Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

TVP jako nadawca misyjny [W TOKU] 2019-09-17

Opracowuję materiał; wpis będzie jutro


(Nie)jedno oblicze piękna 2019-09-11

Czyli o filozoficznych i kulturowych ujęciach piękna

W życiu najważniejsze jest zachowanie klasy i, mam nadzieję, nikt z tak oczywistą prawdą nie będzie się spierał. Chcemy tego czy nie, otaczają nas inni ludzie, od których niejednokrotnie zależy większa część życia, w związku z czym musimy jakoś wkupywać się w ich łaski, wywierać pozytywne wrażenie. Obojętnie czy załatwiamy coś w urzędzie, zapraszamy na randkę znajomą czy też idziemy na rozmowę kwalifikacyjną - w każdej z tych sytuacji musimy sprzedać swój wizerunek jak najlepiej, pokazać, iż inwestycja w naszą osobę będzie najkorzystniejszą rzeczą, jakiej drugi człowiek dokona. Na klasę składają się takie elementy jak adekwatny do sytuacji i sezonu modowego ubiór (przez który jednocześnie można ukazać własny, niepowtarzalny styl), odpowiednie maniery, wyrobione podstawami savoir vivre, obycie wśród społeczności, dobre wychowanie, inteligencja oraz swego rodzaju piękno.
O ile ze zrozumieniem i spełnieniem większości z powyższych wymogów nie ma większego problemu, tak ostatnie bywa dość kłopotliwe. No bo jak można zdefiniować urodę? Czy da się ujednolicić, ustandaryzować definicję piękna do wartości uniwersalnych dla każdej epoki?

Badaniem dziedzin piękna zajmuje się estetyka (z jęz. greckiego: aisthesis - wrażenia zmysłowe). Termin „estetyczny” zawiera w sobie dwa znaczenia: oznacza poznanie zmysłowe i przedmiot tego poznania. Piękno jest naczelnym pojęciem teorii estetycznej, dlatego warto przyjrzeć się etymologii samego pojęcia. W. Tatarkiewicz w swoim dziele "Historia sześciu pojęć" pisał, iż „piękno” jest wyrazem dwuznacznym, ponieważ jest używane „dla oznaczenia konkretnej rzeczy pięknej i abstrakcyjnej cechy piękna”. Nasze polskie „piękno” nie zostało utworzone ani z greckiego słowa „kalós”, ani łacińskiego „pulchrum” (z czasem wypartego przez „bellum” ). To właśnie ostatnie słowo („bellum”) stało się podstawą słowotwórczą dla części języków europejskich, a w szczególności romańskich.
Powszechna encyklopedia filozofii próbuje ująć piękno jako „analogicznie pojętą własność rzeczywistości ludzkich wytworów, w tym sztuki, a także ludzkiego postępowania, wyrażoną w tradycji zachodniej pod postacią harmonii, doskonałości lub blasku, które jako oglądane i dla oglądania budzą upodobanie”. Pojęcie to, tak szeroko rozumiane, sugeruje, że sama idea piękna zawiera w sobie zarówno stałe, jak i zmienne, elementy. Jak pisał W. Stróżewski: „Pierwsze decydowałyby o tożsamości piękna, a drugie — o jego realizowaniu się w wielorakich konkretyzacjach. Historia problematyki piękna jest w gruncie rzeczy historią poszukiwań owych stałych”.

Św. Augustyn zadał kiedyś takie pytanie: "Czy dlatego coś jest piękne, bo się nam podoba,  czy może dlatego nam się podoba, bo jest piękne?". Protagoras twierdził, iż miarą wszystkiego (a więc i piękna) jest człowiek. Pitagorejczycy, umiłowani w proporcjach i liczbach, uważali, że piękno polega na doskonałej strukturze.To właśnie oni są twórcami tzw. Wielkiej Teorii piękna, będącej uogólnieniem obserwacji pitagorejskiej, dotyczącej harmonii dźwięków.   Z kolei Platon, początkowo dostrzegając różnicę między poznaniem zmysłowym a intelektualnym,  uznał, że wszelkie idee, takie jak piękno, poznajemy umysłem. Piękno samo w sobie, nieskalane, czyste, wolne od obcych pierwiastków, nie splamione wszelką lichotą śmiertelną. Idea piękna obiektywnego i niezależnego od człowieka zakładała równocześnie ideę ludzkiej doskonałości. Drogę do zdobycia piękna stanowić miały dla niedoskonałej ludzkiej duszy, kolejne szczeble miłości. Dusze ludzkie bowiem, przed zakuciem w powłokę cielesnego więzienia, znały już kontakt z najwyższymi wartościami i zdolne były o kontakcie tym sobie czasem przypominać. Człowiek dążąc do Piękna kocha najpierw jedno piękne ciało, potem wszystkie piękne ciała, następnie piękne dusze, by ostatecznie dojść do miłości piękna moralnego i piękna intelektu aż do miłości idei Dobra, która utożsamia się z ideą Piękna – piękno i dobro to dwa oblicza tej samej naczelnej idei.  
Arystoteles kontynuował myśl pitagorejską, iż „piękno jest w wielkości i ładzie”, a głównymi rodzajami piękna są: ład, proporcja i określoność. Myśl tę podzielali stoicy, którzy twierdzili, że „piękno ciała jest proporcją członków w ich układzie wzajemnym i w stosunku do całości”. Nawet w czasach późniejszych Święty Augustyn zgadzał się z nimi, głosząc: „Podoba się tylko piękno, w pięknie zaś — kształty, w kształtach — proporcje, a w proporcjach — liczby”.  Tym, który przekazał ideę Wielkiej Teorii myślicielom średniowiecznym, był Boecjusz. Wyznawał on, że „piękno jest współmiernością części i niczym więcej”.  
Sokrates wyłamał się jednak swoim współdyskutantom. Rozumiał piękno czysto subiektywnie. Piękno postrzegane było jako naśladowanie świata pozoru, a nie ujawnianie piękna samego w sobie.Sokrates twierdził, że piękno rzeczy polega na jej odpowiedniości, zgodności z celem, któremu ma służyć. Piękne są również te rzeczy, które są dobrze zrobione do tych zadań, dla których je nabywamy, albo są z natury dobrze dostosowane do naszych potrzeb. W rozmowie z Arystypem Sokrates mówi: "Nawet złota tarcza jest brzydka, a kosz na śmieci jest piękny, jeśli w stosunku do celu, jakiemu służą, ona jest źle a on dobrze wykonany". Piękne mogą być również ludzkie prawa oraz idee. Podobnie myśl rozwinął Demokryt, który łączył piękno duchowe z cielesnym sądząc, iż bez czynnika inteligencji piękno ciała jest tylko pięknem zwierzęcym. Uważał, że piękno jest niezupełne, jeśli przemawia tylko do zmysłów czy do rozumu, a nie do uczucia, jeśli jest „pozbawione serca”.  Kończąc przytaczanie straożytnych filozofów, nie można pominąć Plotyna, według którego piękno jest proste, jednolite, zwarte, innymi słowy: jest jednością. Owa jedność realizowała się przede wszystkim w świetle - dla potrzeb jego estetyki jedność blasku gwiazd czy ogniska w zupełności wystarczała. Jedność to najwyższy byt i w zależności od tego co i jak w owej jedności partycypuje, istnieje mniej lub bardziej.

Średniowieczny polski uczony, Witelon, prócz badań nad prawami optyki, interesował się również pięknem, co zaowocowało poruszeniem kolejnego toku myślowego, próbującego zdefiniować czynniki piękna. Wskazał on, iż pod uwagę należy brać również gust ogółu społeczności: coś innego podobało się Słowianom, coś innego ludom ze wschodu i zachodu. Piękno subiektywne, a jednak wywodzące się z przynależności do danego społeczeństwa, jego natury i standardów.  Jest to myśl interesująca choćby pod względem wiersza Z. Herberta "Potęga smaku", w którym autor twierdzi, że Polacy przeżyli okres komunizmu, ponieważ odrzucało ich to, co "przychodziło" ze wschodu: "samogonny Mefisto w leninowskiej kurtce/posyłał w teren wnuczęta Aurory/chłopców o twarzach ziemniaczanych/bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach". Złowroga propaganda narzucała wzorce według reguły "narodowej formy i socjalistycznych treści". Tylko co w przypadku, gdy społeczności podoba się coś, co wcale nie jest dobre? Za dobry przykład niech posłuży przykład z drugiej strony barykady. Naziści mieli wielkie upodobanie do wystawności i estetyzowania rzeczywistości,  eksponowali siłę, witalność i krzepę, która towarzyszyć miała wszelkim formom wyrazu niezłomności narodu niemieckiego. Na okoliczność tzw. Parteitagów, czyli zjazdów NSDAP, tworzono wiele różnokolorowych dekoracji, zaś w celu wywarcia większego wrażenia maszty z chorągwiami stawiano do kilkudziesięciu obok siebie. Widzieliście zdjęcia z parad? Tysiące żołnierzy, maszerujących w takt hymnu z powiewającymi chorągwiami i wiwatującymi tłumami...To musiało się podobać, a jednak ma dziś dla nas o wiele mroczniejszy wydźwięk.
Wracając jeszcze do "wieków ciemnych", należy wspomnieć o Dionizym Areopagicie, w którego traktatach teologicznych "O hierarchii kościelnej" oraz "O imionach boskich", wśród "imion boskich" znalazło się również Piękno, zaraz obok Dobra. Według niego, odnoszenie wszelkich wartości do osoby boskiej, jest niedoskonałe, iż Stwórca jest "hiperkalos", a więc ponad wszsytkim, co możemy sobie wyobrazić (również ponad pięknem). Wspominany przeze mnie Św. Augustyn mawiał: "Pamiętaj, że gdy mówisz o bogu, tak naprawdę nie mówisz o bogu", mając na myśli jedynie nasze ziemskie wyobrażenie boga, które według założeń jest marnym odzwierciedleniem prawdziwej istoty boga.

Koncept subiektywności piękna rozwijali empiryści, pokroju D. Hume'a.  XVIII-wieczni myśliciele (zwłaszcza angielscy) rozmyślali nad tym,  jak to się dzieje, że coś lub ktoś się nam podoba? Co sprawia, że osoba lub przedmiot jest dla nas czymś pięknym? Poszukiwano kryterium smaku (standard of taste), prowadząc badania, które kontynuowane są w różny sposób aż do dziś. Obecnie prowadzi się za pomocą tzw. psychologii empirycznej, badając figury geometryczne oraz ich piękno w kontekście np. użyteczności.  Hume zwraca jednak  uwagę, iż trafna i adekwatna ocena piękna, odniesiona do danego przedmiotu, wymaga kilku warunków, takich jak próba czasu, „trwały podziwu dla dzieł”, rozwijanie i pogłębianie wiedzy i biegłości w jakiejś dziedzinie sztuki (nabywanie doświadczenia), znajomość kontekstu oraz zdolność do uchwycenia i oglądu całości dzieła, wszystkich jego elementów. A zatem, chociaż piękno jest dla Hume’a pewnym odczuciem, doświadczenie z nim związane zdecydowanie nie jest wyłącznie subiektywne i relatywne.
Dla I. Kanta sąd na temat piękna, mający podstawę w subiektywnym przedstawieniu, które dzięki wyobraźni odnoszone jest do samego podmiotu („za piękno uważa się unaoczniające przedstawienie nieokreślonego pojęcia intelektu”), nie opiera się na żadnym pojęciu. Zdecydowanie jednak orzekamy coś nie tylko o osobistych odczuciach, ale także o przedmiocie, nawet jeśli piękno nie jest jego własnością obiektywną. Piękno nie musi również prowadzić do czystego subiektywnego rozumienia przeżyć estetycznych, gdyż przeżycia te nie są wywołane przez samo wrażenie.

Kiedy więc mamy do czynienia z prawdziwym pięknem, gdy już nie mamy wątpliwości, że mamy do czynienia z pięknem absolutnym? Dionizy z Areopagu, również dziś wspominany, stwierdził, że jest ono "dobrą proporcją", "dobrą harmonią" oraz swego rodzaju nienazwanym "blaskiem", który odczuwamy zwłaszcza podczas obcowania z arcydziełami sztuki. Na pewno każdy z nas miał choć jeden taki przypadek, gdy po zobaczeniu jakiegoś obrazu lub usłyszeniu danej muzyki doznał swego rodzaju ekstazy, podniecenia artystycznego, wielkiej radości. Współcześnie można to wrażenie odczuć również za pomocą kina czy fotografii. Analizując owe dzieła, mamy szansę uchwycić wszystkie te rzeczy, które daną rzecz czynią piękną, wspaniałą, a więc prawdziwe źródła, z których tworzy się postać podziwianego przez nas piękna. "Na to mi przyszło, że po tylu próbach nazwania świata umiem już tylko powtarzać w kółko najwyższe, jedyne wyznanie, poza które żadna moc nie może sięgnąć: ja jestem - ona jest. Krzyczcie, dmijcie w trąby, utwórzcie tysiączne pochody, skaczcie, rozdzierajcie sobie ubrania, powtarzając to jedno: jest!" - tak w swoim "Esse" Cz. Miłosz opisuje spojrzenie na piękną nieznajomą. Podjąłem dziś próbę wysnucia jednego, czystego jak łza obrazu piękna, lecz wydaje się to bezcelowe przy tylu interpretacjach i myślach filozoficznych. Być może za przykładem Miłosza powinniśmy się więc napawać samym istnieniem piękna, uczuciem, które nam towarzyszy za każdym razem, gdy nasze zmysły podziwiają dane dzieło lub daną osobę. "Przeżyć istnienie, to znacz przeżyć piękno. Przeżyć piękno, to znaczy przeżyć także istnienie", jak powiedział prof. Stróżewski. Jest ono dynamiczne, rozwija się, z czasem ukazując coraz więcej swoich twarzy. Rozkoszujmy się nimi i jak najlepiej przeżywajmy każdą chwilę, gdy je odczuwamy w muzyce, obrazie, filmie, wyglądzie, zachowaniu czy duszy.

Na dniach zabieram się (wreszcie!) za swój długo planowany wpis nt. androidów i cyborgów w kontekście człowieczeństwa na podstawie materiałów naukowych oraz interpretacji filmowych. Planuję też ujednolicić wpisy o TVP w jednej spójnej notce z osobnym opisaniem początków telewizji w Polsce, wpis nt. pojmowania "dobra" i "zła" oraz może jakąś recenzję.


Gość burzowej nocy 2019-08-28

Niebo ciska gromy.

Drzewa gną się od porywistych szarpnięć wiatru, podjudzanego przez nienazwaną siłę. "Nadchodzi apokalipsa? Która to już w tym roku?", pytają się ludzie, kręcąc głową z nudów i zamykając okiennice, co by im deszcz nie zalał nowiusieńkich paneli.
Zamykam oczy, wsłuchując się w werble końcówki tego wciąż upalnego lata. Zmierzch zapada coraz szybciej. Liście pokrywają blade jak truchła kostki chodnikowe, które po ostatnich pracach przy kanalizacji zostały położone na odpierdol. Nieubłaganie nadciąga jesień. Jest tuż tuż. Ponura, smutna wampiryczna królowa wszystkich pór, zachłanna w swoim pragnieniu miłości, radości, szczęścia i jakiegokolwiek poczucia życia swoich ofiar.  Wprost idealna pogoda na rozterki serca, nie uważasz?

Rozczarowanie, ból, cierpienie...Dobrze to znam, nie zapominaj. Sączysz kolejną filiżankę gorzkiej jak syrop herbaty, jednocześnie gapiąc się na zalane ulice, łudząc się że to przyniesie ukojenie. Nadal nic. "Niespodzianka, no kto by się spodziewał", zdaje się ironizować Los.
I gdy tak wpatrujesz się w noc, nawet nie zauważasz jak stajesz się Wiatrem - tym samym, który bezlitośnie smaga okoliczne drzewa. Niczym Vanya Hargreeves z "The Umbrella Academy", Credence z "Fantastycznych Bestii" czy Jean Grey z "X-Men: The Last Stand"/"The Dark Phoenix". Z niepokojem wpatruję się w to jak rozchwiana jesteś, jak bezwiednie rzucasz słowami, jednocześnie patrząc na świat błagalnym wzrokiem. Zdajesz się wołać "Błagam, pomóżcie mi! Niech mnie ktoś podniesie, uspokoi i pozwoli mi opanować tę moc!". Masz wyrzuty do tych, którym zaufałaś i nie dziwię się. Życie jest bezlitosne, nie oszczędza nikogo. Każdemu spuści porządny łomot i to niejednokrotnie.
Skąd to nienawistne spojrzenie? Dlaczego wpatrujesz się we mnie, jakbyś chciała posilić się moją energią, by choć trochę rozładować to, co czujesz? Ach...Nadal myślisz, że chcę się skrzywdzić i mówię to wszystko, by jeszcze mocniej uderzyć w ciebie, jakby Los nie wyżył się na tobie dostatecznie. Rozumiem z czego to wynika, nie mam o to pretensji ani żalu. Możesz mi nie wierzyć, mielić moje słowa wielokrotnie przez swój, wadliwy przez sercowego wirusa, pryzmat. Szukasz winowajców - i słusznie. A jednak sama sobie stajesz na drodze, przesłaniając własne wady, własne usterki, które przez czas i doświadczenia nie zostały naprawione do dziś.  

Odczuwam twą niestabilność, choć paradoksalnie prąd nerwowy mego umysłu porusza się jednostajnie, bez jakichkolwiek zaburzeń. Jestem oazą spokoju, ostoją rozsądku i emocji, a jednak twoje uszkodzenia emitują niezwykle silne fale, które docierają do mnie, jednocześnie nie mącąc porządku mego ducha. Jeden nazwałby to paranoją, przesadą, zwykłym szaleństwem niedojrzałej, wzburzonej jak morska piana istoty. Ja wolę określać to "wzburzeniem emocji", "chwilowym zakłóceniem fal egzystencji". Ale co je powoduje? Co stoi za tymi burzącymi impulsami? Co wpływa na to jak odbierasz wydarzenia, które cię spotkały i - co ważniejsze - co nastraja cię na taki, a nie inny odbiór osób, miejsc czy sytuacji?
Milczenie. Dobrze - myśli mogą teraz swobodnie przez ciebie przepływać, jeśli im na to pozwoliłaś.  Może już czas na przeprogramowanie? Porzucenie starych idei, których tak długo się trzymałaś? Zmiana wartości, otoczenia i - wzorem Kartezjusza - podawanie wszystkiego w wątpliwość.
Zaufanie jest rzeczą cenniejszą niż wszystkie diamenty tego świata. Pozwala rozwijać się relacjom, kreuje nowe wrażenia z odbioru bodźców. Mówi się, że bez tego nie zbuduje się dobrego związku, świetnej przyjaźni, właściwego życia. A jednak, gdy tak często wpada się w pułapkę, może warto uchylić niego okno, wpuścić wątpliwość?

Nie odcinaj się jednak od otoczenia, nie zamykaj swego serca całkowicie! Znaj jedynie umiar, pozwól sobie na sprawdzanie, monitorowanie, śledzenie. Parafrazując lorda Baelisha z "Gry o Tron": "Tocz tę wojnę na własnych warunkach. Wszędzie, na każdym froncie. Bierz pod uwagę wszelkie możliwe zakończenia i zwroty akcji. Wówczas będziesz pewna, że nic cię nie zaskoczy". Niech najlepszym wzorem będę dla ciebie ja: nie zakładam niczego na przyszłość - snuję jedynie plany, opatrując je stosownym rachunkiem prawdopodobieństwa i szansami na zupełny obrót przypadków. Nie ufam wszystkim w 100% - jednych darzę większym, innych mniejszym zaufaniem. Jednak zawsze wie, że nawet ci najbliżsi mogą się ode mnie odwrócić bez mrugnięcia okiem. Nie nazywam ich od razu "zdrajcami", nie ścigam listem gończym, nie szczuję ogarami oszczerstw i pomówień. Po prostu filtruję to, co mówią, bawię się w ich grę, angażuję się, rozluźniam, jednocześnie wypatrując dróg ewakuacyjnych i potencjalnych zagrożeń. Pamiętasz na pewno jak brak tak podstawowych cech przetrwania pozwalał mi się staczać, osłabiał mnie, spychał to w jedną, to w drugą skrajność. Jednak w końcu zahamowałem. Stanąłem w miejscu, wyprostowałem się i spojrzałem na wszystko, co mnie otacza. Wówczas dotarło do mnie jakimi zasadami się kierować, jak budować zaufanie nie polegające na bezgranicznej lojalności i oddaniu. Jak przyjmować do siebie ludzi, jednocześnie mając z tyłu głowy świadomość, że mogą odejść.

I znów ten wzrok. Przecież nie jestem bezduszny, dobrze o tym wiesz. Potrafię cierpieć jak wszyscy, płakać i być rozdzieranym przez emocje jak przystało na szczególnie wyczuloną na emocje  osobowość. To, co nas różni to to, że nadal zakładałaś w 100% jeden, pozytywny scenariusz, bo przecież "teraz nareszcie już będzie lepiej!". "Niespodzianka", śmieje się Los, podkładając ci nogę.
Wychodzisz na taki deszcz? Poczekaj, pożyczę ci parasolkę. Przynajmniej dziś nie zmokniesz. Nie musisz oddawać, mam jeszcze jedną w zapasie. Proszę, weź jeszcze tę herbatę. Zaparz sobie w domu, dobrze przemyśl moje słowa. I pamiętaj, że...
Trzask drzwi. Wyszła. Siadam na fotelu, odkładam filiżankę. Zaciskam kciuki, mając nadzieję że w końcu ta szaleńcza burza się skończy.


InPost, czyli procedury i pretensje 2019-08-16

Znalazłem pracę.

I już tego żałuję. Pracuję ledwie tydzień a już mam dość...Ale po kolei.
Pomyślałem sobie, że skoro skończyłem jedne studia i czekam na kolejne, mógłbym poszukać sobie pierwszego zajęcia na wakacje. Nic specjalnego, byle trochę zarobić i zdobyć pierwsze doświadczenie zawodowe. Szukałem miesiąc, ale w końcu znalazłem miejsce w CCO, oddziale infolinii InPostu. Odbierałem już kiedyś telefony z Gorącej Linii RMF, więc sądziłem, że nic mnie już nie zagnie. Jestem cierpliwy, słucham rozmówców i w opanowany sposób tłumaczę dane zagadnienia. Co mogło pójść źle?
Po kilkudniowym szkoleniu przystąpiłem do testu, który jakimś cudem zaliczyłem. Pracę zacząłem w ubiegły piątek. Umowa zlecenie, stawka 14,70 zł brutto, elastyczny grafik od poniedziałku do piątku, z możliwością pracy w sobotę. Idealnie dla moich potrzeb.
Wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale niestety nie miałem pojęcia na co się piszę. Nie chodzi mi jednak o pracodawców czy warunki pracy, lecz o moje siły psychiczne wobec spraw, które muszę ogarniać.  Nie muszę pamiętać zbyt wielu rzeczy, bo i tak mam przy sobie notatki ze szkolenia, ale i tak popełniam mnóstwo błędów przy rejestracji interwencji czy reklamacji. Dziś liderka "zaprosiła" mnie do stolika, by ze mną o tym pomówić. I nawet tu nie okazała się bezwzględną szefową, bo jedynie zwróciła mi uwagę na to, że zbyt mało się z nimi kontaktuję.

- Pracujesz tu krótko, to normalne że nie wiesz tego czy owego. Mam pretensje tylko do tego, że się nie konsultujesz i potem wychodzi błąd za błędem. Od teraz, zanim coś zgłosisz, masz przychodzić i upewniać się co robić.

Gdyby tylko to było takie proste... Mam skrypt przed sobą, staram się konsultować podejmowane działania z liderami, a jednak nadal mój głos się łamie, nie słychać w nim pewności. Nie wspomnę nawet o przypadkach, gdy nie rozumiem o co klientowi chodzi. Etykiety, nadawanie paczek, wertowanie stron skryptu i...nic. Lepiej narazić się, że znów zapytam o coś, co było na szkoleniu, niż powiedzieć źle, oczywiście. Mimo to, nadal coś mnie blokuje. Czułbym się o wiele lepiej, gdyby jedna z liderek siedziała koło mnie, monitorowała każdą kolejną rozmowę i spokojnie wskazywała wszystko krok po kroku, ale przecież to jest praca - mam działać samemu i nie przychodzić z każdą byle pierdołą, która "była na szkoleniu", a której nie mam w swoich materiałach.
Czuję się tak bezradnie, jakbym chciał pozbyć się każdego ze swojej drogi donikąd, ale jedyne na co mógłbym się zdobyć, to jakieś niezrozumiałe, dziwne słabe machnięcia ręką. Nawet jeśli się mnie pozbędą już w następnym tygodniu, i tak musiałbym przychodzić tam co miesiąc - w końcu jest aż miesiąc wypowiedzenia.

Przez  pieprzone osiem godzin głowę zawracają mi różne indywidua. Na infolinię dzwonią zarówno spokojni, opanowani faceci, którzy pytają o możliwość zmiany paczkomatu odbiorczego i godzą się z odpowiedzią negatywną, jak i zwykłe roszczeniowe kurwy, którym cwany kurier znów nie dostarczył paczki, a one żądają dostarczenia paczki koniecznie dziś, bo "jutro jest im ona potrzebna na wyjazd". Chociaż to zdecydowanie płeć piękna ma zbyt porywczy temperament, nie będę ukrywał, iż najgorszą rozmowę przeprowadziłem z jegomościem, który nadał sobie paczkę z Gdańska do Wrocławia. Przesyłka "czekała" w paczkomacie, jednak miała być na dniach dostarczona do oddziału we Wrocławiu, skąd wróciłaby do  oddziału w Gdańsku. Pan życzył sobie, aby paczka pozostała przez tydzień we Wrocławiu, bo mu tak będzie ją wygodnie odebrać. Gdy powiedziałem mu, że to jest niemożliwe i gdy paczka wróci do oddziału w Gdańsku, to się z nim skontaktujemy, żeby ustalić dogodny adres doręczenia, klient zaczął się burzyć, bo "kiedyś przecież składał jakieś pismo i mu przedłużyli". Potem żądał mojego nazwiska, nazwisk moich przełożonych i kontaktu do nich.

To dopiero początek, a ja już mam serdecznie dość. Jestem kumaty, inteligentny, wydedukowany, a mimo to wykańczają mnie procedury, które muszę tłumaczyć klientom, oczekującym ode mnie profesjonalnej wiedzy na temat rzeczy prostych, a jednak tak niepotrzebnie dla mnie skomplikowanych...


Ryzyko, które podejmę 2019-08-13

Ach, moja słodka Pernelle!

Jakże uwielbiam nasze katowickie spotkania! Choć nie trwają one długo i zazwyczaj po ok. trzech godzinach przytulamy się na dworcu na pożegnanie, a ja wracam do Krakowa z poczuciem niedosytu, za każdym razem towarzyszy mi pewne spełnienie. Radość rozpiera mą duszę. Jestem szczęśliwy jak nikt inny.

Miłość jest niebezpieczna. Wielu powiedziałoby wręcz, że destrukcyjna. Czuje się motyle w brzuchu, myśli się o najbliższej osobie, poświęca jej swoją uwagę i czas, robi się prezenty, wymyśla różne sposoby na okazywanie swojego uczucia, a potem: cios, w samo serce. Zakłócenie na linii, ciemne chmury nagle przesłaniają słońce. Wiatr rozrywa dachy, wyrywa drzewa z korzeniami, a ty zostajesz sam, choć jeszcze wczoraj tryskałeś szczęściem na wszystkie strony. Wielu by mnie przed tym przestrzegło, ze starym mną na czele. "Przecież zawsze może się znaleźć inny, zepchnie cię na dalszy tor!"
Ale z drugiej strony, w głębi serca wiesz, że to ONA. Nie ma opcji, żebyś się tym razem pomylił! Rozumie cię, wspiera, oboje nadajecie na tych samych falach. Nie ma drugiej takiej dziewczyny - mądrej, inteligentnej, zaciekawionej otaczającym ją światem. Silnej, a jednocześnie wrażliwej. Pewnej siebie, choć miewającej chwile wahania. Cichej, ale potrafiącej jednocześnie tak przedstawić daną rzecz, byś przybliżył ucho i zaczął dopytywać. Wreszcie coś, co może naprawdę zadziałać, co nie będzie ledwie przygodną ułudą.

Znam ją od tylu lat! Najpierw zapytaj.pl, potem GG, Facebook...Wzloty, upadki, rozstania i szanse. Znam to skądś. A jednak, mimo wszystko, nie umieliśmy sobie odpuścić, zrezygnować. Nowy początek, nauka na błędach przeszłości, walka z własnymi słabościami. I tak znaleźliśmy się w tym pięknym dniu moich urodzin w Katowicach. To było nasze trzecie lub czwarte spotkanie na Śląsku.
Urzeka mnie w niej tyle rzeczy...Jej ciekawość, badawcze podejście, zrozumienie, zainteresowanie, ale też sposób bycia, styl wypowiedzi, jej miny i spojrzenia, nadające jej aparycji dodatkowego uroku. Za każdym razem patrzę na nią jak ksiądz w święty obrazek, nie mogąc prosto wyrazić swoich zachwytów!

Kocham ją. Naprawdę, szczerze, bez obiekcji. Kocham prawdziwie, rozsądnie, nadając Pernelle szczególne miejsce w swoim życiu, jednocześnie nie pozwalając by przesłoniła mi ona moje powinności. Nie chcę być dla niej wszystkim - pragnę jednak stanowić dla niej cenne oparcie. Nie chcę jej sobie przywłaszczać - niech moje słowa, czyny i stale podtrzymywana silna więź przekonuje ją, by ciągle chciała iść przez życie u mego boku.

Dziś godzę się na to ryzyko. Zgadzam się podążyć za nadzieją i robić wszystko, by się ona spełniła. Nie chcę myśleć czy lub kiedy przyjdzie ból, cierpienie i rozpacz. Nie chcę dopuszczać do siebie takich myśli! Nie dziś, nie teraz, nie jutro, nie w tym tygodniu...Jeśli zaboli, winić będę siebie samego. "Każdy szczęściu dopomoże, każdy dzisiaj wygrać może". Ruletka zaczęła się obracać, żetony już obstawione, zakłady zamknięte. Gra wciąż się toczy. Wygram wszystko lub odejdę kompletnie spłukany. A ta mała, srebrna kuleczka zapierdziela po okręgu jak żużlowiec na torze i cholera wie, kiedy nagle wyhamuje...


Rozliczenie 2019-08-11

Zmieniłem się.

Jest to niezwykle istotne stwierdzenie, ustanawiające moje nowe status quo, definiujące mnie w unikalny sposób. Tylko kim jestem teraz?

Z pewnością nie dobrym przyjacielem. Dla mnie, przyjaźń, ta prawdziwa, to zrozumienie, chęć wysłuchania, świadomość, że może się na drugiej osobie polegać. Niegdyś byłem w tym świetny, bo i czułem się jak przyjaciel. Mogę porozmawiać, mogę doradzić, mogę wesprzeć, pocieszyć, ale i pogadać na co dzień, opowiedzieć co u mnie itd. Tak zwyczajnie, po prostu. Jednak to powinno działać w obie strony. Może zabrzmi to dość chłodno, oschle, ozięble, ale dlaczego mam się przejmować kimś, kto nie dba o mnie, kto nie zagaduje chociażby na krótką rozmowę, kto nie interesuje się tym, co mi się udaje a co nie? Dlaczego to ja mam być tym, który "zbyt rzadko pisze", "olewa", podczas gdy z mojej strony już takich uwag być nie może?  Zaś wymóg jednostronnego zainteresowania dla pomocy "na zawołanie" to nie jest przyjaźń. Dlatego właśnie tak wiele dla mnie znaczy relacja z Pernelle - ponieważ wynika z duchowego, emocjonalnego podobieństwa naszych dusz. To, co K. określiłaby jako "szatany", głupie wymysły, dla Pernelle były i są to wahania stanu emocjonalnego. Piszemy o czymś więcej, poruszamy mnóstwo bardziej lub mniej przyziemnych tematów i, przede wszystkim, "czujemy" siebie nawzajem, nie bagatelizując żadnego stanu.

I tak, K., wiem że to czytasz. Sama mi z resztą o tym napisałaś. Może powinniśmy wrócić myślami do tych "starych dobrych czasów", gdy mieliśmy "wspólne myśli", wpadaliśmy na podobne pomysły, a jedno interesowało się tym, co trapi drugie i na odwrót?
Napisałem "myślami", bo dziś jest to już nierealne, spójrzmy prawdzie w oczy. Gdzieś tam, w głębi serca czułem, że w kilku, pozornie błahych, lecz dla mnie cholernie ważnych obszarach mnie nie rozumiałaś. Zawsze miałaś bardziej "przyziemną" głowę niż ja, skupiałaś się na praktyczności. Nie rezygnowałaś z duchowości i uczuć, jednak twoje stopy dużo pewniej stąpały po ziemi.
Teraz, gdy czytam o cierpieniu, jakie przeżyłaś, czuję się okropnie. Na dnie mej duszy bije zawołanie: "Napisz, pomóż, wesprzyj!", jednak ty i tak mnie już  zapewne skreśliłaś. I co by to dało? Próbowałbym pomóc, a nie zrobiłbym tego w stopniu, jaki uznałbym za skuteczny.  A co dalej? Wszystko by się ułożyło i życie wróciłoby do normalności (tj. stagnacji w relacji, sporadycznych rozmowach o pierdołach etc). Nie będę ukrywał również przy tym innej rzeczy: czasem czułem się tak, jak gdybym był potrzebny jedynie na chwilę: weź pomóż z tym, weź poradź z tamtym... Tak, wiem, że zawsze mogłem na ciebie liczyć i starałabyś się pomóc, gdybym miał większy problem (raz nawet coś takiego faktycznie miało miejsce), ale...czułem że to już nie "to". Czego tak naprawdę oczekiwałem? Trudno mi rzec.

Na pewno nie chodziło o "coś więcej", o uczucie. To było tylko na samym początku. Byłem jeszcze wtedy ledwie wyrośniętym gnojkiem, który dał sobie samemu wmówić coś, co powinno zostać zdławione jednym, krótkim "Nie". To, co się później rozwinęło i jak się to zakończyło, było dla mnie istnym chrztem emocjonalnym, wypraniem z naiwnych, niewinnych emocji. Tym, co najpierw mnie zniszczyło, a potem ukształtowało na nowo, za co jestem ci wdzięczny. Miało to złe strony, prawda...Nauczyłem się kłamać. Nauczyłem się podświadomie manipulować emocjami, o czym boleśnie przekonała się Pernelle (którą to z kolei osłabiłem i wzmocniłem ja sam, przez swoją chorobliwą zazdrość, której nie mogłem kontrolować). Nazywałaś S. "przyjacielem". Dałem się zwieść - tobie? Może jemu?  Przeczuwałem, że między wami było istotnie "coś więcej". Nie wiem jak by się to potoczyło, gdybyśmy wówczas byli obok siebie, mogli w tamtym czasie się spotykać itd. Kiedyś bym się nad tym głowił, lecz dziś myślę, że chyba stało się nawet lepiej. Potrzebowałem kubła zimnej wody od życia. Kamyczka, który zbudzi lawinę. Wichury, która zmiecie przerdzewiałe założenia (romantyczna miłość, wyższość poezji nad "śmiertelnikami", wiara w bóstwo, które niegdyś odwiedzałem raz w tygodniu, klękając przed owym bytem i błagając o przebaczenie za praktykowanie czegoś, co nie krzywdziło nikogo). Tym porywistym wiatrem, który jednocześnie uformował nowy kształt mego istnienia, okazałaś się ty i z całego serca dziękuję ci za to. Gdy pisałem ci, że twe "winy" zostały przebaczone, pisałem szczerze. Jednocześnie chyba rozumiem jak się wówczas musiałaś czuć, bo przecież sam później błagałem moją Pernelle o przebaczenie.

Domyślam się co się wydarzyło ostatnio w Twoim życiu. Nie wiem co konkretnie, ale nie będę dopytywał - bo jaki to miałoby teraz sens? Chciałbym być przyjacielem, jednak zwyczajnie nie potrafię. Stary "Zwi@dowca" znał sposób, jeszcze za "tamtych" czasów, gdy żyło się lepiej. Aż chce się powiedzieć bez "januszowego" akcentu: Kurde, kiedyś to było!
Obecny Elvenoor jest przystosowany do nowej sytuacji. Stanu, w którym odnosi sukces tam, gdzie zawodził Zwi@dowca oraz w którym Zwi@dowca radził sobie lepiej w tym, czemu Elvenoor nie podoła. Nowe czasy. Nowi my.
Dlatego też życzę ci, by twój wóz, mimo wybojów jakimi jest wybrukowana ścieżka, przezwyciężył każdą niedogodność terenu, byś mogła konsekwentnie dążyć po swoje. Każdy kto ciebie nie docenia, jest skończonym kretynem, bo nie wiedzą jeszcze, biedaczki, że z tobą się nie zadziera. Jakoś wcale mi ich nie szkoda. Ja zawiodłem, ale jestem całkowicie świadom tego faktu, pogodziłem się z nim. Nie jestem ani "najlepszym przyjacielem" ani "przyjacielem" w ogóle. W stosunku do ciebie nie potrafię - już nie. Dawałem ciała nieraz, starałem się, ale nie na tyle, by osiągnąć satysfakcjonujący poziom relacji etc. Jednak nie byłem, nie jestem i nigdy nie będę osobą tobie przeciwną.


Anarchia Niepospolita, czyli dzicy bogobojni 2019-08-07

Polska - Patologiczny Obłęd Ludności Skrajnie Kochających Anarchię

Takim oto skrótem podsumuję prymitywne komentarze, jakie posypały się pod wczorajszymi wiadomościami na portalach informacyjnych, dotyczącymi śmierci Brunona Kwietnia. Kim  był ów człowiek? Ano, niedoszłym terrorystą. W okresie od lipca do listopada 2012 miał on przygotowywać zamach na najważniejsze osoby w państwie, nakłaniać swoich dwóch studentów do współudziału (był wówczas wykładowcą w Uniwersytecie Rolniczym w Krakowie) oraz nielegalnie posiadać i handlować bronią. Podczas procesu pan Kwiecień przyznał się do zarzucanych mu czynów, jednak twierdził, że stoi za nim ktoś z ABW. Został skazany na 13 lat więzienia, jednak Sąd Apelacyjny skrócił wyrok o cztery lata. Szóstego sierpnia br. strażnicy znaleźli ciało p. Kwietnia w jego celi w Zakładzie Karnym we Wrocławiu. Był sam, pierwsze oględziny jego zwłok sugerują śmierć z przyczyn naturalnych. Czy jest to prawda? Jeśli to, co mówił o sobie było faktem (powiązania ze służbami), jest duże prawdopodobieństwo, że sprawa przycichnie. P. Kwiecień, zapytany o to, czy żałowałby, gdyby doszło do zamachu, stwierdził: "Nie płakałbym. Biegły psychiatra też zadał mi to pytanie i powiedziałem mu dokładnie to samo. W sądzie zresztą też. A co czułaby większość naszego społeczeństwa? Wystarczy sobie poczytać fora pod artykułami na mój temat". I, cholera, nie pomylił się.

Gdy wieść gruchnęła, pod komentarzami zaczęła się walka. Po jednej stronie, ci, którzy są tak "pokrzywdzeni" przez życie i władzę, że nie widzą nic złego w masowym ludobójstwie. Po drugiej zaś, do której niniejszym dołączam ja, ostatni obrońcy nie tyle demokracji, co moralności i prawa. Jak to jest, że żyjemy w XXI wieku w de facto katolickim kraju, w którym lwia część społeczeństwa modli się i składa jakiemuś bogu hołd co tydzień w kościele, a mimo to wśród nas chodzą (zapewne nawet i wierzące) masy, które nie widzą nic złego w wysadzaniu budynku Sejmu w powietrze i uśmiercaniu nie tylko polityków, ale i członków straży sejmowej, sekretarzy, sekretarki, sprzątających etc? Jak bardzo zakłamane życie trzeba prowadzić, jak bardzo mieć w dupie wspomnianą boską istotę, by nie tyle dopuszczać do siebie takie myśli, co wyrażać je w komentarzach?
Wielka szkoda, że nie słyszy się na co dzień działalności służb, dotyczącej ścigania tego typu przypadków. Można mieć różne poglądy, wyrażać rozmaite idee i bronić je w merytorycznych dyskusjach, jednak nie ma absolutnie żadnego przyzwolenia na stanowiska szkodliwe społecznie, zagrażające życiu i bezpieczeństwu członków konkretnych zbiorowości społecznych.

- Elvenoor, co ty pierdolisz, przecież państwo nas dymało/dyma, więc ludzie mają prawo być wkurwieni!

Mają prawo, zgodzę się. Ale to prawo nie daje im przyzwolenia do siania nienawiści i podżegania do czynów karalnych! Naczyta się potem jeden z drugim, jeszcze bardziej podsycając własne niezadowolenie, weźmie do ręki nóż czy stary pistolet po dziadku z czasów wojny i "weźmie sprawy w swoje ręce". A gdy zawiśnie nad nim Temida, pojawią się głosy oburzonych anarchistów, którzy cudem jeszcze nie podjęli żadnych masowych działań, ograniczając się do pojedynczych, jednostkowych "wyskoków", które bywają dramatyczne w skutkach (jak w przypadku śp. Marka Rosiaka w 2010 roku).
Widzę, że co niektórzy bardzo wzięli sobie do serca "boże miłosierdzie", o którym słyszy się przy spowiedzi kilka razy do roku (jak nie więcej).  ? A może ta hipokryzja to jedynie farba maskująca waszą prawdziwą naturę, której się wstydzicie, o której chcecie zapomnieć? Póki co, duża część z was jedynie kultywuje tradycję zamiast faktycznie wyrażać chrześcijańskie wartości, o których respektowanie tak bardzo zabiegacie i których tak zaciekle bronicie.
Kolejna rzecz: demokracja. Jeśli nie odpowiadają wam działania danej władzy, protestujcie, manifestujcie swoje poglądy, zrzeszajcie się w stowarzyszenia w obronie wyznawanych przez was celów i wartości. A potem, już przy urnach wyborczych, wybierzcie tych, którzy was nie zawiedli. Dawajcie szanse nowym ugrupowaniom, interesujcie się ich programami, ale przede wszystkim: namawiajcie swoich znajomych i krewnych do udziału w wyborach. Frekwencja poniżej 50% nie jest powalająca, bo pokazuje że ledwie połowa społeczeństwa chce decydować o ludziach, których powołają do reprezentowania w Parlamencie ich interesów (podejście "nic nie zmienię swoim głosem, to nie zagłosuję" nie ma żadnego sensu). Macie do dyspozycji również wiele instytucji i ruchów społecznych, nie tylko naszych polskich, rodzimych. Zagraniczne organizacje są w stanie skutecznie wesprzeć oddolne inicjatywy i niekiedy wywrzeć dużo skuteczniejszy wpływ, przy użyciu dużo bardziej cywilizowanych metod.  

Niezwykle przykre, że "pociąg" do szabelki i rozwiązań siłowych tak silnie trzyma się naszego narodu od pokoleń. Teraz cała nadzieja leży w nas, młodych, rozumiejących istotę pewnych prawnych i politycznych systemów, wysoko cenionych przez kraje zachodnioeuropejskie. Tym zaś, którzy mimo XXI wieku nadal tkwią w swoim zaścianku, pozostanie jedynie albo podążyć za nową falą albo chociaż starać się zejść ze sceny z klasą.


The Lion King (2019) - Blaski i cienie realizmu 2019-08-06

Remember, who you are, Disney! Remember...

"Król Lew" nigdy nie był moją bajką dzieciństwa. Owszem, "coś kiedyś" się oglądało, ale nigdy jakoś nie obejrzałem oryginalnej animacji sam z siebie. Dlatego więc na remake live-action poszedłem z całkowicie otwartym umysłem, świadom jednocześnie negatywnych komentarzy odnośnie wielu kwestii.

Na dobry początek moje oko rozpieściła genialna technologia graficzna, dzięki której "Krąg życia" wyglądał jak żywcem wyjęty z programu na Animal Planet. Wiem jak wyglądała wersja animowana, jednak ta prezentowała się równie wspaniale, a może nawet i lepiej. Realistyczne wykonanie zwierząt małych i dużych oraz cyfrowe wymalowanie scenerii sawanny sprawiły, że krajobrazy wyglądały jak te rodem z pocztówek! Kolejne sceny jedynie utwierdzały mnie w przekonaniu, że takie rozwiązanie to krok w dobrą przyszłość i, choć animacje było często urzekające, teraz nadchodzi czas przewagi animacji komputerowej. Takie myślenie towarzyszyło mi jednak tylko do pierwszej piosenki w filmie, czyli "I want to be king".
Wówczas bowiem cała koncepcja, nomen omen, nadania zwierzętom bardziej zwierzęcych cech, zachowań i mimiki zaczyna zgrzytać jak piękne, drewniane lecz dawno nienaoliwione drzwi po ich otwarciu. Zwierzęta bowiem, mimo słyszalnych w głosie emocji, nie mogą okazywać radości, ekscytacji, złości czy smutku, które w piosenkach grają przecież główną rolę. Simba, Naala i każda inna postać po prostu "kłapie" szczęką, mając to samo, zwierzęce spojrzenie za każdym razem. W dodatku nie ma już tej feerii barw czy aranżacji artystycznej hipopotamów, antylop i flamingów, za którą wielu pokochało oryginał. O  okrojonej wersji "Be Prepared" (przetłumaczonej na "Dam wam znak", choć w dubbingu animacji było "Przyjdzie czas"), świeżym wykonaniu "Can You Feel the Love Tonight?" czy nowej piosence Beyonce, która nie komponuje się z resztą piosenek w filmie zbyt dobrze, nawet nie ma co pisać. Głosy oryginalne nie przypadły mi do gustu, choć słychać  w nich pewne starania (wyjątkiem byli świetni Billy Eichner i Seth Rogen jako Timon i Pumba), zaś fabuła i dialogi są żywcem wyjęte z animacji. Dodano jedynie scenę ucieczki Naali z Lwiej Skały (która nie wnosi nic), bardziej widoczną pozycję Shenzi jako przywódczyni hien oraz, niezwykle pomysłowe, dodanie innych gatunków zwierząt do samotni Timona i Pumby. Gdy zaczynają one dołączać swoje dźwięki do piosenki "In the Jungle", zaczyna się szybko łapać rytm i stukać palcami do taktu! Niestety film nie ustrzegł się też pewnej niepotrzebnie długiej sceny, pokazującej wędrówkę kłaczka z grzywy Simby do Rafikiego (który to szympans nie ma tu w sobie swego pierwiastka szaleńczego wigoru z animacji).

Dla porównania obejrzałem dziś wersję oryginalną, czyli animację z 1994 roku. Nie był to film mego dzieciństwa, nie tylko z tego powodu, że powstał na rok przed moimi narodzinami, lecz przede wszystkim obejrzałem go chyba tylko jeden raz, tak dawno, że nie jestem w stanie spamiętać. Teraz więc powróciłem do klasyki i, nie będę skrywał, zakochałem się.
Być może jestem nierzetelny, bo zamierzam porównywać polski dubbing animacji z oryginalnymi głosami live-action, ale, cholera, nie potrafię nie zachwycić się kunsztem polskich aktorów, którzy użyczyli swojego głosu czy nie docenić polskiego brzmienia piosenek! Operowanie polskimi głosami niezwykle wpasowało się w świetną kreskę animacji, bogatą w kolorystykę i emocje, oddawane przez poszczególne sceny. Być może nie uroniłem łez przy śmierci Mufasy, lecz nie powstrzymałem wzruszenia podczas rozmowy Simby z duchem swego ojca. W tej animacji był nie tylko humor, który przeniesiono bez zmian do "nowej" produkcji, ale przede wszystkim emocje, których zabrakło w wersji Jona Favreau oraz charakterystyka pobocznych postaci, takich jak Rafiki czy Zazu. Nie dziwię się dlaczego owa animacja zyskała na całym świecie tak wielką popularność.

Czy wobec tego mogę z czystym sumieniem polecić odświeżonego "Króla Lwa" z realistyczną oprawą wizualną? Jeśli wiążą was z oryginałem sentymentalne wspomnienia, chcecie  zabrać na film swoje dzieciaki lub najzwyczajniej w świecie zobaczyć jak wyszedł remake jednej z najpopularniejszych animacji, wybierzcie się bez zastanowienia. Z mojego punktu widzenia, nie jest to film zły. Czy remake mógłby być lepszy? Na pewno. Czy animacja została przebita? Również nie. To po prostu nowy-stary "Król Lew", tym razem od reżysera wersji live-action "Księgi Dżungli". Nic odkrywczego, nic tragicznego w odbiorze (no chyba, że każdy remake Disneya traktujecie jako świętokradztwo).


"Na własne życzenie", albo siła w słabości 2019-08-04

Wszystko, co masz od życia...

Wiem. Miałem regularnie wstawiać wpisy o TVP, ale jakoś nie byłem w nastroju. Dlatego też przerwa przed częścią trzecią. Wracam na chwilę do rodzaju notek, które określiły elvenoora, które wyrażają pewne spostrzeżenia filozoficzne, egzystencjonalne.

Właśnie wróciłem z Dębicy. Wyjechałem tylko na weekend, albowiem już jutro zaczynam szkolenie w swojej pierwszej pracy. Call center dla połączeń przychodzących, pomaganie klientom, mającym problem z wysyłką paczek. Pierwotnie ma to być praca do końca września, ale mam nadzieję, że uda mi się tam dłużej utrzymać. Nieważne, nie o tym dzisiaj...

Wczoraj odwiedziłem moją babcię "na górkach" i miałem okazję uczestniczyć w niezwykłej wymianie zdań między nią a moim tatą. Widzicie, babcia bardzo potrzebuje wyżalić się komuś, a obok ma jedynie ludzi spoza jej świata - nowobogackich, którzy budują sobie w jej sąsiedztwie domki wypoczynkowe w cichej, spokojnej okolicy. Niemal codziennie moja babcia wychodzi na spacery, zagaduje swoich sąsiadów, gdy ich spotka, jednak w tym momencie następuje konflikt: oni nie zaproszą jej do domu na dłuższą rozmowę, bo nie interesuje ich to, co gdzie ją boli, co ostatnio zrobiła, jak się mają członkowie jej rodziny itd. Jej z kolei nie obchodzi to, gdzie oni ostatnio byli ani jak wielkim dylematem jest wyjazd za granicę na Seszele czy Malediwy. Zupełnie inny świat. Któregoś dnia jednak babcia usłyszała od nich, że to, co ma, "dostała na własne życzenie". No, bo kim tak naprawdę ona jest? Czy osiągnęła jakieś stanowisko? Czy rozwinęła karierę, dorobiła się majątku? Czy zmieniła cokolwiek w swoim środowisku? A gdzież...Przecież miała "tylko" męża, duży dom jednorodzinny, pracę w księgowości w banku do czasu nasilenia się astmy, dwójkę dzieci, trzech wnuków i jedną wnuczkę.

- Nie wolno mi nawet nic powiedzieć, bo zaraz coś będzie źle! - skarżyła się babcia.


Jednak mój tata, pełen mądrości facet, na spokojnie jej tłumaczył, co tak naprawdę znaczy "na własne życzenie". Czy żałowała takiego życia, jakie miała? Nie. Czy chciałaby mieć lepsze? Również nie. Tymczasem jeden z sąsiadów babci niegdyś rozbił motor po pijaku, ulegając tym samym poważnemu wypadkowi. I co? Czy on również nie dostał tego "na własne życzenie"?

I tak od tamtej pory gryzie mnie ta kwestia. Tak bardzo pragniemy wielu rzeczy, tak bardzo chcemy być jak najlepiej postrzegani przez innych. Wydawałoby się, że żądamy od życia naprawdę niewiele, że zadowala nas to, co jest, byle tylko ktoś udzieliłby dla nas swojego czasu i uwagi, a może nawet i przyjaźni czy miłości. Podejmujemy więc pewne kroki ku temu, nie zawsze właściwe, nie zawsze udane. Błądzimy jak dziecko we mgle, kierując się instynktem. I wiemy, że nie znajdziemy od razu właściwej drogi, ale przecież to jest droga, uczymy się na błędach i takie tam.
A potem dostajemy od życia potężny wpierdol. Wycisk, którego sobie nawet nie wyobrażaliśmy. "Na własne życzenie". Przecież nie tak miało być. TA droga miała być już właściwa. CI ludzie mieli mnie poprowadzić, byli godni zaufania, a tymczasem znów kolejna grupa mnie wystawiła! Zupełnie tak, jakby ludzkość była stworzona jedynie, żeby cierpieć, a przecież to nieprawda.

Wydaje się, że dużo łatwiej mają ci, którzy pragną rzeczy dużo bardziej "wartościowych": pieniędzy, stanowisk, drogich samochodów, ładnych ciuchów, błyskotek itd. One przynajmniej mają ten pierwiastek "realności", nieprawdaż? Są dostępne dla ambitnych, przedsiębiorczych, cwanych i zaradnych. Tymczasem miłość, akceptacja, przyjaźń, rodzina...one są osiągalne tylko z pozoru, krótkoterminowo, bo przecież i tak "zaraz" znów będziemy cierpieć. Paradoksalnie, to właśnie my, ludzie uczuciowi, jesteśmy najbardziej odważni.
Podejmujemy ryzyko - w końcu jesteśmy hazardzistami Losu. Możemy zyskać bardzo wiele lub ugiąć się pod ciężarem porażki, złego zakładu. Ile jest warta relacja, która po pewnym czasie wali się jak domek z kart? Jest wspaniale przez pewien czas, lecz nagle Życie sprzedaje ci solidną kosę pod żebro. "Wybacz, zła inwestycja, panuje bessa!". I znów przychodzi cierpienie, ból, płacz, zranione serce. Nie "trafiliśmy", zaufaliśmy, zostaliśmy skrzywdzeni. Ale przecież na tym polega "zabawa"...prawda? Mimo wszystko, godzimy się na to, że pewnego dnia możemy mocno oberwać. Przecież nie można nic nie robić. Nie można nie szukać, trwać w miejscu. Życie mijałoby wówczas wokół nas, a my, jak ta wiecznie bojąca się świata pierdoła, która chciałaby wyjść za drzwi, ale boi się, że pierwszy przechodzień spuści mu taki łomot, że resztę życia spędzi na wózku.

- Tylko ile można odczuwać ból ?! Ile razy można parzyć się o kolejne ogniska?!


Widzicie, Los dla każdego człowieka ma inną ścieżkę. Jeden potknie się 100 razy, a pobiegnie za sto pierwszym. Drugiemu zaś wystarczy upaść ledwie raz, by powoli nabierał tempa. Rozpędu życiowego nabywa się z czasem. A po co biec? Po szczęście, spełnienie! Pamiętajmy jednak: szczęście to stan, a stany mają to do siebie, że nie trwają wiecznie. Czasem coś się pieprzy z naszej winy. Innym razem to my jesteśmy tymi poszkodowanymi. I kogo wtedy winić za to? Boga? Los? "Tę ździrę/tego skurwysyna"? A dlaczego w ogóle szukać winowajców, jeśli wskazanie krzywdy wymagałoby postawienia oskarżeń i wyciągnięcia konsekwencji?
Jeśli tylko my sami dostrzegamy swoją wartość i nie boimy się "reklamować" jej otoczeniu i światu, w końcu znajdziemy takich ludzi i takie środowisko, które w pełni pozwoli rozwinąć nam swój potencjał. Teraz cierpisz, ból rozdziera twoją duszę, ale, zaufaj mi, nie odczuwalibyśmy tych wszystkich pięknych dni w sposób, w jaki to robimy, gdyby nie ukształtowały nas nasze własne rany, które wstydzić się nie powinniśmy!

"Lepiej osiągnąć nawet pół z tego, do czego dążysz, nawet jeśli ci się do końca nie uda, niż opierać się na mizernej przeciętności, jeśli faktycznie stać cię na więcej". Tymi mądrymi słowami mojego taty podsumuję te rozważania. Zostawiam was i lecę szykować dwie ostatnie części notki o TVP, aby raz na zawsze zostawić za sobą ten temat. Później zaś...Zobaczymy co będzie. Tymczasem, pamiętajcie: bądźcie dumni z tego, jacy jesteście, albowiem każdą naszą słabość w końcu jesteśmy w stanie przekuć w siłę!


TVP jako nadawca misyjny 2/4 - Dekada sukcesu 2019-07-23

Lata 1970-1980 to okres zauważalnych zmian w sposobie postrzegania telewizji przez władze.

Zaczęto dostrzegać potencjał propagandowy w programach radiowych i telewizyjnych. Było to niezwykle istotne w kontekście wydarzeń z grudnia 1970 roku, kiedy to nasiliły się – brutalnie tłumione - antyrządowe protesty, spowodowane m.in. podwyżką cen. Dokonywano pewnych zmian w propagandzie. „Wroga systemu” nadal upatrywano w krajach zachodniej Europy, jednak naciski propagandowe uległy znacznemu zmniejszeniu. Nie dopatrywano się również przeciwników we własnych kręgach. Jak pisał w październiku 1971 Mieczysław Rakowski, szef „Polityki”: „[Polska] Jest jednym z najdziwniejszych krajów socjalistycznych – nie ma wewnętrznego wroga. To się zdarzyło po raz pierwszy. Zazwyczaj zawsze był jakiś wróg – liberałowie, socjaldemokraci, rewizjoniści, syjoniści, itp.”. Polityka informacyjna nowej ekipy rządzącej, zwana powszechnie propagandą sukcesu, skupiała się na przedstawianiu wyłącznie pozytywnych, nierzadko wyolbrzymionych informacji jako efektów realizacji planu pięcioletniego, zainicjowanego przez nowego pierwszego sekretarza PZPR, Edwarda Gierka, polegającego na rozwoju gospodarczym i zwiększeniu poziomu życiowego w PRL w latach 1971-1975. Do przekazywania komunikatów używano zwięzłych, wyrazistych sloganów, sformułowań, które zawierały treści perswazyjne. Miały za zadanie bezrefleksyjnie aktywizować odbiorcę za pomocą dumnie brzmiących, powtarzających się haseł.  Podczas spotkania z dziennikarzami w lipcu 1972 roku, Edward Gierek powiedział, że „dziennikarstwo polskie spełnia swoje funkcje przyczyniając się do pogłębiania świadomości celów, do których podąża partia i naród”, zaś w uchwale VI zjazdu partii zapisano, że „naczelnym zadaniem prasy, radia i telewizji jest wszechstronne działanie informacyjno-publicystyczne na rzecz stałej konsolidacji całego narodu wokół partii i jej programu. Należy więc nadal systematyczne doskonalić cały system środków masowej informacji w oparciu o zdobyte doświadczenia oraz postulaty społeczeństwa”. Przy tym jednak media miały być stale unowocześniane i usprawniane, by ich odbiorcy mogli postrzegać je jako atrakcyjne , co miało przełożyć się na ich skuteczność. Niezwykle znamienny jest fakt, iż przy wszystkich zmianach jakie nadeszły w dekadzie 1970-1980, krytyką obarczono poprzednią ekipę rządzącą, której wytykano m. in. lekceważenie głosów opinii publicznej, blokowanie informacji oraz utratę kontaktu z masami (społeczeństwem). Dziennikarze pozostawali w oczach nowych władz partyjnych lojalnymi i zaufanymi sprzymierzeńcami systemu socjalistycznego, wobec czego nie mogą ponosić odpowiedzialności za błędy poprzedniego kierownictwa.

Od tej chwili, prasa, radio i telewizja miały „budować dialog partii ze społeczeństwem”, dzięki podkreśleniu ich ideologicznej i propagandowej roli w budowaniu zrozumienia społecznego dla budowania demokracji socjalistycznej, choć już na etapie rozbudowy i modernizacji technicznej mediów coraz bardziej zwracano uwagę na mobilizację społeczeństwa dla poparcia nowych władz. Jak czytamy we wspomnianej Uchwale: „Partia i państwo przywiązują ogromną wagę do rozwoju radia i telewizji jako instrumentu najbardziej masowego i efektywnego oddziaływania na społeczeństwo w duchu ideologii marksistowskiej i zdobywania społecznego poparcia dla polityki partii. Kierownictwo radiem i telewizją ze strony Komitetu Centralnego wyraża się w stałej inspiracji i kontroli działalności programowej radia i telewizji oraz w kształtowaniu prawidłowej polityki kadrowej”. Dlatego też równie istotne stało się przekonywanie o koniecznej podległości partyjnej mediów. Edward Gierek, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, był świadomy potencjału drzemiącego w telewizji, wobec czego nie bał się występować przed kamerami. Telewizja miała przekonać widza, iż polityka partii i władzy ludowej najlepiej służy jego interesom i aspiracjom, zaś patriotyzm prawdziwego Polaka miał wyrażać się w doskonaleniu jego pracy na rzecz przyspieszonego rozwoju „socjalistycznej ojczyzny”. Podporządkować się temu miały zarówno programy publicystyczne i informacyjne, jak i rozrywkowe.  Istotne było także zintensyfikowanie produkcji   telewizorów oraz przygotowania do produkcji   telewizorów przenośnych, które miałby pełnić rolę drugiego odbiornika, a także rozpoczęto prace nad prostym wideomagnetofonem. Docelowo 90% rodzin miało posiadać w domach własne radio i telewizor.

W 1972 roku prezesem Radiokomitetu został Maciej Szczepański, który przez następne osiem lat rozwijał propagandę sukcesu, twierdząc, że „skrytykować można tylko to, co da się naprawić”. Problemy ówczesnych władz były jednak na tyle duże, że - przy braku możliwości ich szybkiego rozwiązania – postanowiono o nich w ogóle nie wspominać. W planie, nazwanym roboczo „Główne zadania radia i telewizji” znalazły się zapisy traktujące o ukazywaniu polityki partii w jak najlepszym świetle i walce z poglądami niezgodnymi z założeniami systemowymi, „realizacji organizatorskiej funkcji partii i państwa poprzez pozyskiwanie poparcia społeczeństwa dla ich polityki” wraz z motywowaniem widzów i słuchaczy do wytrwałej pracy, „kształtowaniem świadomości społecznej narodu”, a także „umacnianiem internacjonalizmu proletariackiego”. Jak wynika z przytoczonych założeń, telewizja od teraz służyć miała przede wszystkim interesowi politycznemu partii oraz nie tyle wspomagać ją w realizacji zadań programowych PZPR, co faktycznie je wykonywać. Oczywiście wymogom ideowym miała być podporządkowana nie tylko sfera informacyjno-publicystyczna, ale także programy kulturalne. „Dlatego właśnie poleca się preferowanie tych wartości literackich i artystycznych, które angażują umysły i uczucia odbiorców na rzecz budownictwa socjalistycznego oraz wpływają na kształtowanie socjalistycznych postaw obywatelskich”.

Po latach, w czternastym odcinku programu TVP pt. „Za kulisami PRL-u” Maciej Szczepański tymi słowami wyjaśniał powody wprowadzenia do telewizji wyłącznie elementów pozytywnych: „Myśmy rzeczywiście pokazywali dobrą twarz tamtej rzeczywistości, ale ta twarz była rzeczywista. Myśmy nie pokazywali wiosek potiomkinowskich, nie kreowaliśmy nierzeczywistych osiągnięć (…) A co by widz z tego miał, gdybyśmy mu pokazali kolejki? Jaki by miał z tego pożytek, skoro on sam widział te kolejki? Myśmy się starali mu wytłumaczyć, dlaczego te kolejki jeszcze funkcjonują i staraliśmy się przedstawić mu poglądy, że kiedyś te kolejki znikną. (…) Ma pan rację, że ciemne strony ówczesnego życia nie gościły zbyt często na naszej antenie, ma pan rację. Ale widzi pan, ja miałem pewne hobby: oburzało mnie to i mierziło mnie to, że Polacy byli wychowywani w kulcie klęski, kulcie przegranych powstań, pomordowanych przywódców. Chciałem zacząć pokazywać Polakom ich rzeczywisty dorobek. Myśmy pokazywali problemy ludzi, ale nie jako nieodwołalny dopust boży, nie jako klęska, której się nie da uniknąć, ale staraliśmy się pokazywać te problemy, którymi ludzie żyli, w procesie ich usuwania jak i [wtedy, gdy] zostały usunięte. (…) Tak robi się propagandę wszędzie, ta się robiło propagandę i tak się będzie robiło. (…) Pod pozorami jakichś sensacyjnych skandali itd., kryje się zrozumienie, że wszystko to, co można zrobić, to my dla was robimy. Ten nurt absolutnego uwielbienia i poparcia dla władzy jest czytelny (…) podawany bardzo elegancko, nienachalnie, ale organy propagandowe są po to, żeby zdobyć władzę, albo się utrzymać przy władzy”.

Podczas gierkowskiej dekady telewizja i radio w Polsce milczały na temat protestów antyrządowych, organizowanych przeciwko nowym manipulacjom cenowym partii, które miały miejsce w lipcu 1980 roku. Media były swoistymi kronikami poczynań rządzących, realizujących wizję rozwijającego się dzięki „ciężkiej” i „jednostajnej” pracy ludu państwa socjalistycznego. Na świeczniku były tak ważne z punktu widzenia partii wydarzenia jak opisywane przez „Trybunę Ludu” odznaczenie Edwarda Gierka w Strassburgu medalem Instytutu Badań Praw Człowieka „za zasługi w krzewieniu pokoju i postaw obywatelskich” czy odwiedziny premiera Edwarda Babiucha w jeleniogórskiej fabryce maszyn papierniczych „Fampa”. Wszelkie niepomyślne dla partii wydarzenia były przez władze oficjalnie niezauważalne. 19 lipca we wspomnianej „Trybunie Ludu” ukazał się jedynie artykuł o podprogowo brzmiącym tytule „Ludzie pragną porządku – porządek zależy od ludzi”, z którego wynikało, że decydujący wpływ poprawę sytuacji w kraju mają „spokojnie, normalnie i ciężko pracujący” obywatele. Interesom „partyjnego betonu” służyły także wydania „Wieczora z dziennikiem”, przemianowanego na „Dziennik Telewizyjny”, piętnowany przez większość ówczesnych polskich dziennikarzy, nieustannie dążących do odzyskania zaufania swoich odbiorców oraz szukania dróg dialogu z władzami. Nowy redaktor naczelny „Dziennika”, Stanisław Celichowski, twierdził, że „w społeczeństwie istnieje zbyt wiele poglądów, by można je było w całości przedstawić w prasie, radiu i telewizji”. Zgodnie z polityką partyjną dbał on o to, by wieczorne wydanie „Dziennika” było „głosem oficjalnym”. Część materiałów filmowych i czytanych z kartki komentarzy przygotowywał ówczesny rzecznik rządu Jerzy Urban   Podawane w nim informacje często „zapychały” antenę treściami lokalnymi oraz tymi o drugorzędnym znaczeniu. Doprowadziło do stopniowego zniechęcenia widzów i coraz bardziej krytycznego oceniania programów TVP.  Telewizja usiłowała odzyskać zaufanie widzów. Materiały własne, nienarzucone odgórnym nakazem partii, od tego czasu sygnowano znakiem „SERVIS TVP”. Powstała także Agencja Radiowo-Telewizyjna, w skład której wchodzili reporterzy Polskiego Radia oraz ośrodków TVP wraz z korespondentami wojewódzkimi. Starania redakcji spełzły jednak na niczym. Przygnębiające informacje o strajkach, fatalnej sytuacji gospodarki PRL oraz antyrządowych hasłach powstałej w sierpniu 1980 roku „Solidarności” były jedynie wstępem do kontrowersyjnych i burzliwych decyzji nowego pierwszego sekretarza KC PZPR, Wojciecha Jaruzelskiego. Ze względu na ostrą politykę cenzorską, „Dziennik Telewizyjny” („DTV”) w kontraście do innych polskich programów informacyjno-publicystycznych prezentował się o wiele gorzej. Zdecydowanie większą popularnością cieszyły się chociażby magazyn reporterski „Blisko czy Daleko”, magazyn kulturalny „Pegaz” oraz popołudniowe i wieczorne serwisy informacyjne, które na tle głównego wydania stały na dużo lepszym poziomie.  

Jesienią 1980 roku na stanowisku prezesa Komitetu ds. Radiofonii i Telewizji Macieja Szczepańskiego zastąpił Józef Barecki, naczelny „Trybuny Ludu”. Według nowej polityki informacyjnej władzy rozwiązanie problemu strajków na Pomorzu a także coraz bardziej zaostrzającej się sytuacji w kraju leżało w rękach wszystkich jednostek Telewizji Polskiej, a zwłaszcza komórek odpowiedzialnych za informację i publicystykę. Dodatkowo, w celu uporania się z „kryzysem wewnętrznym” w Radiokomitecie, utworzono Komisję do Spraw Postulatów, której od tej pory należało składać wszelkie zgłoszenia i uwagi dotyczące funkcjonowania samej instytucji. W listopadzie 1980 roku Komisja opublikowała raport, będący owocem ponad dwóch tysięcy wniosków, których głównym postulatem był apel o możliwość wypełniania przez radio i telewizję funkcji rzetelnego informowania. Wnioskowano przede wszystkim o usystematyzowanie struktury organizacyjnej instytucji (powstałych na skutek wielu zmian na różnych stanowiskach w okresie 1970-1980) oraz zrównania praw socjalnych i stawek płac. 27 listopada 1980 roku przedstawiciele KC PZPR, kierownictwa Komitetu do Spraw Radia i Telewizji oraz władz Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (SDP) spotkali się z ponad 400 dziennikarzami radiowymi i telewizyjnymi, by omówić kwestię dalszego rozwoju polskich mediów. Efektem ich dyskusji było ustalenie rezolucji, w której domagano się większej niezależności w podejmowaniu decyzji programowych. Dziennikarze domagali  się zmian w relacjach między nimi a kierownictwem partyjnym, możliwości podawania na antenie „szybkiej, pełnej i wszechstronnej informacji o wydarzeniach, prawa do merytorycznej dyskusji nad powodami wstrzymania ich materiałów przez Komitet Centralny oraz cenzurę”, jak i „stosowania zasad odpowiedzialności personalnej wobec osób manipulujących informacją” wraz z przywróceniem reguły kolegialnego kierowania radiem i telewizją poprzez powołanie pełnego zespołu Radiokomitetu i Rady Programowej w zgodzie z ustawą o Komitecie z 1960 roku. Miała zostać także powołana Sejmowa Komisja ds. Środków Masowego przekazu jako organ parlamentarnej kontroli działalności mediów, które według Konstytucji PRL miały „służyć całemu społeczeństwu”. Jednocześnie postulanci przyznali rację zasadzie nadzoru partii nad ich pracą. Jak wynika z przedstawionych żądań, dziennikarze, zdając sobie sprawę z ich misji oraz powinności względem społeczeństwa, pragnęli dobrze wykonywać swój zawód. W tym celu wymagane było respektowanie owego dokumentu przez ówczesne władze, wobec czego środowisko redakcyjne zmuszone było, po raz pierwszy w dziejach dziennikarstwa polskiego, wyjść z własną oddolną inicjatywą.

Żądania te nie stały jednak w zgodzie z założeniami kierowniczej roli PZPR i uprzedmiotawiania mediów. O ile jednak prasa pod pewnymi względami zachowała większą niezależność, o tyle radio i telewizja pozostawały bez zmian najważniejszymi instrumentami propagandowymi partii, pozwalającymi znacznie łatwiej trafić do dużo większego grona odbiorców. Chociaż postawa władz w tej kwestii była nieugięta, w telewizji od września 1980 zagościł program „Listy o gospodarce”, w którym Andrzej Bober zadawał swoim gościom, głównie członkom wysokich stanowisk rządowych, trudne i niewygodne pytania.  Kierownictwo partyjne nie było zgodne co do kierunku, jaki powinny obrać media. Część członków Komitetu Centralnego opowiadała się za powrotem do leninowskiej koncepcji prasy, która służyć miała jedynie jako narzędzie
w rękach partii, inni uważali, że całkowite uprzedmiotowienie dziennikarstwa nie wspomaga państwa socjalistycznego i jest sprzeczne z jego założeniami.

O ostatecznych rozwiązaniach sporów ideowych, stanie wojennym oraz drodze do "wyzwolenia" mediów przeczytacie w części trzeciej!


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]