Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Danse Macabre, albo śmierci opisanie 2018-01-20

Co czyni życie tak cennym, że boimy się je stracić?

Czy są to ludzie, którzy nas otaczają? Świadomość posiadanego szczęścia w postaci odwzajemnionej miłości, sukcesów zawodowych, rozwiniętej kariery, sięgającego kilku "oczek"stanu konta? Każdy z nas ma coś takiego, z czym w chwili śmierci trudno byłoby się rozstać. Tylko dlaczego tak jest?
Sokrates powiedział raz: Bać się śmier­ci, o szlachet­ni, jest tym sa­mym co mieć się za mądre­go nim nie będąc; gdyż jest to mniemać, że się wie to, cze­go się nie wie. Nikt nie wie, czy śmierć nie okaże się naj­większym błogosławieństwem dla ludzkiej is­to­ty, a jed­nak ludzie boją się jej, jak gdy­by po­siada­li niez­bi­ta pew­ność, że jest naj­większym z nieszczęść. Filozof zakładał, że po śmierci musi istnieć albo wieczny sen, albo życie wieczne w Hadesie, gdzie ludzie, jako pozbawione ciał istoty, mogłyby poddać się uciechom duchowym. Dlatego za życia tak bardzo promował ukierunkowanie się w tę stronę. Konsumenci fizycznych przyjemności raczej nie byliby zadowoleni z przebywania w zaświatach. W tym rozumieniu tematu, śmierć nie jest więc zła, nie ma żadnych wad. Albo śpisz wiecznie, albo bez końca zgłębiasz tajniki ludzkiej myśli. Sytuacja win-win, co nie?
Epikur, żyjący jakieś sto lat po Sokratesie, twierdzić, głosił, iż życie po śmierci nie istnieje, a wszystko co się liczy, dzieje się tu i teraz. Śmierć nie jest dla ciebie ani zła, ani dobra. Oznacza kres ciągłego marzenia o rzeczach, których nie zdążyłeś/aś zrobić, sprawia że już nigdy nie posłuchasz ukochanej muzyki, nie przeczytasz ulubionej książki, nie poznasz zakończenia fascynującego serialu, nie zobaczysz kolejnych oscarowych produkcji...Ale z drugiej strony, to ci niewiele daje, ponieważ wtedy po prostu cie nie będzie. Jak więc mówić o lęku przed utratą doświadczeń, jeśli po oddaniu ostatniego oddechu przestaniesz cokolwiek odczuwać? Jakie to będzie mieć wtedy dla ciebie znaczenie? Swoją drogą: gdy się narodziłeś/aś, na świecie już zdarzyły się pewne rzeczy, wyszły konkretne filmy, w eterze słychać było daną muzykę. Nie poznałeś/aś ich w momencie premiery. Czemu więc fakt ten nie boli nas tak jak wyżej opisany? (Thomas Nagel, polecam się zapoznać)

No dobra, ale przyznajmy szczerze: mało kogo obchodzą rzeczy materialne i związane z nimi doświadczenia. Rozchodzi się w głównej mierze o ludzi. Kochaliśmy, przyjaźniliśmy się, dbaliśmy o siebie, spotykaliśmy, śmialiśmy do łez, zwierzaliśmy się z tajemnic. Te osoby były przy nas właściwie od zawsze! Mama, tata, wujek, pani Wiesia spod "siódemki"... Aż tu nagle "cyk", nie ma, koniec. I jakoś tak nagle robi się dziwnie pusto, prawda? Nie możemy zrozumieć, że już nigdy z tą osobą nie pogadamy, nie usłyszymy jej głosu, nie spojrzymy w oczy, ani nie dowiemy się wielu pasjonujących historii z jego życia.
To dlatego nie chcemy odchodzić od zmarłego, wypuszczać jego jeszcze ciepłych dłoni. Potem trzeba iść na pogrzeb, patrzeć jak spuszczona w dół trumna zasypywana jest ziemią. Nie chcemy gadać z tymi wszystkimi ludźmi, którzy przyszli w tym samym celu. Coś tu jest nie tak, to zły sen. On nie może tu być. Pod ziemią leżą martwi ludzie, ale nasz bliski, krewny, przyjaciel...On miał żyć do naszej śmierci. Z drugiej strony, nasi bliscy tak samo pomyślą kiedyś o nas, czyż nie? "On/a miał przecież żyć wiecznie!"
Ale czy nie jest to lekki egoizm? Chcesz przecież utrzymywać przy sobie zmarłego jak najdłużej. Nie pozwalasz, aby rzeka czasu go zabrała, ale jednocześnie nie dostrzegałeś/aś jej pływu wcześniej. Nie chcesz, by bliska ci istota przekroczyła weszła w ostatnią fazę żywota.
Choć zasłaniamy się wielokrotnie Bogiem, to właśnie ten powód wstrzymuje nas od zgody na przeprowadzenie eutanazji. Co z tego, że on cierpi, że przeżywa o wiele bardziej realne piekło, niż wymyślone przez chrześcijan? On nie odejdzie, NIE WOLNO MU... I tak, po wielu falach cierpień, bólu i krwi, respirator zastygnie przy akompaniamencie ciągłego jak linia, którą wskazuje, dźwięku. Śmierć przyjdzie po swoje. Nie jest ci wstyd, że zafundowałeś/aś  ukochanej osobie kilka dodatkowych, choć bolesnych, chwil życia?
Przemijanie to proces. Zobacz na mnie: dorastałem z bratem. Miałem mamę, tatę, dwoje dziadków od każdego rodzica. Miałem również ciotkę, siostrę taty + jej męża oraz dziecko, a także dwie ciotki, siostry mamy. Chodziłem do szkoły od poniedziałku do piątku, co weekend jeździłem do dziadków na Polną, a w każde wakacje mogłem tam nawet nocować. Co z tego zostało? Kuzynowi z Rzeszowa urodziła się parę ładnych lat temu siostra, jedna ciotka wyszła za mąż i ma dwoje dzieci, druga ma syna. Jestem już na studiach, do dziadków tak często już nie jeżdżę (co tu nawet mówić o nocowaniu!), a jeden z nich dwa lata temu umarł. Wszystko się zmienia, prom życia zawsze podąża za rozkładem. Mimo wszystko trzeba żyć dalej, odetchnąć jeszcze te kilka milionów razy, przetrwać setki tysięcy godzin, jakie nam jeszcze pozostały. Śmierć jest wszakże częścią życia, jak dobro nie może istnieć bez zła.

Bo co jest ważne, tak w istocie? Żywot sam w sobie, nieważne jaki by był, czy też może jego jakość? Co ci z tego, że żyłeś, skoro te kilkadziesiąt lat były totalnie do dupy? Co ci po twojej egzystencji, skoro na samym jej końcu nie będziesz zadowolony? I wiesz, tu nie chodzi o to, że każdy ma mieć drugą połówkę, dom, dzieci, samochód i pracę. Każdy jest inny. Truizm truizmów, wiem. Mama na myśli to, że TY SAM masz żyć wedle swoich potrzeb. Wolisz spędzać czas w swoim własnym towarzystwie? Czerpiesz radość z trzymania się tylko kilku dobrych przyjaciół? Wolisz poświecić swoje życie rozwojowi duchowemu, bo mimo wszystko wierzysz, że "tam" istnieje coś o wiele lepszego? Działaj więc, nie patrząc na spojrzenia innych, nie bacząc na komentarze sceptyków, że "pieprzysz sobie życie".

- No i pieprzę, odpowiedz, ale przynajmniej umrę z uśmiechem na ustach!


A tymczasem w PRL... 2018-01-09

Pytasz mnie o PRL? No dobrze, siadaj. Opowiem ci co nieco.

Opowieść babci
Kiedyś wszystko było tam lepsze, trwalsze i zdrowsze! Weź na przykład mleko: przecież pełno jest  szkodliwego UHT! Dziś kupuje się tego całe kartony! Ale kilkadziesiąt lat temu wystarczyło zamówić codzienne, świeże dostawy w nabiałowym. Każdego dnia dostawało się kilka szklanych butelek, pełnych świeżego, naturalnego mleka! Zostawiało się tylko za drzwiami puste butelki z poprzedniego dnia i odbierało dostawę o stałej godzinie. Dostarczał je młody chłopak. Nigdy się nie spóźniał. Pamiętam, że zawsze miał ze sobą duży wózek z przegródkami, który ciągnął przez kilka pobliskich osiedli. Musiał mieć krzepę również po to, by wnosić skrzynki mleka do każdego mieszkania, nawet na czwarte piętro (a o windzie mogliśmy wtedy właściwie pomarzyć).
Czekolada? Proszę cię, wnusiu! No zobacz tylko na skład: olej palmowy! Zobaczysz, jeszcze ci zdrowie siądzie od tej chemii! Dzisiaj nie kupi się nawet moich ulubionych zbożowych ciasteczek, bo od razu smak się psuje od sztuczności! Kiedyś za to czekolady były czyste, pełne, mleczne! Gdy Wedel jeszcze był polski, każda taka tabliczka była na wagę złota, nie to, co te "czekoladopodobne" dziwy, które sprzedawali równolegle po taniości!
Kolejki? Stało się i parę godzin jak było trzeba. Żeby kupić chleb na sobotę, ustawiało się już dzień wcześniej przed sklepem. Na mrozie i na upale, z bolącymi nogami i nadzieją, że cokolwiek jeszcze zostanie. Byli nawet zawodowi "stacze", których się opłacało żeby zaoszczędzić choć trochę nerwów. Problemy były ze wszystkim, a zwłaszcza z mięsem. Puste półki, luźno zwisające haki i te ekspedientki mamroczące pod nosem, że towaru nie ma i nie jest Duchem Świętym, żeby wiedzieć kiedy będzie. Za to gdy już się dorwało cielęcinę czy wołowinkę, aż sama ślinka ciekła na myśl o obiedzie. Jeśli ktoś jeszcze miał kartki, oczywiście. Na co były kartki? Na wszystko, co popadnie! Mięso, słodycze, mleko, alkohol - wszystko było wydzielane. Najdroższe było mięso, a jakże! Można było wymienić je na wszystko, choć z alkoholem było wprost przeciwnie.
Co innego Pewexy; tam było wszystko: jeansy, pasty do zębów, kawa, firanki, nawet samochody! Problem polegał na tym, że płaciło się tam dolarami, a - przynajmniej początkowo - ich posiadanie było zakazane. Każdego "zielonka" trzeba było wymienić na tzw. bon dolarowy, po znacznie niższym kursie, niż normalnie. Wiesz jak to było, uczyłeś się w szkole: import z zagranicy, spłata pożyczek...Kombinowali wtedy kolesie u władzy i obywatelom kiepsko żyć kazali, chociaż sami mieli specjalne sklepy tylko dla członków partii. A do partii zachęcali przy każdej wizycie w urzędzie, dlatego wielu się zgadzało. Lepsze zarobki, takie sprawy.
Stało się do sklepów, ale też do urzędów. Dzisiaj też się stoi, ale wtedy kolejki były znacznie dłuższe i częstsze. Nie dało się wyjechać nigdzie bez zezwolenia, nawet gdy chciałam odwiedzić swoją siostrę w Rzeszowie musiałam załatwić pozwolenie nie tylko dla siebie, ale i dla córek. Milicja w każdej chwili mogła zatrzymać autobus i każdego przepytać: "A dokąd to pan/i jedzie? A w jakim celu? A zezwolenie jest?". Najgorzej było w stanie wojennym. Widziałeś kiedyś czołg na ulicy? Aż strach było koło tego przejeżdżać. Wtedy już mieliśmy swojego malucha, twój dziadek kupił go za pieniądze zarobione za granicą. Wiele rzeczy też stamtąd przywoził, ale to sam ci może o tym opowie. Tak czy inaczej poruszanie się było mocno ograniczone, a podczas godziny policyjnej wręcz zakazane. Nie można było wyjść nawet do śmietnika, bo od razu zjawiali się panowie z mundurach i zabierali cię na parę godzin na "dołek".
Zobacz, ludzie wracają z parady orszaku, a śniegu tyle, co uczciwości w rządzie Tuska! Kiedyś śniegu było po kolana, aż ciężko było cokolwiek na zewnątrz zrobić. Pamiętam jak raz chciałam wrócić z Róży do Dębicy. Pracowałam wtedy w ośrodku zdrowia jako pielęgniarka. Na zewnątrz sypał gęsty śnieg i bałam się, że tego dnia już nie wrócę do domu. Było już ciemno, ale na szczęście dla mnie i moich dwóch koleżanek przyjechał dostawca leków. Obiecał, że nas stamtąd zabierze, bo autobusy w takich warunkach nie kursowały. Odpalił silnik, mocował się z samochodem, ale w końcu z pomocą pięciu chłopa powoli ruszyliśmy.
Z koleżankami spotykałyśmy się wtedy dość często. Raz u mnie, innym razem u jednej z nich. Mało kto miał wtedy w domu telefon, więc umawiałyśmy się w pracy albo pod koniec spotkań. Gdy chciało się dogadać z rodziną z drugiego końca Polski, trzeba się było zdawać na listy, a te - tak jak dziś - mogły "iść" nawet dwa tygodnie (o ile w ogóle docierały).
Ale tamte czasy miały jednak swój urok. Pamiętasz jeszcze dom twojej prababci? W kuchni nad stołem wisiał kiedyś stary "kołchoźnik" - taki duży głośnik z pokrętłem. To było w latach 60-tych, chodziłam wtedy do podstawówki. Z uchem przy pudle słuchałam festiwalu w Opolu. Mój dziadek - a twój prapradziadek - spał wtedy w pokoju obok. Obudził się jednak, przyszedł, spojrzał na mnie i tylko się uśmiechnął. "Słuchaj sobie, słuchaj! Mi to nie przeszkadza". Poczułam się wtedy głupio, ale nieśmiało słuchałam dalej. Później, gdy dorobiliśmy się pierwszego pełnoprawnego radia,zaczęliśmy słuchać "Wolnej Europy"; trzeba było wtedy bardziej uważać - nie na dziadka, ale na sąsiadów i  patrole milicji.

Opowieść dziadka

Pracowałem w Tarnowie, "Falenicy". Było to przedsiębiorstwo automatyki przemysłowej. Wysyłali stamtąd nasze ekipy na zlecenia do różnych krajów. Najpierw trzeba było przejść różne szkolenia, badania i inne mało ciekawe procedury. Pierwszy raz pojechałem do Niemiec w latach '74 - '76, wtedy to jeszcze było NRD. Możesz mi wierzyć lub nie, ale choć to także był kraj komunistyczny, półki w sklepach pękały w regałach od towarów! Jedzenie, odzież, zabawki...Wszystko, co dziś jest u nas powszechne. Z kolegami kupowaliśmy co tylko mogliśmy i przywoziliśmy do Polski, bo tu najzwyczajniej w świecie tego nie było. Tak np. przywiozłem pralkę, która służyła nam potem przez parę dobrych lat.
Z Rosji natomiast udało się sprowadzić telewizor "z zaplecza", gdy się odpowiednio opłaciło sprzedawcę, a nawet trochę złota. Każdy z naszej ekipy mógł przewieźć maksymalnie sześć sztuk w postaci różnej biżuterii. Ale tutaj, w porównaniu do PRL-u, sytuacja była jeszcze gorsza. Zezwolenie na podróż do innej "obłasti", częstsze patrole milicji, inwigilacja, "krety" w cywilu, podsłuchy...Nawet zimy były cięższe! Musieliśmy pracować przy kompresorowni gazu. 30 stopni na minusie, dwa ogniska do rozgrzania się, praca 10 godzin dziennie.
Odwrotnie skrajna sytuacja miała miejsce w Iranie. Włosi prowadzili budowę, Polacy mieli być podwykonawcami. Tam już o piątej rano temperatura osiągała trzydzieści stopni, a dochodziła do nawet pięćdziesięciu! Irańczycy fundowali nam codziennie dwa duże zbiorniki wody, co byśmy zbyt szybko nie wyparowali.
Mimo wszystko tęskniło się za rodziną w Polsce. Raz na trzy miesiące przysługiwała nam zwykle tzw. rozłąka, czyli powrót na cztery dni. Zawsze starałem się przywieźć coś ze sobą. Nie tylko złoto czy RTV, ale też jakieś lampki czy zabawki dla córek.


Bilans Elvenoora - 2017/2018 2018-01-01

Minął kolejny rok.

A ile tak naprawdę zmieniło się w moim życiu? Jak produktywnie wykorzystałem minione 365 dni? Czas podsumować moje zeszłoroczne postanowienia, rozliczyć każde niepowodzenie, szczęście i sukces. Czas na Bilans Elvenoora!
Po pierwsze, i najważniejsze: odzyskałem Pernelle. Minęło trochę czasu nim nabraliśmy do siebie odpowiedniego dystansu i odbudowaliśmy naszą relację. Rok temu, niestety, nie udało nam się spotkać. Ani przez wakacje, ani później. Ciągle coś wypadało, jak nie znowu mi, to nagle jej. I dlatego to właśnie jest moje pierwsze postanowienie noworoczne: wybrać się w jeden dzień do Katowic, umówić się z nią, dopiąć wszystko na ostatni guzik i dopełnić obietnicy. Ostatnio jednak, co mnie odrobinę niepokoi, Pernelle dystansuje się od ludzi. Jak sama mówi, woli być tu i teraz ze sobą, bliżej siebie poznać. Koniecznie będę musiał też wreszcie znaleźć jakąś pierwszą pracę na weekendy, co by móc zabrać ją ze sobą i ułożyć wspólne życie. W sklepie niby byłoby w sam raz, ale dzięki Pieprznikowi i Samowolce teraz ta opcja będzie graniczyła z niemożliwością.
Drugie ważne wydarzenie 2017 roku? Spotkanie z Kejt! Tak jest, po pięciu latach znajomości, mniejszych i większych przeżyć, wzlotów i upadków naszej relacji wreszcie mogliśmy zrobić wspólne zdjęcie na krakowskim rynku! Na wakacje 2018 planujemy ponowną wycieczkę po Krakowie, a potem na daleką, zimną północ, gdzie nawet latem morze potrafi zamarzać (tak przynajmniej słyszałem). Jak to wszystko wyjdzie, zobaczymy. Moje poglądy na temat wiary nie uległy większym zmianom. Pozostaję nadal zwolennikiem egzystencjalizmu Satre'a, racjonalnego myślenia oraz nauki.
Nieco gorzej wypada moja kariera twórcza. Poetycko odczuwam potężne wypalenie. W zeszłym roku napisałem tylko osiem wierszy! W dodatku nawet recenzji było mniej, choć filmów ot tak oglądać przecież nie przestałem! Oj, rozleniwiłem się, i to mocno. Czas wziąć tyłek w troki i zacząć działać. Poetycko raczej nie zabłysnę, aczkolwiek wypada kontynuować chociaż te nieszczęsne Dialogi Satyryczne. One jedne mają w sobie większy potencjał niż przelanie na doła na cyfrowy papier. Szkoda byłoby marnować mój dotychczasowy dorobek. Może czas najwyższy zacząć czytać także poezję? Pewne jest jedno: muszę mieć co włożyć do swojego pierwszego (i chyba jedynego) tomiku. Po sesji zabiorę się za składanie jego wstępnej wersji.
W międzyczasie zaś będzie pracą, a jeśli nie to pozostałby wolontariat. Chciałbym w końcu zacząć pożytkować swój czas lepiej, poznać chociaż kilka nowych fajnych osób. Bogdan ma swoją robotę, więc trudno. Zapiszę się gdzieś sam. Może znajdę coś na uczelni?
A propos studiów: w tym roku skończę (mam nadzieję) drugi rok. Cóż więc począć dalej? Praca+zaoczne, to pierwsza myśl. Ale czy na pewno? A może w ogóle zrezygnować z magisterki i poświęcić się robocie? A jeśli uczyć się dalej (a raczej: nareszcie się uczyć więcej), to jaki wybrać kierunek? Najlepiej pewnie coś technicznego, może na Polibudzie Krakowskiej (bo Rzeszowską, jak pamiętamy, trzeba serdecznie pie^dolić).
Aaa, przepraszam: walić, chrzanić, pieprzyć. Muszę, cholera, powściągnąć swój język. Zadanie numer jeden na 2018 rok. Już dość się nabluzgałem w kolejkach do urzędu po nowy dowód (tak, zagubienie wszystkich dokumentów to zdecydowanie moja największa porażka 2k17. Nigdy więcej!). Mówiłem wcześniej o rozliczeniach: pamiętacie mój kanał na YT? No właśnie... Była zajawka, zrobiłem parę materiałów okołoblogowych, ale pomysł i tak zarzuciłem, twierdząc, że w sumie nie ma po co. I tak na gierkach się nie wybiję, a coś ludziom pokazać przecież trzeba, nie? Dziś wiem jedno: zabieram się i za to. Będę robił krótkie podglądy z różnych gierek, a co mi tam! Malutkie pierdółki dla własnego warsztatu, ale zawsze to coś. Od czegoś takiego prawie każdy zaczynał. Poza tym, już mój ośmioletni kuzyn ogarnia takie sprawy, więc co dopiero ja, 22-letni stary koń! A nie, czekaj, teraz to już 23 będzie...Kuźniar, ale ten czas zapier...
Dobra dobra, miało być bez bluzgów. Ale nie tylko nerwy będę musiał utrzymywać na wodzy. Trzeba wreszcie ograniczyć moją inną słabostkę. Sześć-siedem lat to już dość długo, nie sądzicie? Czas przejąć nad tym kontrolę i jeśli nie pozbyć się złego nawyku, to chociaż nauczyć się żyć ze zmniejszoną dawką. Kroczek po kroczku, bez radykalnego odcięcia, jak to niektórzy mi sugerowali w czasach, gdy jeszcze wierzyłem. Nie będzie łatwo, ale hej, musi się udać!
Co już mamy? Tomik poezji, kanał YT, praca/wolontariat, ograniczenie złych nawyków, skonkretyzowanie przyszłości po studiach. Do tego chcę częściej chodzić do kina. W 2017 roku Cinema City odwiedziłem łącznie 24 razy. Teraz, skoro dzięki hojności rodziców mam kartę Unlimited, mogę oglądać co miesiąc przynajmniej trzy filmy (36 to nadal więcej niż dwa tuziny, co nie?).

I na koniec, hmm...Może skończę leczenie ortodontyczne? Naturalnie, na miejscu, w Krakowie. Nie będę się włóczyć po starych babciach z Tarnowa, póki mi życie miłe! Jako wisienka torcie Noworocznego Bilansu krótki rzut oka na statystyki blogowe oraz kolejne wyrazy zażenowania w kierunku twórców najlepiej zrzeszającego blogerów portalu e-dziennikowego. Wstyd, panowie! Olewacie community, nie reagujecie na spam komercyjnych blogów, choć sami takie ścierwo sponsorujecie...W dodatku ten wasz dziwny SystemMod nie pozwala na kopiowanie notki z Wordpada do okna wpisu, przez co mam jeszcze więcej roboty, a spacje są zbyt duże i tekst już nie wygląda tak spójnie, jak powinien. Shame on you!

I. Notki  -  Było: 560, jest  643
II. Komentarze - Było: 506, jest 576
III. Odwiedziny - Było: 91474, jest 147852, co daje 56378 przyrostu, a więc ok. 154 wejść dziennie. Nice!
IV. Księga gości - tu nadal bez zmian: 7.

No, to by było na tyle jeśli chodzi o Bilans 2018. Następne rozliczenie za równo 365 dni, a póki co. Aha, zapraszam was też do mojej listy TOP 10 FILMÓW ZA ROK 2017. Zestawienie znajdziecie notkę niżej.
DO SIEGO ROKU!


(Moje) TOP 10 FILMÓW 2017 2017-12-31

Tam tararam!
Czas na moją ultra subiektywną listę najlepszych filmów za 2017 rok!
Co mnie zachwyciło? Przekonajcie się sami! "Topka" od miejsca najniższego do najwyższego. Zdaję sobie sprawę, że robienie TOP 10 z łącznie 24 filmów może trochę mijać się z celem, jednak, wierzcie mi, nie tak łatwo poukładać tę listę. Każdy film miał w sobie coś pozytywnego, więc siłą rzeczy połowa z całego repertuaru poszła do wywalenia. Jednych pozbyć się lżej, innych trochę żal. Nie mniej , za rok, miejmy nadzieję, wybór będzie obszerniejszy i jeszcze trudniejszy.

10. Wonder Woman
Stajnia filmowa DC dwoi się i troi, żeby nadgonić prężną marvelowską machinę do robienia kasy. Niestety ich wysiłek, jak dotąd, na nic się nie zdaje. Taki sobie Batman v Superman, przyzwoite, lecz nadal niedoskonałe Suicide Squad, nieco lepsze, choć i tak średniawe League of Justice...
Jednak gdzie DiSik nie może, tam babę poślę, a konkretniej CudKobietę! Wystarczyło posadzić Patty Jenkins na krześle reżyserskim, by ukazać nam heroinę z Temisciry w sposób nie skupiony na zbytecznym eksponowaniu wdzięków Gal Gadot (choć z drugiej strony trochę szkoda).
Wondi jest niezłomną, waleczną i wiernie oddaną sprawie bohaterką, która nie boi się stawić czoła przeciwnościom XX-wiecznego Londynu (czyli okresu znacznie wyprzedzającego dotychczasowe doświadczenia Amazonki władającej mieczem i magicznym lassem). Nie boi się zabierać głosu, wszem wobec wyraża swoje zdanie i ma głęboko gdzieś co powiedzą faceci w garniakach. Dobrze wie, kiedy wkroczyć do akcji, jest świadoma swych nadnaturalnych mocy, a kule wrażych karabinów odpędza jak muchy!
CGI może i miejscami kulało, antagoniści nie byli szczególnie interesujący, a zakończenie z wielkim rozpizgarzem miało tyle sensu, co zapraszanie uchodźców, ale nadal jest to obraz wart uwagi. Jak to mówią na wyspach, last but not least.

9. Guardians of The Galaxy vol. 2

Czyli więcej tego samego dobrego, co w części pierwszej.  Humor, wyraziści bohaterowie, piękne, zapadające w pamięć sceny (gwiżdżący Yondu), mnóstwo akcji przeplatanej ze standardowymi wstawkami rozwijającymi postacie i relacje między nimi, słowem: totalny odlot! Choć fabuła opierała się na pobocznej historii Petera, który poznał swego ojca, to całokształt seansu pozostał bez zmian. Masa świetnej muzyki, nawiązań do popkultury, bardzo dobre efekty wizualne, doprawiane nutką dramatu oraz, oczywiście, luzackie podejście ekipy aktorskiej!

8. King Arthur: Legend of the Sword
Szczerze? Miałem na ten film nie iść. Tego samego dnia byłem przecież na Wonder Woman, więc dwa filmy na dzień byłyby chyba przesadą, nie?
Moje zdanie prędko uległo zmianie po przeczytaniu masy pozytywnych komentarzy na temat filmu, gdzie główny nacisk kładziono na świetną muzykę. Poszedłem więc, wziąłem seans w 3D, usiadłem w fotelu i...
O matko i córko, jakie to było zajebiste! Efektowny (i efektywny) montaż, świetne zgranie tempa ujęć i muzyki, interesująca wariacja na temat legendy o Królu Arturze (choć niektórzy mogą się boczyć, że "nie ma Merlina i co to w ogóle ma być"). Gra aktorska nie miała większych bolączek, Churlie Hunnam i Jude Law stworzyli godnych siebie przeciwników. Niezwykle ucieszył mnie też swoim udziałem Aidan Gillen, czyli Peter Beilish z "Gry o Tron".
Król Artur: Legenda Miecza to uczta dla moich zmysłów! Godne polecenia? Powiem tak: jeśli nie przekonał was trailer, nie przekona was cały film.

7. The Founder (McImperium)
Pozycja obowiązkowa dla każdego fast food maniaka. Choć do takich się nie zaliczam, a w MaCu zawsze biorę tylko frytki i McNuggetsy, historia Raya Croca zmieniła nieco moje postrzeganie samej marki wielkiego M.  W roli żądnego sławy i sukcesu biznesmena obsadzono Michaela Keatona i był to niewątpliwie strzał w dziesiątkę. Oprócz niego na ekranie błyszczą powoli okradani z dorobku życia bracia McDonalds, czyli Nick Offerman i John Carol. Fabuła miewa dłuższe, nużące momenty, jednak nie przeszkadzają one w odbiorze całości. Jest to ewidentny jednostrzałowiec, mający na celu przedstawić nam kulisy powstania najpopularniejszej sieci fast food na świecie.

6. Thor: Ragnarok (Thor 3)

Marvel - i wszystko jasne! Gwarancja dobre zabawy, rozbudowanie relacji między bohaterami, dobrze zrealizowana akcja; czego chcieć więcej?
Władca Piorunów przybywa do swego królestwa, ujawnia mistyfikację Lokiego i razem ze swoim bratem wyrusza na poszukiwanie ojca (w tym celu zwraca się o pomoc do jednej z moich ulubionych postaci, czyli Doctora Strange'a). Odyn w końcu się odnajduje i ostrzega swoich synów przed zagrożeniem: ich starszą siostrą Hellą, która niedługo powróci, by władać Asgardem i podbijać inne światy.Sama antagonistka, dzięki Cate Blanchett, chyba na długo pozostanie w głowach fanów jako charyzmatyczna, bezkompromisowa bogini. Jest to jedna z tych złych, której powrót będzie nie tyle nieunikniony, co z pewnością wyczekiwany.
Tak jak pierwszy Thor nie przypadł mi do gustu, a drugi okazał się wydmuszką na raz, o tyle zmiana konwencji filmu z poważnego do komedio-akcyjniaka sprawdziła się w 110%! W głośnikach Led Zeppelin - Imigrant Song, na ekranie tona błyskawic, laserów i innych, znanych z VHS-owych filmów science-fiction z lat 80. Jej ultra kolorowa oprawa, pastisz, zarys postaci głównych i pobocznych, cukierkowata epickość...to wszystko czyni z Ragnaroku film doskonały w każdym calu! No i Thor nareszcie dorasta do roli boga i obrońcy Asgardu!
Widać, że Taika Waititi miał masę frajdy podczas pracy przy Ragnaroku. Dzięki temu jego dzieło zajęło miejsce na podium marvelowskich produkcji!

5. Ghost in the Shell
Największe zaskoczenie tego roku.Nie jestem fanem mangi ani anime, więc i pierwowzoru wcześniej nie oglądałem. Kiedy wyszedłem jednak z seansu, nadrobienie zaległości stało się już kwestą czasu. Ghost in the Shell to kolejna historia androida, który w trakcie jednej ze swoich misji natrafia na trop swojego prawdziwego pochodzenia, by później wziąć sprawy w swoje ręce i walczyć przeciw własnym twórcom. Film Ruperta Sandersa to urzekające widowisko: rozświetlony neonami cyberpunkowy Hong Kong, stylistyka głównej bohaterki Major (w tej roli piękna Scarlett Johansso), bardzo dobre sceny akcji i sam design otoczenia sprawiają, że dzieło to jest w stanie zainteresować oryginałem kinowych "niedzielniaków", takich jak ja.  Jestem pewien, że trafił również do tych wiernych fanów anime, którzy są w stanie spojrzeć na temat świeżym okiem. Bo wiecie, czasem lepiej nie odgrzewać tego samego kotleta w identyczny sposób. Czemu by nie dodać koperku do ziemniaków, inaczej zmiksować surówkę? A może zamiast niej podać jakąś sałatkę? Dobra, dość tej kuchennej aluzji, bo się robię głodny!


4. Logan: Wolverine
Z X-Menów oglądałem, jak na razie, tylko dwie pierwsze części, jednak i bez tego jest się w stanie zrozumieć  zmęczonego przeszłością protagonistę, który teraz jako kierowca stara się  utrzymać siebie i chorego profesora Chalesa Xaviera. Pewnego dnia otrzymuje zlecenie nietypowe: ma przewieźć przez granicę (bodajże do Meksyku) przerażoną kobietę i jej córkę. Sprawa się jednak komplikuje i Logan zostaje sam z zamkniętą w sobie dziewczynką. Okazuje się, że Laura (w tej roli bezbłędna Dafne Keen) jest mu znacznie bliższa, niż mógłby przypuszczać.
"Logan" to opowieść drogi. Historia konfrontacji pokoleń X-Menów, pogodzenie z rzeczywistością i walka duchowa z demonami przeszłości. Dorosła, poważna, niekiedy smutna podróż wgłąb siebie. Hugh Jackman i Patrick Stewart godnie zwieńczyli historię starych mutantów, dając nadzieję na rozwój nowych. Osobiście nie miałbym nic przeciwko rozwinięciu losów Laury i jej nowych przyjaciół.
Na szczęście nie zabrakło tu również lekkich, przyjemnych chwil odpoczynku jak i cięższych scen akcji, czyli wolverinowego przebijania czaszek pazurami i efektownych pościgów. Każda z nich robi wrażenie brakiem jakiejkolwiek przesady czy podniosłości. Jeśli szukaliście czegoś innego, sorry, to nie tutaj.
No i wreszcie niezapomniana finałowa scena chwyciła za serce nie tylko fanów, ale przede wszystkim, wspomnianych wcześniej, "niedzielniaków", chcących obejrzeć  dobre kino!

3. Coco

Disney, czemu mi to robisz?! Czemu twoje filmy muszą być takie piękne, zabawne i wzruszające? Czemu muszę wyciągać chusteczkę przy twocih chwytających za serce piosenkach i cudownych scenach? Czemu nie dasz sobie spokoju z szukaniem nowych form przekazu prostych prawd życiowych, czego skutkiem było połączenie krainy żywych i umarłych poprzez Dia de Muertos? Dlaczego muszę patrzeć na te cudne obrazy krainy, jakie malujesz przed widzem?
Och, ale przecież za to cię kocham, nieprawdaż? Czego się nie robi z miłości? ;_;
Tylko dlaczego ten opis musi się składać z samych pytań?

2. Bladerunner 2049

Powiem szczerze: pierwszy Bladerunner podobał mi się trochę bardziej, jednak, co najważniejsze, jego kontynuacja nie odstaje od pierwowzoru. Ryan Gosling w roli bladerunnera-androida odnalazł się perfekcyjnie. Stary wyjadacz Harrison Ford również z gracją powrócił do swej roli, choć już na temat jego angażu do pierwszego Łowcy Androidów krążą różne opinie.
Ponownie mamy do czynienia z filmem, który trzeba obejrzeć więcej niż jeden raz. Jest to bowiem seans długi, powolny, mniej tu akcji, wybuchów i pościgów. To droga do odnalezienia prawdy o swoich korzeniach, rozmyślanie na temat człowieczeństwa humanoidalnych istot. Znowu dostajemy więcej pytań niż odpowiedzi.
Pieszczące oko zdjęcia, muzyka skomponowana na modłę vangelisowskiej sztuki z "jedynki", znakomicie zrealizowane scenerie...Tego filmu nie da się opisać, tego trzeba doświadczyć, najlepiej na dużym ekranie, z dobrym sprzętem dźwiękowym.

1. Dunkirk

No to mamy zwycięzcę. Nolan, ty stary draniu! Najpierw kręcisz Batmany, potem Incepcję, a teraz dajesz nam armię zmęczonych, stęsknionych za domem Brytyjczyków, walczących o powrót do ojczyzny! "Dunkierka" to ciężki seans wojenny, gdzie na froncie giną najlepsi. Przyjaciele w boju, bracia broni, często kompletnie sobie nieznani młodzi ludzie, związani najważniejszym w tamtym czasie celem: przetrwać.
Bohaterem zbiorowym są żołnierze i ich dowódcy. Prości rybacy, którzy idą w sukurs swoim rodakom. Młodzieńcy, pragnący wsławić się czymś chwalebnym, choć okres temu nie sprzyja.
"Dunkierka" to wreszcie niewidoczny, cichy, ale gwałtowny przeciwnik. To samoloty, które zjawiają się z prędkością błyskawicy i w ułamku sekundy, potrafią pozbawić życia setki osób. To ostre torpedy, znienacka przecinające statki jak ostrze świeży chleb. To strach, przeplatany z odwagą nielicznych i majaczącą gdzieś nadzieją, choć ta ulatuje raz po raz, przy każdej okazji. Beznadzieja i desperacja, dzielona z towarzyszami, poznanymi tak niedawno!
A temu wszystkiemu przygrywa doskonała świeżka dźwiękowa, idealnie zgrywająca się z obserwowanymi na ekranie wydarzeniami, potęgująca niepokój o bezimiennych bohaterów.
Spóźnialskim ponownie rekomenduję seans w jak najlepszych warunkach: pełny, duży ekran, dobre słuchawki, głośniki, kino domowe. Bo grzechem jest oglądać tak wielkie widowisko w tak niegodny sposób jak na tablecie czy laptopie!

Bilans Elvenoora powstanie bez opóźnień. Będę pisał od razu w tym pierdzielonym okienku. Będzie wyglądało trochę nieładnie z tymi większymi spacjami, ale co tam. Nie wiem czemu, ale nie mogę bezpośrednio wklejać tekstu, bo zaraz wyskakuje SecurityMod. Nie pytajcie ile musiałem się nakombinować z tym zestawieniem, żeby w ogóle się pojawiło...


"Panaceum" 2017-12-29

Srebrzysta tabletka, a na niej czerwień,
Choć tak malutka, lecz przez gardło nie przejdzie
Srebrzysta tabletka smakuje gorzko,
Dzięki niej zmysły wszystkie w końcu me odpoczną

Srebrzysta  tabletka - wystarczy jedna,
Każdą chorobę, każdą troskę prędko przegna!
Srebrzystej tabletce nie sztuka ulec,
Odpływasz z miejsca, kiedy tylko spróbujesz

Srebrzystej tabletki nie mogę znaleźć,
Choć szukam wszędzie, szukam pilnie i wytrwale
Srebrzystej tabletki, o której marzę,
Nie mają nigdy w swej ofercie aptekarze,

Srebrzystą tabletkę przyjmę od zaraz!
Jak ktoś posiada więcej, wezmę dwie na raz
Za srebrną tabletką na duszy tęskno,
Myśli splątane, a serce już pękło


OPOWIEŚĆ WIGILIJNA 2017-12-24

Ech...I znowu Święta, Kuźniar!

Szkoły zamykają, uczelnie robią przerwę, więc idziecie parę dni wcześniej na dworzec, żeby kupić bilet. Oczywiście, miejsc siedzących już nie ma, choć odjazd dopiero za tydzień. A w dniu podróży istny logistyczny koszmar! Tunel dworcowy zamknięty, bo jakiś geniusz inżynierii pomyślał wreszcie o remoncie. Tylko czemu teraz, do jasnej cholery?!
Na samym centralnym nie lepiej. Jak to zwykle bywa przy galeriach połączonych z dworcem, całe rzeki ludzi przepływają to w jedną, to w drugą stronę w tym samym czasie. Chciałbym znaleźć tego socjopatę, który wpadł na pomysł konstrukcji takiego systemu.

- Muhahaha! Nienawidzę was, pozabijałbym was najchętniej, ale nieee, mam lepszy plan! Sami się pozabijacie! Walczcie o przejście, walczcie o miejsce w kolejkach, walczcie o oddech, o...PRZEŻYCIE!

No ale nic, przeciskacie się przez te stale olbrzymie hordy jak ziemniak przez frytkownicę z tą różnicą, że staracie się jednak pokonać drogę w jednym kawałku. Macie jeszcze mnóstwo czasu do odjazdu, to co się będziesz spieszył.
- Pociąg Intercity SIEMIRADZKI (...) opóźniony 64 minuty.
Wygląda na to, że macie jeszcze więcej wolnego czasu. Zapowiada się udany dzień, prawda?
- Pociąg Intercity (...) opóźniony 84 minuty.
Tym sposobem miasto mówi nam: "Ludzie, nie wyjeżdżajcie! Będziemy za wami tęsknić! Nie możemy żyć bez was! Zostańcie z nami!"
No, pięknie, pięknie! Nie dość, że nie będzie miejsca w pociągu, to jeszcze trzeba czekać dodatkowe półtorej godziny.
Dobrze, pomińmy to czekanie. Na dworcu jest wi-fi, a dziś każdy ma przy sobie telefon typu "smartfon"; ja tam się nie znam czy to Xiaomi, czy iPhone. Wiecie o co mi chodzi.

Pociąg w końcu podjeżdża. Spodziewacie się, że nie będzie miejsc do siedzenia, ale życie zaskakuje jeszcze bardziej, bo nie ma nawet gdzie stanąć! Ciągle koło ciebie przeciska się a to baba z dzieckiem, a to dziadek szukający konduktora. Przy takim natłoku ludzkiej masy moim następnym krokiem będzie przywdziać strój Grincha, wyjść na ulicę i ludziom nasuwać czapki na oczy, a świąteczne ozdoby zamalować na zielono. Nie, nie na zielono. Na żółto.

Ale nie może być aż tak źle, więc docieracie do celu, a tam...śnieg. Albo raczej śniegu brak, co przecież to Polska w XXI wieku, czego się spodziewacie? Globalne ocieplenie, lodowce topnieją, takie sprawy.
Po drodze wstępujecie do marketu, tak na szybko, po coś do picia. O dziwo, kolejki wcale nie są mniejsze od tych z większego miasta, z którego przed chwilą uciekłeś. Skąd się biorą ci wszyscy ludzie? Trzymają ich w jakichś klatkach pod centrami handlowymi i wypuszczają tylko na Święta? Już czort z legalnością, ale czy to w ogóle moralne?
Już nie wspomnę o parkingach, zawsze w tym okresie zawalonych jak biurko studenta (nie tylko podczas sesji). Ulice zakorkowane, ale to raczej polski standard  Wszystko przez niekompetentnych szympansów, którzy nie potrafią zaprojektować własnych łóżek, a czegóż od nich wymagać po zleceniu im założenia sygnalizacji świetlnej?

Wracacie do domu. Jesteście zmęczeni po podróży, ale wasz kiepski dzień się dopiero zaczął. Kto upiecze za was serniki? Kto ulepi uszka? Kto ugotuje barszcz? Macie z głowy, jeśli nie jesteście kulinarnymi mistrzami pokroju waszych babć (bo im to nawet Pascal z Okrasą do pięt nie dorastają; już Makłowicz jest bliżej). Wtedy wystarczy pomóc w kuchni, coś tam podać, przesypać, zagotować wodę. Gorzej, gdy wszystko spada właśnie na was. Ile to wam zajmie? Kilka godzin, mnóstwo roboty i stół upaprany jak kiedyś u Durczoka (tylko zamiast "Rurku, stół jest upie*dolony", będzie "Synuś/Córcia, weź no tu sprzątnij!"). A najgorsze, że potem przez najbliższe dwa tygodnie nie trzeba będzie niczego gotować, bo zostanie cała lodówka  wigilijnego żarcia.

Sama wieczerza co roku jest taka sama. Jedyne co się zmienia to jej skład, co parę lat (bo taki jest świat, pełen zalet, wad!). Wiecie, ktoś odchodzi, ktoś przychodzi. Puste miejsca po zmarłych wujkach i dziadkach szybko zajmują małe, rozwydrzone potworki lub duże, jeszcze bardziej nieznośne łajzy pokroju zięciów czy synowych.
Drodzy teściowie, im też się tam nie chce siedzieć, też najchętniej zrobiliby z wami to, co wy chcielibyście z nimi, ale czy wy nie byliście nigdy młodzi? Jak nie będzie przymilania, to w nocy nie będzie "ruszania"!

Podejdą więc do was z uśmiechem na ustach i energicznym:
- Wesołych świąt mamo! [Obyś zdechła, gruba flądro!]
Odpowiedzcie im wówczas, z równie świątecznym i pokojowym:
- Wesołych Świąt, "synku"! [Oby cię piorun strzelił, przybłędo! Jeśli za rok cię nie zostawi, to już ja się za ciebie wezmę i sam zrezygnujesz!]
Ot, cała "magia" Świąt!

A teraz na serio. Życzę wam, moi mili, aby wasza dzisiejsza kolacja przebiegała w rodzinnej, spokojnej atmosferze. Aby w życzeniach jakie składacie i otrzymujecie była szczerość i pogoda ducha. Nawet jeśli na co dzień jest nie tak kolorowo, to właśnie Święta są tym pięknym okresem, gdy wszystko (lub przynajmniej część) można naprawić, polepszyć, odmienić.
Życzę wam, aby posiłki wigilijne nie leżały ani w lodówce przez dwa tygodnie, ani nie rozkładały się w waszych brzuchach. Tak czy tak wszystko spalicie, więc odstawcie swoje diety, zasiądźcie do stołu jak ludzie z ludźmi i objedzcie się do syta (a w przypadku studentów: ponad miarę).
Życzę wam nie tylko abyście pod choinką znaleźli prezenty waszych marzeń, ale aby wasi bliscy otrzymali od was to, czego sami pragną. Albo jeszcze lepiej: aby otrzymali od was coś wyjątkowego, coś co będzie m przypominało o was.
Życzę wam, aby nikt przy stole nie zadawał durnych, niekomfortowych pytań w stylu "No, jak ci tam w szkole idzie?", "Masz już dziewczynę?" czy "Może zaśpiewamy kolędę?". Pamiętajcie też, że Wigilia to rozdział od religii (paradoksalnie) czy polityki (bo tak naprawdę każdemu z tych około 500 nierobów chciałoby się dać w mordę, co nie?)
Wszystko jedno jakiego wyznania jesteście, wszystko jedno jak bardzo poróżnił wasze rodziny ostatni rok. Przyjedźcie, przywitajcie się, złóżcie od serca szczere życzenia, rozkoszujcie się rodzinną kolacją. A to, że wszystko kręci się wokół Chrystusa - pal licho! Paradoksalnie przecież nie on powinien być tu najważniejszy!

To jeszcze raz, tak zbiorczo, i w ogóle i w szczególe, i pod każdym innym względem:


WESOŁYCH ŚWIĄT!
Elvenoor


Tydzień Niefortunnych Zdarzeń - Część 2-ost 2017-12-20

To ile ja wam to kazałem czekać na część drugą? Dwa tygodnie? No cóż ja wam mogę powiedzieć...KLOPSIK :D

Przejdźmy do meritum: karta nowa zamówiona, w urzędzie "robi się" nowy dowód. Cóż, wypadało więc tylko kupić bilet na pociąg. W tym celu pożyczyłem od Bogdana dwie dychy. Niestety, bez legitymacji studenckiej musiałem dołożyć jeszcze piątaka. Bilet na pociąg relacji Kraków - D-ca w jedną stronę za 25 złotych?! Rozbój w biały dzień!
Wycwaniłem się. A przynajmniej chciałem być cwany. Kupiłem bilet online i skopiowałem go w formacie pdf na telefon. Był z nim tylko jeden, mały problem, który dostrzegłem (o ironio!) zaraz po zajęciu miejsca w pociągu. Bilet był, jak się pewnie domyślacie, imienny, a bez dowodu tożsamości pozostawał nieważny.
Gdy dokonałem tego istotnego odkrycia, wziąłem kurtkę pod pachę i z wyrazem rozczarowania na twarzy wróciłem na mieszkanie. Co ciekawe, okazało się, że zrobiłem dobrze, bo oto na portalu RMF 24 newsem nr 1 był wstrzymany ruch pociągów na trasie Kraków - Tarnów. Bodajże pod Kłajem jakiś idiota postanowił się zabić.

Tutaj moja mała errata: drodzy samobójcy, ja was rozumiem. Chcecie uciec z tego świata, skończyć z sobą, nie cierpieć dłużej. Ale, do jasnej cholery, róbcie to tak, żeby nie wku*wić tych wszystkich biedaków, którzy jednak kurczowo trzymają się życia. Wstrzymanie ich w jednym miejscu, z dala od ciepłych posiłków, możliwości schludnego oddania nieczystości oraz rodzin to zwykłe sku*wysyństwo. Skoczcie z dachu/balkonu czy czego tam chcecie, zadźgajcie się, podetnijcie sobie żyły, utopcie się w rzece, ale miejcie poszanowanie dla innych i nie podstawiajcie się pociągom ani samochodom. Wiecie ile godzin trwają potem oględziny miejsca wypadku?!

Wracając: zatelefonowałem do rodziców i uprzedziłem, że dziś nie wrócę. A jako, że wrócić musiałem, umówiłem się z Nickiem na dzień następny. Pożyczył mi trzy dychy, już na zwykły bilet papierowy. Przy okazji oddałem wreszcie uczelni statyw i kartę pamięci do kamery. Uff, dość już mieliśmy z Bogdanem tego kręcenia. Upadek kamery zadziałał dla nas jak omen - kończcie z tym i nara!
Droga na dworzec, choć krótka, do przyjemnych nie należała. W tramwaju panował ścisk jak w klatkowej hodowli drobiu. Ani się nie przepchasz do wyjścia, ani nawet nie weźmiesz pełnego oddechu - istny dramat! Jeszcze jakiemuś debilowi stanąłem przypadkiem na nodze, przeprosiłem, a on tylko wybełkotał:

- O ła, ku*wa, zrób trochę miejsca!

Miejsca? MIEJSCA, buraku cukrowy?! Gdzie ja ci mam, ku*wa, miejsce zrobić?! Zanieczyścić powietrze, rozepchać się wokół, wykrzyczeć na cały regulator: "Ludzie, zróbcie miejsce dla jaśnie pana"?
Ech, debili, niestety, eksterminować bezkarnie (jeszcze) nie można. Na szczęście ów delikwent wysiadł od razu na pierwszym kolejnym przystanku, więc o tyle miałem mniej jego gderania.
Dojechałem na dworzec, wsiadam do pociągu. Dzięki chmarom wsiadającego i wysiadającego ludu pracy, nie zdążyłem zająć dobrego miejsca. A jako że był piątek, REGIO pękał w szwach. Na domiar złego, kilkuminutowe awarie w elektryce, spowolniły odjazd o kwadrans. Fart w niedoli, że stanąłem zaraz koło wejścia, przed zajętymi miejscami. W Tarnowie moi sąsiedzi wysiedli i mogłem już bez problemu dotrzeć do domu.

Następnego dnia od razu popędziłem do fotografa, żeby już mieć zdjęcie dowodowe. Korzystając z korzystnego położenia "Spektora" odwiedziłem też dziadków, zjadłem co nieco, a i do mojej kiesy wpadła stówka czy dwie.

Mój Losie, jak dobrze, że to wszystko już za mną! Odpocząłem, uregulowałem, co było trzeba i teraz już można powiedzieć sobie: Oby do sesji! Wisienkę na torcie, osładzającym te moje stany wzburzenia,  dodała babka od anglika. Okazuje się, że z moimi nieobecnościami jest wszystko ok! Nie wiem, czy faktycznie tak jest, czy też postanowiła mi odpuścić, bo mnie lubi, ale jakkolwiek sprawa wygląda, serdecznie jej dziękuję.
To co, głupia pindo od wuefu? Dziś do ciebie przyjdę czwarty raz, a jak zaczniesz mi smędzić, że nie zdam, to od razu się możesz pocałować wiesz gdzie. Trzy wuefy programowe + jedna sobota w styczniu i voilla! Osiem obecności, absolutne minimum, będzie widniało w twojej durnej rozpisce. A jeśli jakimś cudem mi nie zaliczysz...Boże, miej ją w opiece! ^^


Jak mnie to wszystko wku*wia! 2017-12-14

Jezu, jak dobrze, że się narodziłeś, bo dzięki temu mogę za tydzień wreszcie wrócić do domciu na święta! Bo widzicie, wszystko się zrąbało...

Poniedziałek, 4 grudnia, godzina 8:15. Telefon od Bogdana: - Gdzie jesteś? Już 15 minut po ósmej. Zrywam się jak pies na domofon i czym prędzej się ubieram. A przecież ustawiłem ten je*any budzik na 7:00! Nie zastanawiając się dłużej nad tym czemu nie zadzwonił, wkładam spodnie. Drugi telefon  od Bogdana, niecałe dwie minuty po pierwszym. Babka już przyszła.
No dobra: iść czy nie iść? Nie ma mowy, żebym był na miejscu przed w pół do. Z drugiej strony, miałem już jedną nieobecność, a kolejna oznaczałaby ocenę niedostateczną z automatu w pierwszym terminie. Dobra, myślę. Jakoś to może odrobię. Gdybym miał pójść, a prowadząca nie wpuściłaby mnie do sali, mój pośpiech poszedłby na próżno.
Zachodzę więc do pani K. na dyżur i...klapa. Ze smutkiem w głosie i bezsilnością na twarzy oznajmiła, że takie są procedury, że odrobić nie można, że niedostateczny w pierwszym terminie. Ale hej, pocieszała mnie, przecież tak się zdarza, tak bywa, co nie? Ech...
A pieprzyć ją, niech idzie w diabły. Zadania będę robił dalej, więcej zajęć nie mam zamiaru opuszczać. Niby babeczka postara się coś wykombinować, ale nie wróżę sobie nadziei. Sprawa jest tym bardziej paradoksalna, że w drugim semestrze i tak zaliczyła zajęcia wszystkim, którzy mieli więcej niż jedną nieobecność. Co za pinda!

Wtorek, 5 grudnia. Doktor przekazuje mi, iż nie jesteśmy w stanie wydać "Mixera" przed świętami.
Najpierw były problemy ze składem. Prawie nikt nie chciał pisać, a stara ekipa (włącznie z byłą naczelną) zmyła się po ukończeniu studiów albo są zajęci pracą. Agnieszka przekazała mi stery tego tonącego syfu zwanego uczelnianym czasopismem i teraz to ja tu rządzę. Ta...Tylko właściwie KIM?
Od początku listopada pod moją redakcję zgłosiło się sześć osób, w tym Bogdan i ja. Każdy z nas przygotował od jednego do dwóch tekstów, ale znowu i tu coś zazgrzytało. Pan doktor poprawia prace licencjackie, więc nie za bardzo ma czas. W jednym z niewielu wolnych terminów przysiadł do tekstów, które dla niego zgromadziłem, pokiwał głową i napisał, że przekładamy. Jedna dziewczyna napisała dwa proste teksty o świętach: niestety zbyt banalne, w stylu "Pani Domu" czy innej babskiej srajtaśmy. A przecież dziekanat oczekuje poziomu i wyników, mimo że tego darmowego pisma właściwie nikt nie czyta. Do dziś zastanawia mnie po jaką cholerę przez 1,5 godziny roznosiłem te pieprzone gazetki po uczelni, tuż przed samymi wakacjami? 500 cieniutkich zeszycików po 30 stron każdy. Kładłem je ile się da i gdzie się tylko da: po krzesłach na korytarzy, stolikach, ladach recepcji. Tym razem nakład będzie ponoć zmniejszony o 100 egzemplarzy, ale według mnie wystarczyłoby ich na całą uczelnię równo 250. Jeśli mają lądować w koszu bez choćby luźnego przejrzenia, to ja podziękuję za tak beznadziejną gospodarkę papierem.

13 grudnia. Wróciłem po wuefie i jestem wściekły. Pozostał mi tylko jeden semestr wuefu, jako że rok temu zaliczyłem również tylko jeden (z pierwszego byłem jeszcze zwolniony). Dziś zaliczyłem swoją...trzecią obecność. Taa, tutaj faktycznie trochę poodpuszczałem. Do trójeczki brakuje mi jeszcze pięciu zajęć, ale na spokojnie zdołam osiągnąć cel. Jeszcze ping pong w sobotę, w następną środę, po Trzech Królach jeszcze trzy razy i będzie dobrze. Może jeszcze z jeden weekendzik, tak na deser, kto wie? Mi z wuefu wystarczy ocena podstawowa, nie widzę sensu w zaliczaniu dziesięciu obecności na czwórkę czy dwunastu na piątkę.
Jedyne, co mnie wnerwia, to ta wredna zołza! "Chce pan znowu nie zaliczyć? Przyłożyć się trzeba i chodzić!". Jednak oliwy do ognia dolał jej przydupas od siłowni. Myślałem, że mnie krew zaleje, gdy dorzucił swoje: "Bogatemu to wszystko wolno!".
O, wy mendy pieprzone! Byłem u was pod koniec maja po wpis do indeksu, a wy mi wyjeżdżacie z tekstem, że ZNOWU nie zaliczę?! Dobrze wiem kiedy i o której są zajęcia, wiem kiedy przychodzić, więc, z całym szacunkiem, proszę wetknąć nos do własnej dupy!
I chociaż Nick mówi, żebym się nie przejmował, bo niewiele tym zmienię oraz że ona tak mówi w swoich emocjach, to ja i tak nie spocznę, póki nie wetknę jej przed te jej fikuśne bryle swojego indeksu. A gdy będzie wpisywać "dostateczny", mi pozostanie tylko się uśmiechać jak kruk, który przed chwilą wyrwał lisowi kawał soczystego sera. Have a nice day i żebyśmy się już nigdy nie spotkali!

Część drugą Tygodnia Nieszczęśliwych Zdarzeń dostaniecie jutro. Dziś musiałem się rozpisać.


Tydzień Niefortunnych Zdarzeń - Część 1 2017-12-09

Nie mogę się jakoś ostatnio zebrać, by cokolwiek napisać.
Czuję, że się pomału wypalam, a to nie rokuje zbyt dobrze. Chcę przecież jakoś pociągnąć te moje pisaniny, przerodzić w coś związanego z zawodem (choć, znając życie, zapewne będę kiedyś wykładał chemię w Biedronce, robił w geodezji lub składał kable).

A przecież miniony weekend owocował w wydarzenia, których konsekwencją była, przyznaję, dość mocna depresyjna notka, a teraz mogę je opisać "na chłodno", na spokojnie. Należą się wam obszerniejsze dopowiedzenia.

Seria niefortunnych zdarzeń zaczęła się 28 listopada, kiedy to zaraz po zajęciach wybrałem się na "Morderstwo w Orient Expresie", kolejną ekranizację słynnej powieści Agathy Christie. Jako że nigdy wcześniej nie znałem tej historii, a na plakatach i trailerach przykuwały uwagę znane nazwiska, postanowiłem wreszcie nadrobić zaległości.
Najbliższe kino znajduje się na Kazimierzu, a że jest to Cinema City, to jasnym stało się, że korzystniej wyjdę na abonamencie Unlimited. Zawsze trzymałem ją wraz z wszystkimi dokumentami w jednym miejscu. Tak, absolutnie wszystkimi: dowodem, kartą płatniczą i legitymacją studencką.  
Przed wejściem na salę musiałem wyjąć więc cały bloczek, okazać kartę i z powrotem wszystko schować. Do tej pory podążałem według pewnego schematu: do kina dokumenty były bezpieczne w kieszeni spodni, potem już na sali wkładałem je do torby i wyjmowałem po powrocie. Tym razem było inaczej.

Już przy reklamie Cinema City Unlimited ukradkiem dotknąłem prawej kieszeni jeansów i stwierdziłem brak mojego czarnego bloczka z godłem polski. Usprawiedliwiłem to wtedy dość łatwo: "Spokojnie, na pewno wrzuciłeś go do środka i leży gdzieś między zakupami". Wyszedłem z sali po seansie, dotknąłem kieszeni raz jeszcze: dokumentów nie ma! Ale przecież nie ma co panikować, bo "na pewno są w torbie". Była już prawie szósta wieczór, a mi kiszki zaczęły grać marsza. Od niechcenia rzuciłem tylko okiem na Maka i wróciłem do domu (przecież nie mam przy sobie gotówki, a karta leży gdzieś między chusteczkami, ciastkami, a parówkami).
Jak już wiecie, w domu, po wypakowaniu wszystkiego, dokumentów nie znalazłem. Przeszukałem kurtkę - nic. Szukam w bluzie - również nic. Wywracam torbę do góry nogami - to samo. Pierwszy ruch: zadzwonić do kina.
Dzwonię po kilka razy, czekam pięć minut, dziesięć, kwadrans, aż wreszcie ktoś odebrał. Mówię kim jestem, o co chodzi, podaję numer sali, rząd i siedzenie.

- Proszę poczekać tak z 1,5 godziny, bo teraz tam trwa seans. Po seansie przeszukamy salę i zadzwonimy do pana.

W międzyczasie dzwonię jeszcze "pochwalić się" matce i czekam na standardową "zjebkę". Uwielbiam, kiedy tzw. starszyzna wkurwia się zawsze, gdy odpieprzam coś, co psuje im dzień. Raz złamię rękę, raz zgubię wszystkie dokumenty - standard, cały ja!
Wracając do opowieści:

- Przykro mi, ale niczego nie znaleźliśmy. Niech pan zostawi swoje dane, przekażemy wszystko porannej zmianie i może oni czegoś się dowiedzą, bo po zamknięciu kino jest jeszcze gruntownie sprzątane.

Rozłączam się, za radą rodziców zastrzegam kartę i dowód. Nazajutrz mam iść na policję zgłosić kradzież, bo "jakby coś, to masz papier, że ci ukradli. Tylko zgłoś kradzież, a nie zaginięcie, bo im się w przypadku zagubienia nie chce niczego robić!".
Cały w nerwach, ale z poczuciem panowania nad sytuacją odpuszczam nowe media i niestety dość ciekawy temat  piractwa. Po dwudziestu minutach docieram na najbliższy komisariat. Podchodzę do okienka, przy którym stoi znudzony życiem łysy chuj, odpowiedzialny za tę gorszą, papierkową stronę policji. Tłumaczę mu sprawę, a on, niewzruszony pyta:

- Ale zgłasza pan zaginięcie czy kradzież? Bo jak zaginięcie, to wystarczy nowy sobie wyrobić, a jak kradzież, to zgłosić, ale nie u nas. To było na Kazimierzu, więc w komisariacie na Szerokiej, do półtora godziny czekania według kolejności wypadków.


W głowie układała mi się już kwiecista wiązanka słów, którymi chciałem wtedy podziękować mu za tak dokładne zainteresowanie się obywatelem w potrzebie, a za które to dziękczynienie otrzymałbym nakaz zapłaty kilkuset złotych w przeciągu tygodnia.
Wróciłem do domu, spakowałem statyw i poszedłem na uczelnię. Tego dnia mieliśmy z Bogdanem dokrętki naszego filmu. Z telewizji, operatorki i montażu mamy jedną ocenę, zależną od filmu jaki nakręcimy i zmontujemy według podanego wcześniej scenariusza. Tematyka dowolna, więc my, nie mając czasu i pomysłów, wzięliśmy się za "Życie studenta w krzywym zwierciadle". Praktyka pokazała jednak, że lepiej zrobić prostą, złożoną z paru scen historię kolesia, który zaspał na egzamin i wyjadł kumplowi żarcie z lodówki. Przeterminowane, jak się w końcu okazało.
Pierwsze próby kamerowe nie podeszły panu profesorowi. Profesor Uhma jest doświadczonym kamerzystą, więc potrafił wskazać nam popełnione wady i przebłyski dobrego patrzenia obrazem.
Kwadrans kręcenia na uczelni, godzina u mnie w kuchni i wreszcie dwie-trzy u Bogdana.

Do dyspozycji mieliśmy uczelnianą kamerkę JVC wraz ze statywem, lampą, mikrofonem etc. Kończyliśmy robotę, miałem jeszcze po wszystkim pojechać na policję w sprawie kradzieży, i zapewne bym to zrobił, gdyby nie "mały" wypadek.
Chcąc przesunąć statyw z kamerą w inne miejsce, aparat zleciał na podłogę, łamiąc przytwierdzone do niego oświetlenie. O ile jeszcze to ostatnie wystarczyło złożyć (na magnesy), o tyle z kamerką był kłopot. Straciła focus, nie dało się przybliżyć ani oddalić obrazu, ekran pozostawał rozmazany.
Kombinowaliśmy co tu zrobić, czy zgłosić, jak naprawić, z walącym jak wiertło sąsiada w niedzielę sercem kreśliliśmy obraz naszego gównianego położenia.
Aż w końcu wszystko się naprawiło. Samo! Ot tak! Załamałem ręce, roześmiałem się z bezsilności i stwierdziłem:

- Wiesz co, Bogdan? Ja to pierdolę, w pędzlu mam tę policję. Dowód mam zgłoszony, kartę zastrzeżoną, jakoś przeżyję.

I tak siedziałem u niego do 22-giej, bo robiliśmy prezentację o Brexicie na problemy współczesnej Europy. Kto porządnie zrobi wykład, ten zalicza od razu przedmiot, bez pisania egzaminu, więc pokusiliśmy się takie rozwiązanie. Na kolację Bogdan upichcił pyszne frytki z Biedry. Niby nie to samo co w Maku, ale nawet dziś przypominam sobie ich słony smak, wówczas o niebo lepszy od każdego fast fooda.
Do wieczora próbowała się do mnie dodzwonić matka, ale miałem jej już serdecznie dość. "Załatw to!", "Idż tam, zgłoś tamto!", "A co jak ktoś na ciebie kredyt weźmie za 20 000?!". Ale ona już jest taka zbyt emocjonalna. Jak się wkurwi, to ino roz, że tak powiem. Wystarczy wtedy nie odbierać od niej telefonów i nie odpisywać na sms-y, niech się trochę pomartwi, posmęci i wróci do normy.

Na szczęście od taty dowiedziałem się, że jednak nie muszę zgłaszać kradzieży. Wystarczy pójść do urzędu, wypełnić wniosek o utracie dowodu i wyrobić potem nowy. Koniec kłopotów, sprawa załatwiona? No...niekoniecznie. Ale o tym dowiecie się dopiero dziś wieczorem, co by nie było, że za długie i nikt nie przeczyta.


List do Mikołaja :)) 2017-11-29

Drogi Mikołaju,

Nazywam się Mateusz, mam 22 lata. Przez cały rok byłem bardzo grzeczny. Uczyłem się na sesję, pogodziłem się z przyjaciółką, byłem uczynny dla rodziny. Dorośli mówią, że nie istniejesz, i szczerze mówiąc sam tak myślałem, jednak ten jeden ostatni raz chciałbym napisać do Ciebie list.
Przez lata dzieciństwa przynosiłeś mi dużo fajnych rzeczy. Dostawałem od Ciebie całe stosy zabawek i tyle słodyczy, że starczało na całe dwa tyfodnie. Teraz jestem już dużym chłopcem, dawno odłożyłem maskotki i klocki Lego, choć łakociami nadal się opycham jak dziki wieprzyk, hihi.

Tylko widzisz, ostatnio nie dzieje się u mnie najlepiej. Wczoraj w kinie zgubiłem dokumenty. Widzisz, popełniłem błąd i nosiłem zawsze je wszystkie razem: dowód, karta płatnicza, legitymacja studencka i karta Cinema City Unlimited. Sądziłem, że jak zwykle schowałem je do torby. Jak tylko wróciłem, zadzwoniłem do kina. W sumie to dzwoniłem kilka razy wtedy i jeszcze nazajutrz, ale suma sumarum po kilku przeszukaniach sali nie znaleziono niczego. Zastrzegłem kartę i dowód w swoim banku, zadzwoniłem do rodziny. I wtedy się zaczęło.

Oni są źli, wiesz? Bardzo, bardzo źli. Ale nie "źli" w sensie "wściekli", ale "źli" jako "nieprawi", "nierozumiejący niczego". Byłem na komisariacie, chciałem zgłosić kradzież (tak w razie czego, żeby nie było), ale ten łysy chuj w niebieskim mundurze powiedział, że muszę i tak godzinę-półtorej czekać, bo kolejność przypadków, a tak w ogóle to nie w tym komisariacie. No byłem na niego zły! Ale tym razem "zły" jako "wściekły", "zdenerwowany", albo, jak to mówią starsi, "wkurwiony".
Nie miałem czasu na nic. Od 12stej do 21szej byłem z Bogdanem. Nagrywaliśmy filmik zaliczeniowy u mnie, na uczelni i u niego. Potem pracowaliśmy nad prezentacją o Brexicie na inne zajęcia. Dobry przyjaciel, pożyczył mi 20 złotych, żebym mógł jutro wrócić. Na kolację zjedliśmy przygotowane przez niego frytki z Biedronki. Mmm, co to była za uczta, palce lizać!

Ale podczas nagrywania zdarzył się jeden wypadek. Kamera spadła i przez kwadrans miała problem z ostrością. KAMERA! Wydana nam przez panią od zajęć telewizyjnych! JCV coś tam, model "x100" czy jakoś tak. Wiesz co by było, jakbym miał płacić za naprawę? No totalnie koszmarny środek tygodnia!
A mama wydzwaniała, wciąż i wciąż. "Idź na policję dzisiaj, bo jak ktoś na ciebie chwilówkę weźmie to zobaczysz, uhuhuhuhu! Ty taki, owaki, DZIŚ masz iść, tylko na siebie patrzysz, ty sobie nagrywasz, a tu ktoś ma twoje dokumenty!!!".
Mikołaju, ona nie rozumie, że mnie też to boli w jakimś stopniu, że staram się nad tym panować. Nie rozumie, że mnie też goni czas i że nagrywanie nie jest takie proste. Ona jest złem emocjonalnym. Już wiem po kim mam te schizy psychotyczne! Swoją drogą już dawno powinienem wylądować w psychiatryku, związany w ten kaftan od dziwnych ludzi :))

W związku z powyższym chciałbym dostać od ciebie na święta linę. Albo pistolet. Albo truciznę. Jeśli chcesz to rozwiązać inaczej, możesz mnie zadźgać, gdy będę spał, jak w "Morderstwie w Orient Express". Bowiem im krócej będę żył, tym mniej szkód dla innych poczynię. No i być może w przyszłości przeze mnie nie zginie tyle ludzi, jak już wybuchnie ta wojna. Skąd to wiem? Przepraszam, ale nie mogę Ci powiedzieć.
Wybacz mi też, że nie zostawiłem Ci ciastek ani mleka, ale wiesz jak to jest, student musi bardzo oszczędzać. To co? Oszczędzisz mi cierpień? Bardzo, bardzo, bardzo proszę!

Podpisano,
Twój, mam nadzieję że wkrótce martwy, M.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]