Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

[W BUDOWIE] 2019-01-13

Coś będzie...może topka???


Ballada o Busterze Scruggsie (2018) 2019-01-06

Uwielbiam westerny.

Niesamowicie działa na mnie ten mityczny (choć historycznie mocno przekoloryzowany) klimat Dzikiego Zachodu z pojedynkami w samo południe, bandytami napadającymi na małe mieściny i konwoje oraz praworządnymi mścicielami, którzy nigdy nie pudłują. Oczywiście bardzo sobie cenię, gdy w tle rozgrywa się jakiś wątek dramatyczny lub bohaterowie borykają się z dylematami moralnymi.
Obejrzałem wiele filmów: tzw. dolarową trylogię, "Tombstone", "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", "Bez przebaczenia", "Siedmiu wspaniałych" (pierwszą część z tych starych oraz reboot sprzed kilku lat), "Niesamowitego jeźdźca", "Śmierć jeździ konno", "Sabatę" i kilka innych. Dlatego też "Ballada o Busterze Scruggsie" braci Coenów  zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie - z uwagi na zupełnie inne, dotąd mi nieznane podejście do tematu.

Film podzielony jest na sześć mini-epizodów. Każdy z nich opowiada osobną historię, jednak są one połączone małymi, acz subtelnymi odniesieniami, które wyłapie jedynie uważny widz. Charakter i forma poszczególnych historii są bardzo różne, ich rozwój nieoczywisty i nierzadko dramatyczny. Pozwólcie, że krótko opiszę każdy z nich:
1. "The Ballad of Buster Scruggs", pierwszy i zarazem tytułowy epizod, opowiadający o niezwykle ekscentrycznym, przerysowanym bandycie, który podróżuje z nieodzownym  uśmiechem na ustach oraz pogrywając na swojej gitarze ku uciesze gawiedzi. Epizod bawi się konwencją znaną z kreskówek Looney Tunes, czyli kombinacją czarnego humoru i "cukierkowatości" ogółu.
2. "Near Algodones", czyli historia jednego mężczyzny, który nieskutecznie próbował napaść na bank, za co spotkało go widmo śmierci. Tutaj mamy klasyczne przedstawienie problematyki nieuniknionych spraw, które zawsze nas dopadną, niezależnie jak daleko zdołamy od nich uciec. W roli głównej: James Franco.
3. "Meal ticket", trzecia i zarazem moja ulubiona opowieść. Przedstawiono tu młodego, choć pozbawionego kończyn, aktora, bawiącego tłumy przez deklamowani poezji i prozy oraz starszego jegomościa, który pomaga mu się ubierać, karmi go oraz obwozi jak kukiełkę od miasta do miasta. Jednak im dalej jadą, tym mniej pieniędzy udaje im się zebrać, aż spotykają tłum radosnych gapiów, wpatrzonych w kurę, która umie liczyć. Relacja między głównymi postaciami oraz problematyka gwałtownej zmiany gustów widowni prowadzi nas do zaskakującego, ale mocnego finału, który - przyznam szczerze - zmusił mnie do zatrzymania filmu i kilkuminutowej refleksji. W rolach głównych: Liam Neeson oraz Harry Melling (aka Dudley z Harry'ego Pottera).
4. "All Gold Canyon" - tzw. one-man-show, czyli przez caly czas widzimy jedną postać. Tym razem coś pozytywnego: opowieść o starym poszukiwaczu złota, który wybiera się do pewnej doliny i poszukuje złota. Obserwujemy jego zmagania ze skałą, mierzenie odległości przy rzece oraz krótkie rozmowy z "panią  żyłą", które prowadzi przed snem. "All Gold Canyon" to spełnienie amerykańskiego snu i dowód na to, że można osiągnąć swój cel ciężką, uczciwą  pracą. W dodatku, o ile inne epizody również szczycą się bardzo dobrymi zdjęciami, to tutaj cały czas wraz z głównym bohaterem rozkoszujemy się najpiękniejszymi widokami ze wszystkich części filmu.
5. "The Gal Who Got Rattled" - historia znów nieco przygnębiająca, choć nie wciągnęła mnie aż tak mocno. Oto młoda dziewczyna podróżuje do pewnego miejsca wraz z bratem, z którego kolegą ma zawrzeć związek małżeński w celu rozkręcenia rodzinnego interesu. Po drodze brat jednak umiera, a panienka zostaje z problemem spłaty ich pomocnika, któremu rodzeństwo było winne 400 dolarów. Swoją pomoc oferuje jeden z kierowników karawany, niejaki pan Knapp. "The Gal..." jest historią o odpowiedzialności i pragmatyzmie, szukaniu praktycznych rozwiązań, które pozwalają przetrwać, nie bacząc na własne emocje czy przewidywania, co nie zawsze kończy się tak, jak byśmy chcieli.  Epizod ma bardziej swojski, powolniejszy  ton, choć na końcu wybrzmiewa nieco bardziej.
6. "The Mortal Remains" - najbardziej intrygująca i posiadająca największe pole do interpretacji historia, druga z moich ulubionych. Pięć osób podróżuje wspólną dorożką: starsza dewotka, traper, Francuz, Irlandczyk oraz Anglik. Po zaintonowanej przez tego ostatniego pięknej pieśni, zaczyna się dyskusja na temat miłości, wiary i podziałach ludzi na kategorie, np. kobieta widzi jedynie grzesznych oraz pobożnych, podczas gdy traper nie patrzy na ludzi lepiej niż na fretki, których skóry sprzedaje. Jednak w miarę znikania słońca za horyzontem klimat gęstnieje, zaś Anglik oraz Irlandczyk, łowcy nagród,  snują opowieść o ich zawodzie, kładąc szczególny nacisk na wewnętrzną walkę swoich ofiar ze świadomością zbliżającej się śmierci.

Wszystkie sześć epizodów zostało nakręconych w unikalny, lecz niezwykle przyjemny sposób.  Niemal każde ujęcie jest małym dziełem sztuki, zaś muzyka towarzysząca poszczególnym scenom tylko potęguje odbiór osobnych fabuł jako powieści zebranych w jeden tom legend Dzikiego Zachodu (na co z resztą film jest mocno stylizowany).
Nie ma jednego spójnego zakończenia, nie ma żadnego podsumowania całości. Zamiast kilku pełnometrażowych historii, dostaliśmy miks paru krótkometrażówek i, szczerze powiedziawszy, wyszło to im na dobre. Nie czuje się potrzeby dopowiedzenia czegokolwiek - wszystkie opowieści zamykają się we właściwym miejscu, by dać nam pole do ewentualnego namysłu co było dalej.

Jak wspomniałem na początku, z uwagi na ukazanie się "Ballady..." tylko na Netflixie, nie mogę ująć tej produkcji w swoim TOP 10 kinowych filmów z ubiegłego roku, jednak za nic w świecie nie podarowałbym sobie, gdybym nie podzielił się z wami swoimi wrażeniami na temat najnowszego obrazu braci Coen.
Nie musicie nawet lubić westernów, albowiem nie ma tu zbyt wielu standardów dla tego typu filmów. Nie ma jednoosobowej armii walczącej z bandytami, nie ma walki o zasoby ani napadów na pociągi. Są tylko postacie, ich historie, losy, marzenia i problemy. Dajcie się namówić na seans, a nie pożałujecie. Polecam bardzo gorąco!


BILANS ELVENOORA 2018 2019-01-01

I kolejny rok za mną!

Rok w rok to powtarzam po kilkanaście razy, a nadal nie jestem w stanie pojąć jak to się dzieje, że czas ani na moment nie chce zwolnić. Ledwo zaczynałem studia w Krakowie, a już w tym roku je kończę i muszę podjąć kolejne decyzje odnośnie swojej przyszłości.
Zapewne po paru następnych latach okaże się, że najtrudniejsze wcale nie było zaczęcie prawdziwie dorosłego życia, ale... Wiecie o co mi chodzi: pierwsza praca, utrzymywanie się itp. Boję się tego wszystkiego, czuję w sercu lekki ucisk spowodowany stresem, jakbym był w małej łódce na środku oceanu i zaraz musiałbym z niej wyjść na otwartą wodę. Ale nie mogę tego zrobić, przecież ledwo co umiem pływać!
Ktoś by może powiedział: "Głupiś, dorośnij wreszcie, masz 23 lata, a twoje studia i utrzymanie płynie z konta rodziców, zacznij zapierdalać tak jak twoi koledzy z uczelni! Nie wstyd ci wciąż obciążać rodziców?!"

A pierdol się, jeden z drugim, nie mówcie mi jak mam żyć! Tak, wiem, miałem ograniczyć bluzganie i czasem mi się to udaje. Nie operuję aż tak prostackim słownikiem na co dzień. Niestety dużo gorzej sprawa ma się z tą drugą rzeczą, którą również miałem ograniczyć. Cholera, mam chyba nadal zbyt dużo wolnego czasu, skoro non stop znajduję przynajmniej jedną chwilę dziennie na zbyteczne przyjemności. Tym bardziej, że objęcie pełnej kontroli nad moim przyzwyczajeniem zaprocentuje w przyszłości.
Jeśli wszystko dobrze pójdzie, od tego roku zacznę częściej spotykać się z moją ukochaną Pernelle. Jest też prawdopodobieństwo, że po raz pierwszy przyjdzie mi porozmawiać z jej rodzicami, którzy jakoś nie pałali do mnie sympatią przez przejścia z ich córką. To była trudna, wyboista relacja, którą dopiero jakoś od roku-dwóch właściwie pojmuję i cenię. Daj Losie, bym kiedyś, za parę lat, mógł napisać: "Udało mi się, jesteśmy razem z Pernelle, mieszkamy wspólnie, dzielimy życie, serca i łoże!". Nie chcę jednak myśleć zbyt optymistycznie, nie chcę "napalać się" na to, że pójdzie ładnie, gładko i tak jak chcę. Powoli, małymi kroczkami do przodu.

Krok pierwszy: zdać studia dziennikarskie, a do tego trzeba napisać pracę licencjacką pod okiem pani prodziekan. Temat wybrany przeze mnie: "Telewizja Polska w kontekście podstawowego modelu i założeń telewizji publicznej". Mam już całe oszałamiające dwie strony z pierwszego rozdziału. Pozostało mi jeszcze 10-11 do napisania. Potem sesja zimowa, a po tygodniowej przerwie znów do pracy, tym razem żeby napisać kolejne dwa rozdziały o podobnej objętości. Czcionką 10 Times New Roman, więc czeka mnie zapierdziel.
Krok drugi: w wolnych chwilach, raz na miesiąc-dwa, zapewne zacznę częściej umawiać się z Pernelle w Katowicach. Na początku grudnia 2018 udało mi się wreszcie odbyć pierwszą podróż autobusem i - choć nie obyła się bez komplikacji - stało się dla mnie jasne, że od tego momentu wszystko nabiera większego znaczenia. Rodzice mojej towarzyszki pytali nawet swoją córkę czemu nie przyjechałem do nich. Rozumiecie to? Nagle, ot tak, zapragnęli mnie poznać. Powody mogą być dwa: albo chcą mi powiedzieć "Odwal się od naszej córki, palancie!", albo - co dla mnie wydaje się bardziej prawdopodobne - chcą mnie zwyczajnie poznać i dopiero po kilku rozmowach stwierdzić z jakiej gliny jestem ulepiony.

Dlatego też, aby zrobić na nich jeszcze większe wrażenie, planuję od stycznia podjąć pracę w call center, w którym pracuje również Bohdan. Nie jest to nic wielkiego, ale przynajmniej jakoś bym zarabiał. Wymagane 80 godzin na miesiąc + wyniki w komunikacji z klientem (czyli przedłużanie/zawieranie umów), ale praca elastyczna, przychodzę kiedy chcę i pracuję tyle, ile sobie wyznaczę. Problem tylko, czy znajdę w tym wszystkim czas wolny do pisania pracy i do wożenia Edwarda?
Mój niewidomy kolega jest bardzo dobrym rozmówcą, a pomaganie mu jest dla mnie czystą przyjemnością. Po powrocie do Krakowa aż do marca będę mógł mu pomagać, tym razem za ustaloną z jego asystentką kwotę, którą owa dziewczyna mi odliczy, choć nie wiem czy w marcu wezmę cały etat jeżdżenia z nim. Umowa przewiduje pięć godzin dla tylko jednego asystenta na jednego niepełnosprawnego, więc miałbym już bardzo niewiele czasu, zważywszy na dzienny tryb zajęć na uczelni. A dodajmy do tego, że tak jak ja pomagam asystentce Edwarda wtedy, gdy ona nie może, tak mi już nikt pomóc nie będzie mógł.

Wspomniałem wcześniej o wolnym czasie. Zapewne to pojęcie nieznane jest tym z was, którzy mają już pracę, rodzinę etc, ale ja bym mimo wszystko chciał go mieć. W zeszłym roku nie wydałem tomiku poezji, samych wierszy napisałem także ledwie pięć. Jeśli miałbym jednak wrócić na dłużej do swojej pasji z Ekonomika, to zdecydowanie z formą kilku piosenek lub  "Duetów Satyrycznych", choć z całą pewnością sprawdziłyby się one lepiej w jakiejś innej formie niż czysty scenariusz. Nad kształtem jeszcze muszę pomyśleć. Co z resztą moich wierszy? No cóż, nie jestem Miłoszem ani Tuwimem, więc moja poezja nikogo nie zachwyci. Czasem napisałem coś zabawnego, czasem coś wyrażającego mój stan emocjonalny, coś "emosowatego", jak to ktoś kiedyś ujął. Nie wiem czy byłby sens spisywać swój "The Best Of", tym bardziej że na nic nie chorowałem, nie ciąłem się, nie podejmowałem prób samobójczych, nie cierpiałem wielkich tragedii, strat i nie umiem tak dobrze operować językiem białych wierszy, które z jakiegoś powodu są uważane za lepsze od rymowanych.
Potrzebuję czasu również na rozwój kanału na YouTubie. Mam pewien pomysł: kanał o filozofii! Starałbym się opowiadać o myślicielach, ideach, koncepcjach itd, ale w ciekawy sposób. To byłaby pewna nisza, ale moja własna, gdzie tworzyłbym dla siebie. Filmy o grach odrzucam, to był nietrafiony pomysł. Z resztą, dziś na tym się nikt nie wybije.
Poza tym jest jeszcze kwestia nauki języka HTML i programowania. Trzeba kiedyś zrobić konkurencję e-blogom i stworzyć portal z działającym systemem komentarzy, jasnym i przejrzystym interfejsem oraz opcją jakiegoś zrzeszania twórców. Blogi ceni się mniej niż vlogi, a ja i pewna dobrze wam znana osoba zamierzamy udowodnić wam, że e-pamiętniki mają jeszcze sens.

W 2018 roku zdarzyło się coś jeszcze: zacząłem grać w papierowe erpegi! W lutym zgłosiłem się na jednostrzałową sesję drugiej edycji Warhammera Fantasy (nigdy nie zapomnę jak zajebiście czułem się po kilku godzinach gry). Potem znalazłem ekipę, z którą już stale gram do dziś. Za mną kilkumiesięczna kampania z Numenery, teraz zaś gramy w system autorski Mistrza Gry. Mam z tym jednak problem. Widzicie, ten świat wydawał mi się ciekawy, lecz nie czuję tego już tak mocno jak podczas Warhammera czy Numenery. Choć Gracze i Mistrz są dla mnie cały czas bardzo mili i na sesjach udzielam się od czasu do czasu, to jednak większość gry, ku mojemu późniejszemu zażenowaniu, siedzę cicho i tylko słucham rozmów innych graczy między postaciami. Próbuję coś powiedzieć, chciałbym coś powiedzieć, ale nic mi wtedy nie przychodzi do głowy. Mogę jedynie przedstawić co robi moja postać w poszczególnych momentach czy wykonać jakąś akcję, ale dywagacje na tematy polityczne, spiski i planowania kompletnie mi nie wychodzą. Źle się z tym czuję, mimo że nie odbieram od współgraczy żadnych sygnałów lekceważenia czy chęci odstawienia na bok mojej osoby. Do tego raz na kilka sesji zdarzy się coś bardzo ciekawego i naprawdę zaangażuję się w to, co się dzieje, szczególnie gdy jest nas mniej niż pięciu graczy i mam większe pole do działania. Sam nie wiem co mam robić z tą sytuacją.
Z pewnością chciałbym za to spróbować mistrzowania, napisać jakiś scenariusz lub zapoznać się z już gotowym i chociaż raz zebrać jednostrzałową drużynę. System już mam: Numenera ma dość proste mechaniki, a posiada bogaty, intrygujący świat.

Ach, no i nie zapominajmy o Cinema City Unlimited. Muszę kiedyś przecież chodzić do kina! W tym roku byłem na ok. 40 filmach. Kilka z nich nadrobiłem w internecie, jutro lub pojutrze ukaże się moja topka za rok 2018, ale z dalszego chodzenia do kina nie zrezygnuję. Dzięki temu mój gust filmowy się rozwija, zaczynam patrzeć różnie na interesujące mnie aspekty, chłonę coraz to nowe opowieści.

Uff, wyszedł dość długi tekst! Nie spodziewałem się, że aż tak będę wylewny na początek nowego roku, ale cóż, chyba było mi to potrzebne. No to na koniec jeszcze obowiązkowa statystyka:
Notki: rok temu było 643, teraz jest 694;  51 nowych wpisów!
Wyświetlenia:  było 147851, jest 218018; przyrost 70166, czyli ok. 192 wejścia na dzień!
Komentarze: było 576, jest 597 i stoi nadal przez zepsute e-blogi; ale 21 nowych jest!
Księga gości: beż żadnych zmian;


SUPER-TOPKA 2018 2018-12-31

Rok 2018 obfitował w wiele intrygujących filmów gatunków wszelakich. Narzekać nie mogli zwłaszcza fani kina superbohaterskiego, którzy otrzymali kolejne części przygód swoich ulubionych postaci na ekranie kinowym bądź w Netflixie.
Dziś przedstawię wam moją subiektywną listę TOP 8 filmów superhero 2018. Dlaczego nie dodałem ich do głównej "topki"? Odpowiedź prosta: na dziesięć filmów, które pragnę w niej zawrzeć, nie ma miejsca dla poniższych ośmiu. Choć są to produkcje równie dobre, osobiście rozpatruję je w zupełnie osobnej, lecz równie ważnej kategorii.  Jutro, jeśli portal będzie działał, wrzucę swój Bilans za 2018 rok, zaś kilka dni później główną listę TOP 10 filmów 2018.  To co? Zaczynamy!

8. Venom
Film o antybohaterze, postaci znanej ze świata Spidermana, choć w produkcji Rubena Fleishera Człowieka-Pająka nie zobaczymy. Są za to Eddie Brock, grany przez świetnego Toma Hardy'ego oraz Venom, kosmiczny symbiont nękający jego organizm, których relacja jest nie tyle zagmatwana, co zabawna. Sceny akcji zostały dobrze zrealizowane, Venom w swej przerażającej postaci nie wygląda (aż tak) źle, jednak jeśli mam być szczery, to właściwie tyle, co można dobrego o "Venomie" powiedzieć. Miałka fabuła, "zły" prezes korporacji jako oczywisty antagonista, trochę nierówny poziom filmu jako całości. Produkcję tę podsumować można jednym zdaniem: "Bez szału, ale jest okej".

7. Deadpool 2

Więcej tego samego co w części pierwszej. Doceniam konwencję czarnego, absurdalnego humoru tego bohatera, jego luzackie podejście do widowiskowego wybijania przeciwników, ale jednocześnie koleś w czerwonym kostiumie mnie nie fascynuje aż tak, by patrzeć na film głównie pozytywnym okiem. Z mojego punktu widzenia, bardzo dobra, huczna kampania promocyjna sprawiła się lepiej niż reklamowana produkcja, która nie dodaje ani nie rozwija zbyt wielu postaci. Josh Brollin w roli Thanosa Cable'a sprawdził się znakomicie i bardzo oczekiwałbym osobnego filmu o tej postaci. Przerysowanie, pastisz, burzenie czwartej ściany, słowem: Deadpool w czystej postaci. Jest o niebo lepiej niż w "Venomie", ale mimo wszystko seans zostawia podobne odczucia: "Okej, ale bez szału".

6. AntMan & The Wasp
Bardzo dobra komedia akcji, w sam raz na cieplejsze wakacyjne dni lub luźniejsze, zimowe wieczory. A jednak, ciężko nie odnieść wrażenia, że bez tego filmu Marvel Cinematic Universe zapewne by się obyło i był on właściwie takim "zapychaczem". Rozwinął wątek wymiaru kwantowego z pierwszej części, dodał Wasp jako partnerkę Scotta Langa, zaserwował widzom masę dobrego humoru, poprowadził akcję przy wykorzystaniu pomniejszania i powiększania wszystkiego, co się da, no i na koniec mocno "nakręcił" widzów na Avengers 4 sceną po napisach, po której trailer do owego filmu intrygował jeszcze bardziej.
A jednak znów superbohater w moim serduszku nie czuł się spełniony. Był radosny, ale nadal czegoś potrzebował.

5. Aquaman
Miałem wyjątkowo ciężki orzech do zgryzienia który film umieścić na miejscu piątym. Aquaman i Black Panther to dwie podobne do siebie, lecz jednocześnie tak różne produkcje, że niełatwo zdecydować się na którąś z nich. Obie błyszczą na swoich polach, choć obie też dotyczą podobnej sprawy, czyli walce o tron i dobro ludu, inaczej interpretowane przez bohatera jak i antagonistę. O tym, co spowodowało, że Black Panther znajduje się "oczko" wyżej, opowiem za chwilę. To jaki jest Aquaman?
Przede wszystkim kolorowy, urzekający projektem podwodnych stworzeń, roślinności i architektury "ryboludzi". Po drugie: wciągający widza w nawodny i podwodny wir przygody w rytm dobrej muzyki, nie dając zbyt wielu chwil na wytchnienie czy spokojne rozmowy. Po trzecie: przyciągający jak wabik tej paszczatej ryby z "Gdzie jest Nemo". Postacie Aquamana i Mery są charyzmatyczne, da się je lubić od samego początku, a przy tym wątek romantyczny między nimi nie jest wciśnięty "na siłę". Po czwarte: przewidywalny fabularnie, ale nie w konwencji. Raz oglądamy "standardowy" film superhero, na Sycylii mamy lekkie mrugnięcie okiem w stronę komedii romantycznych, słowem: "Aquaman" bawi się mieszaniem gatunków. Po piąte: napawający nadzieją na to, że uniwersum kinowe DC po tym filmie będzie tylko błyszczeć. Jedynym mankamentem, jaki rzucił mi się w oczy, jest postać Black Manty, po której oczekiwało się znacznie większego wpływu na fabułe niż bycia tylko i wyłącznie chłopcem do bicia na usługach króla Orma.

4. Black Panther

Zbliżamy się do wielkiej trójki, ale zanim jej sięgniemy, wytłumaczę wam dlaczego "Black Panther" nieznacznie przewyższa Aquamana. Choć "Aquaman" również opowiada o walce o sukcesję oraz przyszłości mieszkańców królestwa, to "Black Panther" stawia bardziej na mieszankę kultury afrykańskiej z konwencją futurystycznej technologii oraz szczypty "magii". Tylko tutaj znajdziemy miks rytualnych walk przy koronacji nowego króla, który przed pojedynkiem wypić musi napój, pozbawiający go nadludzkich sił, otrzymanych z rzadkiego kwiatu. Walka zaś odbywać się będzie przy użyciu wzmocnionej kosmicznym metalem broni.
"Black Panther" to także krajobrazy niczym ze spotu promocyjnego, nakręconego dla jakiegoś afrykańskiego państwa. Jednak, gdy mówimy o tak specyficznym kraju jak Wakanda, to wspomnieć musimy również o zwierzętach, zwłaszcza wielkich bojowych nosorożcach, które w mojej opinii niesłusznie były krytykowane za złe efekty CGI.  Kolejny plus: muzyka. Do dziś co jakiś czas słucham motywu przewodniego Killmongera, głównego antagonisty filmu, którego postać również wpadła mi w serducho. I choć nie jest to najlepszy złoczyńca całego MCU, to zdecydowanie jego historia została napisana w 100%. To smutny bojownik o wolność dla takich jak on, pogardzanych ze względu na pochodzenie.  No i wreszcie: postacie poboczne, wśród których prym wiedzie Shuri, siostra T'Challi, Czarnej Pantery. Jej humor i entuzjazm przyciągnął mnie do siebie i liczę, że w kontynuacjach BP będzie jej więcej.
Na niekorzyść filmu działa jednak pewna schematyczność. BP to marvelowska wersja Króla Lwa. Czy to dobrze, czy źle - oceńcie sami. Mnie fabuła "nie powaliła".

3. Iniemamocni 2
Co tu dużo mówić, UWIELBIAM pierwszą część "Iniemamocnych". Oglądałem ją kilka razy i za każdym wzbudzała we mnie równie silne emocje. Kontynuacja (po 10 latach od "jedynki"!) przyniosła mi równie wielkie doświadczenie, co poprzedniczka. Była dobra akcja, świetnie zarysowana problematyka rodzicielstwa, gdy jedno z rodziców musi borykać się z dorastającymi dziećmi, by drugie pracowało. O niełatwym odłożeniu na bok swoich ambicji na rzecz ukochanej osoby.
Zaskakująca fabuła, bogata w zwroty akcji, dobry humor, świetny dubbing oraz tłumaczenie serwujące nam odwołania do polskiej kultury ("Co ja jestem, rodzina zastępcza?"). Niestety, film boryka się z jedną wadą: Syndrom z pierwszych "Iniemamocnych" jest o wiele lepszym i dużo bardziej zapamiętanym antagonistą niż EkranTyranka. Nie ma już w niej tej charyzmy, co u Syndroma, zaś główna motywacja, choć zrozumiała, to zawiera klasyczny motyw zemsty. Do tego postacie poboczne nie zostały w pełni wykorzystane i służyły raczej jako "funkcjonalne zabawki" na potrzebę filmu.
Mimo wszystko, stawiam "The Incredibles 2" na zasłużonym trzecim miejscu. Poza paroma mankamentami film zapewnił mi dokładnie to, czego oczekiwałem.

2. Avengers: Infinity War
Gdyby nie film z miejsca pierwszego, "Infinity War" byłby na samym szczycie! A paradoksalnie, po wyjściu z pierwszego seansu byłem odrobinę rozczarowany. Miałem w głowie kilka swoich scenariuszy, co mogłoby się stać, kto umrze, ile kamieni Thanosowi uda się zebrać... Natomiast bracia Russo wzięli te plany, powiedzieli "Nie" i stworzyli coś, na co nie byłem gotowy. Dopiero drugi seans i skonfrontowanie pierwszych odczuć z tym, co się naprawdę wydarzyło, wyprowadził mnie z błędu i dał solidną nauczkę, aby nie spekulować przed seansem. "Infinity War" to widowisko, na które czekaliśmy i które nie zawiodło oczekiwań. Choć, paradoksalnie, nie brakowało tam masy humoru, przez co film nie był śmiertelnie poważny, to jednak potrafił zgnieść serce widza niczym Thanos kosmiczną kostkę. Emocje, nowe sylwetki znanych postaci oraz głównego złoczyńcy, którego szalony plan nie przysłonił w odbiorze jego charyzmy i poczucia człowieczeństwa. Do tego dodajmy wstrząs i poruszenie przy kilku definitywnych oraz wielu tymczasowych śmierciach bohaterów, a także status quo z jakim zostawił nas film. To było COŚ. Produkcja, której się nie spodziewaliśmy, a na którą zasługiwaliśmy od ponad dekady! Dlatego też czekam równie mocno na "Endgame", a wcześniej na kinowe zapoznanie z kolejną nową postacią: "Captain Marvel".
PS: Soundtrack Alana Silvestri jeszcze po dwakroć wynosi ten film ponad wszelkie kryteria!

1. Spiderman: Into the Spiderverse
Nie ma zaskoczenia, prawda? "Infinity War" było świetnym filmem, ale "Spiderverse" to - w mojej ocenie - idealna, najbardziej komiksowa opowieść, przez którą mój wewnętrzny superbohater poczuł się szczęśliwy jak nigdy dotąd! Historia Milesa Moralesa, jego trudów do wielkości, dorastania do swoich mocy, niosła z sobą przekaz słów Stana Lee o tym, że tak naprawdę każdy z nas może być bohaterem w swoim otoczeniu.
Fabuła opowiedziana przecudną kreską animowaną z jeszcze lepszym soundtrackiem w tle, pozwalała czerpać wszelkie możliwe emocje, jakie tylko zapewnić może film o superbohaterach: przejmowanie się trudnymi początkami, pierwszymi nieudanymi próbami, upadkami, duchowym złamaniu i wreszcie - przez poszukiwanie motywacji - radość z odnalezienia w sobie bohatera, wiarę w siebie. Naprawdę trzymamy kciuki za Milesa, czerpiąc frajdę z konwencję wprowadzenia do filmu kilku różnych światów SpiderMana.
Nie mogę w pełni opisać uczucia, jakie pozostawił we mnie ten film, tak bardzo jest cudowny!
Dlatego też z czystym sumieniem trójce reżyserów nadaję miano nowych królów superhero. Niestety  panowie Bob Persichetti, Peter Ramsey oraz Rodney Rothman dostaną tylko jedną koronę, więc niech jakoś między sobą ustalą jak się nią będą wymieniać.


TOP 18 FILMÓW 2018 2018-12-31

Czas zapierdziela, więc nie traćmy ani jednej jego chwili!

Już niedługo poznacie moją osobistą topkę filmową za rok 2018. Będzie to tym razem aż 18 filmów - 8 jutro i 10 nieco później, gdyż osobną listę zajmować będą produkcje superbohaterskie, a nie ma co tu kryć, że rok (niemal) ubiegły obfitował w takowe!
Dlaczego nie zrobię jednej, ale dłuższej listy? Cóż, jest kilka filmów, które chciałbym umieścić, ale przy jednoczesnym zachowaniu miejsca dla tych opowiadających nie tylko historie postaci z komiksów. Nie mogę oceniać wszystkich filmów tą samą miarą, jest to nierealne. A jako, że kino superhero jest dla mnie tak samo ważne, jak to bardziej "tradycyjne", dlatego nie zrealizuję pomysłu TOP 18 filmów, z miejscami 18-10 poświęconymi jedynie na Avengersy i inne Aquamany.
Oto przed wami zestawienie wszystkich 61 filmów obejrzanych przeze mnie w 2018 roku. Z góry zawarłem tu kilka produkcji, które zamierzam obejrzeć na dniach, by lista była kompletna. A zatem:

Styczeń:
Jumanji: Welcome to the Jungle
Wszystkie pieniądze świata
Czas mroku
Atak paniki
Gra o wszystko

Luty:
Trzy bilboardy za Ebbing, Missouri
Black Panther
Disaster Artist
Kobiety mafii
Kształt wody
Miasto duchów
Czwarta władza
Nić widmo

Marzec:
Czerwona jaskółka
Pittbull: Ostatni pies
Pacific Rim: Rebelia
Wieczór gier
Lady Bird
Jestem najlepsza. Ja, Tonya

Kwiecień:
Player One
Avengers: Infinity War
Taxi 5
Ciche miejsce
Nigdy cię tu nie było
Dziewczyna we mgle

Maj:

Wyspa Psów
Deadpool 2
Solo: Star Wars Stories
Rampage: Dzika furia
Tully

Czerwiec:
Ocean's 8
Jurassic World: Upadłe Królestwo
Dziedzictwo. Hereditary
Zimna wojna
Słodki kraj

Lipiec:
Iniemamocni 2
Berek

Sierpień:

Mission Impossible: Fallout
AntMan & The Wasp
Ballada o Busterze Scruggsie [NETFLIX]
Człowiek, który zabił Don Kichota
Krzysiu, gdzie jesteś? (Christopher Robin)
303. Bitwa o Anglię
Dywizjon 303: Historia Prawdziwa

Wrzesień:
The Predator
Johny Engish: Nokaut
Searching
Czarne bractwo. BlacKkKlansman
Dogman
Zegar czarnoksiężnika

Październik:
Venom
Kler
Pierwszy człowiek

Listopad:
Jeszcze dzień życia
Fantastic Beasts: The Crimes of Grindelwald
Narodziny gwiazdy

Grudzień:
Zabójcze maszyny
Grinch
Spiderman: Into the Spiderverse
Kursk
Aquaman


Into The Spiderverse (2018) 2018-12-27

"Into The Spiderverse" to najlepszy filmowy komiks, najlepszy film superhero, najlepszy film 2018 roku, najlepszy film animowany i najlepszy film w ogóle. Dziękuję za uwagę, a teraz idźcie na "Into The Spiderverse" do kina.

Tak mniej więcej mógłbym podsumować najnowszą produkcję o Spidermanie, bo dalsze słowa nie są tu potrzebne. Co tu z resztą pisać, gdy żadna recenzja nie odda ilości frajdy, jaką zapewnia film. Nieprzekonanym postaram się pokrótce nakreślić co ich czeka w salach kinowych.

"Into The Spiderverse" nie jest kolejną opowiastką o Peterze Parkerze. Tym razem postawiono na Milesa Moralesa, chłopaka który przejął rolę "Człowieka-Pająka" po śmierci pierwszego Spidermana. Chłopak dostaje się do nowej szkoły, niechętnie porzucając starych znajomych. Sprostanie wyzwaniu dużo wyższego poziomu jak i odnalezienia się w nowej sytuacji nie jest proste, choć rodzice liczą na niego i wspierają syna jak tylko można. Pewnego razu podczas nielegalnego wypadu na malowanie graffiti  ze swoim wujkiem, Miles zostaje ugryziony przez dziwnego pająka, który dał chłopakowi niezwykłe moce. Znacie ten schemat z poprzednich filmów, jednak nie miejcie obaw: nie będzie żadnych tekstów o wielkiej odpowiedzialności czy kolejnej śmierci dla podkreślenia tzw. story arcu głównego bohatera.
Fabuła skupia się na próbie przeszkodzenia Wilsonowi Fiskowi aka Kingpinowi przed  dokończeniem prac nad zderzaczem hadronów, którego pierwsze użycie sprowadziło  do "naszego" świata Petera Parkera, Gwen Stacy, Spidermana Noir, Petera Porkera oraz Peni Parker. Jeśli Fiskowi uda się doprowadzić urządzenie do pełni sprawności, miasto czeka zagłada. Miles musi więc, wraz ze swoimi odpowiednikami z różnych wymiarów, stawić czoła łysemu dryblasowi oraz przede wszystkim nauczyć się panować nad nowymi zdolnościami.

Pierwsze co rzuca się w oczy, to niesamowita realizacja filmu. Świetna stylistyka graficzna oraz komiksowe wstawki ("kreski" wokół głowy, obrazujące pajęczy zmysł, okienka czy pisana onomatopeja) sprawiają, że nareszcie oglądamy coś oryginalnego. Nie zrozumcie mnie źle, nadal lubię filmy Marvela, jednak podczas seansu czułem się, jakbym oglądał animowaną historię rysunkową. Klimat potęguje również delikatne nakreślenie (graficzne i stylistyczne) każdej "Spider-postaci", co oswaja nas z różnymi interpretacjami jednego konceptu danego superbohatera. Weźmy dwóch pierwszych z brzegu: Spiderman-Noir ubiera się w czarny płaszcz i kapelusz i co noc walczy z nazistami, zaś Peni Parker, jak na heroinę z anime przystało, steruje stworzonym przez jej ojca robotem bojowym!
Druga mocna podpora filmu to postacie, ich relacje, charaktery i drogi rozwoju, bardzo dobrze poprowadzone i niezostawiające bohaterów w tym samym miejscu co na starcie. Zarówno Miles Morales jak i Peter Parker (nieudacznik z innego wymiaru) przechodzą "swoje", uczą się od siebie wzajemnie, naprawiają błędy i wytyczają nowy kierunek działań. Niewątpliwie najmocniejszą rolę odgrywają tu również rodzice Milesa, a zwłaszcza ojciec:  stawiający synowi wymagania, bo dostrzega w nim pierwiastek czegoś ponad przeciętność, a jednocześnie wspierający i kochający młodego Moralesa. Jest jeszcze jak zwykle luzacki wujek, któremu poświęcono równie ważny wątek, ale nie będę wchodził w spoilery.
Trzeci fundament "Into The Spiderverse":  po prostu zajebista ścieżka dźwiękowa, nadająca własny, niepowtarzalny charakter scenom, do których wracam myślami słuchając soundtracku. Bez wątpienia niejeden i niejedna z was doda choć kilka piosenek do własnej playlisty, o ile jeszcze tego nie zrobiliście po obejrzeniu ledwie trailera!

Czy film ma jakieś wady? Nie wiem - naprawdę, bardzo trudno byłoby mi wskazać elementy, które byłyby zbędne, można byłoby wyciąć itd. W mojej ocenie film ten - choć zupełnie z innej kategorii niż "Infinity War" - przebić mogą tylko jego kontynuacja oraz spinoffy, które już są w produkcji. Będę naprawdę szczęśliwy, jeśli będą tak dobre jak ten film!
Na "Into..." nie czekałem jakoś mocno. Byłem ledwo zaciekawiony, bo to w końcu "inny-kolejny film superhero". Seans uraczył mnie masą odwołań do poprzednich filmów, reinterpretacją pomysłu na film o bohaterach z supermocami (zawiera śladowe ilości  śmiania się z nieudanych pomysłów) z masą humoru, ale i dojrzałości w podejściu do tematu. Polska premiera była 25 grudnia (choć mnie udało się film "wyhaczyć" wcześniej na jedynym przedpremierowym pokazie), więc jeśli nie mieliście jeszcze okazji, to zapraszam serdecznie do najbliższego kina! Dzięki rozsądkowi i uprzejmości wydawcy macie do wyboru wersję z napisami i dubbingiem. Choć ten drugi ponoć nie jest zły, to jednak polecam zapoznać się z oryginalną wersją dla jeszcze lepszego angielskiego voice actingu.


Grinch (2018) - recenzja rymowana! 2018-12-22

Już Święta za pasem a w kinach "Grinch" leci!
Czy jest to historia wyłącznie dla dzieci?
Z początku, przyznaję, tak właśnie myślałem,
Dopóki recenzji raz nie przeczytałem;
Lecz dobre opinie przysłaniał mi fakt,
Że dubbing jest polski, napisów tu brak
I w miejsce Sherlocka Boberek, jak zwykle!
"No trudno", myślałem, "być może przywyknę..."

I powiem nieskromnie: myliłem się srogo,
Bo "Grinch" i wygląda i brzmi bardzo błogo!
Choć wszystkim już znana, historia to cudna,
Choć pełna refleksji, lecz nie jest też nudna!
Oprawa bajkowa, wierszowa narracja,
W dubbingu nie gorsza jest też adaptacja,
Boberek tak samo jak  wszyscy aktorzy
Wspaniale pod postać głos wdzięczny podłożył!

Więc jeśli czas macie i młodsze rodzeństwo
Lub dzieckiem już los was obarczył (przekleństwo!)
Polecam wam "Grincha" zobaczyć na Gwiazdkę,
Nim Święta przeminą, a klimat wygaśnie;
Dowcipu z umiarem, niemało powagi,
Świątecznym nastrojem przejmuje i bawi
Historia niewinna, na Gwiazdkę w sam raz
Tak starszych jak młodszych wprowadzi w ten czas!


DOrobić czy ZArobić - znowu dylemat! 2018-12-16

Ciągłe problemy, zero rozwiązań...

W zeszłym tygodniu, tuż przed wyjazdem do Katowic, zaglądnąłem do Biura Opieki Niepełnosprawnych, by zapytać o moją umowę. Miesiąc jeździłem z Edwardem charytatywnie, na własny koszt. Opłat za bilety z listopada  mi nie zwrócą, no trudno. Ale od grudnia miałem mieć już wszystko opłacane. Niestety, są pewne komplikacje.

Po konsultacjach z panią prawnik, kierowniczka BON napisała mi wczoraj maila, w którym jasno sprecyzowała, iż nie mogą dać mi umowy. Dlaczego? Bo według formalnych kruczków, jeden niepełnosprawny może mieć tylko jednego asystenta, więc nie mogę wziąć pięciu godzin dla Edwarda. Całą pulę zgarnia Agnieszka, z którą "współdzielę" naszego niewidomego kolegę. Dlatego też napisałem jej wczoraj, iż chyba zrezygnuję, bo skoro mam za darmo to robić, to wolę się wycofać.
I proszę o zrozumienie: Agnieszka jest spoko, z Edwardem dobrze się rozmawia. Wiem, że i tak nie miałbym z tego wielu pieniędzy, ale żeby nawet za bilety nie odzyskiwać pieniędzy?
Na szczęście wyżej wspomniana dziewczyna nie zbyła mojej rezygnacji ot tak. Zaproponowała mi ugodę między nami. Ona brała by całą pulę i oddawała mi część lub całość tego, co zarobi, w zależności od częstotliwości przejazdów w danym tygodniu. Tak "pociągnęlibyśmy" do marca, a potem mógłbym wziąć Edwarda tylko dla siebie.Muszę to przemyśleć, a czasu mam coraz mniej.

Tym bardziej, że Bohdan zaproponował mi pracę w NC+. Ostatnio najął się na umowę w krakowskim call center. Godziny elastyczne, pracujesz ile chcesz, kiedy chcesz, byle tylko wyrabiać normę zawieranych/przedłużanych umów i określoną liczbę godzin w tygodniu. Zarobki na pewno większe i lepiej uwarunkowane niż w BON-ie, piętnaście złotych za godzinę. Wystarczy tylko napisać CV (w moim przypadku: dopisać do niego parę rzeczy) i dać Bohdanowi, on już tym się zajmie. Potem tylko dwa obowiązkowe, kilkugodzinne szkolenia, oraz dwa egzaminy: pisemny i praktyczny.


Gdybym zgodził się na propozycję Agnieszki, to tylko na uczciwych warunkach: oddawałaby mi co miesiąc tyle, ile faktycznie przejeździłem + zwrot kosztów za bilety. Prosta matematyka: w tygodniu z Edwardem jeżdżę minimum raz-dwa razy w tygodniu. Za godzinę przypada 5 złotych "z hakiem". Za tydzień zarabiałbym więc przynajmniej 2 * 5 + 2 * 1, 40 = 12, 80 złotych. Miesiąc to cztery tygodnie, więc 51, 20 "wpadłoby" na pewno. Śmieszne pieniądze, wiem. Ale już angażując się w wolontariat takie pieniądze coś znaczą.
Tylko co chcę osiągnąć? Chcę ZArobić czy DOrobić? Umowa nie przewiduje ubezpieczenia, nie uwzględnia też potrzeb studenta, który nie może w pełni oddać się pracy. W marcu na pewno nie wezmę Edwarda w pełnym wymiarze. Chciałbym mieć czas na pisanie pracy i chociaż trochę wolnego tylko dla mnie: żeby popisać z Karoliną, pojechać znów do Katowic, przejść się do kina, poczytać coś, pograć...
Zdaję sobie sprawę, że wzięcie zarówno transportu Edwarda, jak i aplikowaniu do NP+ nie starczy mi już na nic czasu, a pogodzenie tych dwóch rzeczy odbędzie się kosztem tej słabszej zarobkowo.
"My mamy pieniądze, nic na siłę", mówią rodzice. Ale jednak mimo wszystko już coś chcę robić, gdzieś chcę działać. Jest dwoje ludzi, na których chcę wywrzeć pozytywne wrażenie, aby poznali mnie jako dobrego, odpowiedzialnego i rozsądnego gościa. Mam tylko nadzieję, że moje wysiłki nie pójdą na marne... Chyba domyślacie się o co chodzi, prawda?

Ech...No nic. Wracam do pisania pracy licencjackiej, bo po 16stej jadę na sesję Requiem Aeternam. Mam już oszałamiające dwie strony, a ile mi zostało, tego nie wie nikt. Wytyczne mówią, że 10 stron na rozdział. Pani profesor podaje z kolei, że trzeba dwa razy więcej. Czekają mnie długie, piękne święta, wypełnione przerwami na pisanie o istocie mediów publicznych. Zaczynam żałować, że wybrałem taki temat, ale z drugiej strony - czemu nie? Będę miał argumenty w dyskusji z moją "PiS-olubną" babcią ^^


Perenelle, Katowice i ja 2018-12-08

NARESZCIE SIĘ UDAŁO!

Po wielu nieudanych planach wybrania się do Katowic, niweczonych przez czas, problemy techniczne czy fizjologiczne, wreszcie dzisiaj nastąpił ten wiekopomny moment wycieczki.
Zajęcia? Chrzanić panią profesor, raz mogę nie iść. Licencjatem zajmę się jutro. Dziś liczyło się tylko spotkanie z moją ukochaną, duszą przy mej duszy, (mam nadzieję) przyszłą towarzyszką życia. Łączy nas tak wiele, przeszliśmy przez niejedną burzę, zakończoną naszym rozstaniem. Wzajemne wloty i upadki, choć nieraz bolesne, pokazały nam pewne sprawy, nauczyły wielu istotnych rzeczy, tak potrzebnych do późniejszej normalnej, zdrowej relacji.

Tuż po odwiezieniu Edwarda na 10:40 wpadłem na chwilę do BON-u, aby upewnić się co tam z moją umową o praktyki, a potem jazda na dworzec autobusowy. Bilety miałem kupione zawczasu, zarówno do Katowic jak i powrotny. Prezenty miałem spakowane, telefon w miarę sprawny; punkt 11:30 wyjeżdżałem już z Krakowa, doświadczając ciekawego uczucia wyjeżdżania samemu poza schemat, poza znane granice. Kiedyś wyjazd z Dębicy to był taki pierwszy skok w dorosłość. Kilkumiesięczne studia w (na zawsze przeze mnie znienawidzonym) Rzeszowie "przemaglowały mnie" boleśnie, ale pokazały mniej więcej jak to działa w prawdziwym świecie. Później byłem zaś więźniem łańcucha Kraków-Dębica, choć tutaj już podczas powrotów w rodzinne strony nie czułem ulgi, lecz...obcość. Jakby to nie było już moje małe zadupie z odwieczną wojną Wisłoki i Igloopolu. Za każdym razem jednak, gdy chciałem przełamać złą aurę, coś się działo...Aż do dziś, gdy autobus jechał w stronę Katowic jak gdyby nigdy nic. Z odrobiną stresu, lecz rosnącą pewnością siebie, zmierzałem ku przeznaczeniu - ku Pernelle!

Po godzinie "z hakiem" byłem już na miejscu, a tam również i ona. "No", powiedziałem, po czym uściskałem moją lubą serdecznie i poszliśmy szukać jakiejś kawiarni, by wymienić się w niej prezentami, trochę pogadać i ogrzać.
Na posiadówkę w "Coście" zeszło nam chyba z godzinę, lecz w niczym to nie przeszkadzało. Nie czuło się upływającego czasu, nie czuło trudów podróży - liczyliśmy się tylko my, ona i ja oraz nasze spojrzenia, krzyżujące się raz po raz.
Dalszy dzień upłynął nam na chodzeniu po sklepach z bio żywnością i zagranicznymi kawo-herbatami oraz kolejnych rozmowach na ławce, to tu, to tam. I przy żadnej wymianie zdań nie mieliśmy dość, nie dłużyło nam się. Oboje czerpaliśmy autentyczną energię z przebywania ze sobą!
Samo chodzenie po niewielkiej części Katowic, jaką było mi dane poznać, również nie męczyło nóg, albowiem stolica Śląska to piękne miasto! Gdy wjeżdżałem w jego obręb, w oczy rzuciły mi się piękne budynki, godzące nowoczesność z klasyczną architekturą. Z okazji zbliżających się świąt, na ulicach pełno było kolorowych, świetlistych ozdób, choinek i radosnych ludzi, zmierzających to w jedną, to w drugą stronę. Spodobało mi się to miasto równie mocno jak Kraków. Coraz poważniej będę myślał nad wyprowadzką po studiach.
Bo czemu nie zrobić tam magisterki? Ludzi jest tam mniej, powietrze czystsze, a do tego miasto ma swój urok. Z pewnością będę mógł rozważyć decyzję również w oparciu o przyszłe wyjazdy, albowiem dziś zaczął się zupełnie nowy okres.

Zamierzam tak często, jak to możliwe, odwiedzać Pernelle. Zdaję sobie sprawę, że to może być nawet raz na dwa-trzy miesiące, bo czas nie jest naszym największym sojusznikiem, ale takie odskocznie od Krakowa są mi potrzebne. Nie tylko dla mnie samego, ale i dla niej. Dla nas.
Biorę kolejną kostkę ulubionej czekolady truskawkowej. Sięgam po grube tomisko: Dmitry Glukhowsky, "Metro 2033". Zaglądam na stronę tytułową i moje serce napełnia się czystą miłością, gdy spoglądam na dedykację.
Smutny powrót do krakowskiej rzeczywistości nie zakończył się idealnie, ze względu na moje nieogarnianie i konieczność kupna kolejnego biletu powrotnego, ale to tylko niewiele znacząca drobnostka.
Mimo wszystko, to był dobry dzień!


Bóstwa Urojenie,czyli jak pozbyć się wiary 2018-11-25

Od Sługi Pokornego do mocno wątpiącego

Jakiś czas temu odbyliśmy z Kejt niespodziewanie długą rozmowę, w której moja przyjaciółka żaliła się na zrąbany system e-blogów. We dwoje wykmniniliśmy pewne plany, które - jeśli się spełnią - przyniosą ulgę i wybawienie dla wszystkich użytkowników e-blogów, a samemu portalowi zrobią nielichą konkurencję.  Ale to na razie plany, dlatego ogarnijcie swój portal, panowie założyciele.
Po dołujących komentarzach odnośnie obecnego stanu blogów, nadeszły tematy weselsze. Żartowaliśmy, wspominaliśmy przeszłość, początki pisania, aż przeskoczyliśmy na temat, o którym kiedyś rozpisywałem się wielokrotnie: mój pseudo satanizm. Ale po kolei...

Starsi stażem czytelnicy wiedzą to, nowsi niech nie grzebią w odmętach przeszłości: byłem niegdyś wierzący. Co niedziela i święta chodziłem z rodzicami do kościoła, co tydzień w przedszkolu, a później w szkole miałem lekcje religii, na których pogłębiałem swoją wiedzę z zakresu Biblii. Z godnością i wielką czcią przystępowałem do I Komunii Świętej. W miarę dojrzewania zacząłem postrzegać Boga jako kogoś, komu chcę służyć. Kto mnie wesprze, pokaże mi jaką drogą kroczyć, z kim będzie mi łatwiej żyć. Nawet, gdy wpadłem w "bagno", nie przestawałem wierzyć, że uda mi się wyjść na prostą. Zawodziłem "Pana" wielokrotnie, co niedziela ze zwieszoną głową przychodziłem do Niego i błagałem o przebaczenie, że znowu ja, pokorny, lecz niewiele warty sługa, nie wytrzymywałem kolejnego tygodnia.
Wreszcie poprosiłem Go o szansę na coś. Nie będę wnikał w szczegóły, kto pamięta, ten pamięta. I wiecie co? On wysłuchał moich modlitw, a przynajmniej tak mi się wydawało. Poczułem wtedy coś, czego nigdy wcześniej nie czułem. Zaczął się dla mnie okres ciężkiej, półrocznej przeprawy, na której końcu miałem zostać wyprany z marzycielstwa i posmakować brudów rzeczywistości. I wtedy też zrodziły się moje konflikty w wierze.
Czy mój "Pan" zażartował sobie ze mnie? Przez pół roku zachowywałem się jak kretyn z powodu boskiego dowcipu! Namieszał we mnie sporo, nie dał mi tego, o co prosiłem. A może dał, tylko ja niewłaściwie wykorzystałem? Ale przecież i tak nie miało to sensu przez wiadome mi wtedy realia!

No i pojawił się również on - Szatan, Lucyfer, Pan Zniszczenia, Gwiazda Zaranna, Antychryst, Bies, Lucyfer, Książę Ciemności, Belzebub, Ojciec Kłamstwa... Zacząłem szukać w tym "duchu nieczystym" wyzwolenia, drogi do prawdy. Zamiast do "Ojca" , modliłem się do Wygnanego. Teraz to jego prosiłem o wsparcie i siłę, ale także nauczył się nienawidzić ludzi i zamknąć swoje serce już na wieczność. Spisałem nawet Pakt, który zamknąłem później w kopercie (aktualnie spalonej).
Mój"Pan", Stworzyciel, "Bóg" zabawił się mną. "On" nie był już godny zaufania. Za to Lucyfer oferował wolność z kajdan, w jakie zakuto mnie podczas chrztu i kazano traktować jak grzechotkę. Masz, zobacz jakie ładne! Noś je z dumą i nigdy nie ściągaj!
Odważyłem się. Na pogrzebie prababci pokazałem "Bogu" środowy palec, powiedziałem "Odwal się ode mnie, zostaw w spokoju!". A potem cisza. Otwarłem oczy i zobaczyłem świat bez "Boga", zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy go nie było. Od tej pory byłem tylko ja, sam jeden. Nareszcie wolny! Przestałem się modlić, przestałem chodzić na msze (choć do tej pory robiłem to z coraz mniejszym entuzjazmem i większą wyjebką).

Nieco później naszły mnie kolejne myśli: skoro bóg nie istnieje, więc nie ma także Lucyfera. Jesteśmy tylko my, zwykli, szarzy, nieidealni ludzie. Prócz nas nie istnieje nikt inny, nawet kosmici, tak wytrwale przez niektórych poszukiwani. Zacząłem szukać innej prawdy, czytałem artykuły, oglądałem filmy i w końcu zacząłem uczyć się filozofii, która jasno i wyraźnie dała mi do zrozumienia w jak tandetnym stanie żyłem przez 20 lat. Co gorsza, w owym marazmie nadal żyje wielu, którzy jeszcze na dobitkę chcą umrzeć w przeświadczeniu, że owo mityczne niebo jednak na nich czeka.

Ten świat należał, należy i zawsze będzie należeć do nas - nie do Zeusa, nie do Jupitera, nie do Boga, Lucyfera, Jahwe, Allaha czy Latającego Potwora Spaghetti (mniam!). To MY za niego odpowiadamy, MY kreujemy, to najlepsi (i najpotężniejsi) z nas rządzą.
Tak samo również i ja nie należę do nikogo, a już na pewno nie do "wyższego bytu". Bóg byłby na moją miarę zbyt niesprawiedliwy, zbyt unosiłby swoją religię nad pozostałe, wtrącając do "Piekieł" wszystkich niewiernych, wyznających inne religie. Jest zbyt słaby na rozsądzanie o życiu jednostki w obliczu życia wielu. Szatan zaś poszukiwałby tylko zemsty, zła i wszechobecnego mroku. W manipulacji nie byłby lepszy od swojego niebiańskiego rywala, który tak samo jak on chce sprzątnąć mu z szachownicy jak najwięcej pionków przed upływem czasu. A gdy zegar odmierzy ostatnią sekundę, okaże się że i tak nic z tego, bo pożre nas wielkie słońce, zmieniające się w tzw. Czerwonego Olbrzyma. Żadnych trąb, żadnych aniołów, żadnych pojedynków z Bestią - zwykła mordercza siła umierającej gwiazdy.

Dlatego, jeśli wam życie miłe a czas cenny, nie traćcie sił i środków na marzenia o "Stworzycielach", bogach, bożkach czy innych diabołach. Nie ograniczajcie się w poszukiwaniach tylko dlatego, że pewnych rzeczy zakazał wam autor książki sprzed tysiąca lat.
Ale z drugiej strony, nie przerażałaby mnie wizja istnienia jakiegoś boga. Jeśli to ja się mylę i jednak na końcu spotka mnie niemiła niespodzianka, powiem mu tylko jedno:
- Dawaj, co masz najlepszego, bo nie żałuję ni dnia, ni godziny spędzonej wbrew twej woli!


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]