Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Ćwiczenie nr 9 - Przygoda z morałem 2017-04-21


Parę dni temu Wojtkowi, mojemu znajomemu, przydarzyła się nieciekawa historia.
Przez ostatni miesiąc planował podróż do Ameryki. Jeszcze przed wyjazdem z ekscytacją opowiadał o swoich wielkich planach. Kogo to miał spotkać, gdzie miał pojechać, czego skosztować! Tak zapalił się do wycieczki, że nie myślał o niczym innym. Z dnia na dzień coraz bardziej się nakręcał, więc zaproponowałem mu skromne pożegnanie. Jak się okazało, nasz mały browar szybko urósł do kilku butelek, degustowanych w doborowym towarzystwie uroczych sąsiadek. Czas mijał nam zdecydowanie zbyt miło.
Obudziliśmy się o czwartej nad ranem. Głowy bolały nas niemiłosiernie, a wokół panował istny chaos. Kumplowi została niecała godzina do spełnienia amerykańskiego snu. Walcząc z migreną, sięgnąłem po telefon i zamówiłem taksówkę. W międzyczasie Wojtas popędził do mieszkania, zapakował wszystko, co miał pod ręką i szybko się przebrał. Dwadzieścia minut później staliśmy już przed lotniskiem. Mój kompan uścisnął mnie "na do widzenia" i żwawo pomaszerował w kierunku miejsca odprawy.
Już zaraz miał lecieć, już witał się z bramką, lecz drogę zagrodził mu strażnik, prosząc o okazanie biletów. Wojtek poklepał się po kieszeniach, sprawdził dokumenty, przetrząsnął walizkę- wszystko na nic. Biedaczek próbował się jakoś wyłgać, błagał o dopuszczenie go na pokład, ale jego nadzieje zamknęły się szybko wraz z drzwiami samolotu. Pięć minut później airbus wzbił się w przestworza, zostawiając nas daleko w dole - smutnych i bezradnych.
Ze spuszczonymi głowami wróciliśmy do kwatery znajomego. Wojtas nie dawał za wygraną i chciał za wszelką cenę znaleźć ten felerny kawałek papier, który miał mu uchylić bramy raju.
Szukaliśmy wszędzie. Zajrzeliśmy w każdy możliwy zakamarek niedużego mieszkanka, odsunęliśmy każdy mebel, natrafiając jedynie na kurz. Bezsilni usiedliśmy na podłodze.

I gdybym nie rzucił okiem w stronę spodni, które mój przyjaciel miał wczoraj na sobie, prawdopodobnie dopiero pranie ukazałoby nam prawie niezauważalny detal. Dżinsy wisiały na krześle, otworem kieszeni do dołu. Z jednej z nich wystawał fragmencik złotej karteczki - przepustki do Wojtkowego szczęścia.
Morał z tego płynie prosty, choć i takie ludziom służą: Nim opuścisz dom na dłużej, sprawdź bilety przed podróżą!


Spellcrafter - monotonny klikacz 2017-04-18

A mogło być tak dobrze...

Biedronkowa promocja na gry dopiero się zaczynała, a już miałem w rękach wszystkie  upatrzone wcześniej tytuły. Zamierzałem właśnie podejść do kas, gdy kątem oka dostrzegłem jeszcze jedną, samotną produkcję. Leżała spokojnie, czekając na łaskawego nabywcę. Podniosłem ją, sprawdziłem charakterystykę: strategia turowa z rzucaniem czarów za pomocą rysowanych gestów, 3 frakcje do wyboru, widok izometryczny. Czemu nie, pomyślałem, biorę w ciemno! Zwłaszcza, że za tę perełkę z 2015 roku odpowiada polskie niezależne studio Jujubee.

Po zainstalowaniu gry przeglądnąłem menu główne. Opcji jest tam żałośnie mało: możemy rozpocząć nową grę, kontynuować bieżącą, pobawić się suwakami głośności, odpalić listę płac i wyjść. Żadnego regulowania rozdzielczości ani szczegółowego ustawiania grafiki. Dostajemy wyłącznie trzy domyślnie wbudowane i na tym koniec.
Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie sama rozgrywka. Twórcy najwyraźniej bardzo lubią cyfrę  3, ponieważ mamy trzyczęściową kampanię, w której kierujemy trzema bohaterami. Każdą frakcję reprezentują trzy jednostki, a heros zdobywa nowe umiejętności na trzech ścieżkach rozwoju postaci (o którym więcej w kolejnych akapitach). Na nieszczęście dla tej różnorodności, rozgrywka polega wyłącznie na przejściu z punktu A do B, powtarzalnej walce z napotkanymi potworami oraz sporadycznej rekrutacji nowych sił.
Ląduję w pierwszej lokacji. Z początku nie wiadomo co trzeba zrobić. Brakuje celów, dziennika, a nawet mapy. Idziemy, co prawda, wciąż przed siebie, ale nieraz zbaczając ze ścieżki w poszukiwaniu dodatkowego złota musiałem potem szukać właściwej drogi przez kilka minut. W uporczywym błądzeniu nie pomaga również kamera. Postać jest zawsze w centrum widoku, w skutek czego nie da się swobodnie przemieszczać kursorem po planszy.
Klikam więc przed siebie, stawiam parę kroków i spotykam przeciwnika. Zaczęła się walka.

Turowa potyczka nie odbiega od typowo "hirołsowego" standardu. Pole bitwy podzielono na kwadraty. W czasie swojej kolejki, bohater może rzucić zaklęcie. Rysujemy wtedy na ekranie prosty znak: kulę ognia poziomą kreską, tarczę kołem itd, choć system często ma problem z wychwyceniem właściwej mocy. O ile jednak sam pomysł jest dość ciekawy, o tyle magia Cedryka, Istits i  Dessana różni się ledwie kilkoma czarami.
Nasi podkomendni mogą atakować po linii prostej oraz chować się za przeszkodami terenowymi, które zmniejszają szansę trafienia dla wrogich strzelców.  Jest to ostrze obosieczne: z jednej strony ochrona, a z drugiej niemożność kliknięcia właściwego pola, z którego chcemy atakować. Nie raz i nie dwa obrywałem z powodu głupiej kolumny, zasłaniającej groźną sytuację.

Za pomyślnie przeprowadzone starcie otrzymujemy punkty doświadczenia. Levelowanie w Spellcrafterze przychodzi dość szybko, i tak mniej więcej co dwie bitwy ponownie rozwijamy jeden z trzech czynników: Atak (stopniowo odblokowuje specjalne umiejętności naszych wojsk), Magię (dodaje czary ofensywne oraz wspierające) oraz Obronę (zaklęcia defensywno-leczące). W praktyce (znowu) nie ma znaczenia co będziesz rozwijać. Gdy zapełnisz wszystkie pola, wiedz, że zbliża się kolejny rozdział, a w nim nowy mag, którym robić będziesz dokładnie to samo.

Przejście gry zajęło mi parę godzin. Grafika przypomina pierwszego Spellforce'a, a muzyka to właściwie parę zapętlonych kawałków. O fabule nie ma co opowiadać. Oprócz postaci głównych poznamy jeszcze czwartą, małą dziewczynkę, której tamci będą chcieli pomóc. Historia nie jest porywająca, bohaterowie nijacy, a głębi tu tyle, co w kałuży. Być może, gdyby zdecydowano się zaangażować aktorów do voice actingu, całość wypadłaby dużo lepiej niż suchy tekst dialogów.

Czy Spellcrafter jest więc totalnym gniotem? Paradoksalnie nie. W Biedronce udało mi się go dorwać za 10 zł i przyznam szczerze, że dokładnie tyle jest wart. Mimo wszystkich niedociągnięć, miałkości i liniowości, jakie mu wytknąłem, grało mi się w to "coś" nader przyjemnie.  Dla mnie jest to niezobowiązujący klikacz, gdyż spełniła absolutne minimum typowo przeciętnego programu.
Jeśli więc kiedyś na Spellcraftera natraficie, może warto dać mu szansę i za symboliczną dychę pobawić się w czarodzieja?


Wielkanocnie o wszystkim 2017-04-15

Za oknem kościelne dzwony oznajmiają światu zwycięstwo Chrystusa nad śmiercią. Rok temu, tradycyjnie, pisałem w tym czasie o wojnie z Bogiem, Pustce, miłości i takich tam pierdołach. Dziś nie będę się na ten temat rozpisywał, bo niewiele się pod tym względem zmieniło. W zamian czas przelać w słowa trochę samego siebie, zostawić "profesjonalne" teksty recenzeckie i ćwiczenia z dobrego gryzipiórstwa. Czuję, że zarówno mnie jak i wam trochę brakowało "tamtego" Elvenoora.

Nie ma to jak wysypiać się w dębickim łóżku, chociaż przez te kilka dni.
Wróciłem z Krakowa jeszcze w środę, cudem łapiąc pociąg o 12:02. Półtorej godziny siedzenia na korytarzu, ale co tam, ważne żeby jechać. Od razu po wysiadce poszedłem do dziadków, gdzie czekało na mnie moje młodsze rodzeństwo - kuzyn i kuzynka. Ich atencji nigdy jakoś specjalnie nie muszę na siebie sprowadzać, wystarczy, że włączę którąś z dostępnych gier, zazwyczaj moją ukochaną Twierdzę czy Age of Empires 2. Cóż, trzeba korzystać, póki nie podrosną, a zanim zmienią preferencje rozrywkowe, muszą poznać produkcje starszego pokolenia.
W czasie przerw między snem a odwiedzaniem rodziny miałem czas trochę pomyśleć: o moim kanale na YT, perspektywach dalszego egzystowania w doczesności, planach przetrwania do końca semestru itd.
Po pierwsze, w czwartek ukazało się papierowe wydanie wznowionego czasopisma akademickiego "Mixer". Tam przeczytać już można moje dwa deciutanckie teksty. Sam nie mogę ocenić wagi swojego warsztatu, ale jeśli na blogu potrafię dziennie wyrobić prawie 100 wyświetleń, to chyba nie jest tak źle. Obecnie muszę popracować nad sprawozdaniem z drugiego dnia OKMS 2017, choć w rzeczywistości obiecywałem go wam dużo wcześniej. Za zwłokę serdecznie przepraszam i proszę jednocześnie o cierpliwość. Spodziewajcie się go w okolicach w wtorku. Co prawda, mógłbym zasypywać was dość wiarygodnymi wymówkami, ale  będę z wami szczery: jestem szczupłym, leniwym gałganem i zwyczajnie  NIE CHCE MI SIĘ  :D
Jednak, o ile ja mogę sobie pozwolić na luz, o tyle Nick ma przerąbane. Zapłacił już ok. 400 zł za przedłużenie terminu złożenia indeksu oraz wpis warunkowy z czterech przedmiotów. Egzaminy z historii, socjologii i gatunków dziennikarskich będzie zdawał zaraz po przerwie Wielkanocnej. Na Ukrainę nie wyjechał, bo nie zamówił wcześniej biletów, z kolei jego rodzice mają dołek finansowy i w najbliższym czasie nie odwiedzą zapracowanego syna, walczącego teraz o przetrwanie. Jeśli mu się nie uda, jak sam mówił, "deportacja, notebook out, komórka out i z domu out", bo nie będzie w stanie dalej mieszkać z rodziną, którą zawiódł.
Oliwy do już buchającego ognia dolewa kontuzja, nabyta przez niego parę lat temu. Wywrócił się podczas jazdy na rolkach, z prawej nogi wyciekała mu woda. Problem porannego drewna w kolanie próbował rozwiązać u kilku lekarzy, ale żaden nie zrobił niczego konkretnego. Teraz dolegliwość doskwiera biedakowi prawie codziennie, nie wspominając co się dzieje podczas burzy . Na Ukrainie, tak jak w Polsce, zdrowie jest niezwykle kosztowne, z tą różnicą, że u naszych wschodnich sąsiadów płacić trzeba na każdym kroku. Rządy korupcji, wbrew pozorom, wcale nie skończyły się wraz z ucieczką Janukowycza.

Mieszkanie w Krakowie nie należy do najgorszych, choć do perfekcji brakuje niewiele. Anielski spokój zawsze idzie w diabły, gdy Karol (mój sąsiad z pokoju obok) sprowadza sobie krzykliwą labadziarę. Z każdym jej wybuchem śmiechu (a zdarza się on zbyt często) czuję, jakby sufit miał za chwilę runąć mi na łeb. Wybaczyłbym współlokatorowi jedną taką wizytę, no może trzy. Ale ta piskliwa bździągwa przychodzi do niego co tydzień!
Gruchajcie sobie, gołąbeczki, gruchajcie póki możecie! Lubicie wysokie decybele? Nie ma sprawy. Od tej pory puszczam muzykę i filmy na cały regulator, książki czytam głośno i wyraźnie, a niedługo zacznę zapraszać częściej Nicka - o tak, to jest prawdziwy ekspresjonista!  
A gdy monsieur Karol będzie akurat poza domem (o co często się modlę z całego serca) mógłbym zabrać się (w końcu!) za kanał na "tubach". Tylko gdyby to było takie proste...
Teksty teoretycznie mam. Ale jak przychodzi zgrać gameplay, technika musi sprawiać problemy. A to program nie chce przechwytywać gry, a to traci kontakt z użytkownikiem podczas zapisywania materiału... Już sam nie wiem, czy chcę się rozwijać w ten sposób. Jasne, prościej byłoby pokazać facjatę i mówić mądre rzeczy do kamery. Niestety z obydwoma rzeczami jest problem. Na razie ani nie chcę ujawniać swojego wyglądu, ani też nie czuję się na tyle wybitnym ekspertem, by wypowiadać się na jakikolwiek temat prosto do kamery. Już widzę te zawistne komentarze, tony łapek w dół, odpowiedzi "fejmów" pokroju Serafina, Wardęgi itd.
Nie, to nie to. Trzeba poważnie pomyśleć nad tematem mojego kanału. Recenzje wideo to dobry początek, ale warto mieć coś jeszcze w zanadzu.

Wzorem dobrego dziennikarstwa, najmniej ważne newsy zostawiłem na koniec. Ostatnio wróciłem do "Imienia róży". Często wieczorem otwieram okno, włączam "Ameno" i zaczytuję się w klasztornej intrydze Umberto Eco. "Za chwilę" czytam dzień trzeci.
A gdy oczy mają już dość liter, kontynuuję "Grę o Tron". Miał być "Newsroom", ale po trzecim odcinku nie mogłem dorwać kolejnych za darmo, więc popłynąłem do Westeros. Jestem już w połowie pierwszego sezonu i ciągle mam ochotę na więcej. Teraz nieco lepiej rozumiem ten cały hajp związany z "nadchodzącą Zimą". Na razie mam tylko jedno przemyślenie: Wiwat Kalissi, Tyrion jest spoko, a  Cersei to %^#$&#.


Dex - zanurkuj w cyberprzestrzeń! 2017-04-10


Budzisz się w środku nocy. Tajemniczy głos ostrzega Cię przed zagrożeniem. Znaleźli Cię. Kim są? Jak tu trafili? Nie ma czasu, spiesz się! Zhakuj windę, to ich spowolni. Od teraz cała Twoja nadzieja w Fixers Hope. Nie zbaczaj z drogi, tam znajdziesz pomoc. No już, uciekaj!  Biegnij ile sił w nogach! Niech Raycast Cię prowadzi!


W takich nieprzyjemnych okolicznościach poznajemy Dex, główną bohaterkę gry. Razem z nią udamy się w długą i pamiętną podróż po cyberpunkowej metropolii Harbor Prime, gdzie przyjdzie nam odkrywać dalsze karty wciągającej opowieści, mocno inspirowanej przygodami Neo z Matrixa. Pomagać nam będą wyraziste postacie, z którymi  poprowadzimy interesujące rozmowy.
Dex jest dwuwymiarowym RPG-iem z otwartym światem od studia Dreadlocks. Każdy sektor miasta ma swój własny, niepowtarzalny klimat, w związku z czym nie ma wrażenia powtarzalności. Chińska Dzielnica jarzy się od azjatyckich ozdób, Śródmieście to typowe, szare mieszkania, a w Higrise wznoszą się najdroższe  apartamentowce. Żeby tego było mało, atmosfera lokacji została jeszcze bardziej podkręcona przez wyśmienitą muzykę.
O tak, ścieżka dźwiękowa to prawdziwe mistrzostwo! Nasze ucho jest rozpieszczane niemal cały czas, od motywu przewodniego, aż po soundtrack walki i hakowania. Niewielką próbkę macie pod tekstem.

Zadania poboczne nie należą do typowych "fedexów". Reporterka prowadzi śledztwo w sprawie zamknięcia restauracji, kelnerka z baru sushi poszukuje brata, w jednej z ciemnych uliczek ranny gliniarz będzie miał niedokończone porachunki z cyber-człowiekiem, a słynna wokalistka otrzymuje liściki z pogróżkami. Co jeden quest, to kolejna, intrygująca historia.  
Nasze drogi niejednokrotnie zaprowadzą nas także wgłąb sieci. Sam proces włamywania się do serwerów jest osobną minigierką. Aby dostać się do ważnych danych będzie trzeba przebić się przez zabezpieczenia w postaci działek, wirusów i firewalli. Początkowo do obrony przed nimi mamy dwa rodzaje strzałów: zwykły, spamowany i jeden mocniejszy, tzw. Klin. Wraz z rozwojem naszej postaci oraz znajdywaniem nowego oprogramowania nabędziemy dwie kolejne moce: Impuls, pojedynczą falę, idealną przeciw całej masie wrogów, a także Spamera, chwilową blokadę przeciwnika.

Poza sferą wirtualną, niebezpieczeństwa czyhają na nas również w mniej przyjaznych częściach miasta. Będziemy lać po gębach łysych "karków", dresów z łomami, silnych olbrzymów czy bandytów uzbrojonych w broń palną. Rozprawić się z nimi można na trzy sposoby: wykorzystywać kryjówki, by "zdejmować" ich po cichu, skorzystać z jednej z kilku dostępnych giwer albo użyć konwencjonalnej metody pięść-stopa. O ile jednak pierwsza metoda sprawdza się najlepiej, o tyle dwie kolejne trzeba rozwijać na drodze awansu oraz implantów.
Nasze postępy nagradzane są punktami doświadczenia, a co za tym idzie, nowymi poziomami. Punkty nauki można rozdzielić do broni palnej, walki wręcz, retoryki, otwierania zamków, hakowania czy wytrzymałości. Ta ostatnia wpływa dodatkowo na limit noszonych przez nas usprawnień. Dodatki mechaniczne, choć kosztowne, oferują m.in bonus do obrażeń, niewrażliwość na elektryczność czy gaz, a nawet wyższy skok, co znacząco ułatwia eksplorację.

Czyniąc długą historię krótką: jeśli w myślach często uciekasz do świata cyberpunku, a w lustrze widzisz Użytkownika, hakera, cyborga lub androidów, Dex jest właśnie dla Ciebie. Wystarczy, że dasz się porwać chwili i zaufasz nieznajomej istocie.







"Pani pobiła pana!" 2017-04-07

[Duety Satyryczne #3]


Historyja niesłychana: Pani pobiła pana!

Pan: Za cóż, za cóż, ach, dlaczego?

Pani: Nagrabiłeś se, kolego! Kobiet tykać nie wypada, gdy im to nie odpowiada!

Pan: Ja zacząłem?

Pani: TYLKO pan!

Pan: Gdzie dotknąłem?

Pani: O, gdzieś tam!

Pan: Ja nie chciałem, daję słowo!

Pani: Że co niby?!

Pan: Przypadkowo...

Pani: Niefortunnie, dobre sobie!

Pan: Nie śmiem tykać obcych kobiet! A już pani w szczególności: skóra sama, chude kości...

Pani: Że ja chuda?! O, przepraszam, na policję sprawę zgłaszam!

Pan: Bardzo dobrze, niech przyjadą, może PANIĄ w końcu wsadzą!

Pani: Mnie do paki? Z jakiej racji?!

Pan: Za chodzenie bez krzty gracji!

Pani: A co jest z nim niby nie tak?!

Pan: Ludzki taran, nie kobieta! Wpada pani mi pod nogi, każe schodzić sobie z drogi, a że ścisk jest na chodniku, trudno umknąć od dotyku.

Pani: Więc to moja tylko wina?!

Pan: A jak sądzi pani, czyja?! Nie ja wpadam między tłum, nie ja w szpilkach robię szum!

Pani: Z pana cham jest, zwykły prostak! Weź pan mnie w spokoju zostaw!

Pan: A pocałuj w rzyć mnie, babo, mylisz deptak z autostradą!

Pani: Ot powiedział, Pan Śmigała, co po mieście....

Pan: Nie pozwalam! Takie słowa nie przystoją ni dziecinkom, ni dziewojom!

Pani: A mężczyźni to już mogą?!

Pan:  Ta dyskusja swoją drogą...

Pani: Ha, wiedziałam, to typowe! Brodzi, krąży, nie odpowie! Łazi taki, klnie jak szewc...

Pan: Za to z pani kwoka jest! Ciągle gada bez ogłady, ledwo słuchać daję rady!

Pani: Jeśli panu czas zajmuję, już się stąd ewakuuję! Niech pan inne, jeśli wola, maca sobie dookoła!

Pan: Wreszcie spokój, Bogu dzięki, że skończyły się te jęki! Kobiet takich przykry sort brać by nie chciał nawet czort! 


6. Ogólnopolska Konferencja Mediów Studenckich 2017-04-06

6 lat współpracy z mediami

Już po raz szósty Krakowska Akademia im. Andrzeja Frycza-Modrzewskiego ma zaszczyt gościć u siebie przedstawicieli mediów różnego formatu podczas Ogólnopolskiej Konferencji Mediów Studenckich. Inicjatywa ta ma na celu przekazać młodym, aspirującym dziennikarzom pewną dawkę obserwacji i porad od doświadczonych osobistości medialnych.
W poprzednich latach w murach uczelni pojawiali się m.in. Marcin Meller, Filip Chajzer, Krzysztof "Jankes" Jankowski czy Jacek Żakowski. Inicjatywa uczelni z roku na rok przyciąga coraz więcej zainteresowanych prelekcjami uczniów, którzy nie tylko czerpią swoistą naukę od mistrzów w dziedzinie mediów, ale przede wszystkim mają szansę porozmawiania z goścmi.
Dziś, tj. 6 kwietnia, dwudniowe przedsięwzięcie otworzyły trzy rozmowy: z Magdą Mołek (dziennikarką TVN, TVN Style), Włodkiem Markowiczem (twórcą autorskiego kanału na YouTubie) oraz Markiem Walabajderem (reporterem z radia RMF FM).
Niewątpliwie największą popularnością cieszyły się dwie pierwsze prelekcje, poprowadzone przez dwoje studentów dziennikarstwa. Nie były to sztampowe wywiady z kartką w ręce, lecz prawdziwe dyskusje, kierowane przez główne zagadnienia. Uczniowie wzorowo ciągnęli wątki podjęte przez rozmówców, potrafili zgrabnie zahaczyć o szczegóły, by jeszcze lepiej kontynuować dyskusję.
Magda Mołek opowiadała o początkach swojej kariery. Nawiązywała do pierwszego miejsca pracy, czyli radia "L" w Legnicy oraz niełatwych strukturach "Dzień Dobry TVN", jednak moją szczególną uwagę przykuł wątek rozmów, jakie prowadzi na antenie TVN Style. Pani Magda zaimponowała mi swoim intelektem, życiową mądrością, a także szerokim otwarciem na prawdziwą rozmowę, nie z gwiazdą i celebrytą, lecz  człowiekiem. Ujęła mnie zwłaszcza historia wywiadu z Robertem Lewandowskim, naczelnym zawodnikiem polskiej reprezentacji, ukazującym go jako naprawdę szczęśliwego i szczęśliwego faceta, który nawet po kilku latach nie zmienił swojego charakteru.
Dwie godziny prawdziwej uczty dla serca i rozumu publika nagrodziła oklaskami, a po pięciu minutach przerwy na podwyższenie wkroczył Włodek Markowicz. Towarzyszył mu młody chłopak debiutujący w roli prowadzącego, który, mimo niewielkiego stresu, poradził sobie bardzo dobrze. Temat z telewizji przeskoczył do Internetu, tego co publikujemy, co chcemy oglądać oraz jak oceniamy wartość materiału. Wszystkie zagadnienia opierał na własnym przykładzie, wspominając swój kilkuletni projekt "Lekko Stronniczy", współtworzony wraz z Karolem Paciorkiem. Włodek nadmienił, iż zrobienie samodzielnego materiału bez koordynacji kilku osób, niemal zawsze skutkuje niepowodzeniem. Ciekawą okazała się również wzmianka na temat jego drogi poszukiwania siebie oraz, nieco poboczny temat (nie) istnienia tzw. obrazy uczuć religijnych.
Po fascynującym wywiadzie wszyscy równym krokiem udali się do stołówki, aby po godzinie wrócić na ostatnie tego dnia spotkanie z panem Markiem Balawajderem.
Mimo znacznie osłabionej widowni pan redaktor podjął temat krótkiego żywotu wiadomości w eterze, technik ich przekazywania, niełatwym dla początkujących reporterów poszukiwaniu tematu oraz organizacji pracy w radiu RMF, gdzie na koniec serwisu informacyjnego słuchacze zawsze dostają nieco łagodniejszego newsa. Na zakończenie prelekcji kilku studentów dostało szansę odbywania praktyk na Kopcu Kościuszki w krakowskiej siedzibie radiostacji.

Jutro Akademia podejmie kolejnych trzech gości. Będą to Piotr Baron (Polskie Radio), Justyna Kopińska (Duży Format) oraz Jarosław Kuźniar (onet.pl). Jako że udzielam się w uczelnianym czasopiśmie "Mixer", będę pracował nad artykułem właśnie z powyższych spotkań. Dzisiejsza trójka pozostaje do dyspozycji naczelnej.
Z mojej strony zapraszam was jeszcze jutro na mojego bloga, gdzie z wielką przyjemnością podzielę się wrażeniami z piątkowych spotkań, jak i podsumuję całą konferencję.


Historia niesłychana: Pani bije PANA 2017-04-04

Miej ty godność, miej ty honor!

Prima aprillis. W Lidlu trwa właśnie jedna z wielu promocji. W ofercie sklepu znajduje się urządzenie wielofunkcyjne za ok. 900 zł. Do boju w krakowskim markecie przy ulicy Josepha Conrada omal nie doszło do ostrej jak maczeta batalii między pewnym mężczyzną a kobietą. Oboje niestrudzenie bronili jednego urządzenia, przy ogólnym zainteresowaniu reszty klienteli. Nikt nie dawał za wygraną, nawet gdy Krakowianka zwaliła się z kartonem na podłogę.
A ja tymczasem siedzę sobie na mieszkanku, oglądam ten cyrk i ręce załamuję z bezradności. Na usta cisną mi się, jakże piękne i tak powszechne dziś, słowa staropolskiego powiedzenia: "Nożesz ja pierdolę...".
Zwyczajnie było mi wstyd za tę nie do końca rozsądną parę dorosłych ludzi. Tego typu ekscesy mają prawo przeżywać dzieci, gdy im się zabierze "zaklepaną" zabawkę. Od zawsze dojrzałość kojarzyła mi się z mądrością, inteligencją, obowiązkami, poważnym traktowaniem siebie i swojego otoczenia. Teraz jednak zaczynam mieć poważne wątpliwości, czy aby na pewno żyję w normalnym świecie.

Rozwydrzone babsko, desperacko broniące świeżo upolowanej zdobyczy przed równie nierozgarniętym gentlemanem. Kobieta mówi: "Miej pan godność, zachowaj się pan jak mężczyzna!", po czym sama robi z siebie kompletne pośmiewisko.
Może mi się za to oberwać, ale co tam: wcale mi tej siksy nie szkoda. Jeśli chce, może sobie walczyć o swoje prawa w jakiejś feministycznej organizacji (najlepiej wśród dziewcząt protestujących bez stanika, takie strajki mógłbym z przyjemnością oglądać ;> ). Jej wybryki są jeszcze jakoś zrozumiałem, czego niestety nie mogę powiedzieć o jej męskim konkurencie.
Żeby "duży chop" tak zaciekle  walczył z przypadkową klientką o głupią maszynę, którą równie dobrze może kupić przez Internet? I po co tępić pazury z kobietą-kot? Dla okazania wyższości?A przecież gdyby zostawić jej ten metalowy szmelc, chociażby po to, by jedyną "świrniętą" była niedoszła rywalka, ona odeszłaby z bananem na twarzy, tobie fundując jedynie spokój.
Spokój i godność, tę przede wszystkim.

I wiecie, to nie jest ani tak, że takie przypadki dzieją się tylko w Polsce (bo nawet Amerykanie potrafią zdrowo przylać na gali publicznego wpierdolu za telewizor full HD), ani że wyłącznie Lidl ma niezdrową sławę dość częstych, pożałowania godnych promocji (jakiś czas temu w Carrefourze starsi ludzie rzucili się sobie do gardeł za cukier przeceniony o złotówkę).
To siedzi w nas. Chcemy zajadle walczyć w imię konsumpcjonizmu i oszczędności, ku niepomiernym korzyściom firm i spółek. Tylko czy aby w tym wszystkim nie okazujemy ciut za wiele naturalnej zwierzęcości?
Jestem przekonany, że udałoby się po ludzku podejść do zakupów i dogadać się z innymi. Wystarczy  tylko nie traktować kilku śrubek, wmontowanych w parę metalowych blach jako mitycznego Świętego Graala, którego dziś sprzedaje się za bezcen.

Zarobki? Inflacja? Podłoże problemu jest bardziej psychologiczno-socjologiczne, niż ekonomiczne, choć czasy komunizmu dowodzą czegoś odmiennego.
Nie mam prawa ich pamiętać , a jednak z opowieści mojej rodzinki mogę sklecić pewien spójny obraz. Wtedy nie było niczego na półkach, no może z wyjątkiem octu. Obywatele zaopatrywali się w przydzielane im na kartkach artykuły. Gdy rzucano mięso, w sklepach ciężko było oddychać od nadmiernego ścisku głodnych żołądków, podnieconych  jeszcze zapachem wołowinki.
Za czasów gospodarki centralnie planowanej było gorzej i chyba nikt dzisiaj ( z wyjątkiem działaczy partyjnych) nie chciałby powrotu do tego burzliwego okresu. A jednak, jak pokazuje współczesność, pewne zachowania w nas zostały. Co ciekawe, zakupowe mordobicia mają miejsce także w USA, szczególnie w promocjach na modłę "Black Friday". Dlaczego? Czyżby Wujek Stalin zaniósł bolszewicki szkarłat również do "Jankesów"?

Tak już, widać było i jest, a tendencji do zmian w przyszłości na razie żadnych. Teraz tylko czekać na kolejną szaloną akcję Lidla. Cóż nam rzucą na pożarcie tym razem? Za czym znów będziemy ganiać jak pies za szynką? Znów torebki, markowe spodnie, może zegarki? Nieważne - i tak połkniemy przynętę, aby później śmiać się lub płakać nad kolejnym wideo w internecie. Tylko błagam, nie schodźcie wtedy do sekcji komentarzy. Wyświetlenia i łapki to nic w porównaniu do gehenny, zesłanej przez setki tysięcy polskich użytkowników...







Moja Arkadia 2017-04-02

Przyjemny, niedzielny poranek. Przedświąteczne ciepło skutecznie tamowały pomarańczowe rolety w oknach. Za szklaną barierą na gałęziach, poruszanych lekkim wiatrem, wiosna twardo zaznaczyła swą obecność pączkami zielonkawych listków.
Leżałem w swoim wygodnym wyrku, ani myśląc brać się za życie. W końcu to weekend, na jutro jeszcze przyjdzie czas się przygotować. Wstałem właściwie tylko na chwilę, aby otworzyć okno.
 Każdego dnia muszę wysłuchiwać kolejowego harmideru , czasem szybkich i w miarę cichych pasażerskich, a nieraz dużo cięższych (i głośniejszych) towarówek, liczących po pięćdziesiąt wagonów na lokomotywę. Tym razem miałem szczęście, ani jedna rzężąca kupa złomu nie zaśmiecała powietrza niepotrzebnymi decybelami.
Korzystając z chwili, zamknąłem oczy i wróciłem pospiesznym Intercity do młodszych czasów.

Słońce powitało mnie łagodnym mrowieniem na lewym policzku. Dochodziła siódma rano, lecz w moich żyłach krew zaczynała żwawiej płynąć. Oto nastał kolejny, piękny wakacyjny dzień.
Gdy wyszedłem na balkon, chcąc przewietrzyć pościel, otoczył mnie przenikliwy szum ciszy tej spokojnej okolicy. Las rozpościerał się aż po horyzont. U jego stóp na szerokich polach zieleni pracowało już kilku sąsiadów. Jeden kosił trawę , wymachując w tę i w tamtą długim kijem, drugi siedział na ławce i czytał książkę, a jeszcze inny stukał młotkiem w dziurawy płot. Tej niemej pieśni przygrywał cały ptasi chór. Dziwiłem się mojemu, nieżyjącemu już, dziadkowi jakim cudem potrafił wskazać właściciela każdego głosu. Przymknąłem powieki, delektując się chwilą, aż w końcu poranny chłód wygonił mnie stamtąd.
Po szybkim śniadaniu wybrałem się na krótki spacer. Szosa wiodła pod górę w stronę lasu. O samochody nie musiałem się martwić, na tych drogach zawsze obowiązywała częstotliwość jednego pojazdu na godzinę. Jedynie okoliczni mieszkańcy korzystali z aut. Nie było czemu się dziwić, w końcu były to tereny tuż za obwodnicą.
Tymczasem stopy zawiodły mnie pod starą leśniczówkę. Domek stał na uboczu niewielkiej polany, będącej przystankiem podczas wdzierania się w iglasty gąszcz. Znałem to miejsce doskonale, wszak nieraz z bratem i kuzynem wędrowaliśmy tędy pod czujnym okiem babci. Po każdej przechadzce zawsze dostawaliśmy talerz rozgrzewającej zupy i kawał sycącego kotleta z porcją równie pysznych ziemniaczków. Nikt nie potrafił tak dobrze gotować, jak nasza ukochana babcia!
Na samą myśl, serce goreje od wspomnień. Uwielbiałem jeździć "na górkę". Wakacje bez choćby tygodnia spędzonego w tej urokliwej okolicy były dla mnie czasem straconym. Wiele razy przyklaskiwałem słowom dziadka, dla którego  życie w miastowym zgiełku nie istniało.

Dziś rzeczywistość boleśnie skutecznie ostudziła mój zapał. W mieście wszystko jest na wyciągnięcie ręki, tutaj jest moja szkoła, mój sklep, mój szpital i mieszkanie. A jednak, kiedy tylko mogę, z rozkoszą wracam do miejsca, w którym spędziłem pierwsze lata swojego życia.
I nawet deszcz nie jest w stanie zepsuć mi tej sentymentalnej, wyciszającej podróży.


Life (2017) - recenzja 2017-03-31

To ŻYJE!
Szaleńcza walka o przeżycie w kosmosie - tak krótko można opisać najnowszy film Daniela Espinosy.  "Life" jest bowiem idealną mieszanką wciągającego thrillera, krwiożerczego horroru oraz nieustającego akcyjniaka.

Film zaczyna się bezwładnym spacerem kamery po miejscu pracy ekspedycji badawczej i, przyznam szczerze, to właśnie te pierwsze ujęcia kupiły mnie bez reszty. Przedmioty wirujące w powietrzu jak i obiektyw odwrócony do góry nogami doskonale współgrają ze świetną muzyką. Tworzą unikalną atmosferę, niedostępną na co dzień dla widza. Prawdę mówiąc, nie narzekałbym, gdyby dalsze wydarzenia zastąpiono spokojniejszymi, głębszymi w doznaniu bezmiaru Wszechświata, albowiem już po paru chwilach w ręce członków ekspedycji wpada enigmatyczna, śluzowata materia. Jak się okazuje, na ich własną zgubę, albowiem jeden z bohaterów postanawia wybudzić to "coś" z hibernacji.
Przez lwią część filmu będziemy obserwować desperackie próby opanowania sytuacji, które w większości sprowadzą się do uciekania przed masakrującym wszystkich Calvinem (jak samo owego mordercę nazwali). Seans jest ciężki, mroczny i nader bezlitosny dla ludzi o słabszych nerwach. Jeśli obiad szykuje się wam do gwałtownego wyjścia po zobaczeniu dławiącego się mężczyzny tudzież (dosłownego) wyciśnięcia biednego szczurka, być może powinniście na chwilę odwracać  wzrok. Zdecydowanie nie są to obrazki rodem z książeczki dla trzylatków.
Portrety psychologiczne postaci? Rozbudowane relacje między nimi? Mentalna więź z którymkolwiek bohaterem? Przepraszam, pomyliliście seanse. Życie ziemskie i charakterystyka członków ekspedycji zarysowano po macoszemu, byle tylko jakoś ich przedstawić. Tzw. core seansu oparty będzie na obmyślaniu planów przetrwania, płonnych nadziejach na ratunek i bezlitosnym mordowaniu ekipy jednego po drugim.

Scenarzyści postawili na utarte schematy. Przykładowo w pewnej scenie kilku ocalałych rozmawia o tęsknocie z Ziemią. Cytują wtedy wierszyk "Dobranoc, słońce" (który de facto idealnie oddaje ich beznadziejne położenie). Jak zwykle w takich przypadkach bywa, ostatnie zdanie poddaje jednemu z zebranych kolejny śmiały plan.
Jest tylko mały problem. Jeśli oglądałeś/aś trailer, to właściwie znasz już wszystkie ważne sceny. Zaskoczyć cię może wyłącznie zakończenie, pod warunkiem, że nie będziesz zbytnio wyprzedzał fabuły.

Podsumowując: "Life" skierowany jest do niewymagającego widza o mocnym (i pustym) żołądku. Jest to raczej jednorazowy przelot po śmiertelnie niebezpiecznej stacji kosmicznej.
Zdecydowanie odradzam wybór tego filmu wszystkim bardziej wytrawnym smakoszom kinematografii rozrywkowej.


Sucharopodajnik#23 - Upartego nie przegadasz! 2017-03-31

W dzielnicy mieszka dwóch sąsiadów: pan maksymalnie wierzący i zagorzały ateista.
Ten religijny codziennie wychodził na podwórko, wznosił ręce do nieba i mówił:

- Panie Boże, dziękuję ci za to wszystko, co mam, jesteś wspaniały, cudowny, najlepszy itd.

Ateista próbował wiele razy go przekonać, że Boga nie ma, ale tamten nie chciał w ogóle słuchać.
Zdarzyło się jednak tak, że wierzący przeżywał kryzys finansowy. Jego mniej przekonany w wierze sąsiad postanowił mu pomóc. Pojechał do sklepu, nakupił kilka toreb jedzenia, podstawił pod drzwi katolika i ukrył się za żywopłotem.
Wierzący wychodzi na zewnątrz, patrzy na te wszystkie produkty, po czym unosi ręce i głosi:

- Dziękuję Ci, Panie, za te wszystkie dobra, jakimi mnie dziś uraczyłeś!

Na te słowa ateista wyszedł z ukrycia i z triumfalnym uśmiechem na twarzy rzekł:

- Ha! Mam cię! To nie Bóg ci to dał, tylko ja! JA to kupiłem, Boga nie ma!

Wierzący zdawał się jednak niewzruszony, bo - z rękami w górze - głośno i wyraźnie powiedział:

- O, Panie! Dziękuję ci, żeś zmusił tego diabła, żeby za to wszystko zapłacił! :D


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]