Zwi@dowca Elvenoor | e-blogi.pl
Blog inny niż wszystkie
Blogi

Jeszcze dzień życia (2018) - Non omnis moriar 2018-11-17

Ryszard Kapuściński - niezłomny reportażysta, który raz po raz stawał na granicy życia i śmierci tylko po to, by ukazać czytelnikom prawdziwe oblicze wojny w kraju trzeciego świata lub sylwetkę jednostki wynoszonej niemal do rangi boskiej. Człowiek, który dobrze wiedział w co się może wpakować, a mimo wszystko nie wahał się podążać do samego serca piekła.

Dzięki studiom w Krakowskiej Akademii, miałem przyjemność nie tylko zapoznać się z jego pośmiertną sylwetką, ale i przeczytać jego "Cesarza", pracę traktującą o etiopskim władcy Hajle Syllasje, którego spojrzeń pragnęło tak wielu. Z pewnością nie poprzestanę na tej jednej lekturze, tym bardziej że Bohdan pisze licencjat o Kapuścińskim i podjął się czytania ośmiu jego książek. Mój kolega na bieżąco składa mi relacje z tego, co przeczytał, toteż z dnia na dzień zaczynam żałować, że przede mną pozostaje kilka książek, traktujących o mediach publicznych...

Wracając do tematu: dzisiaj chcę opowiedzieć wam o filmie, który niedawno ukazał się w kinach - ekranizacji jednego z najlepszych dzieł Kapuścińskiego, czyli "Jeszcze dzień życia". Za jego produkcję odpowiada Damian Nenow i Raul de la Fuente, zaś samą animację przygotowali mistrzowie grafiki komputerowej, czyli Platige Image. Znani są chociażby z intra do pierwszej części gry o Wiedźminie.
"Jeszcze dzień życia", jako reportaż oraz film, obejmuje trzymiesięczny pobyt Kapuścińskiego w Angoli podczas wojny domowej między MPLA (wspieranym później przez Kubańczyków) a UNITĄ oraz FNLA (opłacanymi przez amerykańską CIA). Portugalia traciła kolonialne tereny wpływów, wobec czego biali zabierali swoje dobytki i ratowali życia wracając do siebie, pozostawiając cenne zasoby. W kraju zapanował istny chaos, nazywany przez tamtejszą ludność mianem confusao. Tymczasem Ryszard Kapuściński w owym czasie podjął wyprawę, której zwieńczeniem miała być rozmowa z dowódcą partyzantów, niejakim Farrusco - Portugalczyku, który przeszedł na stronę Angoli. Finalnie, tak jak to zwykle bywa, poznaliśmy nie jedną, lecz kilka interesujących postaci, jak żołnierka Carlota czy Queiroz, dziennikarz, który podjął walkę o wolną Angolę po stronie, w którą wierzył i bez względu na reguły etyki zawodowej. Wszyscy mieli swoje powody, by walczyć, wszyscy mieli swoje marzenia, które mogły umrzeć (a u niektórych faktycznie umarły) wraz z nimi. I wszyscy doświadczyli na własne oczy okropieństw wojny.

Film mocno wciska w fotel opowiadaną historią (de facto opartą o reportaż). Opowiada się ją nam nie tylko animacją (podobną do stylistyki niemal każdej gry studia Telltale) czy wieloma przebitkami z nagrań prawdziwych miejsc czy osób, lecz również przez wypowiedzi trzech osób, które szczęśliwie dożyły naszych czasów i mogły wspominać o spotkaniu z Ricardo (jak mówili o Kapuścińskim) oraz swoich doświadczeniach z czasów wojny.
Tam, gdzie obraz, pojawia się również i muzyka, która bardzo dobrze wpisuje się w pokazywane sceny, a niekiedy nadaje prawdziwie dramatycznego tonu.

Ostatnią kwestią, którą trzeba poruszyć jest polski dubbing. Powiem szczerze, że po obejrzeniu trailera obawiałem się o to jak brzmieć będą niektóre głosy w końcowej wersji. Okazuje się jednak, że tragedii nie ma, a jest wręcz naprawdę dobrze! Marcin Dorociński w roli głównej, Arkadiusz Jakubik jako Queiroz oraz Olga Bołądź, wcielająca się Carlottę, podołali swoim kwestiom dialogowym. Reszta prezentuje się przy nich po prostu znośnie, nie kalając ani uszu, ani oczu, lecz jednocześnie nie zapadając szczególnie w pamięć.
Jedyne, co może odrzucić niektórych widzów, to kilka wizji, czyli wydarzeń dziejących się w głowie Ryszarda Kapuścińskiego. Są do siebie nieco podobne w wydźwięku i przedstawieniu pewnych kwestii, ale jeśli ktoś jeszcze nie czytał książki lub nie oglądał filmu, nie będę zagłębiał się w spoilery. Mi osobiście te sceny wydały się po części zrozumiałe, lecz trochę zbędne.

Podsumowując: czy warto wybrać się na ten film? Gdyby nie mój kolega, pewnie sam bym go przegapił, czego wam robić odradzam - to jest produkcja, którą trzeba zobaczyć. "Jeszcze dzień życia" to historia ludzi w obliczu wielkich wydarzeń, ich pasjonujących, choć tak zwyczajnych losów, o których nie dowiedzielibyśmy się, gdyby nie odwaga, oddanie  i konsekwencja najwybitniejszego polskiego dziennikarza. Jeśli nie mieliście wcześniej styczności z jego dziełami, istnieje bardzo duża szansa, że film ten was przekona. Jeśli nigdy jego nazwisko nie obiło wam się o uszy, po seansie sami będziecie chcieli sprawdzić jego życiorys i dokonania.


A. Hitchcock - Tajemnica Trzech Detektywów 2018-11-13

Stany Zjednoczone Ameryki, Kalifornia.

Pani Darnley, ekstrawagancka miłośniczka wszelakiej maści zwierciadeł, wprowadziła się niedawno do starej posiadłości czarodzieja Drakestara. Wśród bogatych zbiorów damy znajduje się jedno szczególne lustro, wzbudzające równie wiele grozy, co fascynacji. Niegdyś  należało ono do sławnego iluzjonisty Chiava, który ponoć przeszedł na jego drugą stronę i nigdy nie powrócił... Pewnego dnia do willi pani Darnley włamuje się tajemniczy jegomość o niewielkiej posturze, jeszcze tego samego dnia pojawia się ostrzeżenie o klątwie zwierciadła, zaś w nocy z tafli szkła wyłania się jaśniejąca zielonkawym blaskiem złowroga twarz!
Nie ma bata, tajemnicę nawiedzonego lustra rozwiązać mogą tylko specjaliści - Trzej Detektywi!

Jeśli toczę z kimś dyskusję o serii książek, która kiedykolwiek wciągnęła mnie najmocniej, zawsze odpowiadam: "Zwiadowcy" J. Flanagana. Ale to nieprawda! Jeszcze u schyłku gimnazjum, w ręce wpadł mi cykl o Przygodach Trzech Detektywów, autorstwa Alfreda Hitchcocka (a właściwie Roberta Arthura i kilku innych pisarzy). Wydawany był on w latach 1964–1987 w wielu krajach, m. in. w Polsce dzięki uprzejmości wydawnictwa Siedmioróg..
 Doskonale pamiętam te beztroskie wakacje, gdy co parę dni chodziłem do biblioteki w pobliskim domu kultury tylko po to, by pożyczyć kolejny zeszyt, opowiadający nową, trzymającą w niepewności historię następnego śledztwa.
Ale o co tak właściwie chodzi? Jupiter Jones, Pete Crenshaw i Bob Andrews to trzech chłopaków, mieszkających w kalifornijskim Rocky Beach. Prócz standardowych rozrywek amerykańskich dzieciaków lat 70-tych, czas umila im prowadzenie agencji detektywistycznej od spraw rodem z serialu Scooby-Doo: przerażająca zjawa, jąkająca się papuga, gadająca czaszka, kaszlący smok, nawiedzone zwierciadło itd. Gdy zamigocze lampka ostrzegawcza, zamontowana na przyczepie, skrytej pod stertą gratów w składzie złomu, prowadzonym przez wujostwo Jupitera, nasi bohaterowie przechodzą specjalnymi rurami do wnętrza swej kwatery, gdzie odbierają telefon, wymieniają się informacjami i planują działania. Jupiter to Pierwszy Detektyw, ten od myślenia, analizowania faktów i podejmowania decyzji. Pete, jako Drugi, poszczycić się może dobrą kondycją i sokolim wzrokiem, zaś Bob (Trzeci) dzięki karcie bibliotecznej i dostępowi do wielu książek potrafi szybko zdobyć nierzadko kluczowe dane. Logiem organizacji są trzy znaki zapytania: biały, zielony i niebieski.

Każda przygoda opisana jest w cienkim, stu stronicowym zeszycie, na którego okładce zawsze widnieje zachęcająca grafika i charakterystyczne trójkątne logo. Styl pisania jest bardzo przyjemny w odbiorze, fabuła trzyma się porządku, zaś akcja dość szybko nabiera tempa aż do finałowej konfrontacji i rozwiązania zagadki, której ostatnie wątki domyka rozmowa Detektywów z ich zaprzyjaźnionym reżyserem Alfredem Hitchcockiem. Właśnie dlatego na okładce widnieje jego nazwisko: wygląda to tak, jak by to on przelał na papier kolejną historię, usłyszaną od tytułowych bohaterów.
Poza kilkudziesięcioma zeszytami Przygód Trzech Detektywów, ukazało się jeszcze kilkanaście spod szyldu "NOWYCH Przygód Trzech Detektywów", gdzie chłopaki chodzili już do koledżu, zaczęli interesować się dziewczynami, robili prawo jazdy, a i rozwiązywane przez nich sprawy nabrały powagi i jeszcze większego ryzyka. W mojej opinii, obie serie były na swój sposób dobre, więc nie silę się nawet na porównywanie.

Ostatnimi czasy, chcąc uciec trochę w przeszłość, zakupiłem za kilka złotych wspomnianą wyżej "Tajemnicę Nawiedzonego Zwierciadła". Niby tłumaczyłem sobie, że "to na potrzeby notki", ale wiecie jaka jest prawda: po prostu musiałem mieć choć jeden z tych zeszytów. Jak mi się więc wracało? Bardzo przyjemnie, muszę rzec. Biorąc pod uwagę, że są to książki skierowane do nastolatków oraz to, że nie ma tu aż takiego napięcia jak we współczesnych kryminalnych bestsellerach, to jednak próby zabójstwa, porwania, a nawet igranie z ogniem (palnym) robią swoje.
Choć jest pewna kolejność czytania, książki nie są z sobą fabularnie połączone, więc można "wskoczyć" do lektury przy dowolnym zeszycie. Wszelkie niuanse są zawsze krótko wyjaśniane, więc nie ma problemu z przyswojeniem "lore" serii (Czerwona Furtka Korsarza, dieta SADKO etc).
Podsumowując, jeśli lubisz Scooby Doo i przymkniesz oko na standardy "poważnego" kryminału, z pewnością w mig odnajdziesz się w przygodach trio z Rocky Beach. Zapewne mówię to trochę przez sentyment, ale naprawdę warto zapoznać się z przynajmniej jednym ich śledztwem, jeśli tylko będziecie mieć taką okazję.


BON: Dostrzec potrzebujących 2018-11-06

Znalazłem pierwszą pracę!

A właściwie "pracę", bo 13,25 zł za godzinę (czyli jakieś 8 zł na rękę) nie pozwolą mi utrzymać się jeszcze w 100% samodzielnie, jednak nie dla pieniędzy podjąłem się wyzwania, jakim jest asystent osoby niepełnosprawnej.
Już na drugim roku szukałem jakiegoś wolontariatu, jednak na samym planowaniu się skończyło. Tymczasem już we wrześniu w oczy rzuciło mi się ogłoszenie Biura Osób Niepełnosprawnych w naszej uczelni. "Teraz albo nigdy", pomyślałem sobie. Mam bardzo dużo czasu wolnego, prawdziwej pracy jeszcze podejmował nie będę, bo na rynku liczy się dyspozycyjność, a gdzieś tam w głębi serca kryje się u mnie potrzeba pomagania innym.

Napisałem więc maila i czekałem na odpowiedź. Dostałem ją już dwa-trzy tygodnie temu i zostałem zaproszony na krótką rozmowę. Tydzień temu odebrałem zaś telefon o potrzebie kontaktu z dziewczyną, która już jest asystentką. Potrzebna jest pomoc dla pewnego niewidomego. Zadanie jest proste: trzeba tylko przejechać się z nim z uczelni do jego domu.  Aby mnie oswoić z sytuacją, podczas pierwszego przejazdu towarzyszyła mi wspomniana wcześniej asystentka.
Nie będę męczyć was zbędnymi szczegółami: skontaktowałem się z kim trzeba i umówiłem pod uczelnią, choć towarzyszył mi nie lada stres. Czy sobie poradzę? Czy to dobra decyzja? Czy na pewno tego chcę?
Na miejscu moje obawy szybko przerodziły się w poczucie dziwności sytuacji. Poznałem zarówno asystentkę jak i samego zainteresowanego - "E". Nie widzi on od dwóch lat i przez kilka miesięcy chce z kimś przebywać drogę na uczelnię, aby nauczyć się trasy. Gdy tłumaczył mi na czym moje zadanie będzie polegać, wszystko wydawało się proste. Gdy jednak położył mi rękę na ramieniu, a ja miałem po prostu iść przed siebie, poczułem lekkie...zażenowanie. "OMG, co ja robię", "To nie tak, na co mi to było!" - takie myśli pojawiały się w mojej głowie, jednak prowadziłem E., idąc swoim tempem i rozmawiając ze swoimi towarzyszami. Było mi wstyd za siebie, za te myśli, te uczucia: jak mogę w ogóle tak się czuć?! Jak mogę nagle w takiej chwili przejmować się czymkolwiek?! Na to się pisałem, to jest dobre, pomagam komuś i to zaowocuje w przyszłości! A ty, wewnętrzny głosie, nie przeszkodzisz mi w tym, więc, że tak grzecznie powiem, zamknij japę!

"Wewnętrzny" zamknął się, skulił cichutko w kącie mojego umysłu. Eter wypełniła rozmowa z E., która tylko mnie podbudowała. Od 10 lat pracuje jako DJ w trzech krakowskich klubach, gra różne gatunki muzyki, ma w domu własny sprzęt. Poruszanie się po świecie wydawało dla niego jedynie utrudnione, lecz nie niemożliwe. Obserwując jego zachowania podczas podróży, klaskanie raz po raz oraz samotne przechadzki o kilka kroków bez asekuracji (w celu nauczenia się układu zabudowań oraz przejść), dostrzegłem jak wiele można się nauczyć od takich osób! Nie narzeka, nie siedzi w domu, nie użala nad sobą - on działa, chodzi, stara się uporać z rzeczywistością, mimo utraty najważniejszego zmysłu. A my, durni zdrowi ludzie mamy problem, gdy pryszcz nam wyskoczy na czole! W sensie, rozumiem takie wyrzuty do wad kosmetycznych, sam takowe kiedyś miałem, ale patrząc na prawdziwe problemy innych, nie jestem w stanie uwierzyć jak bardzo nie doceniamy samych siebie. Zwłaszcza, gdy możemy widzieć, patrzeć, słuchać, mówić i gdy wyczuwamy różne przedmioty: ich miękkość, chropowatość, zimno, ciepło...
Jutro wstaję na 8:00, jadę do E., odprowadzam go na uczelnię. Później jakiś szybki seans, o 13stej krótkie spotkanie w wolontariacie, a od 15stej do 19stej szkolenie na asystenta. Dalej dzień przerwy i piątek znów: na 8smą, trzy godziny szkolenia, a potem znowu przewóz E.

Chyba będę musiał się przyzwyczaić do braku czasu. A pomału, powolutku trzeba pisać pracę licencjacką o założeniach TVP w kontekście standardów telewizji politycznych na świecie. Bo czy ta władza, czy każda poprzednia, wszyscy z TVP robią sobie tubę propagandową, czyli całkowite zaprzeczenie założeń prawdziwych mediów publicznych. Ale to już mój licencjat. Może wrzucę wam kiedyś notkę streszczającą.


PKP - Piekło Kolejowej Patologii 2018-11-01

NOWA NOTKA!


PKP - Piekło Kolejowej Patologii 2018-11-01

Szybki, spokojny powrót do domu na kilka dni? Nie w Polsce, kurwa...

Godzina 16:20. Wychodzę z domu na przystanek i wsiadam do tramwaju, oznaczonego numerem 50. Jadę na dworzec. Po chwili orientuję się, że pojazd w środku zmienił trasę i numerację na 83. Za pół godziny miałem stąd wyjeżdżać, wysiadam więc na Lubiczu, idę na rondo Mogilskie. I tak się spóźnię, myślę sobie, pojadę następnym. Sprawdzam w smartfonie: kolejny pociąg jedzie o 18:54. Mam jeszcze czas, więc jadę kupić bilet. Jak się okazuje, postąpiłem słusznie. Kolejki do kas ciągnęły się jak korowód pielgrzymki częstochowskiej. Dwadzieścia minut później miałem już bilet w ręku i ciągle ponad godzinę czasu w zapasie. Nic to, myślę, jadę do domu, posiedzę w mieszkaniu i wrócę znów. W tramwajach kolejne tłumy jak na fermach KFC.
Godzina 18:20. Minął czas, wracam na dworzec, przebijam się przez tłumy, docieram na peron.

Godzina 18:54. Pociąg opóźniony 28, 29, 30, 35 minut. Standard dla PKP, i tak się cieszę, że poczekam tylko tyle.
Godzina 19:25. Pociąg podjeżdża. Szukając wolnego miejsca do stania przez półtorej godziny w przedziale, uzmysłowiłem sobie co znaczy powiedzenie "od zajebania". Było bowiem tyle ludzi, że nie szło się nawet przecisnąć przez cienkie jak penis przeciętnego Janusza korytarze, a niektórzy stali centralnie w drzwiach. Słowem, poczuć się można było jak na dworcu w jakimś nazistowskim getcie. Cudem znalazłem dla siebie miejsce przy wejściu do "Warsu". Stała tam tylko jedna dziewczyna, nawet dość ładna. Z baru wychodzi kelnerka i kelner. Rozmawiają o dodatkowych 5-10 minutach oczekiwania, bo doczepiają dwa wagony, bez rezerwacji. "Mogą sobie państwo tam usiąść", mówi kelnerka. Nie, dziękuję, nie uśmiecha mi się przebijać przez ten wypełniony ludzkim bydłem wagon. Co chwila z "Warsu" ktoś wychodził z kilkoma butelkami piwa. No tak, to zrozumiałe. Na zdrowie, panowie!
Ciekawostka: ponoć ludzi było pełno już od Wrocławia, lecz wagony doczepili dopiero w Krakowie. Paranoja, nie?

Godzina 19:36. Stoimy w Płaszowie. Tak, kurwa, jeszcze nie wyjechaliśmy poza Kraków. Podobno było jakieś potrącenie. Jeśli śmiertelne, to czekamy trzy godziny. Jeśli niedoszły nieboszczyk żyje, jedziemy za kwadrans. Moje myśli kotłują się, zwijają, rozwijają, łączą i dzielą, a w ich wyniku nasuwają się jakże piękne, adekwatne i dobitne słowa: "No żesz ja pierdolę!".
I tu wtrącenie, mała porada dla przyszłych samobójców: jeśli ktoś chce z sobą skończyć, to miejcie, proszę, litość dla innych i nie wkurwiajcie świata jeszcze bardziej. Podetnijcie  sobie żyły, skoczcie z mostu do rzeki, powieście się, zastrzelcie, zażyjcie proszki, ale nie rzucajcie się na drogi! Wszystko jedno, czy pod wami jest autostrada, czy torowisko. Być może tak naprawdę jesteście w swoim środowisku szanowani i doceniani, być może tylko wmawiacie sobie słabą wartość wewnętrzną, ale zaręczam wam: ludzie będą na was rzeczywiście wkurwieni, jeśli opóźnicie ich dzień...dzień ŻYJĄCYCH. Dotarło?!

Godzina 19:51. Wyjeżdżamy z Płaszowa (nareszcie!) i już bez przeszkód zapieprzamy z prędkością błyskawicy. Z "Warsu" wychodzi jakiś koleś, mówi że od dekady jeździ pociągami i nawet, gdy za komuny były tak samo pełne pociągi, to nie było mowy o spóźnieniu. "A w niedzielę będzie ten sam syf, jak co roku kilka razy na dłuższe weekendy! Czekam tylko jak wejdzie w życie unijna dyrektywa o zwrocie 100% kosztów za bilety przy spóźnieniu minimum jednej godziny!". Ciężko się z nim nie zgodzić, przyznacie.
Władze się zmieniają, ludzie odchodzą i przychodzą, a PKP rok w rok działa tak fantastycznie i sprawnie jak szwajcarski mechanizm naprawiany przez domorosłego zegarmistrza.

Do domu dotarłem po godzinie 22:20. Już się boję jak będzie wyglądał mój powrót w niedzielę! Myślę nawet czy nie opłacałoby się wrócić w sobotę, ale gdyby miało być takie samo piekło komunikacyjne jak wczoraj, to już lepiej poczekać ten jeden dzień.
Dziś taka bardziej wulgarna notka, wybaczcie. Jutro za to wrzucę wam coś bardziej spokojnego, pozytywnego i radosnego. Będzie na co czekać, zaufajcie mi! :)


Diagnoza: ZBIOROWA SCHIZOFRENIA 2018-10-29

Doszedłem do pewnego wniosku.

Widzicie, kiedyś myślałem, że ludzie są idealni, tacy jacy być powinni, a tylko ja od nich odstaję i nie potrafię się dostosować. Przez głowę przechodziły mi takie myśli, gdy po raz ostatni spędzałem wakacje z rodzicami i bratem, gdy siedziałem u stóp Śnieżki, nie chcąc wchodzić za nimi po stromym zboczu (mimo że, o ja ślepy, niedaleko było proste wejście dla tych, którym wspinaczka nie w smak). Wyobrażam sobie jak wtedy na mnie musieli patrzeć inni ludzie, co sobie myśleli.
Albo gdy wybrałem się na sesję RPG, pierwszą część kampanii Numenery i w połowie się mentalnie wyłączyłem, a potem myliłem się, gdy Mistrz Gry wskazał nie mnie, lecz kolegę, siedzącego tuż koło mnie. Jakże było mi głupio po powrocie do domu! Czułem się na tyle idiotycznie, że od razu po powrocie przeprosiłem ich na Messengerze. O dziwo, oni nie mieli zastrzeżeń, powiedzieli, że dobrze im się ze mną grało i jeśli mam czasem potrzebę "odpłynięcia" na chwilę, to oni nie mają z tym problemu.
Albo gdy na początku studiów na Polibudzie ta stara wrona od "Zarządzania" wprowadziła mnie w konsternację, bo ni w ząb nie mogliśmy z grupą dojść do tego, czego ona tak właściwie od nas oczekuje na zajęciach. "A gdzie pan ma konspekt?", "A czemu to nie jest przygotowane?"... #SerdecznePierdolSięPolitechniko!

Do tej pory, gdy jestem sam, nawiedzają mnie raz po raz wizje z przeszłości. Każdy mój zrąbany dzień, każda głupota, którą powiedziałem lub zrobiłem, każdy niewłaściwy gest czy "wychylenie się" w stronę społeczeństwa. Jednak te migawki z Wietnamu, to tylko chwile słabości. Uderzenie w poduszkę, stłumiony krzyk i nie ma, powrót do rzeczywistości.
Natomiast moje myślenie o sobie i świecie zmieniało się od dłuższego czasu. Pomalutku, news za newsem, obserwacja za obserwacją. Ten coś "palnął", ten nagrał żenujący filmik, tamten się kompromituje...Ale największe zderzenie z prawdziwą naturą tego świata nastąpiło tego pamiętnego wiosennego dnia, gdy wracałem z tworzenia postaci do kampanii i gdy po tramwaju chodził jakiś oszołom, który mamrotał coś do siebie. Albo gdy, niedawno całkiem, odbywałem praktyki w RMF-ie. Możecie sobie na blogu poczytać niektóre telefony, jakie odebrałem na "Gorącej Linii".

- Ale do jakiego wniosku dążysz, Elvenoor?

Otóż, moi drodzy: wszystkich nas pojebało. Nikt na tym świecie nie jest "tym normalnym", a jeśli tak o sobie myślisz, to wystarczy że opowiesz mi o sobie i zdradzisz wszystkie sekrety, łącznie z tymi wstydliwymi: że korzystasz z zaproszeń na wystawy garnków, że czytasz "Strażnicę", że wyłupujesz orzechy z Toffifee a resztę wyrzucasz,  że namiętnie "walisz" do zdjęć Hilary Clinton lub wąchasz własne skarpetki, ściągnięte po całym dniu noszenia. Śmiało, powiedz, że nie masz niczego takiego, że zachowujesz się racjonalnie i np. nie myślisz, że dobrze byłoby, gdyby ktoś wziął wszystkich polityków i ich tam w tym Sejmie rozsadził na miejscu.
 Ja również mam pewne kontrowersyjne poglądy, swoją wizję świata i swoje "małe grzeszki". Kiedyś bywały dni, gdy nie zachowywałem się normalnie. Dni, które dziś bym zmienił, gdybym miał szansę, ale i ta jedna podróż w czasie byłaby za mała, bo potrzebowałbym takich tysiące - na przeszłe i przyszłe okresy żenady. Ale póki po tym świecie chodzi przynajmniej jeden człowiek, dopóty nic nigdy nie było, nie jest i nie będzie idealnie, bez wad czy - jak ja to określam - normalnie.
"Świat jest nienormalny, ja nie ufam światu, niedługo nie będzie tu miejsca dla wariatów! Wszystko stoi na głowie, więc normalny jest człowiek, który jest wariatem..."


"Sen Przodków" 2018-10-23

Od południa wiatr się wzmaga, już wybiła ta godzina,
Tarcza w ręce, miecz u pasa, nic  nas dłużej tu nie trzyma,
Wypływamy hen, daleko,  grabić, gwałcić i plądrować,
Czas we znaki dać się światu, niech o pomoc proszą Boga!

W nas jest siła, w nas potęga, niechaj Thor uderza w fale,
Niech do bitwy krew zagrzewa, w dali widać gdzieś Walhallę,
Dziś niech przyjdzie ucztowanie, dzisiaj chwała na nas spłynie,
Dzisiaj splendorem dumnych przodków wielu mężów się okryje!

Pędź, drakkaro, mknij na zachód,  tnij ocean stewy ostrzem,
Co jest dalej, rzecz niepewna, lecz niedługo już tam dotrę!
Leć, kruczysko, szukaj brzegu, nie waż mi się jeno wrócić!
Pewność mieć chcę, że dopłynę, aby zapał mój rozbudzić!

Mglista znika wnet kotara, odsłaniając swoje skarby,
Słychać w dali dzwonów bicie, podnoszone są alarmy,
Wrzask, panika, strach i niemoc - diabeł przysłał swoje sługi;
Czas przed Bogiem mężnie stanąć i rozliczyć życia długi!

Trzaski drewna, błyski stali, smak posoki, woń nasienia,
Gąb mlaskanie, salwy śmiechu, gromki toast, huczne pienia,
Blask płomieni, chrupot kości,  skrzypot odrzwi: barw feeria;
Tak ziszczają się sny Przodków, niech się zacznie nowa era!


"Śmiertelne Figle" 2018-10-21

Od godziny krążą kruki wokół rzeki ludzkich mas,
Słońce do snu się złożyło, na kolację przyszedł czas;
Wypatrują czarne ptaki, wypatrują za padliną,
Już niedługo, jeszcze trochę, dziś sowicie się posilą;
Tu samochód się rozpędzi, na czerwonym wbiegnie ktoś,
Ten się potknie, ta nie spojrzy, wtem wypadek - taki los!

Żółwim tempem płynie rzeka, w szwach już pęka jej koryto,
A nad wszystkim bacznie czuwam i szykuję swoje sito;
Oczodołem zerkam chwilę, patrzę drugim dla pewności,
Szatę zmieniam, w sito skaczę i się mieszam między gości;
Kogoś popchnę, but rozsupłam, nogę czasem też podstawię,
Tak przyjemniej mi zabijać,  wojnę innym pozostawię!

Obowiązki? Dobre sobie! Biurokracja niepotrzebna!
Nikt mi za to nie zapłaci, więc faktura raczej zbędna;
Że brutalne? Może trochę; Nieetyczne? Punkt widzenia;
Lecz bez tego, drodzy mili, świat by cierpiał z przeludnienia!
Gdyby każdy miał umierać w swoim łożu lub na wojnie,
Byłoby cokolwiek trudno: dużo tłoczniej, mniej spokojnie!

Czasem trzeba rozbić auto, czasem puścić gaz z kuchenki,
Temu spuszczę na łeb drzewo, tego pies zagryzie wielki;
Tedy przestrzec was dziś pragnę: piszcie wszyscy testamenty,
Bo nie wiecie kto z was kiedy będzie z życia sfer wyjęty!
Tylko gdy Cię w tory zepchnę, szepnę, żebyś skoczył z dachu,
To na bogów, bardzo proszę, nie umieraj mi ze strachu!


Uśmiechnięta i speszony 2018-10-17

Przypadek z wczoraj. Wiem, miała być recenzja. Wstawię kiedy indziej. Tymczasem...

Idę na zajęcia. Jest słoneczne, lekko wietrzne popołudnie, kilka minut po godzinie 16-stej. Towarzyszy mi Bohdan, kolega z roku. Opowiada mi o "Grimmie", serialu, który ostatnio obejrzał. Cały czas słucham go i skupiam się na wyłapaniu ciekawych wątków, które zachęciłyby mnie do obejrzenia tej produkcji. Przed nami idzie ładna brunetka w lekkim "panterkowym" płaszczu. Wzrokiem błądzę, jak to mam w zwyczaju, od lewego krańca zasięgu oczu, przez chodnik aż do najdalszego punktu na trasie przede mną. Taki cykl, pozwalający mi nie wyłożyć się o nic.

Nagle wiatr uderzył z większą siłą i trochę podwiał płaszcz wyżej wspomnianej dziewczyny. Brunetka odwróciła się, próbując okiełznać figle wietrznego ducha. Spojrzeliśmy się na siebie, akurat gdy moje oczy przecinały linię między lewym kątem widzenia a chodnikiem. Uśmiechała się, ale czułem się tak, jakby pomyślała sobie, że cokolwiek przez tę małą chwilę udało mi się dostrzec (ba, jakbym w ogóle próbował!). Ale ona się uśmiechała. Myślałem, że idzie za nami ktoś, kogo zna, zobaczyła go i wymieniają sobie uśmiechy, ale nie zatrzymała się, o dziwo. W tym momencie zupełnie zostałem wybity z rytmu. Próbowałem podtrzymać konwersację z moim kolegą, o coś go wypytywać, a jednak ciśnienie podskoczyło mi gwałtownie, a oczy totalnie zeszły z wytyczonego wcześniej toru. Próbowałem uciekać od niej wzrokiem, ale ona odwróciła się jeszcze raz czy dwa z tym samym (figlarnym?) uśmiechem.

To było dziwne i konfundujące, choć wychodziłoby na to, że tylko ja wyszedłem z tej sytuacji w takim stanie. Doprawdy, dziwny jest ten świat!


Kler (2018) - Ludzka twarz kapłana 2018-10-10

Parafrazując Marszałka: Kościół święty, tylko księża diabły!

Tyle było krzyku wśród wielmożów Kościoła, gdy do sieci wyciekł pierwszy trailer nowego filmu Wojtka Smarzowskiego. Z ambon nawoływano do wyklinania krytyki "antychrystusowej", najwyższe autorytety wśród klerykałów w każdym wywiadzie podkreślali jak zła i kłamliwa będzie to produkcja. W ramach podtrzymywania dobrych kontaktów z instytucją, kilka miast zakazało nawet projekcji filmu, jak gdyby miało to powstrzymać ludzi przed jego obejrzeniem. W weekend otwarcia "Kler" bił wszelkie rekordy, zapełniając sale kinowe po brzegi, a jego popularność nie słabnie nawet dziś. Wciąż są ludzie, którzy chcą zobaczyć tę produkcję na własne oczy. W poniedziałek miałem okazję się o tym przekonać. Od razu po zajęciach udałem się na seans o 10:15, ale wczesna pora dnia nie powstrzymała ludzi przed zajęciem połowy miejsc na sali.  Dziękujemy, Kościele! W swoim gniewie i bólu tyłka zrobiliście polskiej kinematografii przysługę, a Smarzowskiemu darmową reklamę!
No dobrze, ale to wszystko wiadomo. To jaki w końcu jest "Kler"? Czy faktycznie obnaża Kościół z wszystkich jego przywar i nie pozostawia na duchowieństwie suchej nitki? I tak, i nie.

Bohaterami filmu jest trzech księży, a właściwie ludzi w szatach kapłańskich. To ich człowieczeństwo stanowi główny motyw filmu. Ksiądz Trybus (w tej roli Robert Więckiewicz)traktuje powołanie jak intratny zawód. Zbiera na nowe rynny, śpi ze swoją młodą gosposią i nie stroni od alkoholu.  Ksiądz Lisowski, jako pracownik kurii, marzy o Watykanie, starannie pociągając za sznurki i powoli torując sobie drogę metodą manipulacji (choć jednocześnie za sprawą gry aktorskiej Jacka Braciaka zyskuje sympatię widzów). Najciekawsza jest jednak sylwetka księdza Kukuły, który stara się być "tym dobrym",  borykając się jednocześnie z demonami tragicznego dzieciństwa. Arkadiusz Jakubik wykonał genialną pracę, pokazując nam prawdziwie skrzywdzonego i pogubionego w sobie kapłana. Na jego przykładzie przedstawia się również problem pedofilii w kościele, ale i przy okazji szkalowania duchownych bez dowodów (na tym poletku obrywa się ruchom nacjonalistycznym).
Oczywiście jest jeszcze czwarta postać. Biskup Mordowicz, odgrywany przez świetnego Janusza Gajosa, to zachłanny biskup, trzymający w ryzach podległych mu kapłanów oraz "dobro Kościoła". Nie waha się wejść w szemrane układy i przetargi, aby pozyskać pieniądze na budowę wielkiej świątyni. W ruch puści wszystkie dostępne mu środki, aby niepochlebny artykuł, oczerniający jego bądź jego zaufanych ludzi nie ukazał się w gazecie. To właśnie on uosabia najwięcej czynników wyniszczających Kościół od środka i to on posiada równocześnie najmniej człowieczeństwa.

"Kler" to film fabularny. Opowiada pewną historię na tle problemów znanych z medialnych doniesień i (nierzadko) doświadczeń własnych i/lub osób nam bliskich. Skłania do refleksji za każdym razem, gdy księża sugerują stawki za ślub, piją alkohol czy podają wizytówkę "zaprzyjaźnionego" domu pogrzebowego rodzinie umierającej staruszki. Wraz z nimi odwiedzimy również ośrodek dla porzuconych dzieci, prowadzony przez zwyrodniałe zakonnice, znęcające się nad dziećmi esesmańską dyscypliną. Kamera stoi wyraźnie po stronie krytyków instytucji kościelnej, jednak wykorzystuje swoją pozycję umiejętnie. Część problemów jest potępiana otwarcie, część pokazywana, abyśmy sami pochylili się nad nimi.
Wiele tu jest także pobocznych kwestii, wypowiadanych w radiu czy telewizji, będących komentarzami omawianych w filmie problemów.

Jest tylko jedna postać w pełni dobrego, młodego księdza, jednak wiemy o niej bardzo mało i cały czas przebywa na dalszym, mniej istotnym planie. Wszystko to jednak zabieg celowy, mający położyć nacisk na trawiącą Kościół chorobę. Nie mówi się przecież o przypadkach normalnego, zdrowego głoszenia słowa bożego, bo to oczywistość. Normalność jest prawidłowa i dopóki działa tak, jak powinna, nie będzie nigdy tematem dyskusji. Wystarczy tylko odchył w jedną ze stron i już po całym otoczeniu roznosi się tego echo.
Wojciech Smarzowski, w mojej ocenie, stworzył obraz dotykający ludzkiej natury osób duchownych, sprowadzający jednocześnie nasze poglądy o księżach na nieco bardziej realistyczny grunt. I co najważniejsze, nie robi tego nachalnie, nie zostawia w widzu poczucia: "To musi jebnąć, cały Kościół musi upaść!". Poruszane są tu problemy  sfery profanum i tylko profanum. Wiara w boga pozostaje tu wyraźnie oddzielona od działań i słów (nie)wiernych "pasterzy".

Polecam wam wybrać się na seans, dać "Klerowi" szansę, a przy tym, nade wszystko, zachować dystans i zdrowe podejście - tak do Kościoła, jak i seansu.


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]