Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Przewodnik w Mieście Królów, a.k.a Spotkałem KEJT! 2017-07-21

Takich okazji się nie marnuje!

Jakiś czas temu, podczas jednej z fejsbukowych rozmów, Kejt podzieliła się ze mną nielichą informacją: niedługo zaczyna urlop i planuje odbyć kilka krajoznawczych podróży. Jednym z takich miejsc był Kraków.
Nareszcie, po pięciu latach znajomości, mieliśmy się spotkać na żywo. Pogodzeni, wyleczeni przez czas, przy totalnej negacji wydarzeń z przeszłości. Na samą myśl o tej wiekopomnej chwili serce zaczynało mocniej uderzać. Nie ze strachu czy ekscytacji, lecz bardziej z zaskoczenia i samego znaczenia faktu. Moja przybrana siostra będzie w Krakowie! Będę miał prawdopodobnie jedyną w życiu okazję, by wreszcie spędzić z nią trochę czasu; po tych wszystkich wzlotach i upadkach oprowadzić bratnią duszę po europejskiej stolicy kultury, jak gdyby nigdy nic.
Na pierwszy pociąg się spóźniłem, choć nie do końca z mojej winy. Błyskawicznie poinformowałem gości z północy, że będę później, jednak sytuacja u nich nie była lepsza. Lato, korki, Polska w ruinie, #dobrazmiana. Zmotoryzowani na pewno wiedzą o czym piszę.
Tak czy siak, godzinę później siedziałem już w i tak opóźnionym pociągu Intercity. Podróż minęła dość szybko i nim się obejrzałem, stałem pod Rossmannem w Galerii Krakowskiej,  gdzie umówiłem się z Kejt. Był tylko jeden problem: moich gości tam nie było.
Wystarczyło jednak kilka telefonów i rozwinięta zdolność echolokacji, by w mig się odnaleźć. Przeciskali się pospiesznie przez tłum klientów i podróżnych. Już na powitanie zaskoczył mnie przyjacielski uścisk Kejt. Choć to było zrozumiałe, ze względu na to ile razem przeszliśmy i ile tak naprawdę nas łączy, dla mnie była to niespodzianka. Choć moje pierwotne zakłopotanie było jednak czymś naturalnym, starałem się ukryć swoją nieśmiałość i chyba udało mi się to. Bez zwracania na siebie przesadnej uwagi, poszliśmy na przystanek tramwajowy.
Tutaj dała o sobie znać moja chaotyczna, nieuporządkowana natura. Poprzedniego dnia przygotowałem, co prawda, spis wszystkich potrzebnych przystanków, ale i tak nie mogłem zbyt szybko zdecydować gdzie udać się najpierw (mimo przygotowanego planu!). Ech, i pomyśleć, że Kimi zdana była wyłącznie na mnie! Za jakie grzechy ją tak każesz, okrutny Losie, spytałem w myślach.

Nie było wyjścia, jedziemy więc na Kopiec Kościuszki. Paradoksalnie Los okazał się łaskawy i pokierował nas tą samą drogą, choć w inne miejsce. Obraliśmy kurs na Wawel.
Ostatni raz po dziedzińcu królewskiej siedziby przechadzałem się po raz ostatni jeszcze w podstawówce. Wiele zmieniło się od tamtego czasu; mój umysł przemalował stare, deszczowe zamczysko w piękną, słoneczną budowlę. Prócz robienia zdjęć, starałem się raczyć towarzystwo krótkimi żarcikami czy okazjonalnymi anegdotkami, choć tych drugich znałem o wiele mniej. Mimo wszystko, Kejt była zadowolona, a przynajmniej takie odniosłem wrażenie. Na zwiedzanie katedry, zamkowych wnętrz, smoczej jamy jak i krypty królów niestety zabrakło nam czasu, więc czym prędzej wróciliśmy na wcale nie tak długi szlak. Nadeszła kolej na Stare Miasto.
I tutaj, drodzy państwo, kolejny "fuck up" z mojej strony - jak dojść z Wawelu na rynek? Choć wiedziałem, że nie było to daleko, brak mapy fizycznej (oraz cyfrowych, nieściągniętych uprzednio na smartfona) postawił mnie w kropce...A właściwie postawiłby, gdyby nie mądrość i przenikliwość trzeźwo myślącej Kejt. Parę tapnięć w telefon później zdążaliśmy już właściwą drogą. Jakiż dureń ze mnie, pomyślałem, gdy na horyzoncie jawiły się sukiennice. No dobra, bez paniki. To twoje miasto, ty tu rządzisz, to oni mają iść za tobą.
Kiszki z wolna zaczęły grać mi marsza, jednak nie czułem wtedy zbyt silnej potrzeby na jedzenie. Mieliśmy jeszcze czas, więc po dziesięciu minutach dotarliśmy do Adasia (który był i jest tylko jeden, nie ma dwóch pomników; znaczy kiedyś były dwa, ale ten drugi to tymczasowy; jakaś głupia akcja promująca kulturę, nieważne!). Minęły już dwie godziny naszej przechadzki, a do tej pory nie zrobiłem sobie z Kim ani jednego zdjęcia. Czekałem wtedy na "lepszą okazję" (czytaj: tak naprawdę nie wiem na co). I tym razem inicjatywa musiała wyjść od samej zainteresowanej. Dzięki temu mogę się dziś poszczycić fotką na tle kościoła Mariackiego. Jej tytuł: starzy, dobrzy znajomi (bardziej jednak wolę wariant: "Nie ma to jak siostra (duchowa)").

Później podjęliśmy jeszcze próbę zwiedzania samej świątyni, ale gdy okazało się, że i za to trzeba płacić, odpuściliśmy. Zerknęliśmy tylko na ołtarz parę razy, co by nie mówić, że nie wiemy jak wygląda słynne dzieło Wita Stwosza.
Zadowoleni z dotychczasowej wycieczki, lecz niezwykle zmordowani, upatrywaliśmy dobrej knajpy niedaleko rynku. Węch, a może raczej rozsądny cennik, zaprowadził nas do Beer House Pub Kraków. Tutaj zatrzymajmy się na małą dygresję.
Jaki był największy obiad w twoim życiu? Mała porcja mięska, trochę ziemniaków, garść surówek, do tego pół miski średnio udanej zupy, zaś wszystko okraszone ceną 30 zł? Nigdy więcej! W Beer House Pub dostałem kotleta wielkości talerza, położonego na kilku kuleczkach pysznych, opiekanych ziemniaczków z koperkiem. Dołączona do tego była również miska gorącej kapusty, której to niestety nie kosztowałem z racji wrodzonego wstrętu do kapusty w ogóle. A wiecie ile kosztował mnie ten posiłek? 17 złotych! Może najwyższy czas zastanowić się jak prezentować się powinien stosunek ceny do faktycznej zawartości zamówienia!
Tak czy owak, po sycącym obiedzie (dokończonym przeze mnie już w domowym zaciszu, bo jednak owe mięso było dla mnie "ciutkę" za duże jak na raz) późna godzina kazała odbyć ostatni spacer do Galerii Krakowskiej, przedtem strzelając jeszcze szybką fotkę na tle Barbakanu. Na koniec, a jakże, obietnica ponownego spotkania za rok, przypieczętowana kolejnym przyjacielskim uściskiem.

W pociągu całą drogę myślałem o całym dniu. Nogi bolały mnie jak fiks, ale było to satysfakcjonujące, pozytywne uczucie. Tak samo przecież było, gdy po Krakowie spacerowałem z Karoliną. Uśmiechając się pod nosem obracałem w dłoniach mały słoiczek z czerwoną pokrywką. Na jego dnie leżało kilka nadmorskich muszelek, posypanych piaskiem, zaś na miejscu etykiety, datą do wewnątrz, widniała przylepiona kartka z kalendarza. "Muszelki z Morza Bałtyckiego. Dziękujemy!", głosi napis na białym tle.  
Jest to jeden z niewielu prezentów, które naprawdę otrzymałem. Nie liczę książek, kubków i tego typu "stuffu". Dotychczas najlepszym podarunkiem była dedykowana, ładnie przyozdobiona zakładka do książek od Pernelle. W środę do mojej kolekcji trafił wyżej opisany słoiczek, który już zawsze będzie mi przypominał o wiekopomnej chwili ponownego spotkania rozdzielonego jeszcze przez narodzinami rodzeństwa.
To był dobry dzień. Za rok, jak napisałem, zjedziemy się ponownie w Krakowie, a potem, na zaproszenie Kejt, będę miał okazję pobyć parę dni na północy. Westerplatte, cały Gdańsk, Gdynia, Sopot, trochę Tczewa; byłaby to moja pierwsza, najdłuższa samotna podróż z dala od domu. No cóż, kiedyś trzeba się przełamać, przecież nie jestem już dzieckiem, a zważywszy moje ambitne plany podróżnicze...
Nie. Póki co zdradzać ich nie będę. Zostawię to wam na kiedy indziej. Grunt powiedzieć tyle: by przejść do rzeczy większych, najpierw postawić trzeba mniejszy pierwszy krok.


Westerado: Double Barelled - BONANZA TIME! 2017-07-17


Stoisz samotnie pośród nocy, bezradnie patrząc na trawione ogniem drewniane zabudowania, które jeszcze dziś rano nazywałeś swoim domem. Niedaleko leżą ciała twojej ukochanej matki i drogiego brata. Mierząc się z żalem i goryczą, poprzysięgasz odnaleźć Mordercę i wymierzyć mu starą, dobrą sprawiedliwość Dzikiego Zachodu. W tak nieprzyjemnych okolicznościach zaczyna się historia Westerado: Double Barelled, produkcji niezależnego studia Ostrich Banditos z roku 2015.



Twórcy oddali w nasze ręce niewielki, otwarty świat, ociekający ze wszech stron westernowym klimatem. Stada bizonów pasące się spokojnie na zielonej prerii, chmara sępów cierpliwie kołuje nad ciałami poległych rewolwerowców, a w palonych południowym słońcem piaskach pustyni skorpiony cierpliwie czyhają na nieuważnych przechodniów. Spragnieni, zmęczeni upałem podróżni raczą się w saloonach okolicznym trunkiem, grą w karty i spoglądaniem na urodziwe tancerki, energicznie wywijające łydkami przy skocznej muzyce. Choć grafika to, modne dziś, kolorowe piksele, "Strusiowi Bandyci" naprawdę postarali się przy tworzeniu atmosfery świata Westerado!

Naszym głównym zadaniem jest odnalezienie oprawcy naszej rodziny. W tym celu będziemy sięgać do języków mieszkańców Clintville, właścicieli ziemskich, Indian czy żołnierzy z pobliskiego fortu. Nie jest to jednak przygoda liniowa, co dobrze oddaje pierwszy quest: ranczer Bob prosi nas o eskortę bizonów do fortu. Możemy więc przystać na jego propozycję, poprosić o pomoc szeryfa lub specjalnie skopać sprawę, by zyskać uznanie lokalnego gangu Beefhead Bulls, które znów otworzy nam "furtkę" do jednego ze zleceń strażnika praw Clintville! Równie ciekawie prezentuje się wątek wojny z indianami: pogodzić czerwonoskórych i "blade twarze"? A może pomóc jednej ze stron? Jak widać, opcji jest naprawdę dużo, jednak bezmyślne działanie, może popsuć każde zadanie, zwłaszcza gdy w nieodpowiednim momencie wyjmiemy spluwę. Tak, w środku dialogu możemy wycelować w NPC-a. Czasem bywa to nawet jedyna opcja przekonania naszego rozmówcy!
Jakkolwiek by jednak misję poprowadzić, i tak każdy zadowolony "klient" zdradzi nam kolejną wskazówkę dotyczącą Mordercy. Nowa gra, to inny wygląd głównego złego, a także, zależnie od naszych działań, inne zakończenie (choć ostatni etap w kryjówce drania wciąż ten sam).

Skoro już przy "gnatach" jesteśmy, warto napisać o nich coś więcej. Do dyspozycji mamy cztery bronie. Choć ogranicza nas limit trzech noszonych przy sobie, amunicję do każdej mamy nielimitowaną. Zbirów zdejmować można jednym lub dwoma coltami, shotgunem i strzelbą, a do spętywania oponentów posłuży nam bolas. Ten ostatni przydaje się zwłaszcza, gdy trzeba danego delikwenta doprowadzić do celi w jednym kawałku. Dodatkowo, pomagając indianom, otrzymamy rzucany tomahawk.
Spluwy jednak tanie nie są i jakoś na nie trzeba zarobić. Oprócz zadań pobocznych dostajemy kolejny westernowy klasyk: "Poszukiwany: żywy lub martwy"! Na drzwiach posterunku szeryfa (a także na tablicy ogłoszeń) widnieje zawsze kilka listów gończych, opatrzonych "zdjęciem" poszukiwanego, miejscem ostatniego pobytu oraz proponowaną nagrodą. O wyczerpanie "asortymentu" martwić się nie trzeba, bo co jakiś czas się odnawiają.

Z racji perspektywy 2D, strzelanie przedstawia się dość ubogo; do przeciwników mierzyć można wyłącznie po linii prostej w lewo lub w prawo, lecz dzięki temu gra zyskuje na taktyce i umiejętnym manewrowaniu między pociskami wrogów. Realizm walki (jeden strzał - jeden trup) został zachowany, jednak reguła ta działa w obie strony. Szczególnie dotkliwie odczuwalne jest to podczas grania Bratem. A skoro już przy bohaterach jesteśmy...
Rozgrywka starcza na kilka godzin zabawy, jednak twórcy dali nadali grze tzw. replay ability (możliwość ponownego jej przejścia) poprzez czterech protagonistów. Początkowo wcielamy się w rolę Rewolwerowca. Z chwilą pokonania Mordercy, odblokowuje się Brat, a my dostajemy szansę odblokowania dwóch pozostałych bohaterów: Siostry oraz Indianina. Niestety różnią się między sobą tylko wyglądem, startowym ekwipunkiem oraz inną formą "serduszek" (wyjątkiem jest wspomniany wcześniej Brat, który nie ma takowych wcale).

Podczas naszej przygody nasze ucho rozpieszczane jest przez krótkie zapętlone ścieżki muzyczne, dodające odwiedzanym lokacjom jeszcze więcej klimatu. W kopalniach dominują tajemnicze, niepokojące dźwięki, w pustynnych nutach wyraźnie czuć słoneczny skwar i suchość piasku, natomiast soundtrack lasu zaprasza do zatrzymania się na chwilę i odpoczynku wśród drzew o bujnych koronach.
No i na koniec creme de la creme, czyli easter eggi. Gra posiada wiele sekretów oraz nawiązań do westernów i popkultury, poczynając od pierwszego miasteczka, założonego przez niejakiego Easta Clintwooda. Nieco na prawo, przy drodze do jednego z ranczerów, stoi współczesna kamera, co sugeruje, że gdzieś na planszy musi być ukryta ekipa filmowa. A zwróciliście uwagę na statuy aniołów przy cmentarzu? Czy one płaczą?! ("Are they weeping?")

Chyba sami widzicie już po samym rozmiarze mojej recenzji, dlaczego powinniście sięgnąć po Westerado, jeśli kochacie Dziki Zachód. Macie "chrapkę" na grę osadzoną w tym świecie, a nudzi was już utarty schemat strzelanek FPP? Wsiadajcie więc na strusia i dajcie się ponieść przygodzie! Yiiiiiiha, BONANZA!


Goliat, Herkules, Pudzianowski, czyli kim NIE jestem 2017-07-13



Nigdy nie grzeszyłem krzepkim ramieniem. Trzeba otworzyć słoik z ogórkami? Szukajcie kogoś innego. Mam skosić trawnik? Przykro mi, nie utrzymam stabilnie kosiarki. Ktoś chce, żebym mu pomógł z ciężkim sprzętem? Nah, jeszcze sobie ręce połamię.
Od dzisiaj zabraniam wam też dzwonienia do mnie o 10 rano, bo wam auto stanęło na 200 metrów od mechanika. Choćbyście nawet jeździli Cinquecento czy "maluchem", sami popchniecie tę kupę złomu szybciej niż ze mną u boku, nie tracąc przy tym czasu na telefon ani środków na koncie.
Jestem dość lichej postury. Przy ok. 175 cm wzrostu ważę niecałe 63 kg, i to przy diecie nie-studenckiej. Mam słabe, kruche kości, choć, na szczęście, nie są one aż tak łamliwe, jak u Samuela Jacksona w "Niezniszczalnym". Wystarczył jednak upadek, bym przekonał się co oznacza tygodniowy pobyt w polskim szpitalu.Najświeższa "kontuzja" z 2013 roku kosztowała mnie cztery operacje, rozłożone na cztery lata, a także kilka stów z kieszeni rodzinki na wizyty u ortopedy w Rzeszowie (nie wspominając o zużytej na dojazdy benzynie; odszkodowania zaś, przykro nam, ani złotóweczki, bo się przedawniło. Tępe łyżki z PZU!).

Mam dwie lewe nogi. Na zajęciach wychowania fizycznego często przyjmowałem na klatę (czytaj: w brzuch, a czasem nawet w głowę) najmocniejsze "torpedy", ale, w przeciwieństwie do wielu gwiazd piłkarskich, nie zwijałem się z bólu na murawie, jęcząc i stękając na prawo i lewo jak to mnie boli.
Ręce niewiele odstają od kończyn dolnych. Choć zdecydowanie bardziej podatne na złamania (obym się nigdy nie przekonał czy naprawdę tak jest!), dorównują kulasom w niezdarności. Tenis stołowy nigdy nie był moją najmocniejszą stroną (ale numer, nie?). Pół roku zajęć dwugodzinnych raz w tygodniu nie poprawiły mojej koordynacji paletka-piłka ani trochę (choć nauczyłem się łapać tę zasraną piłeczkę zanim upadnie na ziemię. Przynajmniej z 50% skutecznością).
Kondycję miałbym może i niezłą, gdybym miał możliwość częstego biegania (oczywiście po stadionie; Kraków jest zbyt tłoczny na jogging po mieście). Nie da się jednak ukryć, że to właśnie biegi lubiłem na wf-ie najbardziej: małe ryzyko kontuzji, nikłe niebezpieczeństwa zewnętrzne, znikome wymagania siłowe - czysty balans między tempem biegu a oddychaniem.
Rozważałem zakupienie karnetu na siłownię, ale z drugiej strony prędzej znów bym się tam pogruchotał niż zyskałbym krzepy. Moją bronią musi więc pozostać spryt. Spryt, rozwaga, chłodna kalkulacja i szybkie nogi. Albo nóż, przynajmniej ten środek anty zaczepny jest legalny, a "ciachnąć" kogoś w samoobronie zawsze można. Nomen omen Kraków to miasto maczet, więc wszystko można zwalić na adaptację do kultury nowego środowiska!

Rodzinka wiele razy powtarzała mi, że do fizycznej roboty się nie nadaję, że dla mnie tylko biurko, komputer i dokumenty. Nie mogę się z tym nie zgodzić, ale z drugiej strony nie każda robota wymaga kolosalnego (z mojego punktu widzenia) użytku siły. Ulotki same się nie roznoszą, a burgery przed podaniem trzeba lekko przysmażyć. Nauczyciel z kolei potrzebuje tylko odpowiedniego nastawienia do pracy, przedmiotu, którego uczy oraz wychowanków. Jeśli nie szkoła, to zawsze biuro tłumaczeń! Na angielskim to się akurat znam. Na poziomie B1, ale nieustannie się dokształcam. A śmieci? Nie trzeba mieć prawa jazdy, skoro pojazd zawsze obsługuje dwóch pracowników. Praca brudna, ale hej, this is life and life is brutal. Poza tym, żadna praca nie hańbi. Jakby co, zostaje jeszcze składanie kabli. Mam akurat jednego znajomego, który tego nie cierpi, ale ja tam mógłbym się zamienić bez wahania!

Ale po co to wszystko piszesz? Czyżbyś znów, drogi Elvenoorze, użalał się nad sobą jak smętna kupa gówna, którą niewątpliwie jesteś? Ano nie tym razem. Wspomniany na początku poranny telefon to dzisiejsza prośba o pomoc od mojego dziadka. Wiedziałem, że nie dam rady popchnąć tego gruchota, ale mimo to zjawiłem się z odsieczą. Tak, później przez chwilę było przez to głupio, jednak co zrobić?
 Zdaję sobie sprawę z praktycznie zerowej przydatności dla jakiejkolwiek kobiety, choć przecież wcale nie szukam (i nie mam zamiaru znajdywać) żadnej ladacznicy. Pierwsza naiwna, która wzięła by mnie takiego "jak stoję", z pewnością zdradziłaby mnie już dwa tygodnie po ślubie.
A ja taki właśnie jestem. Taki byłem od zawsze i pozostanę do ostatniego tchnienia. Nie potrzebuję aprobaty innych, kiedy sam sobie klaszczę. Z resztą moi wierni czytelnicy coś na ten temat powinni wiedzieć ;)

Moją bronią jest mój umysł. Brat ma swój miecz, król Robert ma młot, a ja mam umysł… umysł zaś potrzebuje książek, podobnie jak miecz potrzebuje kamienia do ostrzenia, jeśli, oczywiście, ma zachować ostrość.
~~Tyrion Lannister, Gra o Tron


Sen o....dziewczynie (znowu) 2017-07-10

Jestem najwyraźniej niezrównoważony psychicznie, bo w mojej głowie najmocniej kłębią się dwie skrajne myśli: o miłości i morderstwie.

Wszystkie najdziwniejsze sny opisywałem już na łamach bloga; pora dodać do bogatego ich spisu kolejny. Dziś mój niestabilny umysł przedstawił mi enigmatyczną wariację na temat pierwszej kategorii, w której miałem (znów) dziewczynę. I prawo jazdy.
Niemal całe marzenie nocne sprowadzało się do siedzenia za kierownicą i jeżdżenia z "wybranką" w rozmaite miejsca. Między nami były wyczuwalne silne emocje, jednak coś w nim było nie tak. Wydawało nam się, jakbyśmy się  niedawno poznali, a mimo to byliśmy już parą. Nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu tak było.  W przerwie między kolejnym odwożeniem i przywożeniem chodziliśmy tam i z powrotem, obejmując się czule. Nie rozmawialiśmy zbyt często, wystarczyło nam zaakceptowanie związku jako takiego.
Wieczorami zwyczajnie podjeżdżaliśmy pod jej dom, całus na pożegnanie i koniec randki, wracamy do normalności. I właściwie to mi odpowiadało - właśnie o to chodziłoby mi w związku. Chciałbym stać się wreszcie mężczyzną w pełni tego pojęcia rozumieniu. Opiekować się, chronić, mieć w sobie siłę i  odwagę, jakich zazdroszczę wszystkim lepszym ode mnie samcom.
Przemiana w moim wypadku jest jednak niemożliwa. To wymaga świadomej, w 100% pewnej decyzji, a ja wciąż się waham.
Poprzednie sny "miłosne" były równie dziwne.  A to przez chwilę byłem ojcem, a to przeżywałem romantyczną przygodę z piękną dziewczyną...Zawsze jednak pozostawiały mnie "po wszystkim" z bardzo lichą kondychą emocjonalną. O ile w wakacje (ostatnie wolne) mogę sobie pozwolić na tzw. duchowe bycie śmieciem, o tyle w ciągu tygodnia nauki jest to mocno niewskazane.  Ech,  gdy tylko w pełni się usamodzielnię, zainwestuję chyba w psychiatrę. Długi pobyt w luksusowym kurorcie leczenia schorzeń umysłowych na pewno dobrze mi zrobi. A te tabletki antydepresyjne kilka razy dziennie...Pychota!
I to byłoby chyba dla mnie najlepsze. Bo tylko równie szalona pokochałaby takiego psychola jak ja.


'Zakładaj się tedy bez wahania!' 2017-07-05

"Trzeba się zakładać; to nie jest rzecz dobrowolna, zmuszony jesteś. Cóż wybierzesz? Zastanów się. Skoro trzeba wybierać, zobaczmy, w czym mniej ryzykujesz. Masz dwie rzeczy do stracenia: prawdę i dobro; i dwie do stawienia na kartę: swój rozum i swoją wolę, swoją wiedzę i swoją szczęśliwość, twoja zaś natura ma dwie rzeczy, przed którymi umyka: błąd i niedolę. Skoro trzeba koniecznie wybierać, jeden wybór nie jest z większym uszczerbkiem dla twego rozumu niż drugi. To punkt osądzony. A twoje szczęście? Zważmy zysk i stratę, zakładając się, że Bóg jest. Rozpatrzmy te dwa wypadki: jeśli wygrasz, zyskujesz wszystko, jeśli przegrasz, nie tracisz nic. Zakładaj się tedy, że "jest", bez wahania"

Tak przedstawia się  wniosek wysnuty przez Blaise'a Pascala, XVII-wiecznego filozofa, fizyka i matematyka. Według powyższego, lepiej wychodzimy, gdy jednak uwierzymy w Boga, gdyż dzięki temu automatycznie po śmierci zyskamy życie wieczne. Oczywiście takie myślenie bierze pod uwagę  jedynie Boga nagradzającego tylko i wyłącznie za wiarę. Zakład krytykowany jest m.in przez  Richarda Dawkinsa w "Bogu urojonym", o czym rozpiszę się, gdy tylko zdobędę i przeczytam tę książkę.

Dziś, jak to zawsze miewałem w zwyczaju, znów sobie pogdybam. Ci z was, którzy wierzą w Boga, mają w tym jasny cel. Liczycie na życie wieczne. Jasne, Bóg wyznacza zasady, będące podstawą dla waszego życia, nadaje sens, pokrzepia zwątpione serca itd. Znam ja te puste, choć dumnie brzmiące frazesy. Jednak to wszystko ma być jedynie drogą do nieśmiertelności w Niebie, 
Pomyślcie zatem: co by się stało, gdyby jednak Bóg nie istniał? Może być przecież tak, że wasze nadzieje, prośby i modlitwy rozpływają się w powietrzu, a przyszłości w Niebie, o którym tak bardzo marzycie, nigdy nie będzie. Wieczność to Bóg, a skoro Go nie ma - to kto was uratuje przez zniknięciem? Pozostaną pomniki, słowo pisane, wynalazki, odkrycia, wspomnienia... Ale nawet te ostatnie się wygłuszą za kilka pokoleń. (Powiedzcie szczerze: kogo dziś interesuje całe drzewo genealogiczne swojego rodu?).
Jak więc napisałem: nie ma wieczności. Po śmierci receptory mózgowe wyłączają się, serce przestaje bić; koniec istnienia, ciało niebawem zacznie się rozkładać. Nieboszczyk mocno wierzył w Zbawienie - przeliczył się. Czy zmarnował życie? Jedni będą go żałować, inni na przekór opowiedzą o cudach, jakie działy się dzięki niemu, lecz dla samego zainteresowanego nie będzie to miało znaczenia - przecież umarł, więc nie zdąży odżałować zmarnowanego na wiarę czasu, ba - nawet nie uświadomi sobie pomyłki!

To wszystko strona świecka. Ludzie mogą wierzyć lub nie, ale nikt nie zabrania im obcowania płciowego ani zakładania rodziny. Nieco inaczej jest z osobami duchownymi.
Umiera ksiądz, zakonnik itp. Osoba, która Bogu ślubowała czystość, a Kościołowi wierność. Całe jej życie to nieustanne głoszenie kazań, odprawianie nabożeństw, udzielanie sakramentów i nawracanie błądzących owieczek do Jedynego Pasterza, który - niespodzianka- nie istnieje! Z jednej strony, patrz ostatnie zdanie w akapicie o świeckich, ale z drugiej niepowetowana strata dla samej instytucji. Jeśli prawda wyszłaby na jaw, wierni porzuciliby świątynie, na miejscu których postawiono by zapewne kilka domów. Do opustoszałych plebanii wprowadziliby się nowi lokatorzy, bo nieopłacane gospodynie skazałyby księży na śmierć głodową. Nauczanie religii straciłoby sens, wobec czego w wolne okienka nauczyciele rychło dodaliby kolejne lekcje matematyki, historii czy polskiego, w zależności od potrzeb. Ostałyby się jedynie biblie i święte obrazy, umieszczone w wielu muzeach upadłej kultury chrześcijańskiej.
Choć powyższy opis brzmi nader interesująco, nie należy zbyt prędko świętować triumfu. Wyeliminowanie jednej religii wcale nie przeszkodziłoby wierzącym z innych. Ba, muzułmanie i żydzi jeszcze głośniej zaczęliby trąbić o wyższości i prawdziwości swoich wyznań. Ich apele zapewne przyciągnęłyby wtedy do siebie część z wyznawców "starej religii", pozostawiając resztę w nielichej konsternacji. Co jeśli tamci również się mylą i tylko "nasz" stwórca nie istnieje? Poza tym, czy nasze kultury nie wyznawały przypadkiem tego samego boga? A może to my wielbiliśmy go nie tak, jak trzeba?

I tak mniej więcej przedstawia się czarny scenariusz. Dziś, na szczęście, niewielu jest śmiałków, którzy podejmują wyzwanie Pascala bez zastanowienia. To, czy dowody boskości, przedstawiane dotychczas światu, są przekonujące zależy od nas samych, jednak żaden nie upewni nas w 100%, że mamy rację. Siłą rzeczy cały sens wiary opiera się na niemożliwej do zweryfikowania wizji świata duchowego, obiecywanego nam za życie zgodne z regułami rzekomej istoty wyższej. Może i to nawet lepiej, że o wyniku boskiej loterii dowiadujemy się dopiero post factum. Mam tylko nadzieję, że dotychczasowy schemat Boga i niczego jest najbliższy prawdy i poza dwiema możliwościami nie ma opcji trzeciej - kompletnej próżni, po której bez celu latają nasze dusze.


Valiant Hearts. The Great War 2017-07-04

"Wojna czyni z ludzi szaleńców"


Setki tysięcy zabitych, spalone wsie, wyniszczone miasta; zgliszcza, śmierć i cierpienie. Tragedia światowych konfliktów została ukazana w wielu filmach, książkach czy grach, przeważnie odnosząc się do konfliktu z lat 1939-1945. Dziś jednak, dla urozmaicenia, coraz częściej sięga się po Wielką Wojnę. Z tego też powodu przedstawię wam jedną z takich produkcji, która zachwyciła mnie i - choć o to w moim przypadku nietrudno - zmiażdżyła emocjonalnie. Uzbrójcie się w paczki chusteczek na długie wieczory, bo mowa będzie o Valiant Hearts: The  Great War, stworzoną i wydaną przez Ubisoft w roku 2014 roku.
Francuskie studio do tematu podeszło od zupełnie innej strony i zaoferowało nam przygodówkę 2D: biegamy po planszy, zbieramy różne przedmioty i rozwiązujemy proste łamigłówki. Zadania są tu bardzo intuicyjne, postacie przekazują swoje potrzeby za pośrednictwem obrazków w komiksowych dymkach. W razie dłuższej "zwiechy" co jakiś czas gołąb pocztowy będzie nam dostarczał nowych podpowiedzi, choć podczas rozgrywki takie sytuacje przytrafiły mi się ledwie dwa razy.
Aby nas kompletnie nie zanudzić, twórcy dodali m.in nieskomplikowane, lecz różnorodne walki z bossem (w roli "szefa" niezastąpiony baron von Dorf) oraz etapy ucieczki taksówką, podczas których będziemy omijać las przeszkód w rytm pompatycznej muzyki pokroju francuskiego Kankana czy Tańca Węgierskiego nr 5. Co poziom, to inne przeszkody, nowe warunki jazdy i jeszcze większe emocje!  Z całą pewnością jeszcze nieraz będę wracał do tej gry, choćby tylko po to, by znów przejechać się taksówką Anny, belgijskiej pielęgniarki.

Skoro już przy postaciach jesteśmy: w nasze ręce oddany zostaje los kilku bohaterów: Emile'a, jego niemieckiego zięcia Karla, żądnego zemsty na Niemcach Freddiego oraz, wspomnianą wyżej, Annę, studentkę medycyny, która wyrusza na front w poszukiwaniu zaginionego ojca. W zależności od wydarzeń fabularnych, kontrolować będziemy jednego, konkretnego "wojaka", choć niemal zawsze każdemu z nich towarzyszyć będzie Walt, wierny pies medyczny.
Co ciekawe, między postaciami nie pada ani jeden dialog. Rozwój ich przyjaźni budowany jest przez wzajemną pomoc, a o ich myślach bardzo dobrze opowiada lektor. Łącząc jego głęboki, poważny ton z idealnie dobraną muzyką, kreuje się w nas poczucie wewnętrznego zżycia się z bohaterami.

Tym, czym gra stoi niezwykle mocno, jest wzruszająca, smutna, choć momentami radosna i przepełniona nadzieją historia oraz duszny jak powietrze z gazem musztardowym klimat wojny. Masakrowani w ogniu "kaemów" żołnierze, zrujnowane francuskie miasteczko, w którym dzieci płaczą nad utraconymi rodzicami czy osobista walka bohaterów o przetrwanie i powrót do rodziny potrafią mocno chwycić za serce i nie wypuścić przez dłuższy czas. W trakcie rozgrywki często spotykać będziemy postacie "drugiej strony"; przyjaźnie nastawieni Niemcy, z którym przed chwilą wychodziliśmy z opresji, będą ginąć od jednego rozkazu szalonych dowódców. Dodatkowo, by uświadomić nas co się dzieje na ekranie, każda misja wzbogaca nas o nowe fakty historyczne oraz adekwatnie opisane znajdźki.  Dowiadujemy się z nich m.in o warunkach "cywila", przełomowych momentach w walce oraz przedmiotach codziennego użytku bojowego, jak choćby prowizoryczne maski gazowe, nasączone moczem.

Piękna opowieść o przyjaźni w tragicznych czasach, męstwie i odwadze tych wszystkich, którzy na mocy rozkazu musieli się wzajemnie mordować. Historia doprawiona solą szczęścia i smutku, nadziei oraz rozpaczy, a wszystko to utrzymane w niezwykłej, przepięknej graficznej stylistyce - tak w skrócie opisałbym jedno z najlepszych dzieł Ubisoftu ostatnich lat. Z krótkiej scenki po napisach końcowych wnioskuję, że na tej jednej grze nie poprzestaną i już za jakiś czas wypłynie wieść o kontynuacji Valiant Hearts.
Proszę Cię, Ubisoft, choć bardzo lubisz to robić, nie spieprz tego!







Wojtek Drewniak - HBC 2. Polskie Koksy 2017-06-29

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla dzieci oraz kontrowersyjne skróty myślowe. Jeśli ci to przeszkadza, nie czytaj. Ale będziesz tego żałować!

Rok temu do moich rąk trafiła debiutancka praca Wojtka Drewniaka, prowadzącego popularny program HistoriaBezCenzury. W swoim luźnym, prostym stylu autor opisał żywoty i największe dokonania 10 polskich władców.
Jakiś czas temu swoją premierę miała druga książka HBC, omawiana dziś "Historia Bez Cenzury 2. Polskie Koksy". Tym razem na tapet wzięto 11 polskich bohaterów i dowódców, m. in Stefana Czarnieckiego, Józefa Bema, Jana Zamoyskiego czy Zawiszę Czarnego. Są tu zatem nowi bohaterowie, jak i omawiani już wcześniej, lecz poszerzeni o niewspominane w odcinkach fakty. Dodatkowy rozdział dostał także sympatyczny, choć żarłoczny miś Wojtek.
Wojtek (autor, a nie niedźwiedź) ponownie nie zawiódł. Zamiast lać wodę o mało istotnych rzeczach, przedstawił każdą postać w barwny, ciekawy sposób. Nie ma tu zbędnych dat ani nieciekawych, nudnych metryk urodzenia. Ponownie zrezygnowano też z języka naukowego na rzecz luźnej gadki i kiepskich sucharów, znanych z jutubowego formatu.

Innymi słowy: jeśli oglądasz HBC, to zapewne masz już ich pierwszą książkę, więc i tę bez namysłu kupiłeś . Jeśli znasz ten program, lecz wciąż się wahasz, kupuj w ciemno. Wszystko, co dobre w programie, zostało przelane na papier. Na spotkaniu autorskim w Krakowie Wojtek zdradził, iż następna książka będzie zależeć od wyników sprzedaży tej, więc bierzcie portfele i kupujcie ją wszyscy!
A poniżej macie link do ich najnowszego filmiku o Elżbiecie Batory - to tak gdyby ktoś się nadal zastanawiał o czym piszę ;)


Recenzja HBC: http://www.elvenoor.e-blogi.pl/komentarze,243975.html







SuperTata 2017-06-23

Głowa rodziny - jej serce i mózg

Elektronik jakich mało, spec od kabli i układów. Sam zmontował dotykowy włącznik światła w kuchni mojej babci, a gdy jeszcze uczyłem się chodzić skonstruował mały bzyczek przy drzwiach prowadzących do piwnicy. Nie było dla niego problemem w wolnym czasie naprawić mi jedną z tych gównianych zabawek, co to przynoszą wiele frajdy, ale szybko się psują. O pomoc niejednokrotnie prosili go znajomi czy sąsiedzi: a to telewizor nie działa, a to z radiem jest coś nie tak. Raz nawet w podzięce dostał zapałkowy domek, zbudowany na pustych pudełeczkach.
Nie poszedł na studia, za to skończył tarnowskie technikum, dzięki czemu pracodawcy później walczyli o tak zdolnego pracownika.

Człowiek z poczuciem obowiązku, czasem nawet zbyt wielkim. Rano do pracy, po południu szybki obiad, do samotnej babci, zrobić dla niej zakupy, pomóc jej z piecem i ustawić odbiór satelity w tv. Powrót, kolacja, wieczorny spacer z psem i, o ile nie zdarzy się nic poważniejszego, wreszcie czas wolny.
Nagle telefon: syn złamał rękę. Kluczyki w kieszeń, dokumenty w drugą, telefon na siedzenie i można już jechać do szpitala nieautoryzowanym ambulansem marki Scoda. Godzina w jednej placówce, czterdzieści minut jazdy do kolejnej i tak do nocy. Nazajutrz, naturalnie, trzeba przywieźć nieuważnej pociesze normalne jedzenie (bo to, co serwują w szpitalach, zakrawa o pomstę do nieba) oraz odpowiednie ubranie, co by gips przechodzić przez głowę nie musiał. A to i tak tylko jeden z wielu przypadków, przez które każdy dobry ojciec prędzej czy później przebrnie.
Zawsze w takich przypadkach zaczyna się od stresu, zdenerwowania, bo znów coś popsuło mu szyki, jednak odpowiedzialność za dziecko i troska zawsze biorą górę. Nieważne czy trzeba ratować zdrowie potomstwa czy pójść na wywiadówkę i nasłuchać się o wysokim na dwie kratki lesie jedynkowym, przy okazji czytając trzy najnowsze uwagi jeszcze z bieżącego tygodnia.
W burzliwyn okresie dojrzewania dostałem niejedną reprymendę. Nie raz i nie dwa tata przemawiał do mnie swoim pewnym, wyniosłym, lecz nie szaleńczym tonem. Na palcach kilku rąk mogę wyliczyć przypadki, gdy zostawałem odcięty od internetu z powodu niewłaściwego zachowania.

Byłem trudnym synem. Jak czegoś nie sknocę tu, to dam ciała gdzieś indziej. I co mi wtedy zostawało? Z opuszczoną głową przychodziłem do taty, mówiłem co się stało, słuchałem kazania i razem z nim szukałem najlepszego rozwiązania z sytuacji.
Z czasem jednak moje postrzeganie zaczęło się zmieniać. Zamiast surowego troglodyty, który przyłazi do domu i wnosi swoje porządki, zobaczyłem człowieka, którego obowiązki potrafią przytłoczyć, a on mimo to daje sobie radę; wzrusza ramionami, wzdycha i po prostu robi co trzeba. Nawet gdy zapominałem o swoim dyżurze przy zmywaniu, tata tylko podwijał rękawy i zaczynał myć. I wiecie, było mi w takich chwilach wstyd za siebie. Odciągałem go, mówiłem, żeby to zostawił, bo to ja miałem umyć te dwa pełne zlewy, ale on zwykle wtedy odpowiadał: "Nic się nie dzieje, ja i tak lubię myć". Odprężająca, wolna czynność? Ja bym raczej powiedział: przyzwyczajenie z bezradności. Już wiem po kim to mam, tak swoją drogą.
Od dłuższego czasu razem z kumplami z pracy gra wieczorami w World of Tanks. Kupił sobie nawet podkładkę z tej gry! Cóż, tata jest w końcu fanem gier. Za mojej młodości miał pełno płyt, a najczęściej pykał w takie klasyki jak Heroes 3, Lords of The Realm 2 czy Panzer General. Dzięki jego przeszłości poniekąd ukształtowała się moja teraźniejszość; recenzje czy inne okołogrowe artykuły nie wzięły się znikąd, a od nich już tylko krok do innych prac publicystycznych!

To właśnie jest mój tata. Nie dziwię się, że to właśnie jego nasz maltańczyk najbardziej sobie ukochał (z resztą z wzajemnością); człowiek, któremu do pięt nawet nie dorosnę. Wielka szkoda, że i ja nigdy nie zaznam tej najgorszej, ale i najpiękniejszej drogi w życiu, jaką jest ojcostwo. Mogę jedynie korzystać z okazji i dogadywać się kumpelsko-autorytorsko z kuzynostwem, jednak własnego syna, niestety, spłodzić nie mogę. Nie jestem na tyle odpowiedzialny ani stabilny emocjonalnie, by wkroczyć na tę ścieżkę, jednak podziwiam tych wszystkich, którym się to udało.
Pamiętajcie, panowie: włożyć kutasa i spuścić się w środku baby to jedno; przyjąć macierzyństwo na klatę, opiekować się kobietą i potem wychowywać jej dziecko - to zupełnie inna, o wiele trudniejsza rzecz.


Tower Defence and Mighty Magic (Android/iOS) 2017-06-19


Zasady gier typu tower defence są bardzo proste: budujemy wieżyczki obronne i odpieramy coraz większe fale wrogów. Co by jednak wyszło, gdyby połączyć utarty schemat ze światem trzecich "hirołsów"?

Chyba każdy szanujący się gracz przynajmniej słyszał o kultowej serii strategii turowych Heroes of Might and Magic. Wszystkim ignorantom zaś spieszę z krótkim wyjaśnieniem: w produkcjach sygnowanych wspomnianą marką naszym zadaniem jest eksploracja mapy, levelowanie bohaterów, rozbudowa miast i taktyczne przeprowadzanie bitew. Zwłaszcza trzecia część mocno zapadła w wiele europejskich serc za sprawą znakomitej oprawy dźwiękowej, bardzo dobrego soundtracku, niepowtarzalnego bajkowego klimatu fantasy oraz kolorowej szaty graficznej, trzymającej poziom do dziś.
Niedawno jednak natknąłem się na androidową produkcję o intrygującym tytule: Tower Defence and Mighty Magic. Tapnąłem w ekran, zainstalowałem, sprawdziłem...i ocknąłem się po dobrych kilku godzinach.
Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to znajomy styl pierwowzoru. Te same frakcje z identycznymi jednostkami, znajomi bohaterowie i pamiętne artefakty w mgnieniu oka przypomniały mi czasy, gdy pierwszy raz grałem w trzecie "hirołsy". Na starcie dostajemy do wyboru pięć różnych kampanii (Zamku, Bastionu, Fortecy, Cytadeli oraz Twierdzy), a także jednego z trzech wrogów (Inferno, Lochy, Nekropolis), co daje nam w sumie aż 15 długich zestawów misji. Tak jak w oryginale studia 3DO, każde miasto posiada własne jednostki z odrębnym zasięgiem ataku, zadawanymi obrażeniami, szybkością ich zadawania oraz dodatkowymi umiejętnościami bojowymi.
Na mapie "bitwy" mamy wyznaczoną trasę, łączącą dwa zamki. Z lewego siedliska w kierunku fortecy prawej nadchodzić będą kolejne wraże armie, zaś naszym zadaniem będzie im ten marsz utrudnić. Rolę wież przejęły tu oddziały aktualnie ogrywanej frakcji. Z misji na misję odblokowujemy ich nowe rodzaje, a także ulepszenia już posiadanych, co znów ucieszy "hirołsomaniaków". Za pomyślny wynik starcia otrzymujemy złoto, doświadczenie dla bohatera dowodzącego (wysokość zależna od wybranego przez nas poziomu trudności), a także kolejnych kapitanów do poziomowania.
Ich rozwój jest tu sprawą kluczową. Lepszy heros oznacza więcej czarów w księdze zaklęć i bonus do jednej z czterech umiejętności, odblokowywanych co parę stopni. Niestety w mojej ocenie najbardziej opłaca się rozwijać tylko jednego dowódcę, najlepiej dysponującego balistą lub większą gotówką na start bitwy.
Na waleczność naszych sił wpływają nie tyle ulepszenia oraz zdolności, co magiczne przedmioty. Kupujemy je za złoto zgromadzone po każdej walce. Wspomagają nas one m.in zwiększając szybkość ataku wojsk, redukując czas na odnowienie zaklęć, czas ich trwania oraz dodając kolejne "życia" - jak na klasycznego towers defenca przystało, nasz zamek może przyjąć dość ograniczoną ilość  "imigrantów". Lepsze artefakty wymagają zasobniejszej kiesy, ale - choć system oferuje złoto za mikropłatności - na dobrą sprawę wystarczy męczyć ostatnie potyczki na jak najwyższych poziomach trudności. Kasy więcej, expa więcej i wszyscy szczęśliwi! Na szczęśćie raz kupiony przedmiot przechodzi na wszystkich bohaterów, więc o tyle mniej farmienia.
Standardowa kampania składa się z 14 misji, po których ukończeniu możemy pobawić się jeszcze raz na tych samych planszach w trybie nieskończonych fal lub wypróbować kolejny ich zestaw. Na dłuższą metę - nuda. Lepiej zagrać kolejnym zamkiem przeciwko innej frakcji, żeby nie zaczynać od początku już rozwiniętej.
Jakieś problemy? Niestety tak. Pomijam już pięciosekundowe reklamy za każdym razem, gdy chcę zrestartować bitwę lub wczytać autozapis, bo jedyną poważną bolączką gry jest jest płynność. Przy setkach wrażych hord i niemałej połaci terenu zapełnionej przez moje wojska gra potrafi brzydko klatkować, a nawet na parę chwil się zawiesić. Szczególnie jest to widoczne przy wyżej wspomnianym trybie nieskończonych fal. Po 40 wygranych rundach rozgrywka się zapętlała: z wrogiego zamku wyłaziły kolejne i kolejne maszkary, które za nic w świecie nie mogły przebić się przez moje "wieżyczki". I gdybym nie zaczął ich usuwać, błędne koło toczyłoby się aż do wykończenia baterii w telefonie.
Podsumowując: jeśli tak jak ja masz wielki sentyment do trzecich "herosów" i całkowitym przypadkiem posiadasz smartfona z Androidem lub iOS-em, już dziś ściągnij Tower Defence and Mighty Magic i ciesz się syndromem "jeszcze jednej bitwy"!


Peter Singer - I TY możesz pomóc! 2017-06-15

W imię większego dobra. Nieegoistycznie, lecz w szczytnym celu, dla zwiększenia liczby uratowanych. Zgadzacie się z tym?





e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]