Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Ready: Player One (2018) - Pierwszy przy Jaju! 2018-04-20

Najnowsza produkcja Stevena Spielberga gości na ekranach kin już dwa tygodnie.

Do dziś widzowie spierają się czy film ten zasługuje na przychylną ocenę, czy jednak to głosy krytyków są słuszniejsze. Na nieszczęście tych ostatnich, póki co natrafiłem jedynie na niepochlebne opinie, skwitowane najczęściej słowami: "Spielberg się skończył!".
Najwyższa pora przedstawić wam moją subiektywną ocenę tego filmu, który zdążyłem już obejrzeć dwa razy: kolejno w 2D i 3D.

Jest rok 2045. Technologia VR (Virtual Reality - wirtualnej rzeczywistości) stała się  powszechna i teraz każdy może stać się kim chce w cybernetycznym świecie Oasis. James Donovan Halliday, jej twórca oraz idol tysięcy graczy, umiera. Pozostawia po sobie wspomnienie, w którym rozpoczyna wielkie polowanie na Wielkanocne Jajo (Easter Egg; dla niewtajemniczonych: ukryty "smaczek", odwołanie do popkultury dla spostrzegawczych graczy). Ten kto je zdobędzie, otrzyma na własność wszystkie udziały w Gregorius Games, firmie zmarłego. Aby tego dokonać, należy zebrać trzy klucze, do których droga prowadzić będzie przez wspomnienia Halliday'a, udostępnione wszytkim zainteresowanym.
Do poszukiwań włącza się wielu graczy, w tym Wade "Parzival" Watts i jego grupka poznanych w świecie gry przyjaciół z nowo poznaną "Artemis" włącznie. Po piętach deptać im będzie zła korporacja IOI na czele z Nolanem Sorrento, za którego do wyścigu startuje masa jego mięsa armatniego.

I tu płynnie rysuje się pierwszy plus tego filmu: fabuła. Jestem graczem, więc siłą rzeczy wątek poszukiwań Easter Egga intrygował mnie od początku do końca. To właśnie przygody w świecie Oasis grają tu pierwsze skrzypce. Wyścigi, wielkie bitwy, znane przedmioty, posiadające tutaj niezwykłe właściwości, grzebanie we wspomnieniach twórcy, aby, odkrywając jego tragiczną postać, wpadać na trop nowych wskazówek...Wszystko zaczerpnięte całymi garściami ze standardów gier wideo.
Historia nie jest odkrywcza. Jest prosta, przewidywalna i, trzeba to jasno powiedzieć, dąży do oczywistego morału "Graj w gierki, ale nie uciekaj do nich przed światem zewnętrznym na długo, bo nigdy nie pocałujesz dziewczyny". Choć przed seansem przeczytałem wiele kiepskich opinii na ten temat, osobiście nie odebrałem finału tak mocno.
Postacie (tak w postaci cyfrowej jak i ludzkiej) zarysowano całkiem nieźle. Każdy ma swój mały epizod oraz nie większy charakter. Krótko mówiąc, nie trzeba o nich zbyt wiele wiedzieć, a i tak się dobrze piątkę bohaterów ogląda.

Odwołania? Jest ich tu naprawdę sporo, czy to do gier (choćby Starcraft, Overwatch), filmów (Powrót do Przyszłości, Lśnienie), czy muzyki. Czy film "jedzie na nostalgii"? I tak, i nie.
Jeśli ktoś kocha doszukiwać się miliona "smaczków" klatka po klatce, westchnie z sentymentu na widok samochodu dr Emmeta Browna lub uśmiechnie się na widok mini-świata złożonego z minecraftowych bloczków, i czuje się z tym dobrze, to film spełnił swoje zadanie poboczne. "Player One" ma być osadzony w fikcyjnym świecie, w którym każdy może być kim chce, więc czemu nie pokazać Harley Quinn z Batmana, Goro z Mortal Kombat albo Stalowego Giganta? Takie są prawa tej gry, taki był zamysł Ernesta Cline'a, autora powieści, na której film bazował.
Dla jednych miliony postaci czy przedmiotów mogą być rzutem oka w "tę dobrą" przeszłość. Wiecie, czasy w których wszyscy byli młodzi, piękni i grali na automatach oraz konsolach typu Atari/Commodore. Dla drugich, takich jak ja, to będzie tylko fajny dodatek, ciekawie zrealizowany. Dla trzeciej grupy zaś film będzie kolejnym blockbusterem, który oferuje humor, trochę akcji, "szczyptę" wspomnień, ale nie rozwija kina w żadnym kierunku.

No i na koniec: muzyka, adekwatna do scen, w których została użyta. Alan Silvestri, maestro odpowiedzialny za ścieżkę dźwiękową chociażby do Avengers, Expresu Polarnego, Powrotu do Przyszłości czy Foresta Gumpa i tym razem włożył w swoją pracę mnóstwo wysiłku, pasji i zaangażowania, co słychać na każdym kroku.

Mimo przeczytania krytycznych recenzji, nie nastawiałem się na film negatywnie. "Zobaczymy co będzie", powiedziałem sobie. I jakież było moje zdziwienie, gdy na sali kinowej bawiłem się naprawdę dobrze! Śmiałem się, momentami wzruszałem...Nawet ten oklepany morał "Nie zapominaj się zakochać w prawdziwym życiu!" jakoś  przełknąłem, choć wolałbym aby było to poprowadzone troszkę inaczej.
Podsumowując: jeśli zastanawiacie się, czy warto iść na "Player One", to zróbcie to czym prędzej! Nie powiem wam czy film was przekona, czy nie. Nie powie wam tego Ichabod, Komiksomaniak, Dem3000 ani inny vloger. Jeśli stwierdzicie po seansie, że straciliście czas, będziecie mogli przynajmniej wdać się w dyskusję. Jeśli jednak film wam się spodoba, nie zapomnijcie mi za "polecajkę" podziękować.


Wewnątrz Cierpienia - opowiadanie [Dr Strange] 2018-04-10

Doctor przechadzał się po sanktuarium. Choć minęło już kilka dni od rozprawy z Dormammu, wciąż myślał nad tym co udało mu się dokonać oraz nad krytyką ze strony Mordo, byłego przyjaciela. Czy naprawdę pogwałcił strukturę magii, posługując się Okiem Agamoto do uwięzienia Dormammu?
"Cholera, co ja sobie myślałem?!" - spytał sam siebie - "Wiedziałem co trzeba zrobić, było to jedyne słuszne...Ale przecież...Ten BÓL!"
Nie mógł zapomnieć jak kolce przebijają jego ciało, jak potęga demona rozrywa go raz za razem, jak promienie wyżerają mu ciało. Tyle razy zginął...ale tyle razy się odradzał! Nie miał czasu spojrzeć choćby przez moment na "drugą stronę".
"Urywki...Strzępki wizji...Ciemność...Mrok...Czy to wszystko widzisz, kiedy zginiesz raz na zawsze?"
Z rozmyślań wyrwał go Wong. Otyły mnich niósł pod pachą niewielką skórzaną księgę. Strange wyciągnął po nią dłoń, lecz Wong tylko przed nią stanął.
" Nie wiem, czy dobrze robimy. To zakazane, nikt poza tobą nigdy nie zaglądał do Otchłani! Czemu chcesz tam wrócić?"
Strange pokręcił głową. "Nie chcę WRACAĆ. Chcę spojrzeć. I przy okazji odszukać kogoś".
Wong zmrużył oczy. "Kogo?". Znał już odpowiedź. "Chodzi ci o Kaeciliusa? Przecież go wygnałeś! Zagrażał nam!".
Strange zbliżył się do Wonga i wyciągnął z jego dłoni księgę. "Tak. Był naszym wrogiem. Jednak wciąż nie rozumiem dlaczego tak bardzo chciał oddać świat jednemu z najgroźniejszych demonów Otchłani."Doctor odwrócił się w stronę wielkiego, szklistego okna.
"Ale Starożytna..."
"Starożytna NIE ŻYJE!" - wykrzyknął, obróciwszy się przez ramię do Wonga. Skłonił głowę i już szeptem powtórzył: "Ona odeszła. Czerpała z Dormammu moc, karmiła się nią, a teraz jej nie ma. Muszę wiedzieć więcej o tej bestii, jeśli miałaby kiedyś powrócić"
Doctor podszedł do pulpitu, położył na nim księgę i, używając Oka, otwarł jej pieczęć. Kontynuował:
"Kaecilius był jego najwierniejszym wyznawcą. Dlatego chcę poszukać informacji. Dowiedzieć się jak demon na niego wpłynął, co mu zaoferował w zamian i co naprawdę otrzymał. Teraz odejdź."
Wong pokłonił się, posmutniał i odszedł, obrócony plecami do nowego Najwyższego Maga. Gdy wyszedł, przymknął drzwi i przyłożył oko do niewielkiej szczeliny.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Strange obracał stronę za stroną, szukając odpowiedniego zaklęcia. W końcu znalazł je i palcami zaczął kreślić znaki nad narysowanym w książce pentagramem, wmalowanym w trzy okręgi.
- Dorrme'est Vanguar Ellesa De Geneverre!
Komnata zajaśniała zielono-niebieskim blaskiem. Strange przyłożył dwa palce do jarzącego się owym blaskiem znaku. Zamknął oczy.
Gdy je otworzył, świat wokół niego wirował. Otaczała go dziwna, fioletowa aura niebiańska, po której sunęły setki planet różnego rozmaru. Stał na jednej z nich, będącej wielkości akurat wystarczającej na jego dwie złączone stopy. W oddali dało się słyszeć ciche łkanie. Zbliżało się do niego z wolna. Nagle na planetach zaczęły kształtować się ludzkie twarze, pełne cierpienia i nieopisanego bólu. Nie fizycznego raczej, lecz smutku.
Na powierzchni największej z nich, centralnie w kierunku Doctora, wyrysowała się pociągła twarz o zamkniętych oczach i ustach. Nagle z jednego i drugiego oka wypłynęły dwie czerwone strugi, malujące powieki.
"Kaecilius..." - wyszeptał Strange. Powoli sięgnął ku twarzy...
-------------------------------------------------------------------------------------
Nagle znajdował się na powierzchni planety, którą jeszcze sekundy temu oglądał. Tym razem jednak była ona znacznie większa, niż ją widział. Rozciągała się aż po wszystkie krańce horyzontu niczym wielka kosmiczna pustynia, po brzegi wypełniona piaskiem otchłani.
Tuż przed nim klęczał jego wróg, Kaecilius. Już sam jego widok przerażał. Szare, częściowo spopielone postrzępione szaty, odsłaniały gdzieniegdzie krwawe cięte rany. Jego twarz zakrywały słabe, chude niczym u szkieleta dłonie. Między palcami ciekły czerwone łzy.
Strange pochylił się nad nim, sięgnął dłonią.
"Kaeciliusie..." zdążył wyszeptać, lecz ten odwrócił się nagle, ukazując oblicze pełne ciętych ran. Sińce pod okiem tworzyły kaskadę dla potoku łez, wylewających się z jego niegdyś czarnych, dziś białych powiek.
"ZOSTAW MNIE! ODEJDŹ, ZGIŃ, PRZEPADNIJ! CZEGO JESZCZE CHCESZ???" - wykrzyczał, aż echo odbiło jego słowa od planet, nadal krążących nad nimi.
Strange nie wiedział co ma rzec. Wpatrywał się właśnie na człowieka, którego ból i samotność do reszty wyniszczyły. Cierpienie, słyszalne mocno w jego głosie, świadczyły o powolnej, lecz niekończącej się śmierci byłego maga.
Kaecilius odwrócił głowę ponownie ukrywając ją w dłoniach. Położył się na ziemi na boku, podciągając kolana do głowy.
"To chciałeś zobaczyć, Doctorze?" wybełkotał z ust, zamkniętych w ciasnym uścisku
"Ja..."
"Nie spodziewałeś się tego, prawda? Nie mów mi, że nie wiedziałeś, gdzie mnie posyłasz"
"Tego właśnie chciałeś" zmrużył oczy Strange - "Oddać świat Dormammu, który wynagrodziłby cię mocą i potęgą za wpuszczenie go tu. I zobacz co dostałeś"
Kaecilius zerwał się nagle z ziemi zwinnie niczym wąż. Materializując eteryczny pocisk cisnął nim w Doctora, lecz ten w ostatnim momencie zdążył się uchylić.
"TY NIC NIE ROZUMIESZ!" - wykrzyczał Kaecilius. W jednej chwili przestał krwawić z oczu, a jego rany przybrały na moment jasny kolor - "Ty nic nie rozumiesz, głupcze...Potęga?! Moc?! Ty smutny, zgorzkniały człowieku..."
Zamknął oczy, kierując głowę ku planetom i nabierając wdechu.
"Czujesz to, Doctorze? Te wibracje niematerialnej powłoki, z której utkany jest ten świat? To właśnie prawdziwe cierpienie. Zniszczone marzenia, nierozliczona przeszłość, niepogodzone straty, wydumane uprzedzenia, urojony sens wszechrzeczy...Wszystko to czym karmi się Dormammu."
Kaecilius opuścił głowę. Upadł ciężko na ziemię, do pozycji siedzącej.
"Miała na imię Beltrine. Uczyła się magii tak jak ja. Pochodziła z biednej rodziny, jej ojciec odszedł kiedyś do innej, matka zaczęła pić i sprowadzać nowych "tatusiów", którzy ją bili. Raz w obronie uderzyła jednego z tych obwiesi otwartą dłonią, a tamten poleciał na stół, tłukąc wszystkie flaszki. Dostał za to łomot patelnią od kochanki, he he"
Kaecilius przerwał opowieść. Strange zauważył nagle coś dziwnego w zachowaniu swego przeciwnika. Kaecilius uśmiechał się.
" Była cholernie dobra, mówię ci...Pewnego dnia coś się stało. W jednym z naszych sanktuariów działo się coś dziwnego, więc wysłano nas oboje, byśmy sprawdzili w czym rzecz. Gdy dotarliśmy na miejsce, było już za późno. Wszyscy strażnicy leżeli w strugach własnej krwi, brama została rozbita, a przed nami stał tylko jeden, za to cholernie niebezpieczny mag".
Chwilowy uśmiech przerodził się na powrót w poważny, kamienny wyraz twarzy.
"Jeden z tych skubańców zdradził. Chciał zrobić to samo, co ja dużo później. Ruszyliśmy na niego, ale okazał się za silny. Jednym ruchem powalił mnie, a gdy Beltrine próbowała sięgnąć po magię, on tylko dobiegł do niej i zaczął wysysać moc. Nagle ni z tego ni z owego zjawiła się Starożytna. Podeszła gnojka od tyłu, roztrzaskała mu łeb jakimś antycznym dzbanem i ot tak zasklepiła szklaną barierę. Poderwałem się do Beltrine, chciałem ją ratować...Starożytna nawet na nas nie spojrzała. Nim odeszła powiedziała tylko "Posprzątajcie ten bałagan i szybko wracajcie"..."
Kaecilius zawiesił głos. Milczał parę chwil, przenikając łzy, które na nowo zaczęły cieknąć swoimi strugami. W końcu kontynuował:
"Umarła na miejscu, w moich ramionach. Nie mieliśmy niczego poza sobą, rozumiesz, czarodzieju? Starożytna mogła jej jeszcze pomóc, gdyby tylko chciała..."
Nagle ziemia pod stopami się zatrzęsła. Doctor przysiadł, ostro trzymając się gruntu. Kaecilius zaś siedział niezwruszony.
"To co czujesz, to właśnie mój ból. Dormammu miał mi przynieść tylko ukojenie, nic więcej. Pragnąłem nie zemsty, lecz spokoju, równowagi"
"I szukałeś jej u żądnego ofiar demona?" spytał Strange.
"On nie chce ofiar, Doctorku. On także cierpi. Podtrzymuje się przy życiu wchłaniając jedynie ból, stratę, krzywdę, cierpienie, smutek i żal, bo sam jest z tego utkany. Teraz to widzę..."
"Chciałeś żeby inni także cierpieli?"
"Chciałem, aby inni poznali mój ból i wreszcie uświadomili sobie jak bardzo krzywdzą nie tylko mnie, lecz i mnie podobnych. Ale ty tego nie zrozumiesz"  - spojrzał na Doctora - "Nie zrozumiesz tego, tak samo jak oni. Dormammu już do was nie wróci. Nie fizycznie. Ale bramy dusz nadal są dla niego otwarte. Pilnuj się więc, doktorze. Jeśli ogarnie Cię smutek, już nigdy z niego nie wyjdziesz"
W jednej chwili serce Doctora zaczęło tłuc jakby ktoś próbował wwiercić się w jego wnętrze. Przez umysł napływały setki myśli i obrazów, a wszystkie zawierały jeden obraz: Christine...
Steven zaczął się trząść, pot oblał całe jego ciało. Jednym ruchem w oka mgnieniu opadł na drewniane deski podłogi sanktuarium w Nowym Jorku. Wong podbiegł do niego i podniósł.
"Księga!" - zakrzyknął, lecz Strange rzucił się w jej kierunku i zamknął czym prędzej.
"Nic ci nie jest, mistrzu?" spytał Wong.
"Nie, wszystko w porządku. Już dobrze Wong, naprawdę" - uspokajał swojego druha.

Lecz dobrze wiedział, że nic nie jest takie jak powinno. Demon nie wróci, ale Christine...
"Możesz odejść, Wong, zanieś to do biblioteki i zapieczętuj" - podał mnichowi księgę. Gdy ten odszedł, Strange podszedł do szklanego, okrągłego okna. Zamknął oczy i cicho zaczął szlochać. Jego łzy były czerwone...


"Stracharz i Czarownica" 2018-04-10

On stracharzem był z zawodu, Ona lamią, wiedźmą z piekła,
Zakochali się za młodu, choć to miłość jest przeklęta
Gdy nie czuwał, polowała, gdy stróżował, była przy nim
Ona ludzi mordowała, on podążał za boginem,
Nie wytrzymał lud podłości, wiedźmę zgładzić Jemu kazał,
On jednakoż, w swej miłości, wraz z konstablem się ugadał;

Po kryjomu wywiózł wiedźmę, w wiosce plotka, że zniknęła
Przeminęły dni jesienne, właśnie zima się zaczęła,
W tajemnicy przed złym światem, jak i również przed nią samą,
Czy to zimą, czy to latem, by nie stała się znów lamią,
Napar co dzień jej podawał, pod przykrywką z ziół herbaty;
Rozum mącił, otumaniał, ukochanej nie chcąc stracić;

Piękna ciałem, sercem czysta, lecz w naturze krwi spragniona;
Zimą jej obecność bliska, wiosną, latem zaś więziona;
Lata całe tak to trwało, lecz jak wszystko, znika szybko:
Kłamstwo w końcu się wydało, a uczucie prędko znikło;
Przebudziło się pragnienie, rozum wrócił, oczy patrzą:
Choć wszystkiego nie wymienię, grunt powiedzieć: wiele zaszło;

Była magia, krew, pazury, łańcuch srebrny poszedł w ruch,
Ale stracharz dziś ponury, zbladły chodzić zaczął już
Wiedźma w dole, gdzie jej miejsce, siedzieć dawno tam powinna,
Chociaż boli stare serce, wiedźma nadal w swym jest zimna
Dni minęły, Mrok ustąpił; lamia znowu jest kobietą,
Chłodne sople słońce topi; choć wróciło, lecz już nie to;

Do swych krajów wiedźma wraca, w Hrabstwie miejsca dla niej brak,
To stracharska przecież praca, by wyzwolić z Mroku świat.
Lecz choć rozum prawi słusznie, dusza nadal niespokojna,
Umysł miesza sny okrutne, wieści z Pendle: będzie wojna:
Wiedźmie klany spisek knują, trzeba jechać, póki czas,
Ale myśli znów się snują, bo już przecież nie ma nas...


Pernelle, czyli duchowa Wielkanoc 2018-04-08

Czy kogoś zdziwi to, że znów się "zeszliśmy" z Pernelle?

Jak Chrystus, tak i nasza relacja zmartwychwstała po trzech dniach, gdy otrzymałem maila od Pernelle. Przyznaję, że byłem lekko zaskoczony. Naprawdę myślałem, że to już ostateczny koniec, że tak naprawdę nigdy nie było dla nas szansy.
Mail nie był długi. Ot, parę zdań z przeprosinami, wyjaśnieniami i wyrażeniem chęci przywrócenia kontaktu. Gdy pisałem "Ostatni list od P." czułem się skrzywdzony. Przecież wszystko już się tak dobrze układało, walka z samym sobą stała na lepszym poziomie niż wcześniej...Miało być tylko lepiej, tym bardziej, że sama Pernelle ową poprawę zauważyła.
Tymczasem trzy dni po wybuchu emocji z jej strony dostałem przeprosiny. Moje serce zabiło mocniej. W "Ostatnim liście" dominował rozum. Rozsądek grzmiał:
- Ona nie widzi Twoich starań! Ciągle robisz z siebie kozła ofiarnego, korzysz się przed nią, uważasz na słowa, ale ona i tak tego nie docenia! Zostaw ją, czas przeminie i zapomnisz o niej w końcu. Wszystko się ułoży!
Nawet pani Halina wsparła mnie, pisząc że pewnie Karolina nie była mi pisana, że jeszcze znajdę "Tę Jedyną" i życie się toczy dalej.

Tylko że widzicie...Nie da się zapomnieć o kimś, kogo się kocha. Tym razem nie jest to miłość "szczenięca", jak było w przypadku Kejt. Tamto to była głupota, uroiłem sobie coś, co nie nawet nie istniało, a kto wie jak to by się skończyło, gdybym wtedy został sprowadzony na ziemię przez rozsądną (jaką nadal jest), choć odrobinę zagubioną dziewczynę (którą już nie jest; zagubioną, rzecz jasna!)?
Nie mniej, wracając do tematu: w Kejt mogłem być, co najwyżej, zauroczony, ale Pernelle to już fascynacja miłości. Tym jaka jest, jak postrzega świat, jak kształtuje swoją duszę. Od początku aż do dziś, przez kilka lat kontaktu (z niewielkimi przerwami) gdzieś w środku mnie narodziło się do niej swego rodzaju uczucie, którego nie mogę (i nie chcę) się pozbyć. Dlatego z radością przyjąłem jej przeprosiny, przebaczyłem i dopuściłem na powrót do siebie (choć nie zdążyła przecież odejść zbyt daleko).

Z treści jej maila wyłaniał się obraz podobny do mojego sprzed dwóch lat. Jak kiedyś swoją zazdrość wyzwalałem za pomocą wyrzutów i ciężkich słów, tak teraz, poradziwszy sobie z tym szkodliwym uczuciem, na spokojnie opisałem swoje przeżycia Karolinie. Bez ekscesów, bez "naskoku" na to z kim "trzyma". Uznałem, że będzie to z mojej strony działanie ryzykowne, ale szczere. Aby widziała, że nadal walczę z samym sobą.
Jej wybuch i pretensje do mnie, zarzuty że się nie zmieniłem...To zadziałało na mnie jak "liść" od dziewczyny tylko za to, że chłopak nie odbierał telefonu, bo pomagał staruszce przejść przez jezdnię.
 W miarę czytania maila objawiała się słabość Pernelle: strach. Zareagowała tak impulsywnie, jak ręce i źrenice, gdy ktoś skieruje na oczy mocne światło. Instynkt samozachowawczy, swoisty odruch bezwarunkowy, do którego wyrobienia się przyczyniłem. A przecież, jak sama napisała, "To moje słabości są moim wrogiem, nie Ty".  

- Ale przez nią wtedy cierpiałeś...

Uderzyły mnie jej słowa, to prawda. Ale fakt faktem to moje słabości przyczyniły się w pewien sposób do powstania jej czułych punktów. Nadal za ten stan rzeczy winić mogę wyłącznie siebie. Pernelle nie jest zła. Nie zrobiła niczego złego. "Nie doceniała moich starań"? Prędzej po porstu się bała, że znów na stałe wróci "ten drugi ja". Jak inaczej mogłaby się wtedy obronić?
Dlatego też ustaliliśmy wspólnie, że tematu przeszłości poruszać już nie będziemy. Gdy nadejdzie atak zazdrości, po prostu go przemilczę, przeboleję w swoim stylu, zachowując pozory, jakby nic się nie działo. Potem i tak wszystko wróci do normy, więc po co kolejny raz niepotrzebnie prowokować u Pernelle nawrotu negatywnych emocji z powodu moich mentalnych słabości?
I tak też stało się. Wróciliśmy, rozmawiamy, śmiejemy się, wymieniamy spostrzeżeniami i odczuciami. Znów jest dobrze. Jakoś tak ze mną jest, że nikt ode mnie tak naprawdę nie odchodzi, nikogo nie tracę, jeśli ten ktoś dalej żyje. Nawet po małej sprzeczce, osoby dla mnie ważne wracają. Dajemy sobie kolejną i kolejną szansę. Pernelle jednak jest spośród takowych absolutnie najważniejsza. Nie przesłania mi świata, nie jest tak, że widzę wszystko tylko jako tło do jej idealnego obrazka.  Postrzegam świat po swojemu, ona jedynie nadaje mu blasku kolorów, szczypty smaku, garść sensu i dwie łyżki perspektywy.
Dlatego też w pełni zdaję się na serce. Jestem z Tobą, Pernelle, zawsze byłem i, póki starczy mi sił, pozostanę. Zechciej mi nadal towarzyszyć, najdroższa, na drodze mojego życia.
Zapewne jeszcze przyjdą znienacka różne ciemne dni, które nie będzie nam obojgu łatwo przetrwać. Choćby jednak ogień nas strawił, a gruzy zakopały, nasza więź pozostanie nierozerwalna.

Wybaczam. Dziękuję, Kocham. Mam tylko nadzieję, że będę w stanie podtrzymać jej wolę do życia, by cieszyć się nim z nią jak najdłużej.


Zniewolenie, na które się godzimy 2018-04-06

Żyjemy (z) technologią i tego nie da się ukryć.

Rano budzi nas alarm w smarftonie. Podczas śniadanie przeglądamy porcję porannych newsów na kilku portalach. W drodze do pracy bądź na uczelnię odpalamy ulubionego audiobooka lub wkręcamy się w świetny muzyczny album. Już na miejscu, przez następnych parę godzin, korzystamy z komputera lub nadal jego mobilnej wersji. Gdy trzeba gdzieś dotrzeć, odpalamy jakdojade, wyszukujemy optymalną trasę i rozkłady jazdy komunikacji miejskiej. Nie chcemy się trudzić? Nic prostszego, zamawiamy ubera!
Dalszych przykładów można by mnożyć i mnożyć bez końca. Sami na pewno świetnie zdajecie sobie sprawę ze znaczenia technologii oraz postępu, jaki na naszych oczach wciąż się dokonuje (choć w praktyce dziś to bardziej ulepszanie już znajomych urządzeń i mechanik).

Wyobrażacie sobie przeżyć choć jeden dzień bez smartfona lub internetu? To dopiero byłby dramat! Gdzie znajdziesz newsy, skoro nie masz telewizora ani radia? Jak znajdziesz sposób dojazdu w dane miejsce? Skąd weźmiesz informacje, potrzebne do projektu, przy którym właśnie w tej chwili pracujesz?
Kiedyś trzeba było ufać bardziej analogowym czynnościom i przedmiotom. Z mapą w ręku szukało się miejsc, w poszukiwaniu wiedzy siedziało się nad masą książek w bibliotekach, nawet prasę kupowało się chętniej każdego dnia. Było trudniej, a jednak ludzie wtedy jakoś funkcjonowali. Mało tego, byli bardziej skorzy do rozmów i poznawania siebie nawzajem. Całe wsie i miasteczka wiedziały kto, co z kim i dlaczego. Do dziś, gdy podczas odwiedzin u babci rozmowa spada na temat "co u niej", przygotowuję się za każdym razem na masę nazwisk jej sąsiadów czy dalszej rodziny, o których nie mam zielonego pojęcia.

Czyżby technologia szerzyła aspołeczność i oddalała nas od siebie? I tak, i nie. Z jednej strony codziennie możemy porozmawiać z ponad setką ludzi na różnych forach, grupach facebookowych i innych portalach. Poznajemy masę osób, często oddalonych od nas o wiele kilometrów, choć bywają przypadki nawiązania kontaktu z kimś, mieszkającym w tej samej miejscowości. O ile kiedyś musieliśmy mieć szczęście spotkania takich osób "w realu", o tyle dziś wystarczy parę kliknięć, by nawiązać nową znajomość.
Negatywy? Być może, w niektórych przypadkach, większe rozleniwienie, czyli skłonność do "stukania" w telefon zamiast spotkania w rzeczywistości, choć nie wyolbrzymiałbym tego problemu zbędnym generalizowaniem.

- No dobra. A więc technologia nas nie dzieli, tylko rozleniwia?

Trochę tak. Jeśli szukamy butów/kurtek/płaszczy, to najczęściej szukamy właśnie w internecie (a potem dziwimy się, że przyszła w złym rozmiarze i trzeba odsyłać sprzedawcy). Za kilka kliknięć więcej znajdziemy nawet usługi dowozu artykułów użytku domowego oraz spożywczego, co nieraz oszczędza nam kolejkowych nerwów oraz czasu.
 Aplikacje w smartfono-iPhonach pozwalają nam skutecznie rozporządzać zwłaszcza tym ostatnim. Działamy szybciej, wydajniej; zostaje nam więcej cennych minut, które możemy zmarnować na coś innego. Niestety im więcej z nich korzystamy, im lepiej się z nimi czujemy, tym bardziej odczuwamy ich brak przy awarii sprzętu. Wystarczy, że na godzinę wyłączą prąd. Wraz z nim padnie Wi-Fi, przez co nie będziemy umieli znaleźć dla siebie zajęcia w czasie wolnym, a produktywność drastycznie spadnie.
Tak. Jesteśmy niewolnikami sprzętów. Do tego stopnia zaczęły nam ułatwiać życie, iż dzisiaj bez nich wszystko idzie się walić. Nie wspominam tu o portalach, słabnących forach, e-mailach czy kontaktach na Messengerze. Mówię tu bardziej nie o uzależnieniu psychicznym, co funkcjonalistycznym, sprawnościowym. Internet potrzebny nam jest do wszystkiego, a jeszcze lepiej, gdy mamy go mobilnie w dotykowych telefono-komputerach.

Czy jest z tego jakieś wyjście? Niestety, obawiam się, że wszystko już w takiej formie pozostanie. Wystarczył będzie wtedy jeden, malutki impuls elektryczny, jedna dobrze spuszczona atomówka, a nie tylko nasze powietrze, życie i zdrowie będą zagrożone, lecz przede wszystkim nasza zdolność do przetrwania. Bez prądu nie będzie światła, nie obsłużymy mikrofalówki, jedzenie w lodówkach się zepsuje, kontakty się pourywają (bo nawet zwykłe telefony przestaną działać). O internecie zaś będziemy sobie mogli tylko pomarzyć. Kompletne odcięcie od świata i nieprzebranych zasobów wiedzy. Kaplica, kaput.
Ale, czy nas to przeraża, skoro już dziś, w czasach pokoju i w miarę dobrego poczucia bezpieczeństwa, tracimy głowę, gdy gubimy się w nieznanym nam mieście, a bateria w telefonie właśnie się wyczerpała? Jak kupić bilety? Jak dojść do miejsca docelowego?
Jesteśmy społeczeństwem cyfrowym. Nie zmienimy tego. Teraz to my uczymy "starodatowiczów" obsługi technologii. Ci z kolei powoli wymierają, nie przekazując nam znanych im metod przetrwania. Szkoda tracić czas i siła na pisanie możliwych scenariuszy "Cybergeddonu", jednak nie wróżę nam sukcesów. I tak pokona nas nasze własne dziecko, obrócone przeciw swoim użytkownikom. Jak kiedyś starszym wystarczyła do tego broń czy energia atomowa, tak dziś wystarczy odciąć wszystkim Wi-Fi.


Ostatni List do P. 2018-04-04

Przez kilka lat byłem chory. Serce waliło mi jak młot, puls przyspieszał do prędkości światła, a wewnątrz nagle stawało się tak niespokojnie i niepokojąco chłodno. Dziś wiem jak to się nazywało.

Oj, Pernelle...Jak wielkim dobrem a zarazem przekleństwem dla mnie byłaś! Żartowaliśmy, mówiliśmy o naszych uczuciach, emocjach, badaliśmy świat z różnych perspektyw, analizowaliśmy wszelkie aspekty życia, od religii, po filozofię, sztukę...I to było piękne, wspaniałe! Gdyby na tym tylko wszystko się opierało, byłoby wręcz idealnie.
Niestety między nami powstała tajemnicza, niezbadana więź, która z jednej strony nas wzmacniała, pozwalała szukać czegoś u siebie nawzajem, lecz z drugiej tylko wyniszczała naszą mentalność.
Mówiłaś wiele o sobie samej, skupiając się TYLKO na sobie, choć to mnie zarzucałaś egoizm. Pozwól więc, moja droga, lecz hipokrytyczna ex-towarzyszko, że opowiem Ci teraz coś o sobie.

Gdy nasza relacja schodziła na skraj, była bliska załamaniu, ja cierpiałem. Przyspieszone serce, rosnące napięcie, niepewność co się stanie oraz lęk towarzyszyły mi za każdym razem. Zależało mi na Tobie, na podtrzymywaniu kontaktu. Gdy błagałem Cię o wybaczenie, byłem w tym wszystkim szczery. Wiedziałem gdzie popełniłem błędy, chciałem je naprawić i żyć z Tobą nadal w pokoju. Wiązałem nawet pewne większe nadzieje, że może kiedyś Ty i ja stworzymy coś więcej. Bez nacisku, bez pośpiechu. Może nauczylibyśmy się wspólnego życia?
Na szczęście jednak to się nie stanie. Czujesz się nagle przytłoczona. Przez co? Bo powiedziałem Ci, że zmagam się ze swoją psychiką? Tylko tyle wystarczyło, by Cię złamać i zrazić do Ciebie, byś zapomniała o wszystkim co robiłem dla Ciebie? Smutne to, przykre i żałosne.

Wiesz, że chciałem dobrze. Porównywałaś mnie do narkomana. To nie ja byłem od Ciebie uzależniony, kochanie, lecz Ty sama od samej siebie. Różnica jest taka, że ja nauczyłem się trzymać do Ciebie dystans, kształtowałem swoje siły mentalne do prowadzenia normalnego kontaktu z osobą, na której zależało mi najbardziej (Czy to wszystko, przez co przechodziłem, miało dla dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie? Teraz już wiem, że NIE). Ale Ty nadal chciałaś więcej i więcej tylko dla siebie.
Zerwałaś znajomość, jak mówisz, po raz ostatni. Dobrze więc. Tym razem nie będę przynajmniej cierpiał, bo wszystko teraz jest dla mnie jasne: czego tak naprawdę oczekiwałaś i kim w rzeczywistości byłaś. A myślałem, że oboje jesteśmy ze sobą szczerzy, prawdziwi...
Nie będę się łudził, że kiedykolwiek jeszcze się otworzymy na siebie, bo też nie chcę powrotu. Kiedyś zabolałoby mnie to, cierpiałbym i napisałbym jednak kolejnego maila, po jakimś roku. Ale teraz nie miałoby to sensu ani przyszłości.

W tym wszystkim jednak najbardziej przykre jest to, że i tak będziemy o sobie myśleć. O tak, będziemy chcieli zapomnieć, zatrzeć ślady przeszłości, usunąć się na "Fejsie", skasować maile, zniszczyć listy. Ale mimo naszych usilnych starań to będzie nierealne. Nie uwolnię się od Ciebie do końca, tak jak Ty nie pozbędziesz się mnie. Nie będziemy dawać znaku życia, jedna dusza od drugiej nie dostanie nawet cienia sygnału. A jednak pozostaniemy mentalnie związani już po wsze czasy.
A jeśli martwisz się czy nie popełnię samobójstwa (choć słowo "martwić" to w twoim rozumieniu tyle co "zwracać uwagę na"), to wiedz, że nie, a przynajmniej jeszcze nie, dopóki nie mam  upragnionych przeze mnie warunków. Ale gdy to zrobię, to nie z powodu kogoś, kto mnie rani, nie dostrzegając wysiłków jakie wkładam w to, aby było wreszcie dobrze.

Dziękuję za dobre chwile, przepraszam za przeszłość, o nic nie proszę. Chciałem Ci wysłać list, albo ostatniego maila, ale wiedząc, że mogłabyś je od razu usunąć, zniszczyć bez czytania, masz odpowiedź w takiej formie. Jeśli to przeczytasz, będę zadowolony. Jeśli nie, trudno. Przynajmniej mogłem z siebie wylać wszystko co myślę w nieco dłuższej formie.
Życzę Ci miłego życia lub szybkiego samobójstwa na ukochanej Islandii przy brzmieniach Bjork, w zależności co wybierzesz.


"Ten drugi ja" - kilka słów więcej 2018-04-02

Czyli o Pernelle i mojej psychozie

Nie wiem czy demon zazdrości siedział we mnie od samego początku, ale z pewnością objawił się pierwszy raz podczas mojej pierwszej poważnej, choć nadinterpretowanej wtedy przeze mnie, znajomości z Kejt. Starsi czytelnicy wiedzą o co "kaman", nowym nie będę tej historii streszczał. Grunt to wiedzieć, że oboje byliśmy wtedy...nieokreśleni. Braliśmy pewne rzeczy zbyt na poważnie, czasem kłamiąc i udając, że wszystko jest ok. Moje szczenięce lata, można by rzec, choć minęło od tego okresu niecałe sześć lat. Wtedy już zaczęło się dziać ze mną coś...niepokojącego. Moja, jeszcze wtedy dziecinna, naiwna, delikatna psychika zaczęła się rozpadać, a ja sam po prostu wariowałem, "skręcając" to w boską, to w diabelską stronę. Złudzenie miłości przeplatało się z gniewem, pychą i ogromną zazdrością. Zwłaszcza to ostatnie uczucie miało na mnie (i na innych) destruktywny wpływ.
O Róży też rozpisywać się nie będę. Choć tak samo daleka jak Kejt, była mi całkowicie, niemal bezgranicznie oddana. Wtedy myślałem, że odzyskam nadzieję, ale i ta znajomość uległa załamaniu, już tym razem z mojej strony, bez żalu i pretensji od samej R.
Za to Karolina "Pernelle"...

Poznaliśmy się na portalu zapytaj.pl. Rozmawialiśmy wtedy wiele o duchowości oraz kilku ciekawych postaciach z Naruto, choć nigdy ani nie czytałem mangi, ani nie oglądałem anime. Taka korespondencyjna forma utrzymywała się jakiś czas, aż przeszliśmy na "gadulca" (GG, dawne Gadu-Gadu). Wymieniliśmy się wkrótce numerami telefonów, dzwoniliśmy do siebie, sms-owaliśmy, a wreszcie nawet raz doszło do spotkania w Krakowie. Byłoby pewnie jeszcze jedno, później kolejne w Katowicach, ale los ciągle z nas drwił, podkładając kolejne bale pod nogi. Tak czy inaczej, nasza relacja się rozwijała, a więź między nami rosła. Może nie do pełnej miłości czy czegoś "Kejto-podobnego", ale na pewno do duchowej przyjaźni.
Niestety z czasem moja psychika znów zaczęła wariować.  Albowiem zapewnialiśmy sobie, że jesteśmy dla siebie najbardziej wyjątkowi, najcenniejsi i takie tam. Powodowało to, że ilekroć polecałem Pernelle jakiś film, a ona obejrzała inny, który polecony jej został przez kogoś innego, od razu potrafiłem wszcząć z tego powodu awanturę! Nie pomnę już tych wszystkich sytuacji, gdy z prostszych, lecz wypływających z mojej nadnaturalnej zazdrości powodów potrafiłem wpadać w niepohamowaną złość, nieraz włączając w to bluzgi, które ona zmuszona była znosić.
Gdy wyjeżdżała na wymianę do Hiszpanii, nie było dnia bym nie "cierpiał". Jak głupi nagrywałem dla niej czytanie jakiejś książki, spisywałem na "gadulcu" coś w rodzaju dzienników, jakby łudząc się, że je przeczyta...Ale posuwałem się też do manipulacji uczuciami. Kiedy poczułem się dotknięty, potrafiłem tak zręcznie operować słowami, jakbym był wzorowym absolwentem szkoły aktorskiej, czy nawet  zdobywcą Oskara! Wiedziałem jakich wyrażeń użyć, na jakie tory pokierować rozmowę, by Pernelle poczuła się tak, a nie inaczej. By odczuła mój ból. Robiłem to jednak podświadomie. Nie miałem tego na celu!
Cierpienie tak mocno mnie dobijało, a gniew wymieszany z zazdrością tak bardzo rozrywał moje myśli, że odruchowo byłem w stanie zachowywać się w sposób irracjonalny! Krzywdziłem ją, wyczerpywałem jej ostatnie pokłady cierpliwości. Odbijało mi do reszty.
W końcu nie wytrzymała, rozstała się ze mną listownie (mimo kontaktu przez internet, korespondowaliśmy ze sobą także przez pocztę). Pamiętam, że gdy przeczytałem "Jeśli naprawdę ci na mnie zależy, pozwól mi odejść", popłakałem się jak dziecko i podarłem list.
Po paru miesiącach wznowiliśmy kontakt, choć nie był to okres łatwy. Zdałem sobie sprawę, iż nie mogę bez niej żyć. Wnosi ona do mojego życia namiastkę świeżości, lekkiej radości i...dopełnienia. Napisałem do niej, przeprosiłem, znów było normalnie. I, tak jest, "popsułem się" po raz drugi. Kiedy już myślałem, że jest naprawdę dobrze, okazało się wręcz na odwrót. Nie nauczyłem się na  błędach, które bezczelnie powtarzałem. Szczęście w nieszczęściu, jej mentalność w stosunku do mnie uległa wzmocnieniu. Nie przywiązała się aż tak, była w stanie oprzeć się moim atakom. Zahartowałem ją na tyle, by ot tak znów zerwać kontakt.
W lutym ubiegłego roku napisałem do niej ponownie. Nie pragnąłem wtedy powrotu, a jedynie wybaczenia. Wówczas faktycznie byłem gotów, pamiętając czym ją krzywdziłem, jakich gadzich technik i słów używałem. Ku mojemu zaskoczeniu, dostałem od Pernelle jeszcze jedną szansę. Mailowo wymienialiśmy się tym co czujemy, co między nami zaszło, jak odbieramy się nawzajem. Od tego czasu minął rok i dziś swobodnie rozmawiamy nawet przez Messengera.

Wczoraj jednak znów "ten drugi ja" zaatakował. Na szczęście, tym razem nie aż tak ostro. Wystarczyło jedno spojrzenie na post na wallu Karoliny. Ot, zwykły odnośnik do dwóch lat znajomości i jakieś podziękowania za wsparcie i przyjaźń. Byłem wtedy u rodziny, ale i tak nie dawało mi to spokoju. Włączyłem więc moją ukochaną "Calaverę", mieszając gniew z myślami o samotnej śmierci od pistoletu, który kiedyś wyceluję sobie w głowę. Przechodząc do mniej mrocznych, depresyjnych utworów udało mi się jakoś opanować sytuację. Wieczorem wróciłem do domu, napisałem wiersz i położyłem się spać, wcześniej opisując wszystko Karolinie, by wiedziała, że to jeszcze nie koniec "tamtego mnie", że nadal muszę z nim walczyć, nie pozwalając mu zniszczyć ostatniej więzi z Pernelle.
Mam nadzieję, że moja najcenniejsza z ostatnich bratnich dusz tym razem nie odwróci się ode mnie. Nie chcę jej tracić na zawsze!

Wiecie....czasem naprawdę wydaje mi się, że powinienem być sam i kontaktować się ze światem tylko przez internet. Gdybym miał żonę i moja niepohamowana zazdrość pewnego razu by się odpaliła, na następny dzień miałbym już na biurko pozew rozwodowy.
Nie potrafiłbym żyć w związku. Nie potrafiłbym wiązać się z kimkolwiek, ani, co gorsza, mieszkać pod jednym dachem!
"Ten drugi ja" jest dla mnie jak Mr Hyde dla doktora Jeckyla albo Hulk dla Bruce'a Bannera. Nie powstrzymasz go, gdy się przebudzi. Mogę uważać na słowa, zachowywać pozory, ale to nieznośne uczucie nadal będzie mi towarzyszyć.
Jestem pierdolnięty, zdaję sobie z tego sprawę. Może od dziecka, może od 20 lipca 2012 (tak, nadal pamiętam). Nie jest mi lekko z tym żyć, ale już dawno pogodziłem się z tym, że nie jestem "normalny". A jeśli nie skończę ze sobą "po swojemu", aż strach tylko pomyśleć do czego to może doprowadzić któregoś dnia.


"Ten drugi ja" 2018-04-01

Znów się skrada za plecami, znów ode mnie czegoś chce,
Gdy przychodzi, świat umiera, coś dziwnego dzieje się
Brwi zmarszczone, uśmiech znika, szybciej jakoś krąży krew,
A pod skórą, w głębi ducha, znowu zazdrość, zdrada, gniew;
Oto nadszedł "ja" z przeszłości, miejsca trzeba oddać mu,
Choć mocniejszy jest ode mnie, w walce trudno złapać tchu
Może zdołam w końcu wygrać, na wiatr puścić myśli złe,
Lecz tak trudno się sprzeciwić, chociaż raz powiedzieć "nie";
Nie chcę więcej krzywdzić ludzi, ale tego chce zły Los,
Celnych kłamstw i gadzich sztuczek nigdy wcześniej nie miał dość;
Znów spodziewa się cierpienia, przecież wie na co mnie stać,
Jak perfidnie ludzkie dusze dla zabawy umiem kraść;

Na uczuciach twoich zagram, wbiję sztylet w słabość twą,
Słowo głębiej tnie od miecza, wyprowadzam celny cios,
Wnet utoniesz w łez kałuży, serce złamie się na pół
I nasyci się mój płomień, chłonąc duszy twojej ból!
A uciekaj gdzie chcesz sobie, ja dopadnę cię i tak,
Nie pozbędziesz się mnie szybko, już rozkłada cię mój rak,
Nie wiesz nawet co masz robić, przywiązanie czujesz ciągle,
Choć powoli cię dobija moje psycho wiecznie głodne
Gdy wykończę cię do reszty, wreszcie syty pójdę spać,
Jutro zbudzę się przybity, ty się nadal będziesz bać,
Lecz błaganiom dasz się ponieść, gdy powróci bestia znów,
I przyjmować będziesz ciosy pod płaszczykiem pięknych słów;

----------------------------------------------------------------------------------------
W samotności, izolacji, na pustyni mieszkać mi,
Bo nie ujdzie mym zapędom nigdy człowiek zdrowy, żyw,
Pustkę w sercu nosić muszę, na ofiary miejsca brak,
Choć Potwora w klatce trzymam, on wyłazi z niej i tak;
Czym jest miłość, gdy zazdroszczę? Czym jest dobroć dusz przyjaźnie?
Nic nie warte wobec tego, który więcej ciągle pragnie...


Gdy zamilknie głos kochany... 2018-04-01

Wszyscy umrzecie!

Nie żebym był nieśmiertelny, bo również pewnego dnia po prostu odejdę z tego świata, a coś mi mówi, że pewnie nawet wcześniej niż wielu z was. Ale wiecie co będzie nas wtedy odróżniało? Samotność.
Umierając, zostawicie na świecie wielu, którzy za wami będą rozpaczać. Ukochane osoby, najbliższe sercu, zranione koniecznością Losu, będą musiały nauczyć się żyć bez was. Pies z tym, gdy jeszcze będziecie mieć dość sił, by jakoś dać sobie radę, ale spójrzcie np. na moją babcię.
Biedaczka mieszka "na górkach" sama jak palec. Tyle lat mieszkała wraz z ukochanym dziadkiem, tyle lat wzajemnie się wspierali i pomagali sobie. A teraz sama musi przełączać piec na węgiel (przy jej astmie!), sama, obolała, musi podchodzić do bramy, by odebrać przesyłkę (bo jakiejś tępej cipie z poczty polskiej nie chce się fatygować do drzwi, tylko zostawia przesyłki między drutami w bramce). Gdy chce gdzieś jeździć, tata bądź ciotka z Rzeszowa (gdy akurat przyjedzie) muszą się fatygować i jej pomagać. A to zakupy zrobią, do kościoła wcześnie rano zawiozą, żeby nie trzeba było stać (co przy jej kondycji skończyłoby się w szpitalu). Dziadka na cmentarzu trzeba przecież odwiedzić raz w tygodniu, kwiaty zmienić, wymienić wkład w zniczu.
Co jej pozostaje? Mieszkać w Rzeszowie, pod opieką ciotki i wujka? Wtedy będzie ją "ciągnęło" do spokojnego, cichego domku w  D-cy, w którym mieszkała z dziadkiem. Z drugiej strony, pozostając tam musi borykać się z piecem, bólem to tu, to tam oraz wszechogarniająca pustką. Dziś przy mnie i tacie babcie się popłakała. "Nawet nie wiecie, jak mi jest ciężko!", wyraziła przez łzy. Tata jej na to, że takie jest życie, że każdego to czeka...

No i właśnie. Kochacie kogoś, prawda? Na pewno, przecież każdy kogoś kocha (poza mną, rzecz jasna; ja jestem upośledzony i uodporniony emocjonalnie).  Teraz  żyjecie sobie spokojnie, w miłości i pokoju, ciesząc się sobą nawzajem i borykając z problemami życia doczesnego. Nadejdzie jednak taki dzień (za X, X-naście, X-dziesiąt lat), gdy jedno z was odejdzie. Ty albo on/a. Jedno z was nie będzie czuło już niczego, zaś drugie ogarnie rozpacz, żal, uczucie pustki...Jeśli to nastanie za waszej młodości, uda wam się przetrwać. Jeśli jednak to dorwie was na starość, macie, krótko mówiąc, przesrane. Zostaniecie ze wspomnieniami, pustym miejscem w łóżku, kilkoma dodatkowymi naczyniami, stertą niepotrzebnych już ubrań, książek, od dziś nieużywanym telefonem komórkowym... Wszystko będzie wam przypominać stratę, aż zaczniecie sami siebie zżerać i popadać w ruinę.
Samotność to dziwka jakich mało. Wydyma każdego z was bez wazeliny, bo nigdy nie będziecie na nią w pełni przygotowani. Jedyne rozwiązanie? Żyć BEZ miłości!

- Ale jak to? - zapytałby mój znajomy z podstawówki i gimnazjum - Kto się tobą będzie opiekował w chorobie i na starość? Kto ci będzie pomagał?

No cóż...Wszystkiego idzie się nauczyć. Ponoć każdy samemu musi nieść swój krzyż i dźwigać go do ostatniej godziny. Ja wolę swoje wycierpieć w głodzie za miłością, ale jednocześnie przygotować się, by dożyć do końca swoich dni w jak największej samotności. Tylko tak można się uodpornić na ból. Tylko tak można przygotować się na swój koniec, kiedykolwiek i jakkolwiek nadejdzie.
A więc  cierpcie sobie, jeśli sądzicie, że zdołacie to przetrzymać. Płaczcie sobie śmierci ukochanych, stawiajcie im znicze i pomniki, rozpamiętujcie wszystkie chwile spędzone z nimi. Ja dokonałem już wyboru.
 Bo lepiej utwardzić serce i choć trochę złagodzić cierpienie odczuwane za życia, niż żyć w chwilach szczęścia, by pewnego dnia stracić - wraz z ukochaną osobą - grunt pod nogami.


Krótka rozmowa o mądrości 2018-03-23

To było dwa tygodnie temu...

Mój kolega pracuje jako promotor w nocnym klubie. Co noc od 20-stej do 4 rano zaprasza dorosłych panów na ponętne tańce półnagich pań i drogie drinki.
Tej nocy do klubu dało się zaprosić dwóch dobrze ubranych Żydów. Od progu zażądali dziewicy, bo tak jak mięso muszą mieć święcone, tak i tancerki muszą być "nietknięte". Ech, te religijne śmiesznostki...Jak jedni się mogą wysadzać za swojego boga, tak innym ten sam staruszek zabrania jedzenia niepoświęconych rzeczy. No, ale do rzeczy.
Dziewice wśród pań się, oczywiście, znajdowały. Panowie posiedzieli, trochę popili, po czym, uiściwszy rachunek za taniec i drinki, wyszli. Zagadnęli wtedy mojego kolegę po raz kolejny, nie zapominając o tradycyjnym dla siebie wywyższaniu się:

- Chłopcze, a czy ty się uważasz za mądrego?

- Nie wiem co uważa pan za mądrość. Ja wiem tylko, że nie wiem wszystkiego.

- Ha ha ha! Twoja mądrość jest wysoka jak to! - mówi pokazując na słupek przy drodze

- A ile mierzy pana?

- O, taka wielka jest moja mądrość! - wskazał na czubek Kościoła Mariackiego, po czym ciągnął dalej - Ty pewnie jesteś jak ci inni! Ile zarabiasz?

- Ok. 100 złotych na dzień.

- To jakbym ci dał swoje pieniądze, ty byś wziął; dla mnie to bez znaczenia, bo mieszkam w Ameryce! Ile chcesz? 100 dolarów? Może 200? Masz!

Żyd sięgnął do portfela i wyjął plik banknotów. Kolega jednak tylko się uśmiechnął.
- Dziękuję, nie trzeba mi. Sam sobie radzę i dobrze mi z tym.

Żyd zmieszał się, ale mimo zaskoczenia nie ustępował z pola:
- Jak to?! Ty nie chcesz moich pieniędzy? Tobie 100 zł na dzień wystarczy?!

- Tak. Nie potrzeba wiele, w dzień studiuję, w nocy pracuję, ale nie narzekam.

- Ooo, to ty jesteś mądry tak! - powiedział z powagą Żyd, wskazując na mniejszą z wież kościoła.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]