poniedziałek tuż po północy), bo biorą się za sądy (w niewłaściwy sposób i nie za te, za które powinny się brać). Bo sprzeciwiają się Unii, mimo że imigrantów wpuszczają i potajemnie tańczą jak im Bruksela zagra. Swoje poczynania  i krytykę rządzący maskują zaś  płaszczykiem "lewackich mediów".
Trochę racji przyznać muszę pani profesor Danucie Waniek: PiS wybrano demokratycznie, lecz rządzi niedemokratycznie. Nie liczy się ze zdaniem opozycji, bo poprzednicy też się z jej zdaniem nie liczyli. Wykorzystują swoją władzę do granic i "montują" prawo tak, by działało bezwzględnie pod nich.

I niech to wszystko podsumuje argument, który przekona większość wyborców do pójścia na wybory i oddania partii Kaczyńskiego kolejnej kadencji:"Bo mniej kradną"...


The Predator (2018) - slasher naszych czasów 2018-09-18

Pierwszego "Predatora" z 1987 roku obejrzałem tuż przed wyjściem na seans nowej części. Tym bardziej, że najnowszy film ma być kontynuacją serii.

Przyznam bez bicia: choć pierwszy "Predator" nie  wgniótł mnie w fotel, był to ciekawy seans. Dobrze było zobaczyć historię żołnierzy, którzy po wykonaniu misji usiłują wydostać się z sideł jednego, za to niezwykle niebezpiecznego monstrum. Bardzo podobał mi się motyw kamery z oczu Predatora, jego dźwięki i termowizja, jeszcze bardziej nakręcająca poczucie desperacji i osaczenia przez krwawego łowcę. Do gustu przypadł mi także styl łowiecki kosmity: nie mamy tu do czynienia z kolejną bezmózgą kreaturą, która zabija bez opamiętania. Predator dobrze wiedział co robi, w pułapkę komandosów wpadł tylko raz, a i wtedy nie dał sobie w kaszę dmuchać. Jest to bowiem istota honorowa, która zabija wszystkich, będących dla niego wyzwaniem, a więc bezpieczne mogą czuć się bezbronne kobiety czy dzieci. W dodatku, w finałowym pojedynku Arniego z kosmitą (którego nazwa nie pada w filmie ani razu), przybysz z kosmosu rozbraja się i przystępuje do walki "na gołe klaty", zamiast potraktować przeciwnika laserem lub rakietą.
Z pewnością (kiedyś) sięgnę również po inne filmy z tej marki, jak choćby "Predator 2", "Predators" czy "Alien vs Predator". Filmów z serii "Alien" także jeszcze nie tknąłem, ale jakoś mi się nie uśmiecha oglądanie kosmicznych zmagań ekipy astronautów, zamkniętych na stacji kosmicznej z ksenomorfem na pokładzie.

No dobrze, przejdźmy więc do "The Predator", czyli filmu od Shane'a Blake'a, gościa, który nakręcił nawet udanego trzeciego "Iron Mana". Jak wyszło?
No cóż, na pewno nie jest to zły film. Jest tu dość dużo akcji, zgubnej walki z Predatorami (bo w tym filmie mamy ich aż dwa, w dodatku jeden jest mocno dopakowany) oraz kilka odwołań do filmu ze Scharzenegerem. Jeśli przed seansem odświeżycie sobie tę starszą produkcję, z pewnością je wyłapiecie. Jest tu także i humor, czego raczej ciężko się spodziewać po opowieści o ucieczce, desperacji i...a nie, czekaj, tutaj nie ma już tego klimatu. Niestety, choć żołnierze nadal są mordowani, a oddział Quinna McKeeny, głównego bohatera, musi uciekać, to już nie tylko tytułowy łowca z kosmosu depcze im po piętach.
Fabuła kręci się wokół chorego na autyzm, niezwykle inteligentnego synka McKeeny, który niechcący nie tylko wchodzi w posiadanie sprzętu kosmicznego, ale również odnajduje drogę do pojazdu Predatora. Na Ziemię przybył bowiem jeden z nich, zaś drugi, ten znacznie potężniejszy, został wysłany przez swoich pobratymców w pościg za zdrajcą, który wykradł im pewien cenny ładunek. Ów towar chce dorwać nie tylko kosmita, lecz także pewien zachłanny i zbyt pewny siebie wojskowy.
Więcej fabuły nie zdradzę, ale nie jest ona szczególnie nieprzewidywalna. Zwroty akcji są oczywiste, poza jednym, umieszczonym prawie pod koniec filmu. Tak naprawdę, jeśli wybieracie się na ten film, to już wiecie czego się spodziewać.
Zabrakło tutaj również tego charakterystycznego widoku kamery Predatora z jej dziwnymi, jeżącymi włosy na karku dźwiękami. Motyw wzroku kosmitów też tu występuje, lecz bez odgłosów to już nie to. Chociaż z drugiej strony, może to i dobrze? Bo i sam film przecież obrał zupełnie inny tor.

Jeśli miałbym powiedzieć, czy coś wzbudziło moje obawy, to zdecydowanie byłoby to zakończenie, mocno sugerujące kontynuację i przejście w blockbuster. Ponownie, nie będę zdradzał o co chodzi, dlatego po więcej szczegółów zapraszam do kina.
Podsumowując: dla mnie "Predator" to naprawdę udany średniak, na którym dobrze się bawiłem. Z pewnością nie żałuję seansu, jednak po cichu liczę na to, że kontynuacja jednak nie nadejdzie.
Miłego patrzenia na ludzi rozszarpywanych latającym ostrzem i nadziewanych na chwytak Predatora!


- Gorąca Linia RMF, w czym mogę pomóc? 2018-09-15

No muszę to z siebie wyrzucić, no!

Od pierwszego wtorku września praktykuję na Kopcu Kościuszki, gdzie znajduje się krakowska siedziba radia RMF. To właśnie stąd nadawane są Fakty, poranne, przed i popołudniowe oraz wieczorne programy (Byle do Piątku, Lepsza Połowa Dnia, Poplista etc). To tutaj pracuje Daniel Dyk, Darek Maciborek, Robert Karpowicz i Jacek Tomkowicz, Blanka Baranowska, Marek Balawajder, Bogdan Zalewski, Ewa Kwaśny...ogółem: wszyscy ci znani wam prezenterzy i dziennikarze! To tutaj także znajdują się sejfy Szczęśliwej Trzynastki, tutaj pracuje Gorąca Sekretarka RMF (potwierdzam, urody jej nie brak) i tutaj również moderuje się portal RMF 24.

Jak sami więc widzicie, na co dzień mogę zobaczyć i posłuchać rozmów najjaśniejszych gwiazd polskiego dziennikarstwa radiowego i aż korci, żeby wreszcie zrobić sobie z kimś selfie (ale to może pod koniec praktyk). A co należy do moich obowiązków? Jak już coś się dzieje, to kilka rzeczy: obrabianie i wstawianie podcastów z Faktami na stronę co godzinę/półtorej,  spisywanie rozmów oraz odbieranie telefonów z Gorącej Linii. I właśnie tymi ostatnimi się dziś zajmiemy.

Z jakimi newsami ludzie dzwonią? Najczęściej chcą zgłosić jakiś wypadek i utrudnienia drogowe. Część z takich informacji trafia do Faktów, część jest odrzucana, bo zrobiłyby się z tego Fakty Drogowe, a nie do końca o to chodzi w składaniu ogólnokrajowego serwisu informacyjnego. Dalej "idą" newsy pokroju "policjanci obstawili tę i tę ulicę, nie wiadomo co się dzieje" czy "tam i tam rozszczelnił się gaz azotowy, 5 osób poszkodowanych". Są także telefony na tematy przeznaczone raczej dla prasy niż dla radia, czyli dotyczące dochodzeń, (nie)legalności zakładania blokad na koła przez katowicką prywatną firmę, problemów z Urzędem Skarbowym itd. Takie tematy również staram się wpisywać do programu o wdzięcznej nazwie RUDOLF i podsyłać na antenę do weryfikacji redaktorów, jednakże, jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się dzwonić do RMF-u z takimi informacjami, lepiej napiszcie maila na adres fakty@rmf.fm lub redakcja@rmf.fm. Jest pewna szansa, że się tym zajmiemy, ale mamy o wiele więcej, nie mniej istotnych spraw. Proszę o zrozumienie.
Wracając do kategorii telefonów, są jeszcze takie, w których ktoś prosi, żeby puścić jakąś piosenkę (stąd przepraszam dwie, sympatyczne panie, które cały dzień czekały na Youngblood), zadedykować komuś takową czy upomnieć się o nagrodę, wygraną przed miesiącem. Szanowni Państwo, w takich sprawach dzwonimy pod  12 2 000 000!
Na samym końcu plasują się telefony...dziwne. Pani dzwoni, bo jej smutno a RMF-ka nie chce jej dobrze  odbierać. Babcia dzwoni, bo chce wstawić się za chłopakiem, którego o coś oskarżają w sądzie. Starszy pan chce, żeby mu wytłumaczyć nową reformę Morawieckiego.  Jeszcze ktoś chce poskarżyć się na panią Zawadzką (gościa ostatniej Rozmowy), która nie ma żadnego (dobrego) doświadczenia w wychowywaniu dzieci, a sama mówi innym jak mają to robić. Na ostatku ktoś od razu mi życzy gwałtownej penetracji analnej albo chce sobie pokurwić. I do KAŻDEGO przypadku muszę podchodzić z anielskim spokojem: Dziękuję za informację! zamiast Panie, jest zima, to normalne, że piździ na każdej drodze. Muszę odpowiadać Również pozdrawiam! zamiast Tata ci tak mówił, chamie zbolały?. Jest to  praca wymagająca cierpliwości, a że pokładów takowej mam (aż chyba zbyt) dużo, więc jakoś to idzie.

Rozbroił mnie jednak wczoraj pewien telefon. Dzwonił jakiś gość, niby wolny dziennikarzyna, który też coś tam swojego prowadzi. Pierniczył coś o światłach, coś o zarządzie, takie duperele, że mógłby wszystko opisać w mailu. Spisałem go więc, na wszelki wypadek, ale powiedziałem, by lepiej napisał maila do radia.

- Ale ja nie mam komputera!

Poważnie? Mamy XXI wiek i ktoś nie ma komputera? Ok, załóżmy że może tak się zdarzyć. Ja i tak idę w zaparte: niech napisze maila, bo ja nie za bardzo kumam o co mu dokładniej chodzi.

- No dobrze, mogę napisać maila wieczorem...

Tak? A niby jak, skoro nie masz komputera?

- ...ale jak ja będę pisał sobie maila, to tam może dojść do wypadku! I co wtedy? Tak działacie, RMF, że musicie czekać na wypadek?!

Ekhem....No przepraszam, ale tak to działa. W sprawie nieścisłości i uchybień w publicznych kwestiach niech pan pisze do prasy, a nie do RMF-u na Gorącą Linię.

- To wy tacy jesteście? Ja wam tu newsa chcę sprzedać, a czas ucieka, no to co? Tak czy nie? Bo ja mogę iść do innych mediów i tam to rozpowszechnić.

Och, nasz ty hojny bohaterze! Chciał iść gdzie indziej, ale serce podpowiedziało, żeby zadzwonił do RMF-u i teraz czuje się jak pies skarcony za przyniesienie piłki! Co byśmy bez ciebie zrobili, bohaterze? No, ale dobrze, proszę go więc o podanie numeru telefonu.

- Ale jak to? Nie wyświetla się panu?

No właśnie nie. Poza tym jestem uczony, by spisywać numery od rozmówców. Gość oczywiście standardowo wyjechał do mnie z jakimiś pretensjami, po czym oznajmił, że:

- Jesteście umoczeni, RMF! Jeszcze dziś napiszę na stronie Maxa Kolonki!

Zaraz, zaraz, JAK napiszesz, skoro nie masz komputera? Ech, no i ten Kolonko...Kolejny nawiedzony pseudo-rewolucjonista od upadłego dziennikarza, który ma ból dupy, że go nie chcą tu w Polsce i musi w internecie szukać poklasku. A dobra, pomyślałem, RMF-owi i tak nie podskoczysz, wielu próbowało i nikt nie dosięgnął choćby do podbródka. Rób pan swoje, ja wracam do swojej roboty, mam podcasty do złożenia, a ty mi gitarę jeszcze zawracasz i straszysz oszołomem z Nowego Jorku.

I tak to właśnie się toczy, dzień za dniem, od poniedziałku do piątku, w godzinach od 11-stej do 19-stej. Są to na pewno praktyki o wiele lepsze niż te, które odbywałem przed rokiem w Dzienniku Polskim: weź pojedź tam, spisz konferencję prasową, zrób tekst o tym i o tym, zadzwoń do tego i tego. Zaczynałem, co prawda przed południem i kończyłem po 14-stej, ale już wolę tę godzinę jechać na Kopiec, przesiedzieć i przepracować swoje tam i godzinę wracać do siebie. Przynajmniej to mi trochę pokazało jak niewiele mam czasu w tygodniu na cokolwiek, a właściwie: czasu i chęci. Mogę od razu po powrocie skoczyć do kina, ale za każdym moim takim porannym zamiarem, wieczorem ów zamiar ulegał zmianie na rzecz Wrócić-Zjeść coś-Umyć się-YouTube i spać. A potem znów to samo jutro, pojutrze, w dzień następny, aż do piątku, który - tylko w RMF-ie! - zawsze ok. godziny 18-stej ogłasza sam Donald Trump. A do tego czasu, #ByleDoPiątku z Danielem Dykiem i dobrą muzyką!


Oh...Sir! The Insult Simulator, czyli obraź mnie z klasą! 2018-09-01

Twoja matka pracowała jako twój nauczyciel matematyki i śmierdzi jak  poduszkowiec!

Pamiętacie te czasy, gdy wchodząc konflikt słowny używało się podmiotów i epitetów, pokroju twoich starych? Niepotrzebne były wyszukane dowody słuszności naszych tez, nie trzeba było również używać zabiegów erystycznych Schopenhauera, by pokonać swojego rywala. Obowiązywała prosta zasada: im mocniejszymi określeniami uderzysz, tym bardziej złamiesz przeciwnika.
Z dorosłego punktu widzenia, argumentum ad personam jest pozbawione wartości merytorycznej. A co by się stało, gdyby takowe stosowali gentlemani?

Na to pytanie odpowiada produkcja indie Oh...Sir! The Insult Simulator. Jak sam tytuł wskazuje, wydane w 2016 roku dzieło studia Vile Monarch jest symulatorem sprzeczki i obrażania. Naprzeciwko siebie, w typowo nie-typowych okolicznościach, stają dwie przerysowane postacie. Mamy tu bardzo brytyjskie klimaty: wąsaty lord z monoklem, dama z kapelusikiem, czarnoskóry imigrant, ale nawet H.P Lovercraft. Postacie różnią się nie tylko wyglądem, lecz również słabszymi stronami. Jednego "boli" mizerna sytuacja finansowa, drugiego rzeczywistość, a jeszcze inny będzie mniej odporny na przytyki do ubioru.
Wybieramy więc postać (na start mamy kilka, resztę trzeba odblokować w grze), miejsce sprzeczki i zaczynamy kłótnię, polegającą na budowaniu poprawnych gramatycznie, choć nie zawsze logicznych, zdań. Im bardziej rozbudowana i wyrafinowana riposta, tym więcej zdrowia zabierzemy przeciwnikowi. Słowa  wybieramy ze wspólnej puli na zmianę z adwersarzem, a na decyzję mamy tylko kilka sekund. Dodaje to każdej bitwie na słowa elementu taktycznego. Jeśli nie będziemy zwracać uwagi na zdanie budowane przez rywala, możemy doprowadzić do sytuacji, w której zabraknie nam słów na dokończenie własnego. Zadamy wówczas oszałamiające 0 obrażeń. Bazowy punkt obelgi możemy zwiększyć, wykorzystując wspomniany wcześniej słaby punkt przeciwnika oraz kombinację ponownego użycia jednego argumentu w każdej rundzie. Jeśli zabraknie użytecznych słów z puli, każda ze strona ma do dyspozycji jeszcze dwa, które można wymienić za łyk herbaty.
Sprzeczka dobiega końca w momencie, gdy jeden z rozmówców straci wszystkie punkty zdrowia. W przypadku remisu, punkty odnawiają się i walka trwa do pierwszego wykańczającego" uderzenia i poddania się przegranego.

Gra jest w pełni po angielsku, jednak każdy, kto mniej więcej opanował jego podstawy, powinien dać sobie radę. Pamiętać trzeba, że zdania muszą być poprawne, lecz już mniej logiczne. Można ułożyć takie perełki, jak Twój dom wspiera twojego syna i ty dobrze o tym wiesz! czy Twój kraj pachnie jak twoja siostra i denerwuje mnie to!.
Oprawa graficzna jest nader przyjemna. Postacie są przerysowane, karykaturalne. Ich aparycja  idealnie współgra z charakterem i głosem. Muzyka zaś to połączenie kilku utworów klasycznych, nadający rozgrywce dodatkowego smaku.
Trybów rozgrywki mamy kilka: pojedynek z żywym człowiekiem (online lub przy jednym komputerze), szybki pojedynek z AI oraz  turniej pięciu "walk" pod rząd z (Bogiem) Ojcem jako finalnym bossem.

Jeśli miałbym coś grze zarzucić, to mała ilość scenariuszy potyczek. Do wyboru mamy kilka lokacji: przedział w pociągu, sklep ze zwierzętami, jezioro oraz tajemnicza, jeszcze przeze mnie nieodblokowana.
Podsumowując: Oh...Sir! The Insult Simulator to gra niewielka, lecz idealnie nadająca się do krótkich partyjkowych posiedzeń, gdy mamy jeszcze kilka minut do autobusu lub np. czekamy na zagotowanie się jajek. Można się uśmiechnąć, przyjemnie zabić czas, a nawet odstresować. Ta wyniosła, elegancka damulka może być przecież równie dobrze znienawidzoną teściową lub wredną sąsiadką, która tylko szuka pretekstu, by jeszcze trochę na was ponarzekać, zaś dzięki tej grze możecie jej z klasą i fantazją legalnie nawrzucać!


To The Moon 2: Finding Paradise - śmiech i łzy 2018-08-21

Dawno tu nic konkretnego nie pisałem. Czas jednak wrócić, bo muszę to z siebie wyrzucić.

Wszystkie plany na notki uciekały jak wakacyjne dni. Opuszczało mnie życie i ochota do robienia czegokolwiek. Oddawałem się temu, co zawsze praktykuję w takich niepłodnych chwilach, czyli leniwej wegetacji. Ale właśnie otworzyłem oczy.

Z letargu obudziła mnie gra, kupiona parę dni temu na Steamie za niespełna 40 złotych: "To The Moon 2: Finding Paradise", czyli kontynuacja gry z 2011 roku, spod kreatywnego cyfrowego ołówka Freebird Games. Zacząłem grać wczoraj po północy, skończyłem około drugiej i poszedłem spać. Potem przysiadłem do niej jeszcze dziś i dopiero po kilku godzinach zorientowałem się, że to już koniec. Na ekranie przewijały się napisy końcowe, z oczu spływały mi całe potoki łez, a na dodatek zdałem sobie sprawę, że wypada coś zjeść. Ale, powiem wam, że nie żałuję. Ani czasu, ani pieniędzy, ani kilku mokrych od łez chusteczek.

"Finding Paradise" to przygodówka na silniku RPG Maker. Jej głównymi bohaterami są dr Eva Rosalene oraz dr Neil Watts. Pracują dla Sigmund Corp, czyli firmy, dysponującej technologią zmieniania wspomnień. Dzięki niej, umierający pacjenci mogę przed śmiercią spełnić swe marzenie. W części pierwszej pacjentem był Johnny, pragnący polecieć na księżyc. Tym razem do Sigmund zgłosił się Colin, którego pragnienie nie jest do końca jasne. Mówi bowiem, iż chciałby tylko czuć spełnienie, ale nie pragnie zmieniać niczego. Doktorzy jak zwykle, przy użyciu specjalistycznych urządzeń, wchodzą do wspomnień, by zbadać zapiski jego umysłu.
Przebijamy się więc z nimi od wspomnień najwcześniejszych do najpóźniejszych, poznając postacie, które wywarły wpływ na Colina i poszukujemy pamiątek, które przenoszą nas w coraz dalszą przeszłość naszego kontrahenta. Droga ta będzie poważna, głęboka, dramatyczna, niepokojąca, ale autorzy postarali się zawrzeć w niej także sporo humoru, przerysowania i parodii kilku dzieł popkultury.  Są one jawne i oczywiste, więc każdy załapie o co chodzi.

Rozgrywka polega na eksploracji pomieszczeń oraz badaniu przedmiotów oraz osób w poszukiwaniu sfer. Po zebraniu wszystkich w danym wspomnieniu, możemy przejść do prostej mini-gry, w której trzeba poustawiać koło siebie te same obrazki. Jest to podobna zagadka do tej z pierwszego "To The Moon". Oprócz niej umieszczono jeszcze kilka, ale nie mogę o nich napisać nic więcej. Nie zaspoileruję wam tego doświadczenia.
Gra stoi przede wszystkim fabułą oraz oprawą audiowizualną. Nie jest to tani wyciskacz łez, podobnie jak pierwsze "To The Moon" również tutaj historia jest głęboka, nieoczywista na pierwszy rzut oka i pozostawia w nas odczuwalny ślad  oraz pewną refleksję. Jest to przeżycie, którego długo nie zapomnimy i z jeszcze większą niecierpliwością będziemy czekać na kontynuację, albowiem ta (ze względu na parę wciąż niewyjaśnionych wątków) jest więcej niż pewna. Ponadto grafika i muzyka, choć podobne do tych z To The Moon, zostały przystosowane do klimatu opowieści, co znów wychodzi na plus.

Ukończyłem "Finding Paradise" w sześć godzin. Nie jest to dużo, ale zdecydowanie polecam wam zapoznać się z tym fenomenalnym doświadczeniem. Gra wyszła w listopadzie 2017 roku. Jak pisałem wyżej, kosztowała mnie 35,99 zł i powiem wam, że to chyba najlepiej wydane cztery dychy w moim życiu.
Gdy będę wychodził z psem na spacer, próbował zająć się czymkolwiek innym, aby potem ułożyć się do snu...W każdej chwili, przez następny czas, emocje będą we mnie silne. Nie wiem ile to potrwa, ale, znów, nie żałuję niczego. To było piękne kilka godzin.
Na koniec przydałoby się jakieś podsumowanie, polecenie lub odradzenie, ale jeśli moja forma czy treść nie przekonały was do dania tej grze szansy, to już nic tego nie zrobi. Tylko błagam, nie oglądajcie serii gameplay na YouTubie! To będzie dobry seans, lecz znacznie lepiej spożytkujecie czas po prostu kupując i grając w tę produkcję, albowiem czuć tutaj serce i pasję twórców, włożone w ich dzieło.
A teraz, Freebird Games, do zobaczenia (prawdopodobnie) w 2020 roku. Jak to mówią, keep working and take my money! Nie zepsujecie tego, czuję to w sercu!


Odpowiedź dla: Frausuchen 2018-07-25

Kiedyś, przed 30 marca, dało się normalnie. Potem trzeba było przepisać to, co tam było, czyli "reCAPTCHA V1 IS SHUTDOWN", a i wówczas trzeba było kilka razy próbować. Niestety twórcy e-blogów mają to teraz w dupie, nie przedłużyli czegoś tam i teraz komentować się NIE DA. 


Zauważ jak stare są komentarze, widniejące jako "Najnowsze" na stronie głównej. Innymi słowy, teraz, aby skomentować cokolwiek, trzeba robić tak, jak ja teraz: komunikować się przez odpowiedzi w notkach.


Z resztą podobna rzecz jest z dodawaniem mediów, czego robić się już nie da inaczej jak tylko wklejaniem samych linków, a i wklejanie tekstu z edytora wuja daje i niejednokrotnie trzeba coś pozmieniać, bo wyskakuje jakiś dziwny błąd.


I tutaj musisz zauważyć co stało się z napisem "Strona główna" po wejściu na e-blogi. Jednym słowem: tragedia.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]