Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

[Under construction] 2018-07-22

W przygotowaniu


Iniemamocni 2 (2018) - Powrót po dekadzie! 2018-07-15

Dobra, wracamy do roboty!

Miała być notka o robotach i ludzkości, ale na to jeszcze poczekacie. Wiem, lenię się z tym, ale, jak dobrze pójdzie, to w przeciągu tygodnia wreszcie to napiszę, gdy nadrobię jeszcze kilka filmów. Dziś pogadamy o innym, nowszym, na który czekałem od 14 lat: Iniemamocni 2!

Za dzieciaka oglądałem pierwszych Iniemamocnych kilka razy, bo, zaiste, było to zajebiste! Jakby ktoś jakimś cudem go nie widział, to spieszę z wyjaśnieniami, iż jest to opowieść o świecie, w którym funkcjonują superbohaterowie. Każdy ma jednak swoje alter ego, czyli zwykłą, szarą personę, pod płaszczykiem której można spokojnie robić zakupy, spotykać się z kumplami czy założyć rodzinę. Zwłaszcza, że zaczęły się podnosić głosy o delegalizacji bohaterów z powodu zniszczeń, jakich czasem muszą dokonać z racji swego fachu.  Główny bohater, Pan Iniemamocny, w tajemnicy przed żoną i dziećmi, nadal wraz z wiernym druhem Mrożonem wymykał się co noc, by nieść pomoc. Jego eskapady zostały wkrótce zauważone przez tajemniczą Mirage, która zaoferowała mu nietypowe zlecenie.
Film bardzo sprawnie operował między światem codziennych problemów w pracy i rodzinie a bezgranicznym oddaniem dla sławy bohatera, jakim się niegdyś było. Próba pogodzenia pracy w biurze, obowiązków rodzinnych, zaufanie, chęć powrotu do minionych dni chwały... W tym filmie było wszystko, czego do tej pory nie pokazał żaden film superbohaterski. Cała ludzka natura bożyszczy i zbawicieli tłumów w pigułce! W pamięć zapadły mi sceny, gdy Helen (żona Iniemamocnego) ostrzega swoje dzieci przed ludźmi, którzy chcą ich zabić oraz sekwencja włamania do komputera Syndroma, gdy protagonista przegląda listę zabitych przez głównego złego bohaterów.


Ale to wszystko było 14 lat temu! Jak więc srpawy stoją z kontynuacją? Powiem krótko: jeśli widzieliście część pierwszą, koniecznie musicie pójść do kina na dwójkę! Jest to bowiem kontynuacja dużo bogatsza od pierwowzoru, znacznie bardziej rozbudowująca znane nam wątki. Seans zaczyna się dokładnie tam, gdzie się skończył poprzedni, czyli od ataku Człowieka-Szpadla na miasto. Podczas walki ze złolem, część budynków i dróg zostaje zniszczona, wobec czego Helen i Bob (Iniemamocny) zostają wykluczeni z programu ochrony supersów i muszą się wynieść z zamieszkiwanego przez nich zakwaterowania. Na szczęście los się do nich uśmiecha i z pomocą przychodzi bogate i pełne pasji rodzeństwo, które oferuje im udział  w nowym programie. Dzięki wbudowanym w stroje kamerkom będą mogli pokazywać opinii publicznej wszystkie swoje działania, co przyczyni się do ponownego zalegalizowania fachu super-ludzi. Rodzinkę czeka więc przeprowadzka do ogromnej willi, ale pracę otrzymuje jedynie Helen, czyli Elastyna. Bob zostaje więc w domu i boryka się ze swoim największym wyzwaniem: rodzicielstwem.


Jak akurat córka nie zrzędzi, że ją chłopak wystawił i wyrzeka się mocy,  to syn ma problemy z matematyką i trzeba mu wyjaśnić nowe wzory. Najwięcej problemów sprawia jednak Jack-Jack, czyli bobas, dysponujący wieloma, trudnymi do opanowania mocami. Pan Iniemamocny ma więc przed sobą trzy, zupełnie różne przypadki, które musi ujarzmić, podczas gdy Elastyna boryka się z enigmatycznym manipulatorem, hipnotyzującym ludzi poprzez ekrany: EkranTyranem.

I tak kształtuje się kilka znanych, lecz poszerzonych wątków: znowu wychowanie dzieci, motyw "muszę dać radę, żeby ona dała radę!", zaplecze polityczne, bo przecież cała operacja ma przywrócić superbohaterów do akcji; gdzieś tam majaczy sprawa ponoszenia konsekwencji swoich wyborów oraz wiary w supersów; nawet EkranTyran ma ciekawą gadkę o tym, jak ekrany czynią z nas bezwolne, niemyślące małpy!
Animacja graficznie bardzo przypomina "jedynkę" na sterydach. Jest jeszcze ładniej, jeszcze bardziej atrakcyjnie, jeszcze bardziej realistycznie (o ile tak można napisać o filmie animowanym). Frajdę znajdą tu więc nie tylko dorośli (którzy za czasów jedynki sami byli dziećmi), lecz również najmłodsi. Akcja jest bowiem tak samo zacna jak w pierwszym filmie, a nawet wybiega jeszcze dalej, serwując nam sceny małego pokazu mocy Jack Jacka czy pojedynek z EkranTyranem (TUTAJ UWAGA DLA EPILEPTYKÓW: w filmie są dwie-trzy sceny z migającymi biało-czarnymi kratkami! Nawet dla mnie, choć na epilepsję nie cierpię, przy ciemności w kinie były to momenty zbyt jasne. Wybierzcie więc rzędy jak najdalej od ekranu!!!).
Polska obsada aktorska wróciła w pełnej krasie, co dało tłumaczom pole do wstawiania kwestii zrozumiałych tylko dla polskiej publiczności. Osobiście w ucho wpadły mi dwa nawiązania. Pierwsze to gdy Bob rzuca: Co ja jestem, rodzina zastępcza?, a drugie Jestem artystką i robię w muzyce u Edny Mode. Jeśli wiecie, kto podkłada głos pod te postacie, zorientujecie się w sytuacji bardzo szybko.

Podsumowując, powtórzę to, co napisałem wyżej: widziałeś jedynkę? Podobała ci się? W takim razie nie masz co czekać na ostatni dzwonek, zakładaj buty i zasuwaj do kina. Jak masz już rodzinkę, to bierz ich pod rękę i zajmijcie jakieś dobre miejsca. I nie zdziw się większą obecnością dorosłych niż dzieci - oni też przyszli kontynuować seans, który zatrzymał się 14 lat temu po napisach końcowych jedynki.
A co, jeśli ktoś nie oglądał pierwszej części? Nic straconego. W filmie nie ma zbyt wielu nawiązań do poprzedniego, więc raz-dwa idzie się połapać w sytuacji, jednak i tak sugerowałbym najpierw, dla wejścia w klimat, obejrzenie po raz pierwszy bądź odświeżenie hitu seansów Disneya sprzed ponad dekady.


O "prawdziwych" kibicach słów parę 2018-06-20

No dobra, pogadajmy o meczu...

Takie były podniosłe nastroje, takie wielkie kibicowanie, #polskagola, patriotyczne wsparcie dla naszych orłów, a tymczasem wystarczył jeden słaby mecz, by wygwizdać polską drużynę i stwierdzić, że "My to jednak dawno powinniśmy mieć w dupie te Mistrzostwa, bo grać dalej nie potrafimy", "Mecz otwarcia za nami, teraz tylko mecz o wszystko i o honor"...
Co jest z wami, kurdła, nie tak?! Gdzie się podziała ta niezłomna wiara w naszych? Tak, spotkanie z Senegalem było naszą bezsprzeczną porażką. Ciołek przypadkiem odbił do naszej bramki, (Nie)Szczęsny wylazł z bramki, zostawiając ją otwartą na atak, Mielik rozkojarzony podawał do przeciwnika - po prostu dramat! Nawałka musiał wewnętrznie płakać, widząc co odchrzaniają jego podopieczni, bo to już nie był styl "Polacy nic się nie stało", lecz bardziej "Co wy odpierdzielacie?!"

Za parę dni mierzymy się z Kolumbią, a później z Japonią. I wiecie co? Ja będę z naszymi do końca, będę im kibicował i wierzył, że nadal mają szansę na wyjście z grupy. Pamiętacie Euro 2016? Wyszliśmy z grupy, potem pokonaliśmy w 1/8 finału Szwajcarię w rzutach wolnych po remisie 1:1. A na dokładkę udało nam się wybronić przed Portugalczykami, których do półfinału dopuścił jeden celny strzał w serii karnych! Dwa lata temu daliśmy radę spuścić wpierdol prawie pięciu krajom i gramy coraz lepiej. Nie wiem co się wczoraj stało w Moskwie, ale jestem pewien, że chłopaki wyciągną lekcję z tego manta pasem na gołe poślady. Koniec końców nie przegraliśmy totalnie "do jaja" dzięki jednej bramce Krychowiaka.   
Spodziewam się, że tak trener jak i kadra postarają się pod koniec tygodnia odkupić swoje wczorajsze błędy, a gwizdy na wyjście Milika zamienią się w owacje na stojąco za choć jedną strzeloną bramkę - jeśli Milik zostanie dopuszczony do meczu, naturalnie.

A dla was, "Polaczki", mam prosty komunikat: jeśli po jednym złym meczu nagle się odwracacie od swojej "ukochanej" drużyny i wracacie do starych nawyków narzekania i zrzędzenia, to wyłączcie telewizory i zajmijcie się czymś, co pasuje do waszego zdradliwego, wiecznie niezadowolonego charakteru. Pojedźcie na działkę, siądźcie przy grillu w białym podkoszulku bez rękawów, klapkach i skarpetkach. Wypijcie piwo z podobnymi wam Januszami i Zdziskami, niech tam wasze Kryśki i Bogusie przygotowują wam kaszanki, golonki i inne mięsa, przy wtórze najnowszym hitów Zenka Martyniuka. Podkręcajcie wąsa, gadając o polityce, pracy i tym, że "Somsiad, rozumisz, zarabia tyle, że cu tydzień nowom dupe se sprowadza i kupuje jej co tylko se zażyczy!"
Właśnie tyle jest warte wasze niedzielne kibicowanie naszej drużynie. Jak to mawia klasyk, aż szkoda na was "szczempić" ryja...


Wyspa Psów (2018) - Ja gryzę! 2018-06-08

Nim zaczniemy: zjebałem. I to ostro.

Powinienem był podzielić się z wami niniejszym tekstem znacznie wcześniej, a teraz, gdy na ekranach kin gości sporo popularnych filmów, mało gdzie można jeszcze się załapać na najnowszą produkcję Wesa Andersona. Ale, jeśli jakimś cudem znacie takie miejsce, wybierzcie się, bo warto!
Megasaki, Japonia, przyszłość; Ród kotolubnych Kobayashish nieugięcie prowadzi rządy pod hasłem propagandy sukcesu. Jednak, w obliczu epidemii wścieklizny oraz psiej grypy, za dekretem burmistrza wszystkie czworonogi zostają przeniesione na Wyspę Śmieci, gdzie od tej pory będą walczyć między sobą zaciekłe boje o przetrwanie w nowych warunkach. Na ratunek swojemu psiakowi wyrusza jednak Atari, 10-letni podopieczny samego burmistrza. Nie będzie jednak sam, albowiem pomogą mu w tym tak zacne psy jak Rex, King, Duke, Boss oraz Chief. Czy uda im się odnaleźć Ciapka? To już niech pozostanie do indywidualnego odkrycia.

Przyznam się szczerze, że do tej pory Wesa Andersona kojarzyłem wyłącznie z (również przecudnym) Grand Budapest Hotel z 2014 roku. O filmie tym pisałem kiedyś recenzję i, co jeszcze lepsze, oglądałem go w ten sam dzień, co i Pernelle, ale oboje byliśmy tego wcześniej nieświadomi.
W każdym razie, wcześniej jakoś nie miałem z twórczością Wesa zbyt wielkiej styczności, a co dopiero mówić o animacjach poklatkowych! Jednak trailer "Wyspy Psów" zostawił mnie z tym nieznośnym uczuciem "Cholera, to trzeba obejrzeć!". Jak więc to wyszło?
Zacznę od czegoś, co pierwsze wpadło mi w ucho: genialna ścieżka dźwiękowa, idealnie dopasowana do, również bardzo dobrych, scen. Muzyka potęguje dramatyzm lub  lekkość ducha, bojowy nastrój i niepokój. Mało tego, głosy postaci również brzmią tak, jak powinny: mocno, chłodno, chrapowato albo wręcz niewinnie, delikatnie. Nie ma się jednak co dziwić, gdy do obsada aktorskiej angażuje się Briana Cranstona, Scarlett Johansson, Edwarda Nortona czy Billa Muraya. Jednak, przy całym uznaniu zachodniokulturowej obsady, to właśnie japońskie głosy wypadają tu niesamowicie. Atari czy Burmistrz Kobaysashi doskonale oddają emocje i powagę wypowiadanych przez siebie kwestii.
Te zaś zostały zrobione w bardzo ciekawy sposób. Teksty japońskie tłumaczone są przez ludzi lub maszyny, jednak czasem takowych brakuje i nie sposób zrozumieć co bohaterowie mówią. Wypada to mimo wszystko doskonale, bowiem tam, gdzie człowiek nie jest zrozumiały, tam pies już mówi po angielsku i problemu z tłumaczeniem nie ma.

Sprawa druga: oprawa wizualna. O matko i córko, jakiż ten film jest piękny! Kolorystyka i aranżacja architektoniczna poszczególnych miejsc potrafi przykuć oko na dłużej. Ciemne czerwienie sali wystąpień burmistrza Kobayashiego z jego podświetloną podobizną na wielkim plakacie tuż nad mównicą; złote czy jałowe pustkowia opuszczonych ludzkich siedzib na Wyspie wraz z wyglądem postaci, ich mimiką i poruszanie się to efekt pracy prawdziwych mistrzów w dziedzinie animacji poklatkowej. Wraz ze wspomnianą wcześniej muzyką bezbłędnie uruchamiają u widza emocje.  
Ciekawie napisanych postaci jest tu kilka, jak choćby Atari, Chief czy Burmistrz Kobayashi, reprezentujący typowego przywódcę totalitarnego, jednak ja chciałbym skupić się na zupełnie innej kwestii: film może być niekiedy schematyczny. Z jednej strony,  system władzy silnej ręki został tu pokazany naprawdę dobrze:  knucie spisku, motywacje "dla dobra ludu", eliminowanie opozycji, zastraszanie i propaganda. Z drugiej zaś, krzewicielką buntu przeciw władzy jest blond włosa uczennica wymiany z - a jakże - Ameryki. Do pewnego momentu scenariusz podąża ciekawym torem, jednak rozwiązanie wszystkich wątków jest bardzo przeciętne, potrafiąc nawet zrezygnować z motywu poświęcenia. I wdałbym się, cholera, w szczegóły, ale nie chcę wam niczego spoilerować.

Podsumowując, "Wyspa Psów" to kino nie dla każdego. Sztuka dla sztuki, z której nie wyniesiecie nic poza duchowym natchnieniem. I piszę to szczerze, przy jednoczesnym niezmierzonym zachwycie nad audio-wizualną opowieścią, jaką przyszło mi obejrzeć.
Przepraszam jeszcze raz, iż nie dałem wam znać wcześniej. Wielka to wina z mojej strony, lecz jeśli macie blisko jakieś kino, w którym "Wyspa Psów" nadal figuruje w repertuarze, czym prędzej biegnijcie do kin. A jeśli nie, pozostaje wam czekać do publikacji w internecie lub na DVD. Tak czy inaczej, polecam z całego serca!


"Wspomnienia Wyklęte" 2018-05-27

Przebłyski z przeszłości, niewdzięczne wspomnienia,
Żyć bez nich nie sposób i uciec się nie da,
Dopadną cię zawsze, nie ważne gdzie jesteś,
Jak umysł otwarty lub czyste masz serce;

Zdradliwe migawki z pamięci katakumb
Uderzą znienacka przy czujności braku ,
Wystarczy piosenka, losowo puszczona,
A rychło znów wpadniesz w przeszłości ramiona;

Naiwne pomyłki, momenty przeklęte,
Nie pragniesz pamiętać  ich już nigdy więcej,
Zagłuszasz więc echa, zajmujesz czymś czas,
A wciąż się w powietrzu unoszą jak gaz;

Nauczki bolesne, umysłu kajdany,
Otwierać im łatwo te same wciąż rany
I cierpieć nam trzeba, gdy zjawią się znów,
Do chwili, gdy wreszcie uwięzi je grób
-------------------------------------------------------------------
Na serio? Poważnie? Przecież tyle czasu minęło, że chyba teraz wszystko jest OK, prawda?
A jednak są takie chwile, gdy widząc jakiś przedmiot lub słysząc jedną z przypadkowych piosenek w radiu, przed oczami przewracają się nagle karty z już dawno zapisanego i zamkniętego rozdziału księgi życia. Wszystko wraca w jednej chwili: wtedy i wtedy słuchałeś/aś tego, robiąc to i to, przeżywałeś/aś takie emocje, cierpiąc lub czując w sobie niewyczerpalne pokłady szczęścia. I o ile to drugie są mile widziane, tak te pierwsze już niekoniecznie.
Co się wtedy z nami dzieje? Było, minęło, nie ma czego rozpamiętywać, to skończona historia. A jednak nadal jeden film, jeden przedmiot czy utwór muzyczny potrafi cofnąć cię o kilka-kilkanaście lat do tego przeklętego okresu, choć już myślałeś/aś, że to nigdy nie wróci...


Co robimy w ukryciu? (2014) - Ludzka twarz wampira 2018-05-18

Od jakiegoś czasu recenzuję wyłącznie filmy najnowsze.

Choć kiedyś pisałem teksty o produkcjach starszych, które miałem przyjemność obejrzeć, niekiedy były to prace na siłę. Najzwyczajniej w świecie nie miałem z niektórymi filmami zbyt silnych odczuć, by podzielić się swoją opinią i polecić bądź odradzić.
Dziś jednak będzie inaczej. Oto "Co robimy w ukryciu", czyli dzieło Taiki Waititiego z 2014 roku.
Pierwszy raz z owym reżyserem miałem styczność podczas seansu "Thor: Ragnarok". Komedia poprowadzona w klimatach typowego filmu akcji sci-fi z kaset VHS (wiecie, laserowe spluwy, fioletowa kolorystyka, cybernetyka itd) z domieszką barwnych postaci pobocznych wywarła na mnie inne wrażenie, niż typowy film Marvela. To było ciekawe i pełne śmiechu doświadczenie. Tym bardziej, że w filmie występowała postać imieniem Korg, odgrywana przez samego reżysera. Korg to głazokształtny kosmita z cienkim głosem i lekkim charakterem, z pozoru zupełnie niepasującym do jego wizerunku. W jednym z dialogów, trzymając w ręku trójząb, wypowiada kwestię, iż na tę broń można by nabić trzy wampiry, jeśliby się do siebie mocno wtuliły. Z początku nie zrozumiałem nawiązania i dopiero po seansie wyczytałem, że jest to odwołanie do filmu przewodniego mej publikacji. Zarówno styl "Ragnaroku" jak i ten mały szczegół skłoniły mnie do nadrobienia zaległości. No i, jakby to powiedzieć...

Jestem tym filmem po prostu oczarowany! Wyobrażacie sobie rzeczywistość, w której wampiry istniałyby między nami? Nie, nie w tak abstrakcyjny, gówniany sposób jak w Zmierzchu (kariery Pattisona), ale zupełnie normalnie. Spaliby w ciągu dnia, zaś nocą dbaliby o porządki domowe, wykłócając się kto ma kiedy sprzątać, rozprawialiby o niebrudzeniu kanapy podczas wizyt "gości", po czym wychodziliby trochę się rozerwać, ubrani, jak przystało na wampirów, w jak najbardziej wyszukanym stylu, wedle ponad stuletniej mody.
Nie myślcie jednak, że w takiej rzeczywistości byłyby to istoty krwawe, zabójcze i czerpiące sadystyczną, wręcz zwierzęcą przyjemność z pożywiania się ludźmi! Choć swe pragnienia siłą rzeczy musieliby zaspokajać, to robiliby to na tyle subtelnie, grzecznie i kulturalne, że już po chwili rozmowy naszych oprawców dałoby się polubić i z wielką serdecznością oddałoby się im swoje ostatnie krople krwi. A kto wie? Może, jakby się dogadać, przyjęliby jeszcze na sługę kogoś z nas i zrobili kiedyś wampirem? Choć, znając ich leniwą naturę, nieprędko raczyliby dotrzymać obietnicy.

Właśnie w przedstawiony w powyższym akapicie sposób przedstawione są te tajemnicze, budzące grozę istoty. Ich życie codzienne, a więc mieszankę wampirzej natury i rzeczywistości XXI wieku, możemy obserwować okiem kamerzysty, który kręci się między  z racji przygotowywania materiału o zbliżającym się wielkim balu dla wszystkich zombie, wampirów czy wilkołaków (z którymi to "nietoperzaści" mają tzw. kosę).
Pierwszoplanowców jest pierwotnie czwórka: romantyczny i pedantyczny Vigo, średnio nastawiony do obowiązków Daecon, czarujący, acz gwałtowny w miłostkach Vladislav oraz skromny, małomówny Petyr. Taika Waiti niezwykle zgrabnie nakreślił charakter każdego z nich, krótko przedstawiając przeszłość oraz wybielając stereotypowy wizerunek naszych krwiopijców. Choć wyglądem wzorowani są na klasycznych filmowych portretach Vlada Palownika czy Nosferatu, w ich głodnych krwi sercach zawsze jest sporo z człowieka. Bynajmniej nie z powodu małych rozmiarów ich żołądka, dodatkowego magazynu w komorach serca, czy coś!

No dobrze, ale czym ten film tak właściwie jest? Po pierwsze: dokumentem. Kamera krążąca wśród postaci, nagrywająca ich rozmowy i normalne zachowania, jak i bohaterowie wypowiadający wprost do kamery osobne komentarze chcą nas przekonać, iż taka rzeczywistość mogłaby istnieć (a może JUŻ istnieje?).
Po drugie: komedią. Tylko nie nastawiajcie się na humor dla mas, żarty z podtekstem czy coś w tym stylu. Tutaj chwile śmiechu są lżejsze, rzadsze, bardziej wysublimowane. Przez to film ten nie trafi do każdego. Wielu pewnie podczas oglądania będzie miało poczucie niepewności co tak właściwie właśnie oglądacie i nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś się od tego cudeńka odbił. No cóż, klimaty wampiryzmu nie zawsze muszą być wykorzystywane tylko w horrorach (i gównianych powieściach o nastolatkach, puszczających się z takowymi, ale o Zmierzchu już pisałem).  
Po trzecie...horrorem? Jest może jedna taka scena, która stara się oddać ducha grozy, ale film już od początku nie traktuje siebie w tej kategorii. Możecie więc oglądać bez tzw. komisyjnej wymiany bokserek.

Na sam koniec, jako podsumowująca wisienka na torcie: muzyka, pełna instrumentów dętych i szarpanych, świetnie pasująca do każdej sceny. Soundtrack wręcz idealnie nadaje dziejom czwórki bohaterów specyficznego, stylowego, uroczego klimatu. No po prostu klasa sama w sobie!


Euro(Di)vision 2018 - najgorsza edycja EVER! 2018-05-14

Czy tylko mi się wydaje, czy tegoroczna Eurowizja była gówniana?

Jak co roku wychwytuję przynajmniej pięć utworów, do których potem wracam, tak teraz w pamięci pozostały mi jedynie dwa występy: piękna piosenka Francuzów oraz dumne, niemal nordyckie brzmienia Duńczyków. Wszystkie inne były co najmniej średnie, sztampowe, choć i tak to zwycięska Netta przebiła moje najśmielsze oczekiwania.
Już od pierwszych chwil gruba kobita, przebrana za Japonkę, wydaje z siebie to irytujące gdakanie. Jak piosenka z refrenem "I'm not your toy" miała w ogóle prawo wygrać?

Żeby nie było, że mam coś do Izraela: jeśli Eurowizja ma być polityczna, to liczę przynajmniej na to, że piosenka mnie przekona. To nie jest też tak, że Izrael nie potrafi, wręcz przeciwnie: Hovi z utworem "Made of Stars" z 2016 roku mnie naprawdę zachwycił i miałem szczerą nadzieję, że chłopakowi dadzą wygrać. Dwa lata temu wygrała Jamala. Choć przyczyny polityczne nie mogły  nie dać o sobie znać, również za sprawą piosenki, to chociaż wykonanie i głos Jamali potrafiły do siebie przekonać.

Dobra, jebać piosenki. Przejdźmy do show, a właściwie jego BRAKU. Jak to jest, że nawet taka Ukraina potrafiła dodać od siebie swój rozpoznawalny smaczek w osobie drag queen Wierki Serdiuczki? Wstawki filmowe z nim i jego mamuśką, jako organizatorami Eurowizji w Kijowie, wypadały naprawdę zabawnie. Co prawda nie tak, jak zrobiła to Szwecja w 2016 roku (trzy częściowy "The Nerd Nation", Lynda Woodruff, nawet kompilacjo-parodia wszystkich piosenek, czyli "Love Love, Peace Peace"), ale zawsze to jakiś charakterystyczny element. Portugalia nie miała kompletnie niczego, poza rozentuzjazmowanymi prezenterkami.
Dlatego w głosowaniu końcowym tak bardzo liczyłem na zwycięstwo Szwecji. Kij tam z piosenką, ale to właśnie oni  najlepiej umieją zrobić dobre kilkugodzinne widowisko. Na nasze nieszczęście Eurozwisja nagrodziła Żydów, "biednych, pokrzywdzonych po II wojnie światowej, wciąż "nie potrafiącej sobie poradzić z traumą" po czymś, co już dawno zostało rozliczone.
Netta niech się cieszy, odniosła sukces, jest na ustach wszystkich, środowiska dziennikarskie i muzyczne będą teraz wokół niej skakać jak Tołdi za Księciuniem. To jest jej pięć minut. Smuci mnie tylko, że to właśnie jej piosenkę okrzyknięto najlepszą spośród wszystkich 48 krajów. Mam przynajmniej nadzieję, że za rok zrobią lepszą oprawę wokół znacznie większej liczby równie dobrych piosenek.


Wujek Feliks - opowiadanie 2018-05-12

Uwaga! Stężenie mroku w tekście: 100%!


Na zewnątrz sypał rzęsisty śnieg. Zimno skuło lodem całe miasto, jednak ludzi to nie powstrzymywało przed wychodzeniem w tę srogą, grudniową noc. Przecież była to Wigilia.
Większość domostw ogarnął już sen. Uroczysta kolacja skończona, życzenia złożone, prezenty rozdane. W domu małej Amelki nie było inaczej. Goście poszli jakąś godzinę temu, a rodzice krzątali się w kuchni. Amelka siedziała w salonie, oglądając koncert kolęd i bawiąc się nowymi zabawkami, otrzymanymi od dziadków, wujków i ciocie. Siedziała na podłodze, wokół niej walały się misie, domek dla lalek i parę książek. Jednak najlepszym prezentem był dla niej mały różowy kwiat, otrzymany od wujka Feliksa. Z całej rodziny to właśnie on lubił ją najbardziej rozpieszczać, kupując wszystko, czego tylko pragnęła. Każdego lata rodzice pozwalali jej nocować u niego i cioci Heli. Razem się wtedy bawili w berka, spacerowali po ogrodzie, a wieczorami wujek czytał jej przed snem bajki. "Moja Różyczka", zwykł do niej mówić. "Piękna różyczka dla ślicznej dziewczynki!"
Kiedy spytała go skąd wziął w środku zimy różę, odpowiedział, że w swojej domowej szklarni udało mu się uchować ten jeden jedyny kwiat. "Jakże mógłbym ci odmówić ukochanego kwiatu? Gdybym kupił sztuczną, źle by to o mnie świadczyło!".

Z rozmyślań wyrwał Amelkę nagły podmuch wiatru, który uderzył w balkon. Dziewczynka podniosła się i podeszła do okien. Na zewnątrz nad balkonem pochylała się istota, przypominająca wydłużony korpus szkieletu, a właściwie samego rdzenia kręgowego, z którego wychodziły dwie, cienkie, podłużne ręce o czterech kościstych palcach.  Jego długa, elastyczna szyja wspierała dużą głowę o żółtych oczach, jarzących się jasno jak reflektory.  Dolna część pozostawała ukryta pod płaszczem mrozu i nocy.
Amelka podeszła do balustrady.
"Cześć! Jestem Amelka Srebrzyńska, a ty?"
Istota nie odezwała się. Jej reflektory w oczach lekko zamrugały.
"Czemu nic nie mówisz? Jesteś smutny?"
Przybysz nadal nie odpowiadał.
"Może to poprawi ci humor. Proszę, to dla ciebie"
Wyciągnęła rękę, podając zjawie kwiat. Kościej wyciągnął szponiastą rękę i dwoma palcami chwycił delikatnie prezent.
"Tylko go nie zniszcz! Dostałam go od wujka Feliksa, wiesz? On jest taki fajny! Zawsze o mnie dba, pozwala mi do siebie zawsze przyjeżdżać na wakacje, ferie i takie tam. Ma duży dom za miastem, o tam!" wskazała ręką kierunek. Za miastem rozciągał się las, lecz niedaleko widniały słabe poświaty z okien pobliskiego domu.
"Duży dom z ogrodem, ogroooomnym tarasem i basenem. Wujek jest bogaty, ma swoją firmę, wiesz?"
Istota przeglądała kwiat z każdej strony, przybliżając go raz do jednego, raz do drugiego oka.
"Ach, nie mogę się doczekać ferii! Pojadę znów do niego, zrobimy kulig, będziemy bić się na śnieżki, lepić bałwana i tarzać w śniegu. To ostatnie z wujkiem baaaaardzo lubimy"
Choć zjawa nie odpowiadała, Amelka, nie przejmując się, kontynuowała historię.
"Zawsze spędzamy fajnie czas razem. Zwłaszcza, że prawie zawsze ciocia Hela wyjeżdża w delegację, wtedy mogę nawet spać w jego łóżku! Przed snem wujek długo się do mnie przytula i cmoka w usta. I to jest fajne, ale czasem...czasem chyba przesadza"
Istota zamrugała dwa razy, oddała dziewczynce kwiat.
"Często robimy sobie zdjęcia, a jak ciocia nie widzi, to nawet ja mu czasem pozuję. Ale zawsze gdy myśli, że nie patrzę, robi zdjęcia gdy się przebieram albo się kąpię. Nie rozumiem, po co mu to? I dlaczego nie mogę o tym mówić z rodzicami? Wiesz, że jeśli komukolwiek powiem, to nie będę mogła już do niego przyjeżdżać?"
Istota zamrugała ponownie.
"Nie wiem czemu, ale fajnie mi się z tobą gada. To znaczy, wiem że ty nic nie mówisz i w ogóle, ale jakoś wcale nie jesteś straszny. Wiesz co? Nazwę cię...Kostek! Kostek Długopalcy!  Ładnie?"
Kostek zamrugał dwa razy.
"Jesteś uroczy! Ach, no i nie mów nikomu, że ci powiedziałam o wujku. Jakby się wujek dowiedział, to byłby straaaasznie zły, a ja tak bardzo nie chcę, żeby mi zabronił do siebie przyjeżdżać!"

"Amelka, co ty tam robisz?! Minus dziesięć, a ty sama w swetrze na mróz wychodzisz?!", zakrzyknęła jej mama, gdy zobaczyła otwarty balkon.
"O, to moja mama! Musisz ją koniecznie poznać! Poczekaj tutaj!". Dziewczynka weszła do salonu.
"Mamo, mamo, chodź na balkon, musisz kogoś poznać!"
"Dziecko, o czym ty mówisz? Kto tam jest?"
"Kostek Długopalcy, taki śmieszny niemówiący cosiek z latarkami w oczach! Chodź, zobacz!"
Amelka wyprowadzila swoją mamę za rękę na balkon, lecz niczego tam nie zastały. Mama rozejrzała się, spojrzała w dół i na boki. Wzięła córkę za rękę, weszły bez słowa do domu.
"Amelka, z kim ty tam rozmawiałaś? Przyznaj się!"
"Z Kostkiem Długopalcym, mówiłam ci! On tam był, naprawdę, przysięgam!"
"Dosyć żartów, moja droga! Dorośnij, masz już 7 lat! Zaraz ci zmierzę temperaturę, może ty chora jesteś."
"Ale...mamo...przysięgam, on tam był!" zdołała wybełkotać z wzbierającego w niej płaczu i łez, kłębiących się już w źrenicach. Pobiegła do swojego pokoju, wtuliła się w poduszkę i płakała, tłumiąc smutek.
Po długiej rozmowie z rodzicami odczekała, gdy tamci pójdą spać. Zakradła się do balkonu, wyszła na zewnątrz. Istoty nadal tam nie było.
"Dlaczego zniknąłeś? Gdzie jesteś?",  zapytała półgłosem, lecz odpowiedziała jej tylko cisza nocnej pustki osiedla.
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Feliks Rzepecki porządkował swoje zdjęcia w laptopie. Przeglądał jedno po drugim, katalogował, spisywał w notatniku. Nadal czuł jeszcze dotyk swojej bratanicy, gdy go przytulała i całowała. Co prawda, nie tak jak by tego chciał, ale był pewien, że wszystko przyjdzie z czasem. Nie mógł się już doczekać ferii. Wtedy Amelka przyjedzie do niego kolejny raz. Hela, jak zwykle, pozostawała na wyjeździe, więc łóżko zwolniło się dla jednej osoby.
Nagle kątem oka dostrzegł za oknem coś dziwnego. Wstał i nałożywszy na siebie tylko płaszcz, wyszedł w kapciach na taras.
Nad basenem unosiła się dziwna podłużna postać o kościstych dłoniach z długimi palcami, wyhaczonymi niczym szpony. Z jego dwóch otworów w głowie bił mocny, żółty blask.
Feliks przymrużył oczy, gdy światło natężało i skierowało się na niego. Osłonił się dłonią.
"Kim ty, kurwa, jesteś?! Wypierdalaj stąd, ale już!"
Istota zniżyła wzrok i spojrzała na leżący przed Feliksem kwiat. Dopiero po chwili mężczyzna zorientował się co to jest.
"Skąd ty to masz?! Czego chcesz?! Wypierdalaj, dziwolągu!"
Feliks rzucił się ku drzwiom, lecz w tej samej chwili poślizgnął się i upadł twarzą do nich.
"Kurwa...NIII..."
---------------------------------------------------------------------------------------------
Kilka dni później martwe ciało Feliksa znalazła jego żona. Hela wcześniej wróciła z delegacji. Chciała zrobić mężowi niespodziankę, kupiła nawet na tę okazję skąpą kieckę, jednak po przybyciu spotkały ją dwie, następujące po sobie tragedie. Jej mąż leżał na brzuchu, z rękami wyciągniętymi w stronę drzwi tarasowych, a z jego otwartych oczu zionęła tylko ciemność, natomiast monitor jego włączonego komputera wyświetlał folder ze "specjalnymi" zdjęciami Amelki. Wszystkie dane natychmiast usunęła, nie chcąc, by jej kariera splamiła się mężem-pedofilem. Na pogrzeb Feliksa przyszli wszyscy poza nią. Amelka długo nie mogła pozbierać się po śmierci ukochanego wujka, jednak w jej snach coraz częściej zaczął gościć Kostek Długopalcy, z którym od teraz "rozmawiała" każdego dnia. Ale to już jest jej słodka tajemnica...


Obrazek, który mnie zainspirowałhttps://www.youtube.com/watch?v=IFsZC8NIf3E


Avengers: Infinity War (2018) - Event na skalę kosmosu! 2018-04-28

Dzisiaj BEZ SPOILERÓW. Mniej więcej za tydzień "lecimy" z pełnym omówieniem fabularnym.

Na "Infinity War" jarałem się jak statek kosmiczny Thora w pierwszym trailerze. "To będzie totalny odlot!", myślałem, "Wszyscy bohaterowie uniwersum zjednoczeni przeciwko Thanosowi!". Liczyłem na dramatyzm, akcję, kontynuację, rozwinięcia bądź zakończenia wątków wszelakich postaci. To miała być w końcu pierwsza część podsumowania dwudziestu kilku filmów MCU (Marvel Cinematic Universe). Na to czekaliśmy od sceny po napisach w pierwszych i drugich "Avengersach", tego się spodziewaliśmy, widząc Thanosa w "Strażnikach Galaktyki". Czy film spełnił moje oczekiwania?
Zacznę od małego ostrzeżenia: jeśli macie już jakieś wstępne scenariusze odnośnie fabuły, spekulacje kto zginie, ile kamieni zbierze tytan, jak bardzo Avengersi dostaną po dupie, to wyrzućcie je lepiej od razu przed wejściem na salę kinową. I piszę tu śmiertelnie poważnie! Film zaskoczy was nie jeden raz, trup będzie ścielił się gęsto, a zakończenie na długo pozostawi w was uczucie niedosytu.

Akcja zaczyna się już od pierwszych minut. Nie ma czasu na przydługie wstępy, nadchodzi wielki mięśniak, który chce wymordować połowę populacji z całego wszechświata, bo cywilizacje szybko się rozrastające rychło doprowadziłyby do swego upadku. Powód prosty, zrozumiały, po uczynkach i słowach Thanosa widzimy, że głęboko wierzy w słuszność idei, do której spełnienia konsekwentnie dąży. W wypełnieniu planu szlachetnego ludobójstwa pomagać mu będą jego Dzieci, czyli Corvus Glaive, Cool Obsidian, Ebony Maw oraz Proxima Midnight. Niestety ich charakterów ani historii przed nami nie odkryto, poza ukazaniem charyzmy i oddania telepatycznego Mawa. Czterej kosmiczni jeźdźcy apokalipsy mieli być jedynie czymś w rodzaju mini bossów z gier wideo: potężniejsi i wytrzymalsi niż standardowe mięso armatnie, wysłani przez Thanosa do odszukania kryształów nieskończoności.
O ile historia owych kamyków została pokrótce objaśniona przez Kolekcjonera w "Strażnikach Galaktyki", o tyle tutaj Doctor Strange bardzo prosto tłumaczy który za co odpowiada. Mało tego, możliwości prawie każdego z kryształów Thanos demonstruje w widowiskowy sposób. Ile ich zebrał? Gdzie jest ukryty Kamień Dusz? Na to odpowiem w spoilerowej recenzji, choć lepiej byłoby, gdybyście przekonali się sami w sali kinowej, koniecznie w 3D, albowiem efekty wizualne (zwłaszcza "hokus-pokus" Doctora Strange'a) naprawdę cieszą oko.

Niestety film cierpi na bolączkę przesytu wątków, co może stanowić problem dla kogoś, kto nigdy nie oglądał żadnego filmu z tej marki. Jednak nawet ja, choć oglądałem każdą produkcję MCU, co dało mi pełną wiedzę na temat bohaterów i wydarzeń uniwersum, czułem się tu momentami pogubiony. Postaci jest dużo, seans dzieli je na trzy segmenty: dwa dziejące się w kosmosie i jeden na Ziemi. Akcja zasuwa do przodu z pędem włóczni Proximy, toteż niewiele jest czasu na "rozkminę" kto z kim po co leci. Zobaczysz to, zrozumiesz, ale nie  poukładasz dobrze w głowie, bo już lecimy po kogoś/coś do kolejnej lokacji. Nie ustrzeżono się również teleportacji i skrótów fabularnych. Osoba "A" wysyła wiadomość do osoby "B", aby przyleciała ona w miejsce "X". W następnej scenie jest tam już osoba "C" i  chwilę później dołącza do niej osoba "B".
Czy konieczne jest nadrobienie całego MCU przed pójściem na seans z kimś/jako ktoś, kto nigdy wcześniej nie interesował się Marvelem? Niekoniecznie, choć dobrze byłoby znać podstawy, czyli Avengers 1 oraz 2, Guardians of The Galaxy, Thor: Ragnarok, Captain America: Civil War oraz Black Panther. Dopiero po obejrzeniu tych kilku wymienionych można sięgnąć po wcześniejsze odsłony, przybliżające interesującą nas postać.

Podsumowując: Avengers: Infinity War jest bardzo dobrym, zaskakującym filmem. Choć oczekiwałem czegoś zupełnie innego, nie zawiodłem się po niemal trzech godzinach kinowej projekcji. Mimo że mój plan na ten film był kawałek po kawałku rozmontowywany, chłonąłem to wszystko i powoli oswajałem się z efektem końcowym. Stąd też powtórzę radę, jakiej na początku wam udzieliłem: WYRZUĆCIE DO KOSZA WŁASNE SCENARIUSZE, albowiem istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że niesłusznie odbijecie się od tego filmu.
Aha, no i nie zapomnijcie o jedynej scenie po napisach, w której pojawia się pewien bardzo ważny symbol!


TO JUŻ DZIŚ!!! 2018-04-27

Avengers już się zbliża, już puka do mych drzwi,
Pobiegnę ich przywitać, z radości serce drży!
O, szczęście niepojęte! Avengers w kinach jest!
Herosów wspomóż kasą, by dobrze bili się!

Seans: 22:10, Galeria Kazimierz. Full hajp, 3D! Recenzja już jutro!


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]